„Porządek rzeczy” – z porządkiem akurat mizernie ma po drodze :). Robi wrażenie składowiska obiektów wszelakich. W opisie na stronie muzeum można przeczytać, że to takie magazyny muzealne. Ok… Ale to na magazyn też nie wygląda. Modern regały ekspozycyjne (teraz takie faktycznie są modne, na przykład w Pradze w kilku muzeach zastosowano) takie trochę jak regały sklepowe trochę jak koszyki z metalowej siatki. A na nich „milion” przedmiotów. Trzeba dużego wysiłku by uświadomić sobie o czym który regał jest i dlaczego w takiej kolejności. Ale jak już wysiłek się podejmie – to nagle zaczyna się łączyć kropki! Tu jest wszystko co w zagrodzie i obejściu potrzebne bywało! Nawet słychać ostrzenie kosy i żniwiarza albo młot uderzający o kowadło. Z chaosu wyłania się porządek. Zaczyna się zwracać uwagę na drobiazgi. Patrząc jak przez oko kamery, trzeba się „wyzumować” na jeden szczegół.
Zatem czy to jest magazyn? Dla mnie nie. Dla mnie to taki trochę przechowalnia opowieści. Taka trochę stodoła, trochę sień, trochę strych jakiś. Miejsce gdzie odstawia się przedmioty, które już nie są potrzebne bo nowocześniejsze je zastąpiły… Ale może kiedyś jeszcze się przydadzą… Czyżby to był cmentarz przedmiotów niegdyś codziennych?… Dzisiaj tylko etnografowie wiedzą do czego służyły…
„Trza być w butach na weselu!” No ba! I na wesele – i od święta ubrać się paradnie trza. 😊 Właściwie to o tym jest wystawa „Czas świętowania” w Muzeum Etnograficznym w Warszawie. Jak się wystroić na święta w to co najpiękniejszego w szafie (lub skrzyni 😉) mamy. Są oczywiście izby przystrojone na Boże Narodzenie i na Wielkanoc, jest kuczka na święto Sukkot – bo udekorować dom na święta – to oczywisty odruch. Jakoś tak normalne się wydają porządki i dekorowanie – robi się wtedy milej, odświętnej, czasem bardziej przytulnie, a czasem bardziej nastrojowo… Są też na wystawie przebierańcy, którzy na ulice miast i wsi wychodzili z okazji kilku różnych świąt (oczywiście stosowne do świąt mając kostiumy). Bo śmiech, tańce i zabawa często świętowaniu towarzyszy. A przebieranki pyszną zabawą są więc – wszystko się radośnie spójne robi! Są też świętowania takie bardziej rodzinne, pełne emocji, czasem nawet uczuć… Bo stroje ślubne w kilku odsłonach. Czepce małżeńskie na ocepiny i korony do stroju panny młodej konieczne (jak one wytwornie i bogato wyglądały! I jaka miały mieć magiczną moc chroniącą pannę młodą w tak ważnym dla niej dniu). Jest żydowska panna młoda, którą pod chuppę wprowadza jej matka.
Ale te gabloty i aranżacje wnętrz stanowią tylko tło opowieści. Cała wystawa mam wrażenie jest pomyślana przez pryzmat ubioru i wystrojenia się na święto. To zupełnie naturalne w każdej kulturze i religii, pod każdą szerokością i długością geograficzną, że człowiek świętując – chce się tą radością dzielić w społeczności, chce zamanifestować podniosłość chwili, chce podkreślić wyjątkowość dnia. Czasem takiego dnia rokrocznie lub cotygodniowo celebrowanego, czasem takiego raz na całe życie. No to czym taki świąteczny charakter najlepiej wyrazić jak nie odświętnym ubiorem! Paradnie ubierały się kobiety i mężczyźni idąc na sumę do kościoła, odświętnie ubierały się kobiety i mężczyźni zapalając szabatowe świece… Tak było, jest i będzie. Te akcenty „jest i będzie” – też się na wystawie znalazły. Kuratorzy uświadamiają nam, że etno designem pojawia się na wybiegach wielkich kreatorów mody; że w lokalnej naszej produkcji inspiracje etno proponowała Cepelia i Moda Polska. Mnie wzruszyły zawicia z szali i chustek. Bardzo lubię motać sobie na głowie tkaniny przeróżne, upinając je na sto sposobów. Często to robię, lubię i już! Czasem ktoś pyta, dlaczego albo próbuje skojarzyć jaka kultura była inspiracją dla tego właśnie „zamotania” 😊 A tu cyk – „mój” szal zamotany na wystawie w gablocie jako żywo! Super jest bawić się ubraniem, modą – również szukając inspiracji etno z różnych zakątków Polski i świata. Odświętnych ubiorów na wystawie mrowie! Gdy wchodzi się do głównej jej części, tłum pięknie ubranych manekinów w przeszkolonych i klimatycznie podświetlonych gablotach – robi robotę. Do tego jeszcze sączące się tu i tam dźwięki zabaw, śpiewów, muzyki… Ja nie wiem ile tam jest wszystkich strojów ale chyba z każdego zakątka Polski a i od sąsiadów kilku też gości przyszło. Są Krakowiacy w kilku odsłonach, Kaszubi, Ślązacy, Mazowszanie, Górale Podhalańscy… Są goście z Kaszub, Kujaw i Warmii… Ale też sąsiedzi z Estonii, Słowacji, Węgier, Litwy… Wielonarodowa impreza w muzeum Etnograficznym w Warszawie się zrobiła 😊 Poważne świętowanie…!
Wystawa w Muzeum Etnograficznym w Warszawie „Biblia pauperum”. Opowieść biblijna w rozumieniu sztuki ludowej. Pomysł na zestawienie jej z analogicznymi tematycznie dziełami najwyższego sortu, które stają się tłem dla opowieści ludowej – fajne. Całość wygląda tak, że na tle dzieł sztuki wielkich mistrzów (dzieł o tematyce biblijnej) są okazane rzeźby lub malarstwo ludowe o tej samej tematyce. I co ważne – sztuka ludowa na tym tle wcale nie wypada blado i „bylejako”. Ona jest inna – ale też fascynująca. Trasa zwiedzania wiedzie przez sceny Ostatniej wieczerzy, snu Jakuba, betlejemki itd. Głównie Nowy Testament ale też trudno się dziwić – wszak te treści twórcom ludowym były bliższe. Fajny pomysł i wykonanie.
„…Naszą misją jest kolekcjonowanie różnorodności i bogactwa kultur całego świata oraz prezentowanie ich wartości…” I tak faktycznie jest w Muzeum Etnograficznym w Warszawie. Pięknie pokazane zakątki Europy, Azji i Afryki… Ale Korei poświęcono osobną wystawę. Fakt – niewielka jest i wypełnia przestrzeń holu na piętrze, ale jednak Korea potraktowana wyjątkowo skoro ma osobną opowieść. Odwiedzamy koreański dom (hanok). Odwiedzamy dość dosłownie bo można wejść do środka, usiąść – tak pomiędzy saranbang a anbang, zerkając albo do jednej albo drugiej części domu. Nie ma tu leciwych zabytków. Ekspozycja to głównie XIX i XX wiek i współczesny design. Ale w minimalistyczny klimat koreańskiej sztuki użytkowej – wprowadza jak ulał!
Każdy powinien chociaż raz być w Muzeum Narodowym!!! Przy czym rekomenduję to krakowskie… Choć w warszawskie teeeeż… To nic, że duszno, gorąco i naprawdę nie ma czym oddychać. Pokojowe wiatraczki robią co mogą ale, że niewiele mogą to… To nic, że paniom w białych bluzkach ktoś zabronił się uśmiechać a nakazał w to miejsce złowrogo łypać na zwiedzających – czy aby bezecniki czego złego nie robią (jedna Pani w wieku około emerytalnym, niczym sarenka uciekała z piskiem, by przypadkiem jej piękno w kadrze zdjęcia się nie znalazło ). I nie wiedzieć czemu wszystkie czasowe w jednym czasie się wymienia na nowe… To wszystko nic. Nagromadzenie wielkich nazwisk i dzieł sztuki polskiej oraz światowej spore – i dlatego warto!!!
W galerii XIX wieku: i Malczewski i Matejko i Mehoffer i Boznańska… Ale też tak dla porównania, dzieła twórców z innych części Europy, ale z tego okresu właśnie. Fajnie ekspozycyjnie połączone malarstwo i rzeźna. Jedno z drugiego wynika i się uzupełnia wzajemnie. Całość eksponowana w kolorystyce sal spójnej z dziełami (zwłaszcza malarstwa). Nie rywalizuje z nimi a świetnie eksponuje dzieła. Klasyka wystawiennicza. Ale taka na dobrym poziomie!
Muzeum Narodowe w Warszawie a w nim Galeria Faras. To jedna z pierwszych wystaw stałych w Narodowym warszawskim, po gruntownym liftingu wystawienniczym. Cała wystawa to artefakty odkryte przez polską misję archeologiczną w Sudanie. To była taka misja ratunkowa. Przez budowę Wysokiej Tamy Asuańskiej, sporo zabytków na terenie przygranicznym Sudanu i Egiptu miało szansę zostać zatopionymi. Polska misja pod wodzą prof. Michałowskiego, odkryła wtedy nieźle zachowaną wczesnochrześcijańską katedrę. Zgodnie z prawem, część znaleziska można było przywieść do Polski. Nowa galeria Faras to przestrzeń wystawiennicza, tak zaaranżowana że bez trudu przenosi widza w realia okolic Nubii. Z automatu przypominały mi się kadry miejsc w których ileś tam lat temu byłam… Zapachu tylko brakowało i temperatury. 😉 Kolorystyka i dźwięki były idealne. Malowidła eksponowane tak, że całość sprawia wrażenie realnej świątyni. Dominująca kolorystyka piasku i sącząca się w tle śpiewna modlitwa rozbudzają wyobraźnię. Na początku też trochę faktów dotyczących samej wyprawy i misji archeologicznej – filmy, zdjęcia, mapy. Całość – fajna!
Wiele lat Galeria Sztuki starożytnej była zamknięta. Dwa lata temu niespełna – otwarta została na nowo. I trzeba przyznać, że to fajnie pomyślana i zmodernizowana ekspozycyjnie. Muzeum Narodowe w Warszawie ma co pokazać! I pokazało to świetnie. To opowieść o Egipcie, Bliskim Wschodzie, Grecji i Rzymie. Kolejne antyczne odsłony o określonych zakątkach świata podkreślone kolorystyką wnętrz. Tak, że nawet laik odwiedzający muzeum nie pogubi się i będzie miał świadomość przechodzenia z jednego obszaru do drugiego. Światło doskonale i nienachalnie podpowiada te najciekawsze eksponaty ale i kusi by na inne zerkać. Zwłaszcza te części, które mówią o sztuce sepulkralnej – bardzo trafnie pokazane. Trochę multimedialnych gadżetów – ale tak tylko w tle. Taka subtelna edukacja. W kolejnych dziewięciu salach, są i elementy architektoniczne (nawet kolumna koryncka lub ślepe wrota), jest rzeźba (tej najwięcej ale i nie sposób się dziwić w antyku ta gałąź sztuki grała pierwsze skrzypce ), ceramika, rzemiosło artystyczne, nawet troszkę malarstwa i biżuterii. Wystawa doskonale współbrzmi ze znajdującą się po przeciwnej stronie na parterze, wystawą „Galeria Faras”. Całość przenosi w czasie do starożytności i pierwszych wieków – wybornie!
Lubię Chagalla. Może dlatego że jego marzenia, sny stają się rzeczywistością a ta miesza się z marzeniami… Może dlatego że emocje, uczucia u niego są tak namacalne i nierealne równocześnie. A może dlatego, że gdy oglądam jego prace brzmi mi gdzieś w głowie Młynarskiego i „…zapłakane oczy lśnią otula się marcową mgłą smutny pociąg i odpływa w dal, hen, w dal…”. Taka piosenka w której słyszy się ten fragment który akurat w duszy gra… Z obrazami Chagalla jest chyba tak samo…
Wystawa czasowa w Muzeum Narodowym w Warszawie prezentuje czternaście nabytków. Prace Marca Chagalla. Piękny zbiór… gwasz, temperę, kredkę, ołówek i kolorowy tusz… Senne mary, kadry z życia które nie wiadomo czy są wspomnieniem czy pragnieniem czy marzeniem jakimś nierealnym które odleciało…
Wystawienniczo – dobrze opowiedziana. Jest ciekawie opracowane kalendarium. Nie ma przeładowania gadżetami. Światło pomaga doświadczeniu sztuki. Tak malował Pan Chagall…
Ileś tam lat temu odwiedziłam Tutenchamona w Muzeum w Kairze. To znaczy jego samego i to co tam z jego grobowca Howard Carter wygrzebał. Był efekt wow….! Ale o skarbach Tutenchamona tyle się wcześniej nasłuchałam na wykładach i naczytałam, że efekt wow musiał być murowany. W Dolinie Królów – zresztą też poszperałam i pozaglądałam to tu to tam. Dlatego skusiło mnie by w Warszawskim Muzeum Nowa Praga zobaczyć co mają do pokazania. „Tutenchamon – grobowiec i skarby” to tak naprawdę pokaz edukacyjny. Zabytków żadnych tam nie ma – to jasne. Ale… Najpierw sala z tablicami i opowieścią o Tutenchamonie i badaniach archeologicznych, kulturze Egiptu tak w ogóle. Potem film – dokument. I przechodzi się do pomieszczeń w których jeden do jeden można zobaczyć to co zobaczyli odkrywcy. Nieco „pobałaganione” przedmioty z grobowca i sam sarkofag z mumią faraona. A potem poszczególne „artefakty” z grobowca już ekspozycyjnie pokazane, ze słynną maską i tronem włącznie. Wszystko nieźle opisane, a i z audio przewodnikiem też można zwiedzać. Wszystko co na wystawie to kopie. Ale dobrze zrobione. Nie dają wrażenia „plastikowych gadżetów”. Zachowane są proporcje, materiał, nawet technika wykonania przedmiotów wierna jest podobno z realiami starożytności. Oczywiście zdecydowanie i przede wszystkim rekomenduję odwiedzenie Tutenchamona w Egipcie – zarówno w Kairze jak i w Dolinie Królów – jak kto woli. To jasne! Ale jeśli ktoś ma mniej czasu – to warszawską wystawę zobaczyć można. Dobrze wizualizuje artefakty z grobowca najbardziej chyba znanego władcy Egiptu.
Wspólna historia, tradycja, kultura, sąsiadujące i istniejące obok siebie religie… Żydzi Polscy – o tym pomyślana ekspozycja Muzeum Historii Żydów Polskich. Jak pokazana? Ano snuje się opowieść od wieków najdawniejszych, od opowieści Ibrahima ibn Jakuba – do współczesnych opowieści (w wersji historii mówionej). Taka trochę multimedialna, trochę jak scenografia dla kadrów historii, czasem z artefaktami nielicznymi, opowieść o czasach 1000 letniej historii sąsiedztwa w kolejnych odsłonach. A może nie sąsiedztwa. Lepiej powiedzieć gospodarzenia. Jak się mieszka gdzieś 1000 lat to się już chyba jest u siebie trochę… Nie?
W sumie fajnie pomyślane – bo daje możliwość obejrzenia całości jak i wybranych ścieżek tematycznych lub chronologicznych. To jednak gigantyczna wystawa jest! Są i podróże i dom i synagoga i przemysł i literatura itd. itd. Można poczytać o wybitnych osobach, które wpisały się na kartach historii Polski chlubnie. Można też zobaczyć trudne momenty historii. Wystawienniczo całość zrobiona perfekcyjnie. No nie ma się do czego przyczepić. W wielu zakątkach wystawy chętnie spędzałam więcej czasu (a bywało tak że bywałam w tym muzeum z różnych powodów, często i z upodobaniem 🙂 ). Bardzo lubię zrekonstruowaną synagogę. Jak tam kolorowo! Lubię salę opowiadającą o ślubie. Cała sala jest pod chupą! Lubię ulice przedwojennej Warszawy. No pięknie. Tylko te sale które opowiadają o holokauście jakoś zwykle szybciej przechodzę… Ale potem jest sala z historią mówioną i w niej rozmowy z tymi co przeżyli i z tymi co się urodzili zupełnie nie dawno… 🙂 עַם יִשְׂרָאֵל חַי
A myśl, która mi się gdzieś tam tułała po głowie przez cały czas łażenia po POLIN… hmmm… To jednak się dało żyć na jednym podwórku nawet jeśli obchodziło się różne święta… I dla każdego to było rodzime podwórko…