Kategoria: Subiektywnie podglądane kultury świata (Page 8 of 31)

Francja – La Salette

Czy można chodzić w chmurach? No pewnie! I to par excellence w chmurach. 😊 Zdarzyło mi się to kiedyś we Francuskim La Salette – Fallavaux… Maleńka miejscowość (faktycznie maleńka bo mieszka tam nie całe sto osób!) znana głównie z wybudowanego nieopodal sanktuarium maryjnego. W 1846 roku dwojgu dzieciom właśnie w tym miejscu, ukazać się miała na alpejskich łąkach Maria. W miejscu, w którym Melania i Maksymilian ujrzeli „Piękną Panią” wytrysnęło źródło. Najpierw wydarzenie miało charakter osobisty i raczej lokalny. Dzieci wraz ze swoimi bliskimi ustawili krzyże dla upamiętnienia wydarzenia. Z czasem, powstało w górach sanktuarium a opiekę nad nim przejęli księża saletyni – zgromadzenie zatwierdzone kilkadziesiąt lat po objawieniu.

W trakcie subiektywnego podglądania różnych zakątków świata, byłam w bardzo wielu miejscach kultu, różnych religii i obrządków. W Europie – kilka sanktuariów dla katolików jest szczególnie ważnych. W większości z nich powala gwar, zgiełk, setki pamiątkowych gadżetów, sklepików… taka trochę branża wychodząca naprzeciw „turystyce pielgrzymkowej”. I dobrze. Jak jest takie zapotrzebowanie – OK… La Salette to chyba jedyne znane mi sanktuarium katolickie w Europie gdzie jest cisza… Chmury otulają zbocza gór i mury świątyni… Czasem jakby od niechcenia albo przypadkiem wpuszczając promienie słońca… Wtedy łąki wybuchają intensywną zielenią i brązem. Czasem muzykę wiatru zakłóci tylko bicie dzwonu… Można chodzić w chmurach! Cisza i rześkie górskie powietrze uruchamiają intensywnie procesy myślowe… Nie wiem czy na tym polega modlitwa… Ale jeśli tak – to ten zakątek francuskich Alp, szyty jest na miarę…

Francja – Paryż, Montmartre

Entourage ważny jest! Przy czym różnie z nim jest… Czasem w nastrój (niekiedy zachwytem zwanym) wprawia najpiękniejsza plaża świata o zachodzie słońca, czasem pejzaaaaż gór oblanych słońcem, czasem najpiękniejsza polana świata otulona szalem drzew… A jeszcze innym razem może to być gwar miasta doświadczany bezpośrednio na ulicach i placach lub w zasłuchaniu z hotelowego okna. Kiedyś słyszałam anegdotę o dwu aktorach, którzy wyjechali na zdjęcia do Paryża. Jeden każdą wolną chwilę wykorzystywał na zwiedzanie, drugi wręcz przeciwnie. W którymś momencie „turysta” zirytowany pyta: jak tak możesz siedzieć w hotelu przecież dookoła Paryż!. Na to kolega: ja to widzę inaczej – siedzę w hotelu… a dookoła Paryż!!!

Też tak mam z Paryżem. Zachwyca, poraża, nęci i kusi, czasem męczy i przytłacza, czasem wciąga jak narkotyk. Chyba najbardziej lubię Montmartre i okolice. I nie tylko dlatego, że nieopodal moje ulubione (przez musical i tango Roxanne) Moulin Rouge. Choć to też… Na Montmartre góruje strzelista kopuła Sacre-Coeur, cudownie wiją się uliczki, pełne kawiarenek i gwarnego tłumu, rozkrzyczanych turystów, artystów żądnych sławy… Kiedyś, kilka lat temu zagubiłam się wśród tych uliczek i rzeki ludzi… gdzieś grała katarynka… ktoś tam tresował jakąś papugę chyba… prawie jak w piosence Edith Piaf… Podobno nazwa dzielnicy wzięła się od Merkurego – góra Merkurego. Może… Dla mnie to kwintesencja Paryża, tego art… który nie chodzi utartymi ścieżkami, kreuje sztukę, tworzy muzykę, zasłuchany w dźwięki kataryniarza lub akordeonisty… No jak tu nie przysiąść przy filiżance kawy lub kieliszku Beaujolais i nie zacząć tworzyć… Wcale się takiemu Toulouse-Lautrec nie dziwię…

Francja – Reims

Reims najbardziej znane z powodu gotyckiej katedra Notre – Dame. I słusznie – bo piękna! Zaczęto ją wznosić 1211 roku i właściwie wznoszono przez cały XIII wiek. Klasyczne piękno, surowa lecz doskonała harmonia. Trochę pusto, ale to przypadłość większości francuskich świątyń… Koronowano tu królów Francji. Zwłaszcza warto wspomnieć Karola VII, którego w katedrze właśnie w 1429 roku, kazała koronować Joanna d’Arc.

Rozruchy wojenne mają to do siebie, że są destrukcyjne także dzieł sztuki i kultury. W czasie I wojny światowej katedra ucierpiała trochę – a najbardziej (co dość oczywiste) witraże. Tym razem udało się jednak zamienić ładne na piękne. Stworzenie nowych witraży powierzono Marcowi Chagallowi. I cudnie wyszło! A i cała przestrzeń i tradycja regionu w oknach katedry się pojawiła…

A i jeszcze szczegół. Potocznie powtarza się slogan o ciemnym i ponurym średniowieczu… Większej bzdury nie słyszałam! Dowód – bardzo proszę! Wchodzących do katedry witają dwa promiennie uśmiechające się anioły, które przystanęły na portalu. Jeden z aniołów stracił głowę, w trakcie bombardowania I wojny światowej. Drobne kawałki poskładano na nowo w 1926 roku i anioł znowu się uśmiechnął. Taki uśmiech rozpromienia najbardziej ponure chwile i prowokuje by go odwzajemnić 😀

Francja – Saint Maximin, la Sainte-Baume

Gdyby ktoś chciał wpaść w odwiedziny do Marii Magdaleny (tej świętej oczywiście!) to Francję polecam. A dokładniej dwa sąsiadujące miejsca – Saint Maximin i la Sainte-Baume. Według przekazów hagiograficznych Maria Magdalena po śmierci Jezusa udała się do Prowansji by tam osiąść i pędzić życie pustelnicy. Zamieszkała w grocie w la Sainte-Baume ale gdy poczuła zbliżającą się śmierć zeszła do położonego u stóp wzgórza miasta Saint Maximin (wtedy jeszcze nazywająca się Rodani) by przyjąć komunię z rąk św. Maximina i spokojnie odejść. Pochowana została w krypcie kościoła.

Obecna bazylika kryjąca szczątki świętej wzniesiona została XIII/XIV. Właściwie wznoszona była – bo nie dokończono budowy (dżuma wybuchła i nie pozwoliła na masową aktywizację budowniczych). Sama idea zbudowania świątyni związana była z odnalezieniem szczątków Marii Magdaleny, które wiele wieków ukryte przed najeźdźcami spoczywały w tym miejscu. Opiekę nad sanktuarium przez 700 lat sprawowali dominikanie. Dzisiaj jednak – taki przykry znak czasów – w klasztorze znajduje się hotel… Ale o Marii Magdalenie miało być! W krypcie centralne miejsce zajmuje, przeszklony relikwiarz (herma) a w nim widoczna dla wiernych i pielgrzymów czaszka świętej.

Na marginesie (dla muzyków i melomanów) W kościele warto zwrócić uwagę na cudowne organy: podwójny manuał, cztery klawiatury, czterdzieści trzy registry i dwa tysiące dziewięćset sześćdziesiąt piszczałek! To dzieło słynnego brata Jana Esprit Isnard.

Kamienista lecz urokliwa droga wijąca się przez las prowadzi do la Sainte-Baume – klasztoru przy grocie, w której zamieszkiwała Maria Magdalena. Do samego opactwa prowadzi 150 stopni (to symbol psalmów lub Zdrowaś Maryja w różańcu). Centralną częścią kompleksu klasztornego jest przerobiona na świątynię grota, w której święta miała spędzić podobno trzydzieści lat swojego życia. W grocie ołtarz, i figury ukazujące sceny z życia świętej… A podobno gdy w grocie, kropla wody (nazywa się je łzami św. Marii Magdaleny) spadnie komuś na głowę – jego modlitwy zostaną wysłuchane… Znam pewną dziewczynkę (wówczas małą a teraz już dorosłą osobę 🙂 ), której krople strugą na głowę spadły niespodzianie. Czy jej modlitwy zostały wysłuchane? Nie wiem… Pewnie tak 🙂

Francja – Strasburg

Stolica Alzacji – Strasburg. Głównie z Parlamentem Europejskim i Radą Europy dzisiaj się kojarzy. Zdecydowanie jednak na sztuce Strasburga skupić się należy, bowiem od 1988 roku zabytkowe śródmieście tego miasta wpisane zostało na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Całe miasto opływają i przecinają liczne kanały, co w sumie nadaje urokliwy klimat. Kiedyś Strasburg nazywany był miastem tysiąca kościołów (nawiasem mówiąc, nie tylko ono w Europie nosiło takie miano). Ja nazwałaby go miastem „brunatnych kościołów” – i niech to nie zabrzmi pejoratywnie! Większość zabudować, a szczególnie tych sakralnych wzniesionych zostało z piaskowca o takiej właśnie czerwono – brunatnej barwie. A, że z dwojga złego „brunatnych kościołów” lepiej brzmi niż czerwonych lub piaskowych – więc niech nie zabrzmi pejoratywnie! Spośród licznych świątyń wymienić wypada przede wszystkim katedrę Notre Dame. To taki cudowny miks gotyku francuskiego i niemieckiego z odrobiną przyprawy romańskiej. Mnóstwo tu perełek sztuki. Cudowne i pełne wyrafinowanej elegancji figury Eklezji i Synagogi; filar anielski (tak naprawdę to Sąd Ostateczny a nie stado anielskie), piętnastowieczna ambona, no i słynny zegar astronomiczny – majstersztyk techniczny i artystyczny renesansu. Ach, i szesnaście dzwonów! Cóż to za cudowny koncert musi być gdy zaczynają brzmieć na głowami mieszkańców Strasburga!

Grecja – Ateny

Swego czasu Atena i Posejdon pokłócili się o miasto. Ustalono, że kto da fajniejszy prezent mieszkańcom do tego będzie należało. Posejdon dał źródło wody. No niby fajnie ale woda była słona – ostatecznie był bogiem od morza… Atena ofiarowała drzewo oliwne. I… wygrała! Ateny stały się jej miastem. Oliwa – ta grecka – fakt prima sort do dzisiaj, ale Ateny zawsze problem z niedoborem słodkiej wody miały… No Posejdon jakoś nie był zachwycony werdyktem a że do spolegliwych nie należał… Widać nieporozumienia i bogom nieobce…

Generalnie Grecję lubię! Taka nieśpieszna jest. To znaczy Ateny chyba najmniej leniwe – bo to jednak stolica i duże miasto – ale generalnie zasada się sprawdza. Punktem obowiązkowym w Atenach jest oczywiście Partenon. Splantowany czubek wzgórza a na nim kompleks świątynny wygranej bogini dedykowany. Przez Propyleje włazi się do kompleksu i po lewej Erechtejon z cud kariatydami na środku; ciut w prawo Partenon gigantyczny (rekonstruowany był gdy byłam ostatnio), zupełnie po prawej Apteros, kiedyś była jeszcze Atena Promachos ze złotym hełmem na głowie – no takie tam… sanktuarium zrobione na efekt WOW. Nie mało przyczynił się do tego mistrz Fidiasz. Hmmm… Dziecięciem będąc przeczytałam „Krajobraz z tęczą” Klubówny. Tam opowieść też o Fidiaszu. Ojej jak ja wtedy to chłonęłam… Jak ja zachwycona byłam tym wyobrażeniem Akropolu… Potem, gdy trochę lat później wchodziłam na Akropol – nie przypominały mi się słowa z książki ale przypominał mi się ten porywający emocjonujący zachwyt. Nieopodal wzgórza Ateny – Odeon Heroda Attyka. Gdy byłam pierwszy raz w Atenach – załapałam się tam na koncert. Fantastyczny anturaż dla klasycznych dźwięków.

Z miejsc, które warto w Atenach zobaczyć to chyba jeszcze cerkiew Apostołów. W X wieku zbudowana na znajdującym się tu i starszym o kilka wieków nimfeum. No i KONIECZNIE zmianę warty na placu Suntagma. Panowie w mundurach reprezentacyjnych (wzorowanych mocno na stroju ludowym) krokiem defiladowym (na którym wzorował się jak nic Monty Python) zmieniają wartę przy grobie nieznanego żołnierza.

A potem jak już pozwiedzane, i podoświadczane antycznych klimatów, i zmiana warty zobaczona – czas na zrelaksowanie się niespieszne w jakimś urokliwym zakątku przy filiżance kawy albo i szkle z mętnym ouzo…

Grecja – Athos

Miejsce, w którym byłam ale tak nie do końca… Athos czyli Republika Mnichów. Prawdopodobnie mnisi zamieszkiwali tu od VIII wieku ale hipotez kilka. No ale za początek zorganizowanego życia monastycznego uważa się 963 rok czyli powstanie Wielkiej Ławry. Niewielki jeden budynek rozrósł się z czasem do około trzystu monastyrów. Rozwój oczywiście nie trwał wiecznie i od XIII wieku pojawiły się problemy. Aktualnie na Athos istnieje dwadzieścia monastyrów i trochę mniejszych jednostek. W każdym monastyrze – w centrum katolikon, wokół budynki i mur okalający całość. Tyle, że wiem to z opisu bo do Republiki Mnichów wejść mogą tylko mężczyźni więc jakby to… no nie chwyci, nie wlezę. 😀 Nawet pływające nieopodal stateczki nie mogą zbyt blisko podpływać jeśli na pokładzie są kobiety. Takie zasady sobie ustalili. Ich zbójeckie prawo, co zrobisz jak nic nie zrobisz. 😊 Ale nawet jeśli jaki jakiś facet chce wejść do środka to też ma w sumie pod górkę, bo prośby o pozwolenie na piśmie i to nie tak że się włóczyć będzie bez celu tylko konkretne miejsce musi podąć itd. itd… Dziennie do Republiki może wejść tylko dziesięciu mężczyzn nie będących wyznania prawosławnego. A i prawosławni mają ograniczenia. Chcąc nie chcąc popływaniem musiałam się zadowolić i same monastyry (kilka z nich) widziałam tylko z pozycji stateczku. Fajnie wkomponowane w góry zabudowania, czasem zlewające się kolorystycznie z otoczeniem. W którymś momencie sennego rejsu jakieś delikatne echo dzwonów było słychać niesione i podbijane pluskiem fal. I wszystko. Taka medytacja trochę wyszła, wyciszenie jakieś czy co. Albo po prostu zwyczajny relaks. Tylko mało do takie stanu jestem przyzwyczajona (a szkoda) i może dlatego nie wpadłam od razu, że to to… 🤔

Grecja – Delfy

„Lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?”. Delfy trochę tak działały. I trudno się dziwić. Każdy człowiek chciałby wiedzieć co go w przyszłości czeka, czy jego decyzje życiowe są właściwe… Czasem szukamy przesłanek w snach, czasem w znakach, czasem w przekonaniu i głębokiej wierze, że „będzie dobrze!!”… Czasem natomiast udajemy się do miejsc, w których w naszym przekonaniu wiedzę o tym co przyszłe, możemy zasięgnąć. Takim miejscem dla starożytnych Greków były Delfy – czyli pępek świata (tutaj spotkały się dwa wysłane przez Zeusa orły, które ów pępek miały odnaleźć 😃). Wzniesione w Delfach w VII w. p.n.e. sanktuarium dedykowane było jednak Apollinowi, który miał w tym właśnie miejscu pokonać legendarnego pytona i ustanowić wyrocznię. Na pytania nurtujące odwiedzających Delfy ludzi odpowiadała Pytia. Przemawiać przez nią miał sam Apollo – przemawiały jednak etan, metan i etylen, wydobywające się spod ziemi i wprowadzające Pytię w stan lekkiego odurzenia. Pytia uruchamiał słowotok a kapłani interpretowali przepowiednię… Delfy słynęły także z igrzysk panhelleńskich – taki mix sportu ze sztuką (trochę biegali, trochę śpiewali, raz oglądało się sztukę teatralną a raz „antyczny boks” – takie tam…).

Kompleks delficki usytuowany był na zboczu wzgórza. Najważniejszymi budowlami była świątynia Apollina i ołtarz Apollina. Obecnie najlepiej zachowany jest Skarbiec Ateńczyków (częściowo zrekonstruowany). Zaznaczyć należy, że skarbców było w obrębie kompleksu – ho, ho – albo i więcej. 😉 W każdym z nich składane były wota ofiarowywane w świątyni przez mieszkańców określonego w nazwie skarbca miasta.

Gdy ostatnio byłam w Delfach było baaaaardzo upalnie. Znalazłam cień pod, chyba oliwką. I trochę czekałam czy coś, jakoś, jakaś wizja, mały znak co mnie czeka za zakrętem… Ale nic… Trzeba cierpliwie czekać kiedy i jakie szczęśliwe chwile życie przyniesie!!!! 😁

Grecja – Dodona

Nie znoszę rządzić. A sytuacje gdy ktoś komu ufam, podejmuje za mnie decyzje – szczerze kocham! Ten problem ma chyba wiele osób, a już na pewno sporo takich było w starożytnej Grecji. Pewnie dlatego tyle tu wyroczni, pytii itp. Itd. Najstarsza z nich to Dodona. Kiedyś mieściła się tutaj świątynia poświęcona Zeusowi i Dione. Cudowny duet! W Dione zakochał się władca nieba Zeus, a owocem tej miłości stała się bogini miłości Afrodyta. Sama wyrocznia też urokliwa. Kapłani odczytywali przyszłość z szumu liści dębu lub muzyki jaką wydawały poruszane wiatrem brązowe misy. Muzyka, która wieszczy przyszłość… Z wyroczni korzystali podobno między innymi Odyseusz i Krezus, przy czym niewłaściwie odczytali mgliste przepowiednie. Najwyraźniej męską rzeczą jest ufać własnej intuicji i nią się kierując podejmować męskie decyzje…

Dodona została zniszczona już przed naszą erą. Niewielkie jej ślady odkryto w latach 70-tych XIX wieku. Zaznaczyć wypada, że spory wkład w to odkrycie wniósł polski arystokrata, powstaniec, oficer i naukowiec Zygmunt Mineyko. Dzisiaj niewiele zostało po mieście i sanktuarium. Wprawne oko historyka lub archeologa może jedynie odtworzyć dawny przepych miejsca. Jedynie dęby nieprzerwanie szumią…

Grecja – Epidauros

Lubię odwiedzić Epidauros w czasie pobytu w Grecji. Lubię – bo tam zwykle troszkę ciszej, niż na obleganym przez turystów Akropolu. No może nie w samym teatrze ale gdy się zapuścić trochę w lewo, za muzeum, na teren wykopalisk i ruin – to już można kontemplować piękno antyku przy wtórze cykad. A jest tu co kontemplować. Tutaj mieściła się słynna w świecie antycznym świątynia Asklepiosa. To właściwie nie tyle świątynia co cały kompleks świątyń i zabudowań (także jeden z największych i najlepiej zachowanych teatrów) „szpitalnych” – domy dla pacjentów i pielgrzymów, poczekalnie, łaźnie, pomieszczenia do zabiegów medycznych lub magicznych, sale do ćwiczeń itd. Przecież Asklepios opiekował się medycyną! W sanktuarium hodowano węże. Ich widok miał zbawienną moc dla chorych, którzy przybywali tu szukając uleczenia. Przecież pod postacią węża ukazywał się sam Asklepios. Może więc któryś z gadów to sam bóg… Od starożytności wiadomo że pozytywnie nastawionego pacjenta łatwiej się leczy! Sprytne 🙂

Z Epidauros, a właściwie samym teatrem mam jedno przemiłe wspomnienie. Było już ciepło ale jeszcze poza szczytem sezonu turystycznego. Chwilę wolnego czasu postanowiłam spędzić w ulubionej świątyni. I nie zawiodłam się… Usiadłam wygodnie na widowni przed pustą sceną. Słońce przyjemnie muskało twarz. Nagrzane w promieniach słonecznych drzewa oliwkowe roztaczały przyjemną woń, a cykady grzmiały z taką mocą jakby przyleciały tu z całej Grecji by zagłuszyć ciszę południa. Nagle podjechał bus. Zjeżyłam się nieco bo zakłóciło to moją błogość chwili. Z busa wyszło kilka osób. Początkowo rozglądali się wokół, o czymś rozmawiali przyciszonym głosem. Jedna z pań stanęła na samym środku sceny i rozejrzawszy się jakby szukając akceptacji nieistniejącej widowni zaczęła… śpiewać. Popłynęło kryształowe „O sole mio”! Wierzcie lub nie, ale wtedy gdy w nagrzanym, oliwkowym, greckim południu dnia popłynęły przy wtórze orkiestry cykad słowa arii – poczułam ułamek sekundy szczęścia… naprawdę przekonana, że Che bella cosa na jurnata 'e sole…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑