Dwór inaczej zwany „Kałamarz” to siedziba główna Muzeum w Chrzanowie im. Ireny i Mieczysława Mazarakich. W połowie XIX wieku rodzina Loewenfeldów, budynek zaadoptowała tak by mógł służyć jako rodzinna rezydencja
Rodzina Loewenfeldów religijnie była patchworkowa. Z pochodzenia byli Żydami. Część – judaizm praktykowała, część była raczej tyko kulturowo związana z judaizmem, ktoś tam konwertował na katolicyzm, inna osoba na któryś protestantyzm… Co nie przeszkadzało im wcale wspólnie zasiadać do stołu i wspólne dzieła (kulturowe, społeczne i biznesowe) prowadzić. Może dlatego podobnie wygląda stała wystawa w „Kałamarzu” – osiem pięknych opowieści – pięknie wystawienniczo opowiedzianych.
Jest ekspozycja geologiczna, na której skały, minerały, kamolki wszelakie, z których część chętnie oprawiłabym jakoś gustownie przerabiając na biżuterię 😉 W tej samej przestrzeni wystawowej, spójna narracyjnie wystawa archeologiczna. W latach sześćdziesiątych XX wieku, pracownicy muzeum brali udział w okolicznych wykopaliskach a efekty tych badań – na wystawię leżą. W jednej gablocie nawet dość dosłownie… bo pełen szkielet ludzki niczym w sarkofagu spoczywa.
Dwie wystawy poświęcone kulturze i tradycji regionu. Chrzanów na przestrzeni wieków przechodził z rąk do rąk a były to często ręce szlacheckie. Stąd i pas kontuszowy i zbroja rycerska… ale i dary kolatorów dla chrzanowskiej parafii – np. XVII wieczny kielich mszalny lub misternej roboty krzyż z przedstawieniami drogi krzyżowej na rewersie. Mieszkańcy – wiedli natomiast życie proste i pracowite. Stąd i kołowrotek i stragan gdzie pohandlować w dzień targowy można… Ale też sklep, gdzie szwarc, mydło i powidło było do kupienia 😊 No i przedmioty związane z lokalnymi rzemieślnikami zrzeszonymi w cechy.
Kolejne ekspozycje poświęcone tym którzy założyli muzeum i tym którzy byli ostatnimi właścicielami dworku. Gabinet osobliwości pokazuje wszelkie pasje i zainteresowania dwojga nauczycieli – małżonków Ireny i Mieczysława Mazarakich, którzy muzeum założyli. Czegóż tam nie ma! Jajo bocianie, jakieś gniazdo, filiżanka ładna (a nawet kilka 😉 ), naczynko cynowe… A wszystkie „przydajki” misternie opisane i skatalogowane! Dwie sale kolejne dedykowane rodzinie Loewenfeldów. W „saloniku biedermeier” pamiątki rodzinne. Portret Róży z Asher Loewenfeld, zdjęcia dzieci w wieku wczesnym ale też śmiesznie pozowana fota wszystkich czterech synów wraz z ich małżeńskimi połówkami. Urocze meble, lustra, filiżanka w witrynce, bukiet ktoś na stoliku postawił… Ot salonik w którym pani domu, a pan domu pewnie i też odpoczywali, gości przyjmowali… Na piętrze sala dedykowana judaikom. Wygląda prawie jak synagoga! Bo parochetem zaaranżowany nieco na Aron Ha-kodesz na ścianie wisi, tuż obok bima a na pulpicie – Sefer Tora z chrzanowskiej synagogi, zmieszczonej nie tak znowu dawno… Przygotowana tak jakby zaraz miała być parsza czytana… Dookoła gabloty a w nich przedmioty które do świętowania się przydają jak ulał. Kilkanaście besaminek misternie zdobionych, piękne chanukije na oliwę i na świece, i XVII wieczne naczynie na etrog z Naumburgu. Ja nie wiem czy celowy to był zamysł ekspozycyjny, czy też przypadkiem tak wyszło – ale wyszło fajnie!
Fantastycznie pomyślana ekspozycja. Choć miejsca niewiele – wszystko spójnie i ciekawie opowiedziane. Ale… Z pewnego źródła wiem… że miejsca wystawowego niebawem ciut więcej będzie! 😊





















Czuję, że tu zostanę na dłużej.Dobrze się to czytało. To podejście do tematu było rzadko spotykane – i dobrze. Dobrze się czyta coś, co powstało z ciekawości, a nie z obowiązku.