Pewnie każdy ma jakiś pakiet ulubionych filmów, które w nieskończoność możne oglądać – ja też 😊 W mojej pierwszej dziesiątce, bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie jest „Lawrence z Arabii”. Świetny kawał filmu! I do tego realizowany był w miejscach, w których naprawdę Lawrence był (ten prawdziwy – brytyjski oficer i bohater Jordańczyków, bo o nim film opowiada).
Część zdjęć było realizowanych w Wadi Ram. To dolina rzeczna w Jordanii, niedaleko granicy z Arabią Saudyjską. Czasem nazywana jest Doliną Księżyca lub Czerwone Góry. I z obydwoma nazwami się zgadzam 😊
Ludzie osiedlali się tutaj od zawsze – i ślady zostawiali 😉 Zachowały się na przykład petroglify Nabatejczyków lub Thamudów. Podobno tutaj sięgało Królestwo Edomu które prężnie rozwijało się między XIII a VI w pne. Ślady Nabatejczyów są też bardziej okazałe miejscami – na przykład ruiny światyni.
Solidnie i precyzyjnie udokumentował i opisał to miejsce Thomas Edward Lawrence. Oficer i archeolog po Oksfordzie i generalnie genialny strateg i tak zwyczajnie dobry człowiek. A i mocno odważny i zafascynowany kulturą, tradycją i dziedzictwem tych terenów. W trakcie I wojny światowej zaciągnął się do wojska i w jednostce Arab Bureau dokumentował, robił mapy i takie tam. O tyle mu było łatwo, że znał świetnie język arabski i jako archeolog znał kulturę obecnej Jordanii. W 1916 roku zaangażował się bardzo mocno w Powstanie Arabskie. Właściwie dzięki jego negocjacjom i strategii powstanie zostało ponownie ożywione i siły osmańskie wypchnięto. Po wojnie Lawrence napisał wspomnienia a książkę zatytułował „Siedem filarów mądrości”. Tak samo nazywa się formacja skalna w Wadi Ram. Tuż przy Visitor Center – ją pierwszą widać, zanim wyruszy się w głąb doliny. Lawrence iście poetycko je opisał… I wiecie co, wcale mu się nie dziwię, że w tych terenach i tej kulturze się zakochał. Pamiętam scenę z filmu. Gdy ubiera po raz pierwszy strój arabski, zaczyna się czuć prawdziwie sobą, i zaczyna wirować w piasku wśród skał a wraz z nim wirują jego białe szaty… Też miałam ochotę dokładnie w tym samym miejscu stojąc, wirować na wietrze, w piasku i do zawrotu głowy… I wcale się nie opierałam tej chęci… Skutek – łukiem poleciałam w piach, który miękko mnie przyjął 😉 Poczułam się prawie jak na planie „Lawrence z Arabii”!
Teraz w wiosce Wadi Ram i okolicy mieszkają głównie Beduini. Można wpaść do nich do namiotu na kawę (albo herbatę – ale ta bardziej dla turystów 😉) i posiedzieć w gościach tak ze trzy dni max. Bo dłużej to już niegrzecznie…



















Dodaj komentarz