Kategoria: Subiektywnie podglądane kultury świata (Page 31 of 31)

Węgry – Szeged

W Szeged byłam ponad rok temu. Szybka wizyta – bo robota (to miasto uniwersyteckie przecież)… Na zwiedzanie nie było jakoś mocno dużo czasu i możliwości. A szkoda… bo miasto zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. No – coś tam jednak oczywiście udało się pozwiedzać… 😉 Przez co tym bardziej nęci by pojechać w ten region znowu i na spokojnie, w sposób dedykowany do połażenia i popodglądania kultur i historii. Zwłaszcza, że Szeged ma historię od czasów rzymskich pisaną (wtedy Partiscum się nazywało). Obecna nazwa dopiero od XII wieku się do miasta przykleiła. Wiele miejsc wartych zobaczenia. Byłam tylko w kilku. Katedra (Kościół Wotywny) była w kompleksowym remoncie. Ale i tak przez rusztowania i zwały kurzu, widać było jej powalające piękno kapiących od złota i kolorów mozaik i fresków. Katedra jest neoromańska, wzniesiona na początku XX wieku i…. po prostu ładna. Znacznie bardziej leciwy kościół franciszkanów. Pięćset lat już tutaj sobie stoi. Po wejściu, pierwsze wzrok przykuwa sklepienie sieciowe z żebrami z wypalanej gliny. No wymiata… W prezbiterium dwukondygnacyjny ołtarz (1713 r.). Taki jakby trochę z innej bajki bo w milutko ciepłych barwach, odcina się mocno od chłodu murów. W ołtarzu obraz Maryi z Dzieciątkiem, znaleziony przypadkiem jak legenda głosi przez żołnierza, który w pobliskim jeziorze poił konia. Świątyń, kościołów oraz synagog w mieście sporo. Sporo też uroczych kamieniczek. Tych trochę widziałam, oświetlonych światłem wieczornych lamp, latarni i księżyca – jak tam której wypadło. No i muzeum i teatr kusi… ale to następnym razem może się uda.

A! Z Szeged pochodzi nie tylko słynny młynarz papryki – János Kotányi, ale i robią tam najpyszniejsze salami na Węgrzech!!

Węgry – Szentendre

Szentendre znane jest od czasów rzymskich. Sama nazwa miasta pochodzi jednak dopiero z okresu Madziarskiego, a wywodzi się od pierwszego wzniesionego tu kościoła poświęconego św. Andrzejowi. Na przełomie XIX i XX wieku miasteczko stało się takim polskim Zakopanem, skupiającym bohemę, artystów węgierskich szukających tu natchnienia.

Wąskie wijące się uliczki, zaułki, kawiarenki, mnóstwo sklepików z rękodziełem. Trudno się dziwić, że Szentendre przyciąga turystów. Raczej tu gwarno i tłumnie. Choć anturaż sprzyja romantycznym spacerom – tłum zwiedzających uniemożliwia zagubienie się w wąskich uliczkach. Sporo kościołów i cerkwi ale próżno szukać otwartego. Wejść można za to do muzeów i galerii – a jest ich sporo. Między innymi jedyne chyba na świcie muzeum marcepanu lub muzeum wina (głównie węgierskiego). Miłośnicy czasów rzymskich znajdą tu pozostałości obozu Ulcisia Castra. A i krzyż morowy z 1763 roku można zobaczyć – to wotum za ustąpienie zarazy. I choć w jednej z tutejszych kawiarenek (nie powiem której 😉 ) piłam najpaskudniejsze frappe na świecie – to i tak uważam, że przyjechać do Szentendre po prostu, trzeba!

Wietnam – bezdroża

Ech… Ponuro coś… zimnawo na zewnątrz… i klaustrofobicznie… Myśl jakoś sama biegnie tam gdzie tłumy i ciepło (momentami bardzo 🙂 ). I nawet wspomnienie wszechobecnego zapachu rozgotowanego ryżu jakoś teraz chyba by mi nie przeszkadzało… Wietnam.

O cudownych zakątkach i obiektach kultury i takich tam – innym razem. Dzisiaj przypomniała mi się jakoś sama – taka normalna ulica. Nie wiem czego tam więcej skuterów i innych obiektów jeżdżących, czy splątanych kabli oplatających jakąś dziwaczną siecią wszystkie zakamarki miast. Wszędzie małe rodzinne interesy. Tu ktoś coś tam (niewiadomego pochodzenia) smaży w skleconym naprędce „food trucku”. Tam kwitnie życie rodzinne – tak na chodniku bezpośrednio. Tam ktoś, przecząc prawom fizyki, przewozi na maleńkim skuterze ładunek nadający się na cztery ciężarówki (a że trochę jeszcze miejsca było to oprócz ładunki i gromadkę dzieci upchnął w jednośladzie). Przypominam sobie „restauracje”. Cerata na stołach, wiatr piach niesie – bo koncepcja całości to kilka stolików i zadaszenie na kijach. Przed wejściem akwarium z jakimiś gadami i płazami nieznanej mi nazwy i umiarkowanie przyjemnym wyglądzie. Okazało się, że to akwarium to menu. Można sobie wybrać gada a kucharz zaszlachtuje i przyrządzi. No poza wszystkim – dania niewątpliwie świeże podają! Po drodze świątynie. W pierwszym mgnieniu oka – architektonicznie taka klasyka neogotycka. Ale zwieńczenie wież swastyką??!! Szybko olśnienie – no to buddyzm przecież. Trzeba zmienić sobie mentalnie operowanie kodem kulturowym – na lokalny!

Ciepło, parnie i wilgotno, gwarnie… Fajnie tak po prostu…

Wietnam – kuchnia

Byłam dzisiaj jak zwykle na zakupach na Kleparzu. Tak pomiędzy zakupem pomidorków, wołowinki a bundzem, anons taki usłyszałam (ja i pół śródmieścia :)) przez głośniki, że trzeba posprzątać bo jutro to tu impreza „Najedzeni Fest” będzie. 🙂 Sprowokowana – w domu poszperałam po zasobach zdjęć i myśl pognała do rejonu gdzie kuchnia jest czystą doskonałością!

Kuchnia wietnamska (bo o niej mowa) – wyborna! Ekskluzywnych dań podawanych w hotelach i restauracjach nie będę opisywać (choć to nektar dla kubków smakowych). Ciekawsze są obrazki ulicy, takie bazarki, przydrożne kuchnie. Menu odbiegające od standardów europejskich troszkę… Ale… Gdy osoba nie przywykła do niekonwencjonalnych dań (które bywa – same uciekają z talerza) już pierwszy odruch opanuje, spora paleta przeżyć kulinarnych się pojawia. 🙂 O takich oczywistych klimatach jak jakieś cykady, koniki polane czy pająki smażone na głębokim tłuszczu – nawet nie wspominam (swoją drogą smaczne, choć zależne to jest od przypraw bardziej niż samego komponentu pt. zwierzę). Na pewno wszystko świeże! Można w akwarium wybrać sobie jakiegoś płaza lub gada – a kucharz przyrządzi z wprawą jako danie główne!!! Na ulicach Wietnamu, w pierwszym odruchu zdziwienie lekkie dają wszechobecne bagietki – iście francuskie! Dopiero po kilku sekundach olśnienie – OK, kolonia… coś w krajobrazie kulturowym zostało. 🙂 Mnie powaliła sytuacja pt. „Savoir-vivre ” ulicy. Zgłodniałam. W przestrzeni miast to nie problem, przy każdej z ulicy milion sprzedawców różności. Wybrałam (właściwie nie wybierałam – pierwsza lepsza 🙂 ) jedną. Przemiła pani popatrzyłam na mnie z uśmiechem, wstawiła coś tam dobrego do buły i uznała, że zapakuje mi – żeby było elegancko. 🙂 Zapakował… w świeżutką gazetę. 🙂🙂🙂🙂

Smacznego 😉

Wietnam – manufaktura wyrobów z laki

„Dziecięciem będąc” uskuteczniałam zabawę polegającą na zdobieniu pudełek mozaiką z drobno potłuczonych skorupek jaj. Mozaiki były o misternym wzorze ale monochromatyczne tzn. zgodnie z naturą skorupek jaj kurzęcych – w odcieniach brązów i beży do bieli włącznie. Do głowy mi wówczas nawet przyjść nie mogło, że kiedyś taki patent zobaczę w manufakturze wyrobów z laki w Wietnamie… 😁

Żywica z sumaka lakowego, to dość znana i popularna w Azji forma zdobień (W Europie od XVI wieku mocno stała się modna i poszukiwana – od czasu gdy wyroby z laki przywieźli wracający z Azji jezuici. Szukano receptur do wytwarzania jej na miejscu i w konsekwencji powstał np. szelak czy sandarak). Naturalnie jest czarna, choć oczywiście można ją barwić. Bo wyschnięciu jest szklista i odporna na działanie wody, alkoholi a nawet kwasów. Zdobiono nią wszystko. Od biżuterii począwszy, przez przedmioty typu naczynia czy meble, a na zbroi skończywszy. W wersji exclusive łączy się lakę z masą perłową lub sproszkowanym metalem szlachetnym. W wersji light – jak w niniejszej manufakturze – ze skorupkami jajek. Swoją drogą wytwórnia była cudowna w swojej prostocie. Kilkoro rzemieślników siedziało przy nie najgorzej oświetlonych stołach. Przed nimi miseczki ze skorupkami jajek i… się tworzy dzieła… Dla uciechy turystów (bo to przecież atrakcja turystyczna ma być!!) zarówno wzory par excellence wietnamskie ale i takie z dedykacją dla Europejczyka. 😉 I jest pakiet obrazków – od smukłych wietnamek w cudownych skądinąd ao dai, do ostatniej wieczerzy Leonarda. 😎😎

Wietnam – Mekong

Mekong prawie jak Nil – żywi, ubiera i daje schronienie. Jest gigantyczny, budzący respekt i zachwyt (czasem dyskomfort estetyczny też – gdy popatrzy się nieco bliżej niż na horyzont nie da się nie zauważyć ogromu śmieci wszelakich). Brązowo – bura woda rozlewa się szeroko i spokojnie płynie do morza, jakby na przekór tysiącom biegających ustawicznie Wietnamczyków, którzy zamieszkują jej deltę.

Że żywi i ubiera – sporo ponad tysiąc gatunków żyjątek, które można zjeść (a czasem także hodować w tym celu), a gdy potrzeba to nimi pohandlować. W dorzeczy Mekongu i na wyspach kwitnie turystyka: można zakosztować cukierków kokosowych, i miodu, i owocki zjeść, a jak wola i ochota to także popozować do zdjęcia z pytonem na szyi.

Szeroko i panoramicznie jest… Ale mnie najbardziej urzekły odgałęzienia i odnogi rzeki. Z dala od głównego nurtu tworzą istny labirynt schowanych wśród bujnej zieleni „uliczek”. Zgiełk dociera, ale jakby z oddali, nieco zagłuszony, stłamszony, odległy… Słychać plusk wody bitej wiosłami i bambusy kłaniają się w pas… Dopiero tam snując się (właściwie to płynąc leniwie) można „poczuć” Wietnam.

Wietnam – Mui Ne

Lubię pustynie… Są bardzo, bardzo, bardzo, piękne… Niezależnie czy piaszczyste czy kamienne – są piękne i basta! Najczęściej, niekoniecznie puste i niekoniecznie ciche… Ale piękne… Ja wiem w Wietnamie pustyni – brak, ale… mają najpiękniejsze wydmy świata! 😍 I to o takich gabarytach, że za pustynie mogą śmiało robić robotę. 😉 Niewielka niegdyś rybacka wioska Mui Ne (Przylądek Schronienia) od jakiegoś czasu urosła do rangi jednego z najbardziej znanych kurortów nadmorskich Wietnamu. Tuż nieopodal kompleksu hoteli, rozciąga się lokalna „atrakcja turystyczna” – wydmy. Wielokolorowe piachy kuszą zwłaszcza o wschodzi i zachodzie słońca. Niestety kuszą wielu ludzi (zwłaszcza zachody…) więc na ciszę i spokój sprzyjający kontemplowaniu własnych myśli, próżno to liczyć. Ale kolorystyczne – cudo!!! Sieny i ugry piasku przybierają raz niemal białe odcienie innym razem czerwienią się i pokrywają burgundem i gorącymi oranżami to znów niemal odpustowe róże… I wiatr… Tu zawsze wieje. Dla wydm staje się on najlepszym rzeźbiarzem świata. Zwłaszcza gdy polichromię na ukształtowane formy nakłada zachodzące słońce… I nigdy do końca nie wiadomo czy to szum wiatru czy morza. I czy słońce chowając się gdzieś za wydmą nie poszło się właśnie wykąpać w morzu po upalnym dniu…

Wietnam – Sajgon Ho Chi Minh

Ale Sajgon! Tak zwykliśmy określać mocny chaos, który się wziął wokół nas nie wiadomo skąd i po co i właściwie dlaczego… Kojarzyłam określenie „Sajgon” z takim „miszmaszem” jak każdy – ale po europejski. 😅 Prawdziwy „Sajgon” doświadczyłam dopiero w Wietnamie!!!! Tam pierwszy raz poczułam co znaczy prawdziwy chaos w przestrzeni. Ulica – klasycznie ze trzy pasy w jednym kierunku. Ale na nich pięć samochodów obok siebie w rządku i stado (co tam stado! Mrowie jakieś!!!) skuterów, motocykli, rowerów, tuk tuków itp. itd. I dla tych obiektów motoryzacji „pasy ruchu” – to mocno abstrakcyjne pojęcie. Oni ławą ruszają! I niech ich kto zatrzyma!!!! Po obu stronach chodniki. To znaczy… też duże nadużycie w określeniu… Tam idą piesi – to prawda, ale też rosną drzewa, grupy ludzi prowadzą handel obwoźny lub jakimś rzemiosłem się parają, gotują posiłek dla siebie i bliskich (generalnie w Sajgonie wszędzie czuć zapach gotowanego ryżu). I jak wspomniałam idą piesi. Ale jeśli kto myśli, że bezpieczny – w błędzie paskudnym tkwi. Bo skuterzysta, gdy nie mieści się na zatłoczonej jezdni nie ma problemu w tym by „niezauważalnie wmieszać się w tłum pieszych” – nie zwalniając oczywiście ani trochę. No Sajgon jak nic!!!!!

Sajgon to dawana nazwa (używana do 1976 r.) współczesnego Ho Chi Minh. Z niewielkiej rybackiej wioski (w historii pojawia się w XVII wieku) urasta do niczego sobie portu. Francuzi ustanowili tu stolicę swojej prowincji (do dzisiaj na ulicach sprzedaje się bagietki…), potem miasto stało się stolicą Republiki Wietnamu. Nazwę zmienili socjaliści, ale dawny Sajgon tkwi w świadomości nie tylko Europejczyków ale i samych mieszkańców miasta. Z ciekawostek w mieście (gdy już się nauczymy chodzić slalomem pomiędzy zmotoryzowanymi tłumami 😁 ) – XIX wieczny budynek Poczty. Tuż obok chrześcijańska katedra Notre Dame, z tego samego okresu. Dwa punkty obowiązkowe, choć umiarkowanie ciekawe to Pałac Zjednoczenia – z zabytkami „soc”, które w nas budzą zażenowanie i skojarzenia ze szczęśliwie minionymi czasami w Polsce oraz dość przejmujące Muzeum Pozostałości Wojennych. To ekspozycja dla ludzi o mocnych nerwach. Ale kto powiedział, że wojna jest fajna… Nie jest! I nigdy, żadna nie była i nie będzie! Może jeszcze jakaś jedna czy druga świątynia (bez efektu WOW)… i tyle.

Ale czy warto? No cóż. Jeśli choć raz wyrwało Ci się „ale Sajgon” patrząc na mizerny w formie bałagan w pokoju – jedź do Ho Chi Minh. Zobaczysz, o czym mówiłeś, a twój mały domowy bałagan uznasz za sterylne warunki bytu… 😂

Wietnam – Vietkong

Kto nie słyszał o Vietkongu! Kto nie oglądał „Good Morning Vietnam”! Punkt obowiązkowy w czasie przemierzania Wietnamu to swoisty skansen, w którym spragniony sensacji i niecodzienności turysta może „dotknąć” nie tak odległej historii. Dziwacznym tunelem przechodzi się do czasów sprzed kilkudziesięciu laty. Chaty, tunele, pułapki, manekiny przebrane w odpowiednie stroje, jakiś czołg zdobyczny, a w tle słychać wystrzały (początkowo myślałam – taki „zabieg” dla podniesienia nastroju – okazała się, że strzelanie do celu można sobie po prostu wykupić !) Dalej szereg pułapek – tak w rzędzie i bardziej wkomponowane w pejzaż. Przewodnik demonstruje, wskakuje do tunelu, znikając właściwie na oczach… Pierwsza myśl – tak trochę propagandą trąci. Ale potem przyszła refleksja. Nie wiem czy Ci z Vietkongu dokonali dobrego czy złego wyboru, nie chcę oceniać i prowadzić naukowe dywagacje na temat. Wybrali, w imię swojej Ojczyzny. I dla Niej złożyli co najcenniejsze. Partyzanci tak mają…

PS

Niezależnie od opinii na temat samego „skansenu” – bambusy i cała reszta roślinek robi wrażenie… temperatura w połączeniu z wilgotnością – też…

Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑