Tag: Kraków (Page 13 of 14)

Kraków – Teatr Słowackiego „Smok”

Wpadłam wczoraj do smoka. 😉 Właściwie oklaskiwać gada bo tytułową rolę grał w spektaklu plenerowym Teatru Słowackiego w Krakowie. Plener jak na opowieść smoczą był szyty na miarę – bo na dziedzińcu wawelskim.

Cała opowieść to troszkę miks legend krakowskich, choć podstawą ta o smoku i Kraku. Ale tak opowiedziana prowokująco do myślenia. Bo był książę – manipulator, któremu ego ciut mocno podrosło a żądza władzy popchnęła do podłych czynów. Był smok, wielki gad ziejący ogniem, który wcale nie był największym z zagrożeń… Prawdziwie zło smocze ukryło się w księciuniu… Był król, który dobierał sobie niewłaściwych doradców a tych którzy byli mu życzliwi i mądrzy – odpychał. Była księżniczka, która niekoniecznie chciał być taką jak setki księżniczek. Miała własną koncepcję na to co chce w życiu robić. W sumie to właśnie jej uparte działania – realizowanie własnych marzeń, zdolności, wiedzy itd. itd. uratowało królestwo…

A poza tym były kosmiczno-bajkowe kostiumy, były efekty multimedialne… Bajkowo! Ale i jakoś tak trochę poważnie…

Obsada: Bożena Adamek, Tadeusz Zięba, Agnieszka Kościelniak, Karol Kubasiewicz, Antoni Milancej, Maciej Jackowski, Marta Waldera, Tomasz Wysocki, Rafał Dziwisz,

Tekst i reżyseria: Jakub Roszkowski

Scenografia, kostiumy, światło: Mirek Kaczmarek

Kostiumy, asystent scenografa: Krystian Szymczak

Muzyka: Stefan Wesołowski

Kierownik chóru: Andrzej Korzeniowski

Kraków – Teatr Stary „Rodzeństwo”

Zdarza się, że ktoś powie dowcip i sam tylko się z niego śmieje… Gorzej gdy na spektaklu, ktoś z widowni parska nieustannie śmiechem w mementach cokolwiek nieśmiesznych. Efekt tego taki, że w pozostała część widowni nie reaguje śmiechem nawet w tych sytuacjach kiedy jest to zasadne – bo jakoś głupio… Przez chwilę nawet myślałam, że to któryś ze studentów (spędzili ich może na zaliczenie bo to czas sesji w sumie, i kazali się śmiać bo są „przymrużenia oka” w trakcie spektaklu ale nie podali kiedy 😊😊 ) ale chyba to nie to. Ktoś po prostu rozbawiony był setnie przez cały czas długiego w sumie spektaklu.

A! Mowa o „Rodzeństwie” Thomasa Bernharda w reżyserii i scenografii Krystiana Lupy w Teatrze Starym w Krakowie. Sam spektakl – świetny! W sumie przygnębiająca opowieść o tym jak człowiek sam na własne życzenie może się zamknąć w „więzieniu” które sobie samodzielnie skonstruuje. Jeden brat (Voss – Piotr Skiba) – chory psychicznie filozof, który uważa się za lepszego od sióstr, gardząc nimi, bo w swoim przekonaniu myśli i tworzy… Dwie siostry, które nie mają pomysłu na życie… Czasem udają aktorki grając dla zabicia czasu w teatrze, w którym mają ponad 50 % udziałów… Czasem kreują się na mecenaski sztuki… Jedna (Dene – Agnieszka Mandat) wchodzi w rolę opiekuna i mentora poświęcającego się dla brata ale tylko wówczas gdy on robi dokładnie to co ona uważają za słuszne… Druga (Ritter – Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), wciąż na rauszu, krytykuje by podreperować w ten sposób swój PR… A wszyscy omotani wyniszczającym ich i klaustrofobicznym przywiązaniem do powinności, do tego co wypada a co nie, do kolejności priorytetów. Cierpią ale nie chcą od cierpienia się uwolnić. Marzą o szczęści ale nie mają odwagi by zrobić w jego kierunku choć pierwszy krok. W konsekwencji pogrążają się w marazmie coraz bardziej i skupiają na przeczekaniu życia… A może nawet trochę zaczynają widzieć upodobanie w swoim ponurym i nudnym cierpiętnictwie? Nienawidzą go i równocześnie mocno się go trzymają w obawie przed czymkolwiek nowym. Przecież szczęście – wymaga odwagi! Odwagi wyjścia mu naprzeciw, czasem z koniecznością wywrócenia sobie życia do góry nogami.

Trzy osoby, które desperacko pragną życia ale nie mają odwagi by zacząć żyć. Smutne…

Obsada:

Małgorzata Hajewska-Krzysztofik

Piotr Skiba

Agnieszka Mandat

reżyseria: Krystian Lupa

Kraków – Teatr STU „Inne rozkosze”

Kocham Pilcha! Deklarowałam to już kiedyś publicznie – a teraz powtórzę. No mistrz słowa i basta. Dlatego idąc do Teatru STU niejako z automatu byłam pozytywnie nastawiona. Ale nie sądziłam, że aż taki miły wieczór przede mną. 😊 „Inne rozkosze” są po prostu i normalnie fantastycznym spektaklem! Tomasz Schimscheiner (Kohoutek) – to rola dla niego szyta na miarę! Jest NIESAMOWITY!!! Andrzej Róg (pastor) – świetny!!!! A całość (nie licząc słoja pulpetów… 😉) zaczyna się tak: „W moim najgłębszym przekonaniu dobrze usiąść obok kobiety, odpowiednio obok kobiety usiąść, na właściwym miejscu obok kobiety usiąść to jest sedno sztuki miłosnej. Kto prostotę tego kunsztu pojmie – wiele się nauczył. Kto jej nie pojmie – wiele nie osiągnie. Z różnych powodów ludzkość ponosiła fiaska miłosne. Ponosiła je, bo była nieśmiała, bo nie miała warunków, bo zrobiło się późno, bo było za wcześnie. Bo ona była jeszcze nie gotowa, bo on się wstydził, bo ją sparaliżowało, bo on się upił, […]. Z miliona powodów ludzkość ponosiła klęski miłosne. Ale miliard razy poniosła klęskę, miliard razy do niczego nie doszło, ponieważ on nie wiedział, jak się ma przesiąść z fotela na kanapę.”

Obsada:

Tomasz Schimscheiner

Andrzej Róg

Pamela Adamik

Joanna Pocica

Dominika Bednarczyk

Magdalena Walach

Marek Litewka

Reżyseria: Artur „Baron” Więcek

Scenografia: Marek Braun

Światło: Piotr Trela

Kostiumy: Jolanta Łagowska

Kraków – Teatr STU „Leopold”

FANTASTYCZNY SPEKTAKL!!! CYMES ISTNY! 😊

Od stycznia miałam ochotę wybrać się na „Leopolda” do Teatr Stu i wyjście takie rekomendowałam. Ale o kwietniowej odsłonie spektaklu przypomniałam sobie prawie rzutem na taśmę. A spektakl cudowny… Były wszystkie klezmerskie piosenki, które lubię i nucę sobie czasem. Nawet „Cymes” który od kilku miesięcy niezmiennie brzmi mi w głowie. Muzycznie dopracował wszystko prawdziwie klezmersko Konrad Mastyło (zasiadł przy fortepianie!). Samego Leopolda Kozłowskiego zagrał Zbigniew Zamachowski. Ja nie wiem czy tak naprawdę zagrał, bo nie da się skopiować Pana Leopolda. Zamachowski pięknie o nim opowiedział i wyśpiewał… A wszystko otulone płótnami Chagalla i fotami z dawnych sztetl…

A mnie w uszach brzmią często powtarzane w spektaklu słowa „Muzyka potrafi ocalić życie”. Tak właśnie jest… Nie zawsze dosłownie… A może jednak zawsze dosłownie…

Obsada:
Zbigniew Zamachowski
Konrad Mastyło
Joanna Pocica

Reżyseria: Krzysztof Jasiński

Kraków – Warsaw Jewish Film Festival

W niedzielę rozpoczął się przegląd filmowy „Przestrzeń Obrazów” Warsaw Jewish Film Festival. To już 10-ta edycja, która dzieje się w Żydowskim Muzeum Galicja w Krakowie. I jak to przy jubileuszach bywa – 10 filmów na 10-lecie. A całość w wersji kina plenerowego pomyślana 😊 Pierwszy – „Restauracja bez nazwy”, reż. Peter Keller. Komedia w sumie ale taka przyprawiona treścią do przemyśleń… Ben (ortodoksyjny Żyd) musi przejść pustynie Synaj w kilka dni (w przeciwieństwie do Mojżesza, który miał znacznie więcej na to czasu… 😉 ) Musi dotrzeć na czas by na kolacji sederowej był minian. Inaczej władze Aleksandrii zamkną gminę… Wspomaga go w podróżowaniu Adel (Beduin), który z założenia powinien pustynię znać jak własną kieszeń. Dwaj panowie – świetnie zagrali ale Pustynia Synaj – okazała się równie dobrym „aktorem”! A i muzyka w filmie warta posłuchania.

I żeby nie było wątpliwości – kolejne dziewięć produkcji też interesująco się zapowiada.

A wiecie, że w Krakowie są franciszkanie w pakiecie…

A wiecie, że w Krakowie są franciszkanie w pakiecie… 😁 Myślę, że święci nawet mają problem by, poukładać sobie mentalnie wszelkie odłamy i gałęzie franciszkańskie. A my w Krakowie mamy pakiecik 😉 I to wszystko w orbicie Rynku! 😃 To znaczy… prawie pakiecik – ale najważniejsze gałęzie franciszkańskiego drzewka, są 🤩

Pierwsi do Krakowa przybyli Franciszkanie Konwentualni, zwani czasem potocznie czarnymi, ze względu na kolor habitów. W sumie dość szybko, bo niecałe trzydzieści lat od założenia zakonu. Biskup Wisław się zgodził, kapituła dała grunta i klasztor powstał. No i nieprzerwanie działa do dziś. Cała bryła kościoła i klasztoru ulegała co oczywiste cyklicznym przebudowom (z powodu widzimisię lub z powodu konieczności np. po pożarze), choć właściwie… ogólny średniowieczny rys zachowała. Ale bez najmniejszego wysiłku znajdziemy tu i renesans, i barok, i późniejsze ślady też. Z mojego, subiektywnego punktu widzenia najważniejsza „fabryka” była w XIX wieku, gdy Wyspiański polichromią i witrażami, zrobił łąkę i zagajniki w całym kościele. I do tego jeszcze wpuścił całe stado sensualnych niemal aniołów…

Kolejni przybyli do Krakowa bernardyni (potocznie zwani franciszkanami brązowi – analogicznie ze względu na kolor habitu 😉 ). Jan Kapistran zaszalał z żarliwością kazań – i Oleśnicki chcąc nie chcąc zaordynował drewniany kościół i klasztor na Stradomiu – dedykując go św. Bernardynowi ze Sieny (stąd bernardyni). Potem liczne budowy, rozbudowy i remonty… no i mamy barok wnętrza przecudowny 🙂 Tutaj (znowu subiektywnie) najciekawsza dla mnie ta po potopie szwedzkim, gdy do wystroju wnętrza przyczynił się mocno Lekszycki i jego fantastyczne płótna „Ostatnia Wieczerza”, „Upadek” i „Ukrzyżowanie”.

Następni w kolejce reformaci. To już XVII wiek. Najpierw osiedlili się na Garbarach, potem nieopodal ale już po drugiej stronie muru miejskiego. Nowa lokalizacja okazała się dość wyjątkowa. To znaczy kościół i klasztor klasyczny – według standardów nowej zreformowanej gałęzi franciszkańskiej. Ale krypty… hmmm… mikroklimat się w nich zrobił taki, że grzebane tam zwłoki nie uległy rozkładowi a mumifikacji. Do dziś (czasem krypty są otwierane) można zobaczyć, śpiących snem wiecznym zakonników; żołnierza napoleońskiego; małą dziewczynkę, która wygląda tak jakby przez uchylone nieco powieki podglądała ciekawskich przechodniów i lekko się do nich uśmiechała…

No i na deser kapucyni. Też przybyli w XVII wieku, ale pod koniec. Kościół to cudny barok toskański. A wystrój utrzymany w klimacie klasycznych wnętrze kapucyńskich. Piękne surowe ciepłe w kolorystyce drewno, ramię trzymające krzyż przytwierdzone do ambony, ascetycznie ale z elegancją. W ołtarzu bocznym – „Tułaczka”. To figura Maryi z fasady kamienicy przy ul. Grodzkiej. Pięć lat szukano dla niej lokum, wędrowała po całym klasztorze – w te i we w te 🙂. Wreszcie Dogmat o Niepokalanym Poczęciu pomógł i w 1904 roku wylądowała w bocznym ołtarzu. Podobno odwiedzała tę figurę Modrzejewska…

No OK… może na początek wystarczy opowieści o krakowskich odsłonach zakonów I Reguły San Francesco 😁

A wiecie, że w Krakowie porozsypywały się szopki, betlejemki i inne jasełka?

A wiecie, że w Krakowie porozsypywały się szopki, betlejemki i inne jasełka? W sumie nic dziwnego, okres świąteczny przecież. I nic dziwnego też, że we wszystkich kościołach w ramach dekoracji – mniej lub bardziej tradycyjne, mniej lub bardziej zaangażowane, mniej lub bardziej estetyczne – szopki się instaluje. Podobno w Krakowie najpiękniejsza jest u bernardynów. No nie wiem… Jak kto ciekawy – niech przyjdzie i zobaczy. Taki spacer… Swoją drogą spacer szlakiem „kościelnych” szopek krakowskich może się okazać sporą wyprawą. Mamy w Krakowie daleko ponad 150 świątyń!

Od lat duże zainteresowanie wzbudzała szopka u kapucynów. Bo i warta zobaczenia! Sama betlejemka u stóp grodu Kraka (tak gdzieś niedaleko bramy Floriańskiej… 😁). A wokół… Krakowiacy w strojach podkrakowskich wsi wywijają – krakowiaka chyba. A przed stajenką w tańcu jakimś (chocholim prawie bo cały czas w kółko…) i papież, i o. Pio, i Kościuszko na koniu, i Sobieski (też konno). Nawet jakiś dziwny gość zawitał – bo w miejsce św. Mikołaja (tego z Bari) pojawił się krasnal uzurpator – też czasem Mikołajem zwany. No i aniołowie fruwają, i gwiazda też podryguje. Kiedyś dodatkową atrakcją była możliwość spotkania brata Józia – zakrystiana (persona znana w Krakowie była z licznych dykteryjek, które o nim krążyły). Gdy dzieci gromadziły się przy szopce – dla podniesienia atrakcyjności – miał zwyczaj robić śnieg, z góry sypiąc proszek ixi… Po „spektaklu” zbierał proszek odkurzaczem i… da capo! Aromat w całym kościele był niepowtarzalny!!!

Ciekawa szopka u św. Anny. To jakieś lapidarium. Wszystkie figury – odlewy gipsowe, popiersia, pomniki tych znanych i z Krakowem związanych. Takie kadry historii ale zaklęte w gipsowym odlewie. „Dziecięciem będąc” lubiłam natomiast oglądać szopkę u „czarnych” franciszkanów. Kiedyś wypełniała całą przestrzeń kaplicy Salomei. Z przodu stał leciwy odrapany aniołek, który kiwał głową gdy wrzuciło się pieniążek. Dzieci były zachwycone!!! Rodzice ciut mniej… 🙂

Ale w Krakowie mamy też rodzimą lokalną produkcję na okoliczność Bożego Narodzenia – Szopki Krakowskie. Od niedawna są na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Od lat na początku grudnia szopkarze krakowscy prezentują swoje dzieła na rynku pod Adasiem. A cudeńka to prawdziwe!!! Od takich, które w skorupce orzecha się mieszczą do gigantów na kilka pięter co i kilku rosłych chłopa by unieść musi się natrudzić. Potem konkurs, laury i wystawa. Kiedyś była w Auli św. Maksymiliana, potem w Krzystoforach, potem w Celestacie, teraz na powrót w Krzysztoforch. Ale i od kilku lat w gablotach i na witrynach kilkadziesiąt szopek po całym Krakowie jest porozstawianych. Szopka krakowska musi mieć elementy z architektury Krakowa zaczerpnięte (co krakowsko cudne) i musi być staniolem błyszcząca (co świąteczne pięknie)… no… i piękne i w pejzaż Krakowa się cudnie wpisuje dekorując go świątecznie jak bombki na choince.

A wiecie, że w Krakowie to mamy dwa biskupstwa?

A wiecie, że w Krakowie to mamy dwa biskupstwa? Kiedyś wieś podkrakowska, obecnie dzielnica Krakowa – Tyniec. Właściwie słynie głównie z opactwa benedyktynów, którzy w XI wieku postanowili sobie tutaj właśnie zamieszkać. I choć historia Tyńca znacznie wcześniejszych czasów sięga to od momentu osiedlenia się tu mnichów – Tyniec cokolwiek słynny się zrobił. Burzliwe dzieje opactwo przechodziło. Teren trudny, przygraniczny, a i do Krakowa blisko było… No na linii strzału się benedyktyni osiedlili… Co nie przeszkadzało im pędzić życie religijne, kulturowe, naukowe… A i gospodarcze nienajgorsze, bo w XV wieku byli jednym z najbogatszych opactw na ziemiach polskich. Świątynia opactwa (barokowa, choć ślady wcześniejszych się zachowały) dedykowana jest św. Piotrowi i Pawłowi – stąd herb benedyktynów tynieckich na tarczy w polu czerwonym, dwa klucze w krzyż i miecz (atrybuty hagiograficzne tych dwóch świętych). XIX wiek dla benedyktynów okazał się dość trudny. Powrócili do Tyńca dopiero w 1939 roku – po 123 latach… Teraz – kwitnie! Prowadzone prace konserwatorskie przywracają coraz pełniej niekwestionowany blask tego miejsca.

No a co z tym biskupstwem? Ano w XIX wieku opactwo zostało zlikwidowane decyzją władz austriackich a w zabudowaniach osadzono biskupa, erygując tym samym biskupstwo Tynieckie, potem do Tarnowa przeniesione. Ale fakt jest! W granicach współczesnego Krakowa – mieliśmy dwa biskupstwa i to oba katolickie. 😉

Z innych opowiastek? Ano w Tyńcu robiono słynne magierki – czapki, w których chętnie chodzili krakowiacy z obu stron Wisły. To taką właśnie czapkę przywdział sam Kościuszko, choć w ikonografii często w rogatywce jest przedstawiany. To magierką w gospodzie, w chłodny dzień ogrzewał swoje stopy jak skarpetą – wzbudzając tym samym niepochamowane oburzenie widzących ten zabieg, podkrakowskich chłopów! Sienkiewiczowa gospoda „Pod lutym turem” – tutaj właśnie była, a i Kraszewski tyniecki anturaż sobie zaordynował w „Braciach Zmartwychwstańcach”. No i nie zapominajmy o dość skomplikowanej i przewrotnej historii miłosnej Walgierza i zmiennej w upodobaniach Helgundy.

U stóp opactwa Brama Tyniecka – czyli przełom Wisły i przystań wodna. Nie tylko łódki i kajaki różnorakie tu się zatrzymują. Upodobało sobie zaciszny brzeg tyniecki ptactwo wszelakiej maści. Cudnie się wdzięczy w reflektorze zachodzącego słońca. Teatr panie… teatr…

A! W Tyńcu Wielkanoc jest przez okrągły rok 🤩 Takie wzgórze mają… W sumie żadna sensacja, że akurat tam w tym roku pierwsze bazie znalazłam 😉

A wiecie, że w Krakowie mamy „Koronę szczytów”?

A wiecie, że w Krakowie mamy „Koronę szczytów”? No ok ok… Te szczyty, to kopce w liczbie cztery i pół – ale zawsze to jakieś wzniesienia…

Najstarszy to Kopiec Kraka. Tylko 16 – metrowy ale na wzgórzu Lasoty – wiec wrażenie robi 🙂 Długosz (Kadłubek też) uważał, że pochowany tam jest Krak – założyciel Krakowa, smokobójca i ojciec Wandy oraz Libuszy. Podobno lud Krakowa sypiąc go przynosił ziemię w rękawach (dlaczego akurat tak – nie pojmę…) stąd do dzisiaj obchodzone tam święto Rękawki. Tak naprawdę nazwa święta raczej od słowa raka – czyli grób, pochodzi. Sam kopiec to solidna konstrukcja jednak. Słup a wokół niego wyplatane przegrody z ubitą ziemią. Więc raczej żaden spontan a przemyślan koncepcja i wykonanie. Na temat tego – co to właściwie jest? – teorii co najmniej kilka. Bo to jedni uważają, że grobowiec jakiś celtycki inni że tak pomiędzy VII a X wiekiem po prostu usypany, jeszcze inni widzą w nim nordyckie lub scytyjskie pochodzenie. Badania archeologiczne dały sporo znalezisk (np. kultury łużyckiej), z czego większość pewnie przywleczonych z glebą w trakcie sypania… Samego Kraka – nie znaleźli. Znaleźli za to korzenie kilkusetletniego dębu – ściętego co ważne. Podobno było to miejsce kultu przedchrześcijańskiego. Ładnie tu. Widok prima sort. Azymut z kopcem Wandy fajny – tak na wschód i zachód słońca. No i świadomość tego dębu… No nie dziwię się, że od jakiegoś czasu tu właśnie zbierają się ludzie obchodzący w sposób tradycyjny Kupalnockę…

Kopiec Wandy ciut niższy bo ma 14 metrów. Wzniesiony był na terenie wsi kiedyś zwanej „Święta Mogiła” co sporo tłumaczy… chyba… To też miał być grobowiec. I to skoligaconych bo Wanda to wspomniana córka Kraka. Kopiec usypany został prawdopodobnie w VII/VIII wieku. Pochodzenie – jak wyżej, nieznane. Hipotez – wiele. To też mają wspólne. Taka tradycja rodzinna widać… 😉 Kopiec według legendy miał być usypany w miejscu, w którym znaleziono zwłoki Wandy po tym jak się do Wisły rzuciła, by niechcianego małżeństwa uniknąć. Choć może tu też było jakieś miejsce kultu. A może jakieś cele astronomiczno-astrologiczne? Te zachody i wschody i azymut dwu kopców chyba nie są tak do końca i zupełnie przypadkowe. Kto wie… Widok stąd mniej porywający ale za to na samym czubku kopca stoi orzeł projektu Jana Matejki.

Tak by chronologię zachować – był w Krakowie też kopiec Estery usypany w XIV wieku dla ukochanej Kazimierza Wielkiego. Ale się nie zachował.

Najbardziej znany z kopców krakowskich jest Kopiec Kościuszki. Około 35 metrów! Jest gdzie się wspiąć! Zaczęto go budować w 1820 roku. I szybko się uwinęli, bo w trzy lata. Kopiec upamiętniał powstanie kościuszkowskie – dlatego i też odrobinę ziemi z pól bitewnych (Racławice, Maciejowice i Dubienka) przywiezione. Idea wzniesienia go pojawiła się na fali kultywowania pamięci, wręcz kultu bohaterów narodowych. A że Kościuszko – szyty na miarę na taką okoliczność to i kopiec dostał. Potem Austriacy wznieśli dookoła fortyfikacje i całość zrobiła się monumentalna i mocno przyciągająca dzisiaj turystów. Nie tylko dlatego, że pejzaż stąd cudny ale i kompleks interesujący. A jak jeszcze iluminacje się trafią – to cudny i z dołu i z góry oglądany.

Kopiec Piłsudskiego (tak naprawdę Niepodległości ale my go w Krakowie znany jako kopiec Piłsudskiego) jest największy. Ponad 35 m. No ok ciut ciut ale jednak pobił w wysokości Kopiec Kościuszki. Usypany w latach 1934–1937, z powodu i na okoliczność – no jak sama nazwa wskazuje. Tu dla odmiany ziemia z pól bitewnych I wojny. Znowu tradycyjnie (oj lubimy w Krakowie tradycje, lubimy…) W czasie II wojny Frank wydał rozkaz zniszczenia kopca. Nie wykonano rozkazu – kopiec przetrwał… Po II Światowej tak nam się ustrój poukładał, że kopiec pod takim imieniem nie miał racji bytu i musiał być programowo dewastowany przez władze. Ale i to przetrwał… Teraz odnowiony, z zagospodarowaną fajnie przestrzenią tak w duchu historycznej pamięci walk. Pięknie oko cieszy i fajny cel spacerów.

No i najnowsza produkcja. Kopiec (kopczyk właściwie…) Jana Pawła II. No rozmachu nie ma, nie ma… Raptem jakieś 7 metrów. Tak dla zauważenia go z dala na szczycie krzyż. Nie wiem czy nie wyższy niż sam kopiec, a na pewno takie wrażenie robi. Ja nawet nie wiem czy od początku to wzniesienie na posesji Zmartwychwstańców było dedykowane jako kopiec JPII, czy to jakoś wtórnie wyszło. Ale poświęcony w 1997 został i upamiętniać miał nawet nie samego papieża co jako pamiątka IV pielgrzymki do Polski robił.

Wszystkie cztery duże kopce – fajnie zadbane, z przemyślanym otoczeniem. Wanda – najmniej uczęszczana, może dlatego że blisko kombinatu jednak. Widokowo też najsłabiej. Do Piłsudskiego trzeba leźć i leźć bo w środku lasu. On jest z takim klimatem narodowym wokół. Pewnie przez te dęby pamięci i samą nazwę przecież też. Największą infrastrukturę otoczenia ma Kościuszko. Ładnie ale jakby to powiedzieć żeby tylko trochę obrazić… Marketingowo tak jakoś… Ale ok – takie miejsca też potrzebne.

Dla mnie numerem jeden jest Krakus! Kopiec jak kopiec ale anturaż wokół… CUDNY!!! Najpiękniejszy widok z niego na Kraków. A dokoła – kamienie bielą się w trawie, czasem w sposób przemyślany jakiś poukładane jakby ślady czasów zaprzeszłych wyglądały z ziemi… Aż kusi by zrobić tu jakiś miły „biwak” z grillem w towarzystwie spoglądającego z góry księżyca i gwiazd odbijających się w oknach krakowskich kamienic.

No… To tyle mamy kopców… Jak na razie… 😉

A wiecie, że w Krakowie to mamy taki Krucyfiks, który do fryzjera chadzał?

A wiecie, że w Krakowie to mamy taki Krucyfiks, który do fryzjera chadzał? To znaczy obecnie w Krakowie… Bo cystersi osiedlili się w 1222 w podkrakowskiej wsi Mogiła, która dopiero wiele, wiele wieków później do Krakowa została włączona. W sumie osiedlenie zgodne z preferencjami zakonu, w którym nowe fundacje preferowało się zakładać na wsiach. Nie bez przyczyny Mogiła szybko stała się miejscem pielgrzymek. W bazylice znalazła swoje miejsce nie tylko cudami słynąca figura Ukrzyżowanego. W opactwie (co nie dziwi przy tak wielowiekowej historii miejsca) jest też sporo relikwii. Między innymi, nie potwierdzone chyba, relikwie Drzewa Krzyża. Obecna bazylika odbudowana została barokowo po pożarze na początku XVIII wieku ale metryczkę świątynia posiada XIII wieczną. W absydzie – XV wieczny poliptyk z figurą Matki Bożej z Dzieciątkiem w części głównej. Można tu także zobaczyć prace Samostrzelnika, można posłuchać zupełnie niczego sobie, 36- głosowych organów kościelnych…

Dla cystersów, generalnie ważne miejsce zajmuje kultura agrarna. Ci mogilscy nieźle gospodarowali. Wprowadzali nowinki ze świata dla podniesienia wydajności upraw, osuszali ziemie dając im rolny charakter, wypasali bydło itd. itd. Były też ogrody warzywne, oranżeria, stawy a nawet młyn, folusz i huta miedzi! Teraz już jakichś ogromnych włości, upraw czy hodowli nie posiadają ale ogród – jest! I to zupełnie ładny. Część zmieniono na plac ale bliżej klasztoru – zielnik. Potem szpaler cudownie szumiących starych drzew a za nimi szklarnie i warzywniak. Gdzieś na grządkach (nie widziałam ale na słowo wierzę 😉) rośnie proso jerozolimskie, z którego mnisi różańce robią. Taka atrakcja! 😊

A co z tym Krucyfiksem? Ano jest w kościele mogilskim kaplica gdzie w ołtarzu – figura Ukrzyżowanego, która posiada naturalne włosy (peruka i perizonium od XV wieku zakrywa ślady nadpalenia po jednym z pożarów kościoła). Figura słynęła cudami od XIII wieku. Była miejscem pielgrzymek, do którego przybywali nawet monarchowie. A legendy? Jest ich całe mnóstwo. Między innymi podobno widok Jezusa miał dwukrotnie odstraszyć atakujących i chcących ograbić opactwo Tatarów. Inna legenda głosi, że figura potrząsnęła głową zrzucając hełm, gdy dla żartu jeden z żołnierzy ją tak właśnie „udekorował”. Ale najbardziej znana w Krakowie jest ta legenda z włosami, które miały odrastać. Lud pobożny zabierał podobno obcięte włosy jak relikwie, które cuda uleczeń miały dokonywać. I tak było, aż do momentu gdy jakaś mieszczka chciał w ten sposób uleczyć swojego pupila – psiaka… Według innej wersji, włosy peruki zaczęły rosnąć ale nie były obcinane. O kosmyk ich poprosiła w chorobie Bona. Jeden z zakonników odważył się kosmyk uciąć. Królowa wyzdrowiałą ale włosy przestały rosnąć. Tak czy tak, fryzjer chyba na razie nie jest potrzebny, bo nie widać by teraz włosy miały być dłuższe niż przed wiekami…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑