Kategoria: Subiektywnie podglądane kultury świata (Page 31 of 32)

Ukraina – Żytomierz

Największy na Rusi Kijowskiej był Żytomierz! Założony w IX wieku od XIV należał do Wielkiego Księstwa Litewskiego a w konsekwencji do Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jagiellończyk wzniósł tu zamek obronny, który jako jeden z nielicznych oparł się wojskom chana krymskiego Mengli Gireja. Żytomierz wiele razy był napadany, często niszczony. Najpierw Mongołowie, Tatarzy potem Kozacy, a po Konfederacji Bardzkiej, w zemście – Rosjanie.

Pierwszym zakonem, który posiadał w mieście klasztor byli dominikanie. Przybyli tu już w XIII wieku. Znacznie później szkołę i klasztor wybudowali w Żytomierzu jezuici a później pojawili się też benedyktyni i szarytki. Po reformie administracji kościelnej w 1798, miasto stało się stolicą biskupstwa, a właściwie dwu biskupstw, bo od 1799 też prawosławnego. Sporo tu sakralnych zabytków. Najważniejszą świątynią jest XVIII katedra św. Zofii, ale też i budynki i kościoły poklasztorne i cerkwie np. XIX wieczna cerkiew Przemienienia. Wnętrza kościołów – jako to na Ukrainie – puste, czasem pobielone ściany, resztki dawnego wyposażenia… Ale ile można naukładać jakichś doniczek, ozdóbek, przydasiek wszelakich, tyle ich! Miszmasz w czystej postaci. Jest też synagoga. Potężny budynek ale współczesny. Po tej starszej Synagodze Domokrążców pozostała tylko fasada przyklejona do współczesnego założenia. Warto zerknąć też na XIX wieczny pałac biskupi.

Liczne tu ślady polskie. Najważniejszy z zachowanych to chyba dom, w którym mieszkał Kraszewski, i ten w którym urodził się Jarosław Dąbrowski. No i cmentarz (trochę wygląda jak Łyczakowski), na którym mogił polskich mrowie…

Watykan Buonarroti

Watykan to jeden z tych krajów, które ze względu na gabaryty, w jednej opowieści się mieszczą… Chociaż, nie! Z Watykanem jest inaczej. Tutaj można całe Państwo przejść wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia lub spędzić tu miesiące i dłużej. Większa część tych ciekawych zakątków jest za bramami, dostępna dla gości lub interesantów, ale i samo muzeum watykańskie i bazylika wystarczą by wracać tu jak bumerang.

Nad całym Watykanem góruje kopuła bazyliki św. Piotra. Buonarroti to geniusz! Nie jestem w tej opinii obiektywna ale jakoś wyjątkowo mi to nie przeszkadza. Lubię ludzi wyrazistych, przebojowych, władczych, dla których nie istnieje takie pojęcie jak „niemożliwe”, którzy mają świadomość swojej wartości – takie połączenie gentlemana z macho. A że Buonarroti zasadniczo spełnia te warunki… lubię go. Śladów jego obecności na Watykanie sporo a największy to wspomniana kopuła. W 1547 roku Michał Anioł został mianowany naczelnym architektem Bazyliki. Miał wówczas 72 lata i nie zachwycił się mocno taką nobilitacją. Już trochę mu się nie chciało, zwłaszcza że miał przejąć kierowanie budową obłożoną problemami finansowymi, konstrukcyjnymi itd. itp. Prawda, nie był łatwym szefem ale jednak udało mu się doprowadzić dzieło niemal do końca. Sam nie doczekał sklepienia „tiary świata”, jednak dzięki zrobionemu przez Buonarrotiego modelowi i rysunkom – do dziś kopuła góruje nad chrześcijańskim światem. Za murami Watykanu można spotkać także Michała Anioła – malarza (o tak znanych dziełach jak freski Sykstyny nie sposób tylko wspomnieć, a że napisano już chyba wszystko – zatem działa te należy jedynie kontemplować), oraz Michała Anioła – rzeźbiarza. Pieta Watykańska umieszczona jest po prawej stronie od wyjścia do bazyliki. Buonarroti wykonał ją mając zaledwie 24 lata! I… podpisał. 🙂 Gdy podziwiający dzieło ludzie zastanawiali się któż jest autorem i zaczęli przypisywać rzeźbę kilku znanym naówczas twórcom, Michał Anioł wyszedł naprzeciw ich oczekiwaniom i wątpliwościom i na szacie Maryi dopisał co następuje: Michelangelus Bonarotus Florentinus. Kolejnych dzieł już nie musiał podpisywać – sława go wyprzedzała.

Watykan – taki „mały kraj”… A tu zaledwie o jednym twórcy zdołałam wspomnieć… Tutaj można całe Państwo przejść wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia lub spędzić tu miesiące i dłużej!

Węgry – Budapeszt

Budapeszt to jedna z moich ulubionych stolic europejskich. Sympatią do Budapesztu zapałałam prawdziwą i niekłamaną, gdy peregrynowałam po nim (pierwsza moja wizyta w tym pięknym mieście to była) szukając „mojego” hotelu. Zapisałam bowiem ulicę (tylko ulicę!) nieświadoma tego, że w Budapeszcie ulic o tej samej nazwie – ho, ho a może i więcej. W każdej właściwie dzielnicy mogą być takie same (i w moim przypadku były…). Zakręcone miasto! I to wystarczający powód by się w nim zakochać!

Właściwie trudno powiedzieć, kiedy Budapeszt najpiękniejszy. Cudownie wygląda gdy w zimie ołowiane chmury nisko wiszą nad Dunajem. Piękny jest i kolorowy gdy wiosną świeża zieleń pokrywa wzgórze Gellerta. Pięknie jest gdy w letni upalny dzień leniwie czas płynie na wyspie Małgorzaty…

Raz zdarzyło mi się być w weekend majowy. Całe miasto wówczas przeradza się w swoisty festyn. Na mostach tłumy turystów i mieszkańców, tu ktoś przygrywa czardasza, tam ktoś inny w kostiumie z odległej epoki zamarł w bezruchu, inny żongluję, jeszcze inny sprzedaje wytwory rąk swoich. Cudownie, gwarno, czardaszowo 🙂

O zabytkach trudno pisać – zbyt ich wiele i w Budzie i w Peszcie i w kolejnych wchłoniętych miasteczkach i wsiach. Najlepiej uzbrojonym w dobry, opasły przewodnik i zacząć spacerować po Budapeszcie… Po tygodniu spacerowania, zaczyna do nas docierać, że to dopiero początek podróży!

Jest wiele ładnych kościołów, jest fantastyczna synagoga i cała dzielnica żydowska – ale to na osobne posty. O tym co w Budzie – też osobno opowiadałam. Zatem wspomnę tu tylko (z tych bardziej obowiązkowych punktów poza wspomnianymi) o parlamencie. Ten XIX wieczny budynek stał się symbolem nie tylko Budapesztu ale i całych Węgier. Na Hősök tere jest Pomnik Milenijny który kusi by jakieś kadry filmowe tam zrobić. W parku jest renesansowo-barokowy Zamek Vajdahunyad, no i mosty, wyspy, Dunaj… Och…

Węgry – Budapeszt Buda

Zamek w Budzie jest! 😉 Pierwszy wzniesiono w XIV wieku, a może i wiek wcześniej. Potem wielokrotnie przebudowywany i doprowadzony w konsekwencji do ruiny przez przykre zawiłości historii… W XIX wieku znowu odbudowany i tak jeszcze kilka razy no i dzisiaj mamy kompleks cały. Bo płynnie niemal przechodzi się z przestrzeni zamkowej w kierunku katedry w Budzie i przyległości. Obecnie w zamku jest Muzeum Historyczne i Galeria Sztuki i Biblioteka Narodowa. Tuż przy bramie, wejścia na teren zamku królów Węgier, strzeże Turul. Według jednej z legend, po miłosnych igraszkach ptaszyska i Emessy (córki wodza Hunów), przyszedł na świat Almos. Był on wodzem Scytów, którzy dali początek Madziarom. I tu nie wiem dlaczego mnie bawi zawsze fakt, że nieopodal zamku też Casanova rezydował w Zajeździe Białego Krzyża… Niestety piękne mityczne ptaszysko ma też mniej fajny epizod. W XX wieku stał się symbolem dla kręgów szerzących antysemityzm i faszyzm… No szkoda… Jak na większość zamków – również na ten w Budzie trzeba się wspiąć… Tu z pomocą przychodzi kolejka. Działa od 1870 i nieprzerwanie zapewnia transport i widoki (w pakiecie).

Nieopodal zamku – kościół Wniebowzięcia NMP, powszechnie znany jako kościół Macieja (od króla Macieja Korwina, który między innymi wziął tu ślub z księżniczką Beatrycze Aragońską). Kościół – koronacyjny dla królów Węgier! Ma metryczkę spójną z zamkiem – tak coś ok XIII/XIV wiek. I podobnie ulegał przebudowom i zniszczeniom. I podobnie w XIX wieku podniesiony z ruiny.

A wokół placu przykościelnego – Baszta Rybacka, galeryjki, podcienia, baszty, piękne drzewa, kwiaty kwitną, woda w fontannach pluska, wiatr przyjemnie muska i widoki na Dunaj…. Taki troszkę Disneyland z przełomu XIX i XX wieku. Ale fajny! 😊😊

Węgry – Eger

Dobry węgrzyn, nie jest zły! To prawda dość oczywista i od wielu wieków wśród Polaków znana a i pieczołowicie (jako tradycja) hołubiona. A jeśli węgrzyn to… w sumie kilka miast u naszych braci Węgrów wizualizuje mi się ale Eger spośród nich pierwszeństwo posiada. Miasto istniało od XI wieku, kiedy to założone zostało tu biskupstwo. Zapewne dlatego sporo w mieście świątyń, klasztorów – jednak te najpiękniejsze pochodzą gł. z okresu baroku. Tutaj biskup Lampert w 1248 wybudował okazały zamek. Budowla znamienita, piękna i nie do zdobycia! W XVI wieku wojska tureckie przez czterdzieści dni oblegały jego mury ale nie zdołały pokonać obrońców. Miasto zdobyte zostało przez Turków kilkadziesiąt lat później. Okupacja trwała prawie sto lat. Pozostały po niej ślady np. minaret – jedyny do dziś ocalały fragment wzniesionego tu kiedyś meczetu. W mieście mamy też akcent polski. W czasie II wojny światowej był tutaj obóz internowania polskich oficerów. Swoiste były to obozy na Węgrzech – np. w pensjonatach, zamkach. I do tego, w dość szybkim czasie internowanym żołnierzom jakoś bez problemów udawało się z obozów uciec… 🙂

Ale Eger nade wszystko winem stoi! Najsłynniejsze (przynajmniej dla turystów) skupisko piwniczek i winnic to Dolina Pięknej Pani. Piwniczki skrywające cenny trunek kuto w tufie. Im głębsza była – tym właściciel zasobniejszy. Degustować można tu ile wola, a w pobliżu nawet paleniska są ustawione – więc i przy ognisku do późna czardasze podlewane winem rozbrzmiewają…

Węgry – Gödöllő

W niedalekiej odległości od Budapesztu jest kilka miejsce wartych zatrzymania się w nich. Jedno z nich to Gödöllő słynące z barokowego królewskiego pałacu – letniej rezydencji Franciszka Józefa oraz Sisi. Choć zbudowany dla grafa Grassalkovicha, to jednak Ich Cesarskie Mości bardziej go rozsławiły. Cesarzowa Elżbieta chciała nawet nabyć posiadłość ale cesarski małżonek nie wyraził zgody. Ale, na upartą kobietę nie ma rady. Rok po tym jak Sisi zachwyciła się rezydencją – dostała ją jako prezent od państwa węgierskiego z okazji koronacji jej małżonka na króla Węgier. Etykieta – ważna rzecz! Ale czasem ma się ochotę na swobodę zachowania, bycia, konwersacji, zajęć… Takim azylem dla Elżbiety stał się właśnie pałac Gödöllő. A dzisiaj? Na piętrze sale wystawowe, na parterze kawiarnia i sklepy z plastikowymi pamiątkami… ale jest cudowny ogród, który cudownie wygląda o każdej porze roku, i jest mnóstwo okazji do posłuchania zupełnie niezłej muzyki, bo i koncerty kameralne i koncerty zamkowe, i festiwale muzyki harfowej i im. Liszta – dla każdego coś…

Węgry – Győr

Pięknie i barokowo jest w Győr. To doskonałe miejsce na spacery. Takie bez celu, dla przyjemności. Na każdej z ulic urokiem zachwycają wielobarwne fasady kamienic, z „przyklejonymi” tu i ówdzie dekoracyjnymi balkonami. To także miasto rzek. Ma ich aż cztery. Nieopodal płynie Dunaj, a samo miasto jest u zbiegu rzek Mason-Dunaj, Raba i Rabca. Najpiękniejszym zabytkiem sakralnym jest gotycko-barokowa katedra Wniebowzięcia NMP. Cudowna, przemyślana monumentalna dekoracja wnętrza, autorstwa znanego malarza Franza Antona Maulbertscha, snuje swoją opowieść a to narracyjnie, a to symbolami… W kaplicy z boku zobaczyć można hełm króla Władysława I. W 1697 roku miał tu miejsce znany cud. Z obrazu Matki Bożej z Dzieciątkiem popłynęły krwawe łzy. Do dzisiaj przechowywany jest w skarbcu kościelnym ręczniczek, którym owe łzy ocierano z obrazu. Győr to nie tylko miasto cudu. To nade wszystko miasto akademickie, zatem mnóstwo tu… kawiarni, klubów nocnych, pubów!

Węgry – Ostrzyhom

Ostrzyhom to jedno z najstarszych miast na Węgrzech, i najważniejszych zarazem. Pierwsza stolica Węgier! Tutaj chrzest i koronę przyjął św. Stefan. Tutaj urodziły się święte Kinga i Jolanta. Ilość świętych na metr kwadratowy miasta – nie najgorsza! Wcale nie dziwi, że w tym właśnie mieście jest jedna z największych katedr na Węgrzech (wzniesiona na miejscu kościoła zniszczonego w czasie wojen przez Turków). Tutaj wreszcie rezydowali prymasi węgierscy, tutaj w kryptach katedry znajdowali też miejsce wiecznego ich spoczynku – taki węgierski Watykan. Katedrę wieńczy ogromna kopuła. Można wokół niej przejść wąską platformą by obejrzeć z tej perspektywy miasto i okolice. Nie byłam, bowiem jestem z tych, którzy uważają, że z dołu też dobrze widać ale gęsiego idący wokół kopuły turyści wyglądali na zachwyconych.

I jeszcze akcent polski. W Ostrzyhomiu wracając spod Wiednia zatrzymał się Jan Sobieski 🙂

Węgry – Szeged

W Szeged byłam ponad rok temu. Szybka wizyta – bo robota (to miasto uniwersyteckie przecież)… Na zwiedzanie nie było jakoś mocno dużo czasu i możliwości. A szkoda… bo miasto zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. No – coś tam jednak oczywiście udało się pozwiedzać… 😉 Przez co tym bardziej nęci by pojechać w ten region znowu i na spokojnie, w sposób dedykowany do połażenia i popodglądania kultur i historii. Zwłaszcza, że Szeged ma historię od czasów rzymskich pisaną (wtedy Partiscum się nazywało). Obecna nazwa dopiero od XII wieku się do miasta przykleiła. Wiele miejsc wartych zobaczenia. Byłam tylko w kilku. Katedra (Kościół Wotywny) była w kompleksowym remoncie. Ale i tak przez rusztowania i zwały kurzu, widać było jej powalające piękno kapiących od złota i kolorów mozaik i fresków. Katedra jest neoromańska, wzniesiona na początku XX wieku i…. po prostu ładna. Znacznie bardziej leciwy kościół franciszkanów. Pięćset lat już tutaj sobie stoi. Po wejściu, pierwsze wzrok przykuwa sklepienie sieciowe z żebrami z wypalanej gliny. No wymiata… W prezbiterium dwukondygnacyjny ołtarz (1713 r.). Taki jakby trochę z innej bajki bo w milutko ciepłych barwach, odcina się mocno od chłodu murów. W ołtarzu obraz Maryi z Dzieciątkiem, znaleziony przypadkiem jak legenda głosi przez żołnierza, który w pobliskim jeziorze poił konia. Świątyń, kościołów oraz synagog w mieście sporo. Sporo też uroczych kamieniczek. Tych trochę widziałam, oświetlonych światłem wieczornych lamp, latarni i księżyca – jak tam której wypadło. No i muzeum i teatr kusi… ale to następnym razem może się uda.

A! Z Szeged pochodzi nie tylko słynny młynarz papryki – János Kotányi, ale i robią tam najpyszniejsze salami na Węgrzech!!

Węgry – Szentendre

Szentendre znane jest od czasów rzymskich. Sama nazwa miasta pochodzi jednak dopiero z okresu Madziarskiego, a wywodzi się od pierwszego wzniesionego tu kościoła poświęconego św. Andrzejowi. Na przełomie XIX i XX wieku miasteczko stało się takim polskim Zakopanem, skupiającym bohemę, artystów węgierskich szukających tu natchnienia.

Wąskie wijące się uliczki, zaułki, kawiarenki, mnóstwo sklepików z rękodziełem. Trudno się dziwić, że Szentendre przyciąga turystów. Raczej tu gwarno i tłumnie. Choć anturaż sprzyja romantycznym spacerom – tłum zwiedzających uniemożliwia zagubienie się w wąskich uliczkach. Sporo kościołów i cerkwi ale próżno szukać otwartego. Wejść można za to do muzeów i galerii – a jest ich sporo. Między innymi jedyne chyba na świcie muzeum marcepanu lub muzeum wina (głównie węgierskiego). Miłośnicy czasów rzymskich znajdą tu pozostałości obozu Ulcisia Castra. A i krzyż morowy z 1763 roku można zobaczyć – to wotum za ustąpienie zarazy. I choć w jednej z tutejszych kawiarenek (nie powiem której 😉 ) piłam najpaskudniejsze frappe na świecie – to i tak uważam, że przyjechać do Szentendre po prostu, trzeba!

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑