Tag: Indie (Page 1 of 3)

Indie – Agra, Czerwony fort

Delikatna biel czule otulona mocnym ramieniem rudawej czerwieni. Takie połączone odległe światy w harmonijnym duecie, które wyrosło na granicy lasu (tak można przetłumaczyć pierwotną nazwę Agra)… Pałac, który stał się więzieniem dla Szahdżahana, który mógł tylko patrzyć stąd na grobowiec swojej miłości – Tadż Mahal. W sumie słabo, bo zamknął go tam jego własny syn, przy okazji roztrwaniając nie mały majątek imperium na bezsensowne walki…

Tysiące robotników wznosiło około 500 budowli, które składały się na szesnastowieczny Czerwony Fort w Arze. Przy czym tę nazwę Fort zyskał po przebudowę w II poł XVI w. Faktycznie czerwony – to znaczy z czerwonego piaskowca więc taki trochę między ochrą a sjeną paloną, ale niech będzie że „czerwony” 😉. W środku – białe marmury pięknie kontrastują na tle czerwieni murów zewnętrznych. Wyrafinowana koncepcja z makijażem mozaik, kameryzacji, złoceń. Jak to w fortach Radżastanu – trudno się skupić na jakimś konkretnym zakątku. Jest fantastyczny, chyba jeden z najpiękniejszych w Indiach – perłowy meczet; są niesamowite pałace – pałac luster na przykład, cudowne relaksacyjne ogrody, pawilony z salami do audiencji. Tu był słynny pawi tron z mnóstwem rubinów, szmaragdów, brylantów i ze słynnym diament „Koh-i-noor”, który każdemu właścicielowi przynosił sporo… nieszczęść. Od popadania w obłęd i choroby do podtruwania i takich tam atrakcji. Trudno było wejść do fortu bez zaproszenia, choć w sumie strażników nie było… Podobno z jednej strony – pomiędzy murami wśród zasadzonych tam dżunglowatych roślinek spacerowały tygrysy, a z drugiej strony w fosie pływały sobie krokodyle. Jedne i drugie gotowe serdecznie powitać nieproszonych gości.

Fort, jak to fort – trochę przeszedł… Gdzieś tam nawet widać te burze… Ale mnie i tak uwiódł dziwnym pięknem. I proszę nie pytać dlaczego. Nie wiem… Po prostu – bo tak! 😉

Indie – Agra, Tadż Mahal

Świątynia Miłości – Tadż Mahal… No ja nie wiem czy to akurat dobra koncepcja świątynią miłości nazywać grobowiec… Z miłością kojarzy mi się raczej erupcja emocji, namiętności, rozkwit tego co nowe, ekscytujące, mimo wszelkich nie i tak pociągające, kuszące… Z grobowcem, mauzoleum czy inna tam mogiła – raczej słabo… Ale jak kto tam woli tak ma! Tadż Mahal w Agrze wzniósł Szahdżahan dla swojej ukochanej, choć podobno nienachalnej urody już wtedy żony Mumtas Mahal. Zmarła przy porodzie czternastego bodaj dziecka. Ja nie wiem jak to z tą miłością było. Podobno Mumtas na łożu śmierci nakazała mężowi by nigdy się więcej nie ożenił, zaopiekował dziećmi i wzniósł monument upamiętniający ją samą… Karnie posłuchał… To mi wygląda na despotkę a nie zakochaną kobietę ale co ja o gustach będę… 😉 Gust architektoniczny natomiast Szahdżahan bez wątpienia miał! Zaangażował ponad 20 tys. robotników, robota trwała dwadzieścia dwa lata (1632–1654) – ale jest! To kompleks czterech budynków. Najbardziej rozpoznawalny to oczywiście główny, porażający wprost bielą budynek mauzoleum. Wewnątrz ascetyczny w sumie, na zewnątrz – koronkowy. Po prawej i lewej stronie – meczet oraz bliźniaczo wyglądający – dawny budynek gościnny. No i całość uzupełnia brama oraz ogród – symbol raju. To nie tylko cudo architektoniczne. To architektura, która symbolami wchodzi w dialog z mistyką, religijnością, duchowością… Nawet zdobiące całość szlachetne i półszlachetne kamienie nie są przypadkowe. To głęboko przemyślana mistyczna opowieść zaklęta w kamień…

A! Podobno kolor mauzoleum zmienia się w ciągu doby (pod wpływem słońca) tak samo jak zmieniały się nastroje Mumtas… 😉

Indie – Bikaner

Ostatnio jakoś zaczęło mi brakować gwaru… Takiego zwyczajnego zgiełku ulicy. Ale nie takiej taktownego, wysublimowanego zgiełku ulic europejskich. Mnie brakuje muzyki ulic Azji. Nie wiem czy Indie są najgłośniejszym krajem świata ale w czołówce na pewno zajmują znaczące miejsce. 😉 Bikaner… Hmmm… W XV wieku była tam jeszcze pustynia. Wtedy Rao Bika założył miasto. Bikaner rozwijał się pod rządami klanu a potem przeszedł w ręce Mogołów. Zaczęły pojawiać się forty, pałace, haveli, i przede wszystkich handel, który napędzał to wszystko. No rozkwit nieprzerwany! (tzn. z małymi zakrętami…).

Ale tam cudownie gwarnie jest !!! To jedno z tych miejsc gdzie elementem koniecznym wyposażenia pojazdu jest klakson. Cała reszta elementów konstrukcyjnych jest alternatywna. 😉 A ile nawoływań, przekrzykiwania. Toż jest to jeden z bardziej znanych ośrodków tkackich. A co się utka to i sprzedać wypada. 😊 Handlują tu też wielbłądami. Chyba jakoś na początku roku jest organizowany w Bikaner słynny targ. Jest tu nawet muzeum wielbłądzie!

Ech… pojeździłoby się jakąś rikszą czy innym obiektem jeżdżącym, schrupało bhujia, ponasłuchiwało melodię ulicy… A potem w ciszy jakiejś haveli posłuchać szumu wody w fontannie…

Indie – Chittaur Fort

Chittaur Fort – jeden z fortów w Radżastanie. Wzniesiony został w VIII wieku. Przez jakiś czas był nawet stolicą Mewar. Z fortem cokolwiek romantyczna historia się wiąże. Zdobył go w 1303 roku sułtan Dheli – Alauddin Childżi, a to dlatego że chciał posiąść słynącą z urody księżniczkę Padmini. Umiarkowanie mu się udało, bo księżniczka wolała popełnić (uzasadnione kulturowo i zarazem rytualne) samobójstwo. Taka Indyjska wersja naszej Wandy co Niemca nie chciała. Tyle że Padmini się spaliła a nie utopiła. Ponad 200 lat później sytuacja się powtórzyła – tyle że dżohar (jaubar) popełniło wówczas 13 tys. kobiet.

Cały kompleks jest ogromny. To blisko 300 hektarów – największy fort w Indiach. Ale turystów w sumie niezbyt wielu. Chyba więcej odwiedzających mieszkańców Indii, niż obcokrajowców. W forcie – świątynia Kalika Mata do której niezmiennie pielgrzymują pobożni hindusi, ogromna wieża Vijay Stambh z genealogią władców fortu, kilka pałaców np. Rani Padmini lub Rana Kumbha. Generalnie jest się gdzie błąkać godzinami…

A! I drobnostka… Wiem. Obecność małpiatych różnej proweniencji w Indiach nie jest jakimś wyjątkowym wydarzeniem – ale mieszkanki tego Fortu – szczególnie miłe i życzliwe się okazały. 😉 Może dlatego, że turystów niewielu – i nie nauczyły się jeszcze ich zaczepiać paskudnie. 😅

Indie – Delhi

Ostatnio skomentowałam fotę kolegi. Taka fajna fota z jakiegoś zakątka Indii. „Wiesz – chaos trochę… ”. Odpowiedź poszła natychmiast „Takie są … Indie!!!”. Pełna zgoda! Takie są Indie. 😊 Zwłaszcza dla takiego ktosia jak ja, który odbiera i zapamiętuje to co dookoła nie tylko przez obraz ale i zapach, dźwięk, dotyk… No są… Ale…

Delhi to jedno z bardziej hałaśliwych miast Indii. 24 h na dobę – klaksony „na full”, muzyka, głośne rozmowy, nawoływanie, śmiechy, modlitwy wszelkich możliwych religii i wyznań itd. itd. itd. Wszędobylskie, wdzierające się bezczelnie, wszelkie kolory świata i wszelkie jego zapachy… Trudno się dziwić w sumie. Tu miasto na mieście się wznosi i z niego kiełkuje, wyrasta. Na gruncie jednego wyrastało kolejne, ślady poprzednika wykwitały, przedzierały się nieśmiało jakby zawstydzone trochę nowym ale mające świadomość swojego znaczenia. Są zabytki sprzed wieków, bo jest kompleks Qutub, XVII wieczny Wielki meczet zwany piątkowym, czerwony fort z tego samego wieku… Ale też z historią zupełnie świeżą. Na przykład Brama Indii zbudowana przez Ludwina Lutyensa dla upamiętnienia żołnierzy indyjskich którzy polegli w trakcie I wojny światowej. Albo ogromna Bahaistyczna Świątynia Lotosu która robi wrażenie nie tylko formą architektoniczną ale i mocno odcinającą się od pejzażu Indii bielą. Najbardziej (przynajmniej dla mnie – bo faceta ceniłam bardzo) emocjonującym miejscem jest Raj Ghat i miejsce pamięci Mahatmy Gandhiego.

Ech…. kalejdoskop przedziwny historii. I tak od VIII wieku (a i chyba wcześniejsze też ślady).

A co z tym chaosem, hałasem, zgiełkiem… No niby jest… Ale w tym młynie, gdzieś ktoś przysnął na chodniku w cieniu, zmęczony upałem; ktoś zagłębił się tak w swoich myślach, że świat mu się zatrzymał; czyściciel uszu z uwagą skupia się na swojej robocie (precyzja tu ważna! ); kobieta jakaś sprzedaje bransoletki na kostki i zamyślona pobrzękuje cichutko dzwoneczkami biżuteryjnymi; cisza otula Vir Bhumi…

Chaos, zgiełk… a w nim cisza, zatrzymanie się na chwilę… Indie przedziwne jednak są…

Indie – Deshnok

Świątynia szczurów w Deshnok niedaleko Bikaneru to dość wyjątkowe miejsce. To świątynia hinduska gdzie szczury nogi podkładają. Są ich tutaj setki. Łażą po ścianach, pełno ich na korytarzach i dziedzińcach… Nie boją się ani pobożnych pielgrzymów, ani zdziwionych i zainteresowanych turystów. Z gracją kosztują wodę wystawioną tu i tam w okrągłych misach, lub degustują pozostawiane dla nich kąski. Czasem po prostu leniwie prezentują się, lub biegną gdzieś w swoich sprawach. Skąd się wzięły? W świątyni czczona jest Karni Mata – to jedno z wcieleń bogini Durgi. Urodziła się 1387 w niewielkiej wiosce. Była ascetką, słynęła z mądrości i dobroczynności. Dokonywała licznych cudów. Gdy utonął jej syn (niektórzy twierdzą, że siostrzeniec) – chciała przywrócić go do życia. Młodzieniec odrodził się jednak już pod postacią – szczura! Potomkowie Karni Maty (a jest ich w okolicy sporo) do dzisiaj wierzą, że po śmierci odrodzą się pod postacią szczura i zamieszkają w świątyni. Warto wypatrywać białego szczura – to ponoć wcielenie samej bogini. W sumie taki rodzinny interes…

Bardzo tu różowo. Nie do końca uważam ten kolor, więc czułam się trochę jak w landrynkowym domku dla lalek. To znaczy, czułabym się gdyby nie dodatkowa atrakcja w postaci wspomnianych wyżej zwierzaków. Dla jasności – szczur to szczur. Zwierzę jak każde inne, a i czasem nawet futerko ma ładne… Wiem, zarazy roznoszą i generalnie, choć inteligentne, nie cieszą się wyjątkową estyma. Ale sam ich widok nie był dyskomfortowy. Dokuczliwy okazał się wszechobecny smród! Przy czym trudno było stwierdzić co intensywniejsze smród szczurów, czy smród gołębi, których tu niewiele mniej niż gryzoni. Tak czy tak – wyjątkowe to miejsce.

Indie – Fatehpur sikri fort

Perła architektury i sztuki imperium Mogołów – Fatehpur sikri fort (Miasto Zwycięstwa). To idealne połączenie wpływów kulturowych Islamu, Chrześcijaństwa i Hinduizmu. Taki architektoniczny ekumenizm. 😉 Akbar – Trzeci z Wielkich Mogołów generalnie był tolerancyjny. Nawet trzy główne żony były trzech wspomnianych wyżej wyznań (żon i nałożnic miał wiele, choć w jego przypadku chyba tylko dlatego, że wypadało mieć… Swoją drogą utrzymać porządek i karność w pięćsetosobowym babieńcu! To graniczy z cudem!). W kompleksie cieszą oko trzy pałace dla owych trzech żon. Przy czym najokazalszy jest ten, który należał do Jodha Bai – żony, która dała władcy męskiego potomka. Akbar nie mogąc doczekać się następcy, o poradę poprosił Sufiego Salima i… ten pomógł. 😉 Właściwie gigantyczne miasto (fort) Wielki Mogoł wzniósł by być bliżej swego doradcy i powiernika Sufi Salima. Kompleks cudownie tętnił życiem, gwarem i pluskiem wody w licznych basenach i fontannach, aż do momentu gdy owej wody zabrakło. Mieszkańcy przenieśli się do innych miejsc, Akbar zresztą też, ale miasto do dzisiaj urzeka urokiem czerwieniących się murów, zdobnych misternie i koronkowo. Jednak jest miastem wymarłym. Oprócz pałaców żon Akbara, warto zerknąć tu do pięknego meczetu Dżama Masdżid, do którego wchodzi się przez Bramę Zwycięstwa. W Diwan i Khas, Akbar miał zwyczaj debatowania z mędrcami i uczonymi. I jeszcze Pałac Wiatrów z ażurowymi oknami oraz wieża Hiran Minar wybudowana w miejscu gdzie padł ulubiony słoń Akbara itd. itd… Czerwono-brunatne budowle z lokalnego piaskowca składają się na cały fort. Jest jednak jeden wyjątek. Grobowiec Sufiego Salima wzniesiony jest z białego marmuru. Wejście do grobowca wykonane jest z drewna hebanowego, nad sarkofagiem – baldachim z drewna sandałowego, białe ściany zdobią dekoracje z masy perłowej. Sufi spełnił marzenie Akbara o potomku, dlatego wierni muzułmanie przychodzą do grobu mędrca i okrążają go by prosić o spełnienie trzech marzeń.

Wszystkie moje marzenia i pragnienia oraz życzenia spełniają się… Czasem muszę troszkę poczekać, a czasem odrobinę pomóc szczęściu. Pamiętając o tej zasadzie grobowiec Salima okrążyłam, zgodnie z tradycją wizualizując sobie trzy aktualne marzenia, i… czekam. 🙂

Indie – Jaipur

Jaipur fortami stoi! Ale nie o nich tym razem a samym mieście – stolicy Radżastanu. Nazwę zawdzięcza Jai Singha II, który w XVIII wieku przeniósł do nowo wzniesionego miasta stolicę. Chociaż – obecnie często jest nazywane różowym lub czerwonym miastem (od koloru budynków). Jak to w Indiach – gwarno tu i kolorowo, choć sam układ urbanistyczny miasta – jakby trochę bardziej poukładany. Jednym z piękniejszych budynków w Jaipur jest Pałac Wiatrów. Gigantyczna budowla z czerwonego piaskowca. Właściwie wygląda jakby z czerwonej koronki był wybudowany a nie z twardego kamienia! Skąd nazwa? Ano w środku układ korytarzy daje naturalną wentylację i chłodzenie. Co dla mieszkających w nim (i obserwującym życie na zewnątrz przez niewielkie zabudowane koronkowo balkony) dam dworu było miłym luksusem. Nieopodal, podobny w kolorystyce – płac miejski. Czyli w sumie kompleks ogrodów, dziedzińców i budynków pałacowych różnorakiego przeznaczenia. Można tam zobaczyć olbrzymie błyszczące kadzie, w których maharadża przewoził wodę z Gangesu (do picia!) w czasie podróży do Anglii. No… Bogatemu kto zabroni. 😃 Koniecznie odwiedzić należy Dźantar Mantar – osiemnastowieczne obserwatorium astronomiczne. Wygląda jak park z dziwnymi konstrukcjami, które nie mam pojęcia do czego konkretnie służą ale na pewno do obserwacji nieboskłonu były używane. To był w sumie taki ośrodek badawczy powołany do życia i sponsorowany przez maharadżę. A! No i słynne manufaktury kamieni szlachetnych! Z tego Jaipur słynie. Obróbka ich jest naprawdę na wysokim poziomie kunsztu artystycznego. A najlepsze to, że warunki tejże obróbki iście „spartańskie”. Taaa… Indie po prostu…

Indie – Jaisalmer, jezioro Gadisar

Lubię niebo o zachodzie słońca. O wschodzie też – choć z przyczyn czysto technicznych znacznie rzadziej go widuję… 😉 Ostatnio usłyszałam patent na ten problem. Dla oglądania wschodu nie należy wcześnie wstawać – tylko się nie kłaść. Mądre i trafne! Może warto wypróbować… 😀😎 Wiele jest miejsc, w których wielobarwne niebo i słońce tuż nad horyzontem wiszące, cudownie oświetlało przestrzeń. Jednym z takich – Jaisalmer „Złote Miasto Indii”. Fakt sporo tu budowli z żółto – złotego piaskowca, co efekt ciepłego światła zachodzącego słońca mocno potęguje. Piękne heveli w całym mieście, jak zrobione z koronki. W niektórych nadal kwitnie życie w innych również handel. Bo można zobaczyć jak w środku i dywan jakiś gustowny nabyć drogą kupna. Bardzo efektownie wyglądają zwłaszcza te XIX – wieczne np. Patwon-ki-Haveli lub Salim Singh-ki-Haveli. Ale dla widoków rzeczonego zachodu / wschodu najlepsze jezioro Gadisar. W 1367 zostało sztucznie stworzone z inicjatywy Rawal Jalsal jako źródło zaopatrzenia w wodę dla miasta. To właściwie sztuczny zbiornik napełniany deszczówką. Woda była ważna, cenna, święta… Stąd wokół jeziora (piękne architektonicznie skądinąd) wieże strażnicze. Do jeziora prowadzi kilka bram. Najsłynniejsza z nich to Tilon Ki Pol, jak chce tradycja – ufundowana przez bogatą i wpływową prostytutkę imieniem Tilon. Na tyle ciekawe i piękne to miejsce, że stało się w 2016 roku tematem filmu Soul of Jaisalmer. Jakoś się nie dziwie…

Indie – Jaisalmer

Zwykle zwiedzając jakiś zakątek świata, wpada się do kolejnych miast, zwiedza z mniejszym lub większym zaangażowaniem kolejne „atrakcje turystyczne”. I kolejna, i następna… no nie!!! To nie tak. To znaczy nie deprecjonuję takiej formy (najczęściej zorganizowanej) poznawania świata. Rekomenduję jednak wyjazdy w niewielkich grupach, duetach (UWAGA – konieczność kompatybilnych fascynacji kulturą, sztuką, przyrodą itp. Inaczej wyjazd staje się klęską) lub nawet w wersji singiel. I… zanurzenia się w ulicach, bezdrożach, zaułkach… Dać się porwać przez tłum… lub przysiadłszy z boku obserwować jak rzeka ulicznego gwaru przetacza się jak kadry z filmu. Lubię tak… Kiedyś tak mi się zdarzyło w „Złotym Mieście” – Jaisalmer. Z jakiegoś powodu cały dzień był free!!! Aż się prosiło by połazić po mieście. Miasta w Indiach generalnie są jedną wielką plątaniną ulic. Tak jakby ktoś w pozornym chaosie i bezładzie poformował arterie, które zupełnie przypadkiem utworzyły miasto. No ale Jaisalmer to już przesadził. 🙂 I wszędzie tłoczno, gwarno, kolorowo, pachnie specjałami lokalnej kuchni (smacznej bardzo!!). Generalnie życie toczy się tu na ulicy. Na ulicy się gotuje, handluje, prowadzi drobne usługi rzemieślnicze. Tu ktoś sprzedaje najpiękniejsze „cosie” świata, tam gromadka dzieci radośnie pokrzykuje, pielgrzymi spiesznie idą pewnie do którejś ze świątyń (jest ich w samym forcie siedem). Ktoś tam zagadał z uśmiechem – no jednak biała twarz – dość trudno się wtopić. Ech… fajnie się tak podgląda zakątki świata…

« Older posts

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑