Tag: Małopolska (Page 1 of 2)

A wiesz, że w Krakowie… (spis treści)

SPIS TREŚCI 

.

Muzea i galerie Krakowa

Muzejon jezuicki
Muzeum ArcheologicznegoGmach główny Bogowie starożytnego EgiptuPompeje. Życie i śmierć w cieniu Wezuwiusza
Pradzieje i wczesne średniowiecze Polski
Światowid ze Zbrucza 
Bunkier SztukiRichard Mosse, Przybywający 
Kamil Kukła, Frukta i paszczęki. 
Muzeum Etnograficzne
MuFoRakowickaCo robi zdjęcie?Tu zaszła zmiana
Świat uczuć i wyobraźni
Muzeum Inżynierii MiejskiejOgród Doświadczeń im Stanisława LemaAlicja w Krainie Czasu. Ogród Świateł
Muzeum Tadeusza KościuszkiPolaków drogi do wolności
Muzeum KrakowaDom zwierzynieckiprzeMieszczanie. Przedmieszczanin 
KrzysztoforyKraków od początku, bez końcaWincenty Wodzinowski czuły obserwator
Wieża Ratuszowa
Rydlówka
Fabryka Schindlera
Muzeum Pogórza
Apteka pod orłem
Międzynarodowe Centrum KulturyFotoblok. Europa Środkowa w książkach fotograficznych
MOCAK
Muzeum NarodoweNowy Gmach Galeria Sztuki Polskiej XX i XXI Cud światła Witraże średniowieczne w Polsce
Czarne na białym – 200 lat rysunku w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych
Geniusz baroku Szymon Czechowicz (1689 – 1775)
Jacek Malczewski romantyczne
Łempicka
Nowy początek. Modernizm w II RP
Skarbiec Wyspiańskiego
Uskrzydlone. Putta w sztuce renesansu
Wajda
Złote Runo – Sztuka Gruzji
Kamienica SzołayskichIdzie młodość I Grupa Krakowska
Szuflada Szymborskiej
Muzeum Książąt CzartoryskichPałac
Klasztorek
Arsenał „Źródła. Galeria Sztuki Starożytnej”
Europeum 
Nowohuckie Laboratorium Dziedzictwa Raptularz, czyli spraw przednowohuckich opisanie
Muzeum Ogród Botaniczny 
Open City Festiwal
Pałac Sztuki
WawelWawel odzyskanySkarby epoki Piastów. Wystawa w 700. rocznicę koronacji Wład. Łokietka
MiędzymurzeZbroja młodzieńcza Zygmunta Augusta
Wszystkie arrasy króla. Powroty 2021–1961–192
Ogród smoczy. Bronisław Chromy na Wawelu 
Królewski Rembrandt na Wawelu
Arcydzieła z kolekcji Lanckorońskich
ZpafgalleryPenderecki, w fotografii J. Marynowskiego     
Żydowskie Muzeum GalicjaHelena Rubinstein Pierwsza Dama Piękna
Śladami pamięci

Małopolskie – Bobowa

Bobowa to piękne miasteczko słynące jako jedno z ważnych miejsc na mapie chasydyzmu w Polsce. Tyle wiedziałam. To znaczy przejeżdżałam przez Bobową kilka razy w życiu  (może i kilkanaście) ale jakoś nigdy nie miałam potrzeby by się zatrzymać i pozaglądać tu i tam. Kilka dni temu, obudziłam się, przetarłam oczęta i poczułam, że mam ochotę na wycieczkę i to do Bobowej. A że pokusy najłatwiej pokonywać – ulegając im, wsiadłam w autko, pojechałam.

Bobowa lokację otrzymała w 1339 roku. Kawał historii! Zygmunt z Bobowej był pierwszym właścicielem a potem Achacy Jordan przejął i w rękach Jordanów sto lat była. Potem kolejni właściciele… I właściwie tyle. Leniwie się życie toczyło (nadal tak jest), rzemiosło i handel się rozwijał, koronczarstwo (z tego Bobowa słynie) się ugruntowało i produktem eksportowym dla miasta stało… Swoją drogą wszędzie w Bobowej piękne koronki klockowe widać. Nawet murale takie mają.

Jak w każdym małopolskim miasteczku społeczność była zróżnicowana narodowo i religijnie. W Bobowej mieszkali katolicy, bracia polscy i osoby praktykujące judaizm; Polacy i Żydzi. W połowie XIX wieku w Bobowej osiadł cadyk Szlomo Halberstam (to wnuk Chaima z Nowego Sącza, który Szlomo osieroconego wychował). Mądry facet był ten Szlomo, więc nie dziwić się należy, że dość szybko zaczęli się gromadzić wokół niego uczniowie i powstała dynastia chasydzka bobowska. Zaczęła w Bobowie nawet jesziwa działać. Dzisiaj miejsce po budynku jesziwy tylko jest znane i dom cadyka gdzie był – też…

A co zwiedzić? Był zamek Berdechów. Ale dzisiaj tylko bardzo wprawne oko historyka lub architekta dostrzeże gdzie. Jest dwór Długoszowskich, znany z tego ze się Wieniawa- Długoszowski tu wychował. Są też dwa średniowieczne kościoły. Aż dwa w tak niewielkiej miejscowości i obydwa średniowieczne! Kościół Wszystkich Świętych (w XVI wieku był zborem protestanckim) tyle razy przebudowany, że teraz już bez stylu. Kościół św. Zofii był cmentarnym. Też go historia nie oszczędzała ale ten zdecydowanie ładniejszy i z wystrojem bardziej spójnym z historyczną konwencją.

Jest też wyjątkowa synagoga. Zbudowana w 1756 roku murowano-drewniana. Do Sali modlitw wchodzi się parterem, do babieńca po schodkach i balkoniku. Byłam przekonana, że zobaczę ją tylko z zewnątrz (bo niedziela i zwykle wszystko i tak pozamykane…). Na drzwiach kartka z numerem telefonu. Dzwonię, choć pora obiadowa. Miła pani pyta czy przy synagodze jestem. „Aaaa obiad poczeka, otworze pani” słyszę w słuchawce. Ojej… Pani przyszła po dwu minutach, z energią opowiada że ponad 20 lat ma klucz… W synagodze rusztowania, konserwacja wnętrza się toczy. Aron ha-kodesz piękny! Cały w zielonej sztukaterii (coś mnie ten kolor w synagogach śledzi… 😊). Część polichromii już odnowiona: jest szofar i widok Jerozolimy itd. Wzruszona postawą pani, dziękuję jej najpiękniej jak umiem i idę na cmentarz. Przecież po to przyjechałam… Znaleźć go bez GPS – niemożliwe! W szczerym polu. Podjeżdżam, parkuję. Jestem jedyną osobą w zasięgu wzroku. Podchodzę do zamkniętej na kłódkę bramy. I… podjeżdża pan na hulajnodze. Pyta czy mi otworzyć bo i tak coś tam ma do zrobienia na cmentarzu. Szeroko otwieram oczy… Wchodzę. Macewy mniej więcej w rzędach; osobno ogrodzone te żydowskich żołnierzy austriackich. Pan z uśmiechem pyta czy mi ohel otworzyć. No jasne!

Wyraźnie cadyk Szlomo chciał ze mną pogadać… A może to ja chciałam z nim parę spraw omówić…

Małopolskie – Brody

Taka maleńka niepozorna wioska. Brody nieopodal Kalwarii Zebrzydowskiej. Historia zacna. Bo były to włości rodu Radwanitów, a najstarsze zapiski XIV wieku sięgają. Zwykle takie wioski maja piękny pejzaaaż (i tu tak właśnie jest! Zwłaszcza gdy jesienią w złotą godzinę słońce ciepłem promieni otula zielenie, żółcienie, rudości i burgundy drzew…) i świadomość (mniej lub bardziej powszechną wśród mieszkańców 😉 ), że historię to my mamy, że ooooo… ! Ale tutaj jest coś jeszcze. Centrum wsi to „Grobek”. Tak potocznie nazywa się Kościół Grobu Matki Bożej. To część dróżek kalwaryjskich, które w dwu przecinających się szlakach rozsypane są po okolicy. Ten w Brodach – ma przypominać sarkofag. W centralnej części ołtarz, na nim trumna i figura Maryi. Jak „Grobek” – to w sumie logiczne. Kościół rozbudowywany był. Między innymi o mur oporowy, przed fasadą figury apostołów, grota maryjna, obok – niewielki klasztor, ot takie tam. Warto też zobaczyć piękny architektonicznie dwór Brandysów. A kawałek dalej anielski most z widokiem na aleję, która z przystankami kaplic można pospacerować do samego sanktuarium kalwaryjskiego. Takie snucie się urocze w okolicznościach przyrody.

Ale co najpiękniejsze – to jednak jesienna kreacja. Wiem, wiem… mam lekkiego fioła na punkcie kolorów jesieni. No lubię – co zrobić. 😊 Ale tam naprawdę kolory jesienną porą potrafią o zawrót głowy jak nic przyprawić. Gdy się przysiądzie pod którymś rozłożystym drzewem… z boku barokowa fasada i apostołowie, którzy wyszli na przechadzkę… gdzieś tam na horyzoncie widać w lekkiej mgle wieże kalwaryjskie… grają jesienne preludium drzewa smyczkami gałęzi… słońce ostatkiem sił otula ciepłymi promieniami… Pięknie…

Małopolska – Dolina Chochołowska

Jakieś 10 kilometrów!!!! Oj poczułam w nogach… Zwłaszcza, że śnieg jakoś mocno nie ułatwia… Dolina Chochołowska – jedna z bardziej urokliwych w polskich Tatrach. Nawet gdy natura popudruje świat śnieżnym puchem. Najpierw wąwóz, kolejne bramy a potem dolina za doliną. W XVI wieku zaistniał tutaj epizod górniczo hutniczy. W sumie dość długi bo do XIX wieku. Do dzisiaj po nich zostały tylko nazwy typu Polana Huciska. Mniej więcej wtedy gdy kończyła się działalność górniczo-hutnicza, zaczęło się odkrywanie turystyczne. A gdy w latach trzydziestych XX wieku wybudowano na Polanie Chochołowskiej schronisko – zaczęło się dziać na poważnie 😊 To obecne to jednak lata 50-te. No a teraz – tak po prostu fajnie się tu łazi. I jest to opinia sporej ilości osób, bo na samotne wędrowanie raczej nie ma co liczyć 😊. Filmowcy też docenili Chochołowską. Stała się sceną dla kilku epizodów z „Janosika” – co w sumie oczywiste, i „Potopu” – co mniej oczywiste, ale kino ma swoje prawa 😉 A! Podobno łatwo tu spotkać lisy. Nie widziałam… poooochowały się jakoś… Ale za to słonko cudnie puszczało oko zza gałęzi smreków… Strumień towarzyszył subtelną muzyką niemal całą drogę… i tak bajkowo trochę było, że aż (jestem pewna!) Królowa Śniegu chyba w którychś saniach przemknęła…

Małopolskie – Lanckorona

Miasto aniołów… Miasto z artystyczną duszą… A dla mnie Lanckorona tak po prostu – brzmi Grechutą… Choć dzisiaj załapałam się akurat koncertowo nie na Grechutę a na Klenczona 😉

Lanckoronę mam prawie po sąsiedzku – ale nie odwiedzam jej jakoś bardzo często, nie mam więc porównania ale jakoś kojarzy mi się z jesienią… I tak sobie myślę, że jeśli na spacer lanckoroński – to w jesiennych kolorach…

Strasznie tu historycznie, bo i Kazimierz Wielki i Jan Długosz wspomina, i Lanckorońscy (tzn. Lanckorońscy chyba od XVI wieku bo wówczas takie nazwisko jeden z rodu przyjął…) i kilka innych rodów, i słynne lanckorońskie bitwy z XVIII wieku. Do dzisiaj sterczą drewniane krzyże na mogiłach konfederatów barskich, którzy w tych bitwach polegli…

Ale oprócz tego, że historycznie – jest tu po prostu malowniczo, małomiasteczkowy klimat kusi leniwym pięknem, zabytkowe ukwiecone domy rynku jak kolia historii dekorują miasteczko. Wcale się nie dziwię, że tylu artystów przyciąga… Myślę sobie, że tu nie anioły latają nad miastem tylko muzy skrzydlate zerkają zza każdego węgła…

Swoją drogą Kazimierz Wielki mocno sobie upodobał Lanckoronę, Dał lokację, przywileje na prawie magdeburskim, zamek ufundował… Ruiny zamku do dzisiaj można zobaczyć. Przy czym są to takie… naprawdę ruiny otulone czule przez zieleń… I im bardziej jesienną – tym bardziej czule…

Małopolska – Piwniczna Zdrój

Przez pierwsze osiemnaście lat mojego życia jeździłam na wczasy z rodzicami do – Piwnicznej Zdrój. Oj… znałam tam każdy kamień prawie 😊 A i miło wspominam te coroczne wakacje.

Królewskie Wolne Miasto Piwniczna metryczką sięga XIV wieku. Akt erekcyjny podpisał Kazimierz Wielki – stąd i jemu dedykowana studnia na środku rynku stoi zapewne. Miasto leżało na szlaku handlowym z Węgier, więc i rozwój jego był oczywisty i prężny. Już w XVIII/XIX wieku Piwniczna miała wodociągi, szkołę, karczmę, młyny a nawet papiernię i szpital. W XIX wieku pożar strawił kościół i kilkadziesiąt domów. Sporo… Ale niedługo potem odkryte źródła wody mineralnej spowiadały że miasto szybko przeobraziło się w uzdrowisko a kuracjusze zaczęli zjeżdżać tu „do wód”. Sama „piwniczanka” podobno dobrze robi na stres. Będąc kilka dni temu, wypiłam kilka łyków, może i kilkanaście, ale w ostatnich miesiącach najwyraźniej zbyt wiele stresu mi zaordynowano… Powinnam chyba częściej Piwniczną odwiedzać, może cykliczne przyjmowanie „piwniczanki” pomoże…

A gdy się już przyjedzie to oprócz sączenia wody, chciałoby się pozwiedzać. Zabytków w mieście jednak niewiele. XIX wieczny ratusz na rynku, na środku rynku studnia mniej więcej z tego samego czasu (to tak naprawdę cysterna), kilka pensjonatów i domów uzdrowiskowych z początku XX wieku i kościół z końca XIX wieku. Niedaleko stacji kolejowej jest też XIX wieczny cmentarz żydowski. Kilka macew z kompletnie zatartymi napisami, ale otoczony drewnianym płotkiem i trawa koszona. Kiedyś był dość duży, nawet był wzniesiony przy nim dom pogrzebowy. Pamiętam, że gdy jeździłam na wakacje, rodzice i babcia z dezaprobatą mówili o plażowiczach, którzy niemal między grobami rozkładali kocyki… Wtedy nie było ogrodzenia, a macewy zarastały chaszczami. Teraz ogrodzony, na macewach kamyczki. Szkoda tylko że tuż obok korty i boiska jakieś. One chyba na terenie cmentarza zbudowane są.

Ale do Piwnicznej przyjeżdża się głównie na relaks kurortowy. To co można sobie zaordynować to głównie spacery. Miejsc ku temu jest trochę bo miasto otulone pięknie lasem a i parków zdrojowych sporo i pięknie utrzymane. Ostatnio gdy Piwniczną odwiedziłam, było bardzo burzowe i upalne popołudnie. Szłam w kierunku pijalni. Nisko już chmury wisiały, pierwsze olbrzymie krople spadał na nagrzane chodniki, wiatr igrał z gałęziami drzew i krzewów… i rozrzucał wokół zapach kwiatów… Zapach burzy i rozgrzanej słońcem zielenie… Ech…

Małopolskie – Staniątki

Są takie miasteczka lub wioski, do których przyjeżdża się z jakiegoś jednego zaledwie powodu. Zaledwie…? Podkrakowskie Staniątki. Nazwa wzięła się podobno od tego, że przystanął tu w swej wędrówce nie kto inny jak sam św. Wojciech. I w sumie benedyktyńsko tu do dzisiaj 😃 Wzniesione w Staniątkach zostało jakieś 800 lat temu – najstarsze w Polsce i jedyne na południu naszego kraju opactwo mniszek benedyktynek. Fundacji dokonał Klemens Jaksa wraz ze swą szanowną małżonką Recławą. Pierwszą (według tradycji) ksienią miała zostać natomiast ich córka – Wizenna. Portrety fundatorów (i Dojutrka – ale to już zupełnie inna historia… 😉 ) można zobaczyć na przykład po prawej stronie w prezbiterium kościoła.

Jeśli ktoś chciałby się dostać do klasztoru… to raczej cierpliwość potrzebna… 😁 Ale jeśli aura sprzyja i słońce towarzyszy to w pobliskim parku można miło czas oczekiwania spędzić przysiadłszy na ławeczce w przyjemnych okolicznościach przyrody.

Do kościoła wejść natomiast można bez przeszkód. A tam – barokiem kapie… Cały wystrój kościoła to pięknie symbolami przez Radwańskiego (autor polichromii) opowiedziana historia zbawienia, w którą wpisane zostają dzieje zakonu benedyktyńskiego. Wszystko co na sklepieniach trzech naw oraz prezbiterium ale i też na ścianach oraz na chórze zakonnym – układa się w trójwarstwową opowieść zapisaną symbolami… Są trzy uzupełniające się cykle opowieści i każdy z nich dzieli się na trzy wątki. Perfekcja narracji po prostu! Na przykład w cyklu teologiczno-eucharystycznym (a precyzyjniej w ramach cyklu – wątku mariologicznym) tuż nad ołtarzem na sklepieniu piękny jednorożec tuli się do kobiety – wtedy był to symbol czystości. A tu konkretnie – dziewictwa Marii. W cyklu historyczno-hagiograficznym, np. wspomniany już portret fundatorów, a w cyklu symboliczno-moralizatorskim – spora „kolekcja” emblematów (takie rebusy łączące obraz z tekstem) głównie na chórze zakonnym oraz w kaplicy Matki Bożej Bolesnej. Z rozwiązywaniem tych emblematycznych rebusów – swoją drogą – niezła zabawa. 🤩

Konkluzja: Jeśli ktoś lubi zabawę w odgadywanie barokowych symboli – polecam. Jeśli ktoś lubi sjestę w anturażu parku – też. 😁

A wiecie, że w Krakowie jest smok wawelski i jego… partnerka życiowa?

A wiecie, że w Krakowie jest smok wawelski i jego… partnerka życiowa? W Krakowie są dwa pomniki smocze. Pierwszy Bronisława Chromego – smok pełną gębą. Mocarny, męski, respekt budzi 😊 To mężczyzna w sile wieku. W 2022 roku skończył dokładnie 50 lat!!!

Początkowo pomnik miał stać na Krakowskim Kazimierzu a dokładniej na Placu Wolnica. Ale ostatecznie zdecydowano, że pod Wawelem będzie mu wygodniej. Gdy już uzgodniono, że u stóp Wawelu – pomysł padł by może w Wiśle. Ale… Raz już pękł od wód wiślanych – i wystarczy! Istniało zagrożenie, że brodzący po kolana pomnik będzie szybko korodował a konserwacja obiektu cokolwiek trudna byłaby w wodzie. Poza tym fale wiślana wówczas do najczystszych nie należały – a poważny smok oblepiony śmieciuszkami to słaby pomysł. Ostatecznie stanął na głazie tuż przed swoim domem (Smoczą Jamą). Rok później zainstalowano mu ognistą naturę. Smok zaczął zionąć żywym ogniem. I tak gad stoi sobie i rozgląda się swoimi siedmioma głowami. Ja nie wiem czy ten prawdziwy sprzed wieków miał ich aż tyle ale ten Chromego – tak. Przy czym ognista jest tylko jedna – reszta dla nieuważnego obserwatora wygląda jak łapy smocze. Podobno siedem głów bo siedem grzechów… nie wiem. Ale jeśli tak to ciekawe, który jest ten ognisty… 😉

Ten drugi to (jak gdzieś tam wyczytałam) ”pomnik partnerki życiowej Smoka Wawelskiego. [….] Artysta pięknie uchwycił moment, kiedy wpatruje się ona w niebo oczekując na przybycie swojego partnera.” To pomnikowa smocza wizja Piotra Piszczkiewicza. Subtelny, nieśmiały i uroczy… Pewnie faktycznie smoczyca. W każdym razie w 2022 roku osiągnęła pełnoletność 😊 Nie jest to smok tak znany jak ten pod Wawelem. Może dlatego, że cichutko przycupnął sobie z dala od tras turystycznych i eventów, na ul. Makuszyńskiego. Pazurki jej odpadły od jednej łapki, i ogonek też makijażu wymaga. Pewnie z tęsknoty tak ma bo stoi sobie na cokoliku i w chmurki wciąż zerka… Ja nie wiem jak tak można o kobietę smoczą nie dbać, osamotnioną zostawić… 🙂

A wiecie, że w Krakowie „pluszaki milusie” na smyczy łażą?

A wiecie, że w Krakowie „pluszaki milusie” na smyczy łażą? Artystyczna dusza absolwentki ASP i absolwent poważnie brzmiącej zootechniki na krakowskiej Rolniczej. Jak połączyć tak pozornie skrajne pasje? Zakładając gospodarstwo i hodowlę najcudowniejszych i najbardziej fotogenicznych zwierzaków świata!!! 😉

Mini ZOO w gospodarstwie Jeziorkowo … Nie wiem czy to dobra nazwa ZOO. Mnie się kojarzy z klatkami i pozamykanymi zwierzętami – a tu luzem sobie łażą otwarte na to by zaprzyjaźnić się z odwiedzającymi! Są oczywiście fantastyczne psiaki (i duże i maleńkie) i kot – rudzielec pręży grzbiet, świnki w dwu różnych wersjach kolorystycznych, baranki i owieczki wespół z kózkami, drób wszelakiej maści i kolorytu… No i oczywiście całe stado alpak. Można tak po prostu wpaść w odwiedziny do tej menażerii, ale są też prowadzone zajęcia z zooterapii i spacery z alpakami. Te słodziaki wyglądają jak żywe pluszaki. Nic tylko przytulać. Tak naprawdę, aż tak chętne do pieszczot nie są ale też bardzo życzliwie nastawione do ludzi, i cierpliwie znoszące wszystkie „och” i „ach” i „o jakie słodziutkie!”. Takie zwierzaki – celebryci. Niektóre nawet chętnie pozujące do zdjęć – niemal ze świadomością, że są gwiazdami 😊

A w samym gospodarstwie Jeziorkowo oprócz tego, że zwierzaków pełno w każdym zakątku, robi się też przetwory i tka wełnę z alpak na kołowrotku, i mleczko prosto od kozy i… sielsko tak jakoś i przytulnie…

PS

Moja mama zakochała się maleńkiej białej kózce, która natychmiast zlokalizowała swoje miejsce na mamy kolanach (wcale nie pytając czy może 😉 ) i zleźć nie miała najmniejszego zamiaru!

A wiecie, że w Krakowie jest Srebrna Góra?

A wiecie, że w Krakowie jest Srebrna Góra? To znaczy nie jest par excellence srebrna ale urok ma iście szlachetny! Na jej szczycie erem kamedułów. Dzisiaj w ramach niedzielnego spaceru pognało mnie tam. Ostatnio byłam tu jakieś ponad trzy miesiące temu w ramach zakończenia projektu (tzn. jego działań terenowych). Do środka oczywiście wszedł tylko kolega by zrobić robotę, ja karnie (w znaczeniu posłusznie) czekałam przy furcie. Do eremu wejść kobiety mogą tylko kilka razy w roku. I warto się w termin wstrzelić, bo kompleks piękny jest.

Erem Srebrnej Góry na krakowskich Bielanach jest najstarszą kamedulską fundacją na ziemiach polskich. Kameduli sprowadzeni i osadzeni tu zostali w 1604 roku przez Mikołaja Wolskiego – marszałka koronnego. Wolski dokonał tej fundacji jako akt zadośćuczynienia za swoje grzechy – taka koncepcja. 😉 Chyba mocno nabroił skoro erem jako jeden z nielicznych (tylko dwa są czynne w Polsce do dzisiaj) działa nadal…

Kiedyś eremów było więcej ale teraz generalnie (zwłaszcza w wersji męskiej) niewiele. To dość specyficzny forma życia zakonnego. Ścisła klauzura, odizolowanie od świata zewnętrznego, dieta – mocno ascetyczna… Trzeba mieć szczególe predyspozycje by wybrać sobie taką wersję życia. Wszystkie fundacje kamedulskie architektonicznie mniej lub bardziej zgodne są z konstytucjami zakonnymi. Oprócz kościoła i budynków klasztornych składają się z pustelni (eremów) czyli niewielkich domków, w których żyją zakonnicy. Właściwie żyją samotnie. Choć przebywają wspólnie w klauzurze murów, bo spotykają się ze sobą dość sporadycznie, głównie na wspólnych modlitwach lub posiłkach. Charakterystyczne w kościoła kamedulskich jest brak ambon i konfesjonałów. No przecież i tak tam lud Boży nie właził – to po co… Kościół na Bielanach nie do końca zgodny jest z założeniami i przepisami zakonnymi. Całość barokowa, kaplice zdobią liczne stiuki na sklepieniach, które wykonał między innymi Philibert, oraz obrazy autorstwa Tomasza Dolabelli i Szymona Czechowicza. Ich program ikonograficzny wiąże się głównie z życiem i działalnością świętych wywodzących się z zakonu benedyktynów i kamedułów, a całość pięknie skrzy się złoceniami zwłaszcza w pogodne dni gdy promienie słońca ciekawsko zaglądają do środka.

Wokół eremu – las, od nazwiska właściciela tych ziem Laskiem Wolskiego zwany. Są tu oczywiście popularne trasy spacerowe, ale także szlaki znacznie mniej uczęszczane. Taką ścieżkę dzisiaj wybrałam… Żywej duszy… pies tylko jakiś bezpański przebiegł obok. Jeszcze niby jesiennie ale już wszystko przyprószone pudrem śniegu, momentami nawet dość obficie jak na pierwsze płatki tej zimy… Fajnie…

« Older posts