Ileś tam lat temu, mój nieletni wówczas siostrzeniec, powiedział mi po spektaklu „Cyganeria”/ „La Boheme” – Wiesz ciocia, to najsmutniejsza opera w której śpiewałem… I trudno się z taką opinią nie zgodzić. Puccini wycisnął łzy skutecznie jak tylko on potrafi. Historia trochę jak w „Casablance” 😉 Spośród wszystkich drzwi w kamienicy Mimi zapukała akurat do drzwi mieszkania Rodolfo. Zakochali się i zamiast żyć długo i szczęśliwie uciekają od siebie, myśląc że „beze mnie będzie jej lepiej…”. Los łączy ich na nowo ale jest już za późno. Zamiast szczęśliwego zakończenia – śmierć. Ciężko chora ukochana umiera w ramionach kochającego go jednak  mężczyzny. Czasem sami sobie utrudniamy życie…Czasem nie dajmy szansy najmniejszej szczęściu żeby się mogło rozpanoszyć w naszym życiu… Czasem chcemy decydować za innych i ustawiać ich życie według naszych widzimisię… Ot historia jakich pewnie w życiu wiele. Żyć należy tylko nadzieją że te w prawdziwym życiu nie zawsze się kończą tak jak ta sceniczna.

Sceneria jaką zaproponowała Opera Krakowska nie proponuje żadnych karkołomnych innowacji. Poddasze paryskiego domu, ulice paryskiego przedmieścia, jakaś szemrana nieco knajpka z półświatka gdzieś może w pobliżu Moulin Rouge. Kostiumy i sceneria żywcem jak z płócien Toulouse-Lautreca. Czy to pomaga sztuce. Dla mnie tak! Muzyka i tekst jest spójny z koncepcją sceniczną, kostiumami, scenografią. Całość robi robotę. A gdy w mansardzie umiera Mimi w objęciach zrozpaczonego Rudolfa… Byłam skłonna uwierzyć Adamowi Sobierajskiemu, że naprawdę cierpi… I mojemu siostrzeńcowi też że to najsmutniejsza opera w której śpiewał…