Dawne miasto królewskie – Biała Cerkiew. Początki miasta sięgają IX wieku. Kiedyś należało do Rusi Kijowskiej, Księstwa Litewskiego, potem jeszcze do województwa kijowskiego Korony… Po tutejszym zamku śladów właściwie nie ma, a imponujący musiał stanowić widok, skoro aż czterema rondlami otoczony był i głęboką fosą. Trzy zwodzone bramy i dwadzieścia pięć armat, nie licząc moździerzy broniło do niego dostępu. W Białej Cerkwi są za to do dziś dwie synagogi, kilka cerkwi i kościołów i… aż dwa pałace Branickich – zimowy i letni. Ten zimowy, XVII-wieczny – w 1917 mocno zniszczony został. Ten letni – w XVIII wieku wzniósł Franciszek Ksawery Branicki dla swej żony Aleksandry. Pałac otacza cudowny park zwany Aleksandrią. Fantastyczne miejsce! Uniesienie było powodem jego powstania i emocje (by nie rzec, że uczucie) tu się wyczuwa. W lecie pełne zieleni, ciszy, ćwierkotu ptaków, szumu wody… Gdzieniegdzie jakiś pomnik się czai, albo resztki budynków (tak im wyszło, że resztki lub takie celowe – od początku zbudowane jako resztki) w tle wspomniany pałac… Można się cudownie zagubić. Dzisiaj ktoś mi przypomniał, że dobrze jest się czasem zresetować – w górach, nad morzem, w parku… To prawda… przypomniał mi się szum morza, świst wiatru w górach, szelest drzew… przypomniało mi się kilka miejsc… przypomniała mi się Aleksandria…
Z wielkim sentymentem wspominam pobyt w Kijowie. A spośród wielu miłych chwil tam spędzonych, szczególnie – odwiedziny w Peczerskiej Ławrze na zaproszenie pewnego diaka, który zresztą służył oprowadzaniem po całym kompleksie. Pierwsze ślady Ławry to XI wiek i działalność misyjna mnichów Antoniego i Teodozjusza. Drugi ihumen – Teodozjusz wprowadził tu regułę studycką. Bardzo szybko miejsce zasłynęło cudami ale i jako ośrodek naukowy i dziejopisarski. Tutaj powstał Latopis Nestora a sam kronikarz spoczywa w podziemiach. Obecny wygląd zabudowań Ławry Peczerskiej to czysty, kapiący złotem i ozdobami wszelakimi barok! Ależ błyszczą w słońcu złote kopuł i wieżyczki! I wszędzie pachnie cudownie kadzidłem… To cudo architektoniczne powstało z inicjatywy bp. Piotra Mohyła ale oczywiście rozbudowa trwała przez XVII i XVIII wiek. Powstał wtedy sobór, cerkwie i zabudowania monastyru. W 1990 Ławra i sobór Sofijski został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Obecnie – górna ławra – to głównie obiekty muzealne służące raczej jako obiekty turystyczne niż sakralne (choć ta druga funkcja nadal istnie). To między innymi cerkwie nadbramne (Trójcy oraz Wszystkich Świętych), cerkiew refektarzowa, cerkiew domowa itd. Dolna Ławra – to bliskie i dalekie pieczary – a tam naziemne i podziemne cerkwie. Tam życie monastyczne trwa.
Ale największe wrażenie robią podziemia Ławry! Drogę oświetla jedynie świeca, którą się zapala przy wejściu i zabiera ze sobą. Na dole też jedyne światło to świece i lamki oliwne. I klimatycznie i duchowo trochę i tak straszno też. W podziemiach ikony – to jasne, jakieś cerkiewki – no też, no i mnóstwo zmarłych, którzy wcale nie kryją się w zamkniętych szczelnie sarkofagach. Trumny są przeszklone, kości położone luzem w wykutych niszach… Po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do mroku ale i do widoku ludzkich szczątków zerkających niewidzącymi oczyma zza każdego węgła. I… za którymś zakrętem w wykutej niszy… Łypnęło na mnie oko. Ale takie zupełnie żywe!!! Matko kochana jak się wystraszyłam! Żywego a nie martwego!!! Okazało się, że niektórzy mnisi za zgodą przełożonego mogą czasowo przebywać w tych katakumbach cmentarnych na szczególnej modlitwie, medytacji… jakoś tak. No… Chyba bogobojny mnich pojęcia nie miał, że łypnięciem oka o zawał mnie prawie przyprawił. Dalej pogrążony w medytacji – myślę, że nie zanotował nawet w świadomości moich odwiedzin…
Odessa – wizualnie dla mnie, to taki Wiedeń wschodu. Pokręcone dzieje miała. Osada portowa grecka (właściwie dwie sąsiadujące osady), która przechodziła z rąk do rąk. Należała między innymi do Gotów, Hunów, Awarów, Madziarów, potem była częścią Rzeczypospolitej Obojga Narowów, potem Turcy i Rosja itd.
Odessa to miasto filmów. Oczywiście pierwsze skrzypce grają Schody Potiomkinowskie, ale dla mnie Odessa to „Deja Vu” i genialny Jerzy Stuhr. To jeden z filmów, które zawsze poprawiają mi nastrój, ale też to jeden z filmów, który rozbawić może tylko słowiańską duszę. Bo i Odessa jako scena – nadaje się i szyta na miarę! Architektura głównie XIX wieczna, secesyjno-eklektyczna, monumentalna, wyniosła, z rozmachem. Cudownie wygląda Pasaż. To nie galeria handlowa – to istny salon! Imponująco prezentuje się też Teatr Opery i Baletu. Właściwe na każdej ulicy w centrum historycznym zobaczyć można fantastyczne fasady kamienic, miejskich pałaców, cerkwi, kościołów, synagog itd. tutaj wszystko tchnie Europą i to na najwyższym poziomie i równocześnie wszystko tchnie słowiańskim wschodem! Taki dziwaczny mix.
W Odessie jest monastyr czarnomorski. Tam, pierwszy i jak dotąd ostatni raz widziałam mniszkę wielkiej schimy. Przygarbiona starowinka szła gdzieś podpierając się laską. Zupełnie nie zauważyła, że jej kukulion i analobos pobrudził się woskiem kapiących świec. Zupełnie nie zauważała właściwie całego świata wokół. Ludzie mijając ją zwalniali nieco kroku, ale nie witali się, nie zagadywali. Jedynie z szacunkiem patrzyli. A ona, ciepło uśmiechała się do własnych myśli i gdzieś sunęła postukując cichutko laską. A wokół w monastyrze wrzało! Tam biegali mnisi z taczkami – bo coś trzeba wyremontować, mniszka przepasana fartuchem pędziła do kuchni, jakiś mnich wyganiał za pomocą solidnego kija duchy nieczyste z jakiegoś chłopca (młodzieniec wyraźnie wyglądał na osobę niepełnosprawną intelektualnie…), tutaj przysiadły jakieś pobożne kobiety czekając na błogosławieństwo, tam mężczyźni prowadzą głośne i ożywione rozmowy – ot, normalny dzień z życia monastyru! I ta mniszka, jakby już nie z tego świata…
W Odessie synagog było wiele. Dzisiaj są trzy zaledwie. Najbardziej reprezentacyjna chyba była Synagoga Brodzka (czasem nazywana też Starą). Na szczęście przetrwała. Budynek XIX wieczny a zbudowana była dla społeczności reformowanych Żydów. Nazwa – do pierwszego jej chazana i rabina Blumentala z Brodów. W czasach radzieckich – wiadomo, pod górkę… Ale w 1996 na Rosz ha-Szana – znowu zabrzmiał w synagodze szofar! A teraz odrestaurowana służy społeczności. Jest tu wszystko co potrzebne: mykwa, sala modlitw z Aron ha-kodesz i z bima, biura gminy a nawet zaczyna się jesziwa konstytuować powoli.
Ot cała Odessa… Raz słychać szofar, raz dzwony kościelne a raz chór cerkiewny…
„Romantyczność” nie jedno ma oblicze. Czasem to kolacja na dachu kamienicy w świetle księżyca, jakiś drobiazg ofiarowany bez powodu, czasem wieczorny spacer brzegiem morza a czasem wizualizuje się tak jak Zofiówka w Humaniu. W 1796 roku ten piękny krajobrazowy park założył Stanisław Szczęsny Potocki dla swej ukochanej żony i nazwał go jej imieniem. Wiem, niektórzy sugerują, że to prezent od zdrajcy dla ladacznicy, ale ja wolę myśleć o Zofiówce jako romantycznym uniesieniu… W każdym razie to przedsięwzięcie, które pochłonęło gigantyczne sumy, stało się jednym z cudowniejszych założeń parkowych Europy. 180 hektarów sentymentalnego parku – pełnego urokliwych grot, wodospadów (największy ma 14 metrów!), zakamarków, zerkających zza rozłożystych liści rzeźb…
Park trudne koleje losu doświadczył. Potoccy krótko się nim cieszyli. Przejął go car Mikołaj I, który nie grzesząc gustem (nawet tym kiepskim a co dopiero o dobrym wspomnieć) zaczął park „ozdabiać”. Potem czasy radzieckie i zniszczenia wojenne. Ale jakby na przekór zakrętom historii to natura odegrała się na parku potockiego paskudnie. W 1979 roku mroźna i bezśnieżna zima a potem śnieżna wiosna dokonały gigantycznego zniszczenia.
Co prawda odnowiono park przywracając mu w pierwotne piękno: wspaniałe rośliny (ponad trzy tysiące gatunków), stadka dzikich gęsi lub kaczek, luzem spacerujące konie… Pięknie jest – ale nie wiem czy nadal romantycznie…
Żurawniki – niewielka wieś na Ukrainie. Kilkuset mieszkańców, cerkiew – architektonicznie taka sobie. To dziwaczne ale ta niewielka wioska wchłonęła sąsiedni – Drużkopol, który tradycje i historię ma znacznie dłuższą bo sięgającą I poł XVII wieku. I właściwie trudno wyczuć o czym pisać czy o Żurawnikach czy Drużkopolu skoro to teraz jedno. Drużkopol były to dobra Drużkiewiczów. Miasteczko jeśli o narodowość mieszkańców idzie, właściwie polsko-żydowskie. W 1863 w miejscowości tej działała baza wsparcia dla powstańców. Na lokalnym cmentarzy Maria Ledóchowska wzniosła niewielki kościół. W czasie II wojny światowej hitlerowcy wymordowali mieszkańców żydowskiego pochodzenia. Zabytki – nie istnieją, zniszczone. Jedynie ta cerkiew wzniesiona na gruzach kościoła franciszkanów. I wspólna dla obu miejscowości – pamięć o zamordowanych tu w czasie rzezi, Polakach…
Największy na Rusi Kijowskiej był Żytomierz! Założony w IX wieku od XIV należał do Wielkiego Księstwa Litewskiego a w konsekwencji do Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jagiellończyk wzniósł tu zamek obronny, który jako jeden z nielicznych oparł się wojskom chana krymskiego Mengli Gireja. Żytomierz wiele razy był napadany, często niszczony. Najpierw Mongołowie, Tatarzy potem Kozacy, a po Konfederacji Bardzkiej, w zemście – Rosjanie.
Pierwszym zakonem, który posiadał w mieście klasztor byli dominikanie. Przybyli tu już w XIII wieku. Znacznie później szkołę i klasztor wybudowali w Żytomierzu jezuici a później pojawili się też benedyktyni i szarytki. Po reformie administracji kościelnej w 1798, miasto stało się stolicą biskupstwa, a właściwie dwu biskupstw, bo od 1799 też prawosławnego. Sporo tu sakralnych zabytków. Najważniejszą świątynią jest XVIII katedra św. Zofii, ale też i budynki i kościoły poklasztorne i cerkwie np. XIX wieczna cerkiew Przemienienia. Wnętrza kościołów – jako to na Ukrainie – puste, czasem pobielone ściany, resztki dawnego wyposażenia… Ale ile można naukładać jakichś doniczek, ozdóbek, przydasiek wszelakich, tyle ich! Miszmasz w czystej postaci. Jest też synagoga. Potężny budynek ale współczesny. Po tej starszej Synagodze Domokrążców pozostała tylko fasada przyklejona do współczesnego założenia. Warto zerknąć też na XIX wieczny pałac biskupi.
Liczne tu ślady polskie. Najważniejszy z zachowanych to chyba dom, w którym mieszkał Kraszewski, i ten w którym urodził się Jarosław Dąbrowski. No i cmentarz (trochę wygląda jak Łyczakowski), na którym mogił polskich mrowie…
Watykan to jeden z tych krajów, które ze względu na gabaryty, w jednej opowieści się mieszczą… Chociaż, nie! Z Watykanem jest inaczej. Tutaj można całe Państwo przejść wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia lub spędzić tu miesiące i dłużej. Większa część tych ciekawych zakątków jest za bramami, dostępna dla gości lub interesantów, ale i samo muzeum watykańskie i bazylika wystarczą by wracać tu jak bumerang.
Nad całym Watykanem góruje kopuła bazyliki św. Piotra. Buonarroti to geniusz! Nie jestem w tej opinii obiektywna ale jakoś wyjątkowo mi to nie przeszkadza. Lubię ludzi wyrazistych, przebojowych, władczych, dla których nie istnieje takie pojęcie jak „niemożliwe”, którzy mają świadomość swojej wartości – takie połączenie gentlemana z macho. A że Buonarroti zasadniczo spełnia te warunki… lubię go. Śladów jego obecności na Watykanie sporo a największy to wspomniana kopuła. W 1547 roku Michał Anioł został mianowany naczelnym architektem Bazyliki. Miał wówczas 72 lata i nie zachwycił się mocno taką nobilitacją. Już trochę mu się nie chciało, zwłaszcza że miał przejąć kierowanie budową obłożoną problemami finansowymi, konstrukcyjnymi itd. itp. Prawda, nie był łatwym szefem ale jednak udało mu się doprowadzić dzieło niemal do końca. Sam nie doczekał sklepienia „tiary świata”, jednak dzięki zrobionemu przez Buonarrotiego modelowi i rysunkom – do dziś kopuła góruje nad chrześcijańskim światem. Za murami Watykanu można spotkać także Michała Anioła – malarza (o tak znanych dziełach jak freski Sykstyny nie sposób tylko wspomnieć, a że napisano już chyba wszystko – zatem działa te należy jedynie kontemplować), oraz Michała Anioła – rzeźbiarza. Pieta Watykańska umieszczona jest po prawej stronie od wyjścia do bazyliki. Buonarroti wykonał ją mając zaledwie 24 lata! I… podpisał. Gdy podziwiający dzieło ludzie zastanawiali się któż jest autorem i zaczęli przypisywać rzeźbę kilku znanym naówczas twórcom, Michał Anioł wyszedł naprzeciw ich oczekiwaniom i wątpliwościom i na szacie Maryi dopisał co następuje: Michelangelus Bonarotus Florentinus. Kolejnych dzieł już nie musiał podpisywać – sława go wyprzedzała.
Watykan – taki „mały kraj”… A tu zaledwie o jednym twórcy zdołałam wspomnieć… Tutaj można całe Państwo przejść wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia lub spędzić tu miesiące i dłużej!
Budapeszt to jedna z moich ulubionych stolic europejskich. Sympatią do Budapesztu zapałałam prawdziwą i niekłamaną, gdy peregrynowałam po nim (pierwsza moja wizyta w tym pięknym mieście to była) szukając „mojego” hotelu. Zapisałam bowiem ulicę (tylko ulicę!) nieświadoma tego, że w Budapeszcie ulic o tej samej nazwie – ho, ho a może i więcej. W każdej właściwie dzielnicy mogą być takie same (i w moim przypadku były…). Zakręcone miasto! I to wystarczający powód by się w nim zakochać!
Właściwie trudno powiedzieć, kiedy Budapeszt najpiękniejszy. Cudownie wygląda gdy w zimie ołowiane chmury nisko wiszą nad Dunajem. Piękny jest i kolorowy gdy wiosną świeża zieleń pokrywa wzgórze Gellerta. Pięknie jest gdy w letni upalny dzień leniwie czas płynie na wyspie Małgorzaty…
Raz zdarzyło mi się być w weekend majowy. Całe miasto wówczas przeradza się w swoisty festyn. Na mostach tłumy turystów i mieszkańców, tu ktoś przygrywa czardasza, tam ktoś inny w kostiumie z odległej epoki zamarł w bezruchu, inny żongluję, jeszcze inny sprzedaje wytwory rąk swoich. Cudownie, gwarno, czardaszowo
O zabytkach trudno pisać – zbyt ich wiele i w Budzie i w Peszcie i w kolejnych wchłoniętych miasteczkach i wsiach. Najlepiej uzbrojonym w dobry, opasły przewodnik i zacząć spacerować po Budapeszcie… Po tygodniu spacerowania, zaczyna do nas docierać, że to dopiero początek podróży!
Jest wiele ładnych kościołów, jest fantastyczna synagoga i cała dzielnica żydowska – ale to na osobne posty. O tym co w Budzie – też osobno opowiadałam. Zatem wspomnę tu tylko (z tych bardziej obowiązkowych punktów poza wspomnianymi) o parlamencie. Ten XIX wieczny budynek stał się symbolem nie tylko Budapesztu ale i całych Węgier. Na Hősök tere jest Pomnik Milenijny który kusi by jakieś kadry filmowe tam zrobić. W parku jest renesansowo-barokowy Zamek Vajdahunyad, no i mosty, wyspy, Dunaj… Och…
Zamek w Budzie jest! Pierwszy wzniesiono w XIV wieku, a może i wiek wcześniej. Potem wielokrotnie przebudowywany i doprowadzony w konsekwencji do ruiny przez przykre zawiłości historii… W XIX wieku znowu odbudowany i tak jeszcze kilka razy no i dzisiaj mamy kompleks cały. Bo płynnie niemal przechodzi się z przestrzeni zamkowej w kierunku katedry w Budzie i przyległości. Obecnie w zamku jest Muzeum Historyczne i Galeria Sztuki i Biblioteka Narodowa. Tuż przy bramie, wejścia na teren zamku królów Węgier, strzeże Turul. Według jednej z legend, po miłosnych igraszkach ptaszyska i Emessy (córki wodza Hunów), przyszedł na świat Almos. Był on wodzem Scytów, którzy dali początek Madziarom. I tu nie wiem dlaczego mnie bawi zawsze fakt, że nieopodal zamku też Casanova rezydował w Zajeździe Białego Krzyża… Niestety piękne mityczne ptaszysko ma też mniej fajny epizod. W XX wieku stał się symbolem dla kręgów szerzących antysemityzm i faszyzm… No szkoda… Jak na większość zamków – również na ten w Budzie trzeba się wspiąć… Tu z pomocą przychodzi kolejka. Działa od 1870 i nieprzerwanie zapewnia transport i widoki (w pakiecie).
Nieopodal zamku – kościół Wniebowzięcia NMP, powszechnie znany jako kościół Macieja (od króla Macieja Korwina, który między innymi wziął tu ślub z księżniczką Beatrycze Aragońską). Kościół – koronacyjny dla królów Węgier! Ma metryczkę spójną z zamkiem – tak coś ok XIII/XIV wiek. I podobnie ulegał przebudowom i zniszczeniom. I podobnie w XIX wieku podniesiony z ruiny.
A wokół placu przykościelnego – Baszta Rybacka, galeryjki, podcienia, baszty, piękne drzewa, kwiaty kwitną, woda w fontannach pluska, wiatr przyjemnie muska i widoki na Dunaj…. Taki troszkę Disneyland z przełomu XIX i XX wieku. Ale fajny!
Dobry węgrzyn, nie jest zły! To prawda dość oczywista i od wielu wieków wśród Polaków znana a i pieczołowicie (jako tradycja) hołubiona. A jeśli węgrzyn to… w sumie kilka miast u naszych braci Węgrów wizualizuje mi się ale Eger spośród nich pierwszeństwo posiada. Miasto istniało od XI wieku, kiedy to założone zostało tu biskupstwo. Zapewne dlatego sporo w mieście świątyń, klasztorów – jednak te najpiękniejsze pochodzą gł. z okresu baroku. Tutaj biskup Lampert w 1248 wybudował okazały zamek. Budowla znamienita, piękna i nie do zdobycia! W XVI wieku wojska tureckie przez czterdzieści dni oblegały jego mury ale nie zdołały pokonać obrońców. Miasto zdobyte zostało przez Turków kilkadziesiąt lat później. Okupacja trwała prawie sto lat. Pozostały po niej ślady np. minaret – jedyny do dziś ocalały fragment wzniesionego tu kiedyś meczetu. W mieście mamy też akcent polski. W czasie II wojny światowej był tutaj obóz internowania polskich oficerów. Swoiste były to obozy na Węgrzech – np. w pensjonatach, zamkach. I do tego, w dość szybkim czasie internowanym żołnierzom jakoś bez problemów udawało się z obozów uciec…
Ale Eger nade wszystko winem stoi! Najsłynniejsze (przynajmniej dla turystów) skupisko piwniczek i winnic to Dolina Pięknej Pani. Piwniczki skrywające cenny trunek kuto w tufie. Im głębsza była – tym właściciel zasobniejszy. Degustować można tu ile wola, a w pobliżu nawet paleniska są ustawione – więc i przy ognisku do późna czardasze podlewane winem rozbrzmiewają…