Kategoria: Subiektywnie podglądane kultury świata (Page 30 of 33)

Turcja – Demre (Myra)

Najpierw licyjska, potem grecka, potem rzymska, potem osmańska a teraz turecka – Myra. Teraz właściwie to Demre ale jeśli o ruinach starożytnego miasta mówimy to precyzyjniej jest Myra. Skąd nazwa? Bo nad rzeką Myros powstało. Była jednym z większych miast Ligi Licyjskiejo (taki prototyp Stanów Zjednoczonych lub Unii Europejskiej), mając na zgromadzeniach aż trzy głosy. W mieście rozwijał się kult głównie Apollina, ale czczono też Zeusa, Atenę i przede wszystkim Artemidę Eleuthera (to jej świątynię kazał zburzyć św. Mikołaj – tak, tak ten od prezentów – ale o Myrze Mikołaja w innym Subiektywnym podglądaniu). Kiedyś było to miasto portowe z dużym portem przeładunkowym. Handlowano tu na przykład cennymi barwnikami, stąd szereg spichlerzy i budynków do celów handlowo – przeładunkowych koniecznych. Według tradycji chrześcijańskiej to w tym porcie zamienili się statkami dwaj apostołowi w podróży. Św. Paweł przesiadkę uczynił w podróży Cezarea – Rzym a przy okazji w mieście gminę chrześcijańską założył. Przez lata ruiny starożytnego miasta były zatopione w błotach rzeki. Dopiero w połowie XX wieku pierwsze prace archeologiczne pozwoliły na odkrycia i dalsze eksplorację.

Co dzisiaj można zobaczyć? Spichlerz (granarium) prawdopodobnie z czasów Hadriana. To jeden z nielicznych śladów po porcie. Jest też cmentarz grobowców skalnych datowany na V-IV w pne. To grobowce wykute w skalnym zboczu. Nisze grobowe zakrywane były frontonami, często płaskorzeźbionymi lub z reliefami i z dekoracją symboliczną albo narracyjną, mówiącą o osobie pochowanej w grobowcu. Jest więc młodzieniec podający tarczę, ktoś tam w towarzystwie służby (lub żałobników) poleguje sobie leniwie, a jakie misternie ułożone fryzury, w jakie urocze fatałaszki przyodziane są postaci z tych płaskorzeźb. Piękne… Zachowały się też inskrypcje, czasem mocno niepogrzebowe. Na przykład info, że Moskiusz kocha Filistę… Tuż obok teatr. Teatrzysko właściwie! Gigantyczny! Był największym w Licji! A z jaką akustyką…. Och… Nie muszę dodawać, że wypróbowałam rzeczoną…? 😉

Turcja – Efez

Androklos syn króla Kodrosa, od wyroczni usłyszał, że miasto ma założyć w miejscu w którym zobaczy rybę i dzika… Dość nietypowa para. Jadąc do Jonii zobaczył na brzegu rybaka, który piekł złowione ryby. Jedna się wyśliznęła wpadła do ogniska a słup iskier wypłoszył z zarośli dzika… Ot i miejscówka na złożenie Efezu się znalazła!

Według badań archeologicznych miasto założeni zostało około IX w. pne. Historię ma przebogatą! I tę grecko- rzymską i też późniejszą też. Był prężnie rozwijającym się miastem handlowo, artystycznie i religijnie. Tyglem narodów i religii.

Efez zasłynął z kilku powodów. Po pierwsze religijnie. Świątynia Artemidy była jednym z cudów starożytnego świata. Była gigantyczna i podobno budowana przez 120 lat.  Do Efezu (a dokładniej Efezjan) list pisał św. Paweł, sam tu też przebywał. Był Żydem, więc i też szukał na swoich trasach dużych społeczności żydowskich by tam się zatrzymywać i głosić nauki. Tak też było w Efezie. Była tutaj duża społeczność i nawet dzielnica żydowska. Jego wypowiedzi nie zyskały większego poklasku i Paweł przeniósł się z naukami poza synagogę, zabierając ze sobą tę grupkę, którą przekonał. Efez był też jednym z siedmiu kościołów Azji, które wymienione są w Apokalipsie. Tutaj zamieszkał na chwilę św. Jan i pisał Ewangelię. A z nim podobno mieszkała też Maryja. W późniejszych wiekach sobory w mieście były organizowane. Efez słynął też naukowo. Są nadal spore ślady architektoniczne biblioteki Celsusa, trzeciej co do wielkości zaraz po Pergamońskiej i Aleksandryjskiej. Musiała wyglądać nieziemsko skoro sam zrekonstruowany fragment fasady takie wrażenie robi! A i „zawartość” miała niczego sobie. Około 12 tysięcy zwojów! Wcale nie dziwię się, że na banknocie się znalazł. No i jeszcze artystycznie – teatr, który mieścił 24 tys. widzów. Ale spektakle się tam mogły dziać!!! Jak dodamy do tego jeszcze odeon, łaźnie, fontanny, agory, świątynie (np. Hadriana lub Sebastoi) i wille z wyrafinowanymi zdobieniami mozaikowymi… Piękne miasto! I w sumie na tyle zachowane do dzisiaj i tak fragmentami zrekonstruowane, że nie trzeba mocnej wyobraźni by to w to piękno uwierzyć!

Ruiny Efezu zwiedzać można a nawet należy w różnych porach dnia i nocy. Cudownie wygląda w promieniach słońca, zwłaszcza gdy jakieś puchate chmurki zaburzają jednak troszkę błękit nieba. Cudownie wygląda w reflektorze ciepłych promieni zachodzącego słońca – i cudnie też wygląda w reflektorach, które człowiek poumieszczał tu i tam by piękno architektury w noc pokazać. Na koniec spaceru i podziwiania artefaktów – wizualizacja multimedialna opowiadająca historię miasta. JEST EFEKT WOW!!! Widzowie wchodzą w jakiś matrix. Chodzą ulicami starożytnego Efezu, zaglądają do domów i na ulice, spotykają się z ludźmi i bogami… Kolejne obrazy przeszłości, epok porywa wiatr i rozsypując je w pył i piasek roni miejsce dla kolejnym kartom historii Efezu.

Turcja – Hierapolis

„Święte miasto”. Jest ich wiele na świecie… Hierapolis (obecnie Turcja) najpierw było święte bo Kybele, potem świątynia Apollona, a jeszcze potem z powodu grobu apostoła Filipa.

Miejsce zasiedlane było wcześniej znacznie niż się Frygijczycy tu pojawili. Ale to oni uznali, że miejscówka dla kultu Kybele – pisana na miarę! I około VII w pne – miejsce kultu zaistniało. Potem Grecy przejęli miejsce i kult też… Antioch Wielki osiedlił w Hierapolis około 2 tys. rodzin Żydowskich z Babilonu i Mezopotamii. Potem dołączyli do nich Żydzi z Judei. W rezultacie społeczność prężnie się rozwijała i była mocnym napędem dla rozwoju miasta. A potem Rzymianie. A potem mocno rozrastać zaczęła się gmina chrześcijańska. Ale apostoł Filip został ukrzyżowany… i pochowany – co stało się z czasem destynacją pielgrzymek. W IV wieku brama Plutona została zamurowana. To było symboliczne przejęcie miasta przez kulturę chrześcijańską. Obok istniejących już wielu świątyń i domów modlitwy – zaczęły powstawać kościoły. Z czasem na poły trzęsienia ziemi i najazdy doprowadziły miasto do ruiny. Prowadzone od XIX prace wykopaliskowe spowodowały odkrycie piękna Hierapolis na nowo i znowu jest miejscem przyciągającym. Ale tym razem turystów pragnących obcować z kulturą i sztuką lub chcących zażywać kąpieli i relaksu (albo jedno i drugie 😊 ).

Atrakcją dodatkową miejsca były i są nadal złoża gazu (umiarkowanie zdrowego) i gorące źródła (co do zasady uzdrowiskowe 😉). Jedne i drugie wykorzystywane były od starożytności – jak nie do kultu to do leczenia. Hierapolis stało się uzdrowiskiem.

Co teraz można zobaczyć? Dobrze zachowane stanowisko archeologiczne. Brama frontinus, szerokie arterie, fragmenty zabudowań, niemały teatr na zboczu wzgórza. Jest też świątynia Apolllina, Ploutonion (właściwie to są dwa miejsca gdzie być może był), Nimfeum, nekropolie… ot miasto. No i łaźnie. Było ich sporo bo źródła ku temu były prowokacją. 😊 Najsłynniejsze – sadzawka Kleopatry. Nadal funkcjonuje tu fantastyczny basen – można się pluskać do woli! Pośród zieleni, baseny. Krystaliczna woda więc widać zatopione w wodze kapitele kolumn jakieś kawałki gzymsów… Na główkę skakać nie zalecam! Ale popluskać się w wodzie jak syrena przysiadając na grecko-rzymskich wolutach lub kamiennych liściach akantu… Bezcenne! Fot nie robiłam bo w sadzawce Kleopatry oprócz antycznych kamieni golasy też były 😉 Odwagi nie stało… Ale do zwiedzania wróćmy 🙂 Są też w kompleksie sale wystawowe. A tam dobrze ekspozycyjnie pokazane artefakty. Trochę rzeźby, trochę rzemiosła.

No generalnie pięknie jest! A jak jeszcze słońce zachodzące ruiny pomaluje a miły chłodek wiatru połączy się z ciepłem czułym wody gorących źródeł i słodyczą świeżych daktyli… No pięknie jest!

Turcja – Myra (Demre)

Był sobie… biskup 😊 A, że fajny z niego gość był – to i cały świat o nim pamięta do dzisiaj choć żył na przełomie III i IV wieku. Mikołaj miał na imię a mieszkał w Myrze (obecnie Demre w Turcji). Sporo legend o nim po świecie krąży. Jedne bliskie faktom historyczny, inne powstały z pobożności ludowej wiele wieków po śmierci Mikołaja… Są też takie historyjki, które są zupełnie bajkowe i z tym prawdziwym Mikołajem nie mają nic wspólnego – a wręcz złą robotę PR mu robią 😊 😊  

Chyba najbardziej znaną historią „mikołajową” jest ta o trzech ubogich dziewczętach, którym biskup podrzucił cichaczem po jednej złotej sztabce (kuli) by z takim posagiem mogły znaleźć dobrą partię do ożenku. Ale też jest inna o trzech dzieciach w cebrzyku! Nawet wiersze i pieśni o tym powstawały staropolskie (Jacek Kowalski jedną z nich pysznie wykonuje!!! ).  A skąd wzięły się wspomniane dzieci w cebrzyku? Symbol ten ma związek z dwoma podaniami. Pierwsze z nich mówi o tym jako to Mikołaj wstawił się za trzema młodzieńcami (młodymi marynarzami, majtkami inaczej), którzy niesłusznie oskarżeni o zdradę mieli być skazani na śmierć. W tekstach łacińskich nazywani są innocentes (niewinni) – a któż jest bardziej niewinny niż dziecko. Dlatego na obrazach i rzeźbach przedstawiani byli coraz młodziej i młodziej, no w konsekwencji się w dzieci przeobrazili… Ikonografia stała się jednak przyczyną powstania drugiej legendy bardziej barbarzyńskiej i okrutnej. Według niej pewien zły karczmarz poćwiartował i wrzucił do solanki trójkę dzieci. Mikołaj dowiedziawszy się o tym wydobył ciała zmarłych dzieci i przywrócił je do życia.

Jako biskup – Mikołaj uczestniczył w soborze w Nicei w 325 roku. Na soborze tym podjęta została między innymi uchwała potępiająca herezję Ariusza. Tyle prawda historyczna. Natomiast o wiele więcej pikantnych szczegółów podają legendarne zapisy. Przeczytać w niech można o tym, że Mikołaj na soborze z takim zacietrzewieniem broniła stanowiska Kościoła i prawd wiary, że w ferworze dyskusji przyłożył pięścią w twarz Ariuszowi. Czyn ten jakkolwiek spowodowany zacnymi pobudkami, doprowadził do pozbawienia Mikołaja urzędu, szat biskupich i w rezultacie uwięzienia. I w tym miejscu nastąpił jeden z licznych cudów w jakie obfitowało życie Mikołaja (a jeszcze bardziej późniejsze legendy z nim związane!). Świętemu Mikołajowi ukazał się Jezus oraz Maryja, którzy zwrócili mu szaty a tym samym urząd biskupi.

Po śmierci, mieszkańcy Myry pochowali ukochanego swego pasterza z honorami w kościele w Myrze. I tam odbierał on zasłużony kult przez długi czas. Bo i cenionym i popularnym świętym stał się i w Kościele Zachodnim i w Kościołach Wschodnich – więc rzesze pielgrzymów przybywały.

Kościół obecny wzniesiony został w 520 roku na miejscu wcześniejszego (w którym urzędował Mikołaj). Fantastycznymi freskami został przyozdobiony, z których sporo się zachowało do naszych czasów. Opowiadają one o życiu, działalności i cudach św. Mikołaja. Jest też sarkofag w którym po śmierci Mikołaj był pochowany (rozbity z boku, w trakcie kradzieży zwłok świętego w XI wieku, co zachowane zostało). Na podłogach – piękne opus sectile. To taka technika zdobnicza – coś pomiędzy mozaiką a puzzlami 😉

W XIX wieku, innym Mikołaj – car Rosji 😊, wyremontował kościół pięknie, ciut ciut dodając nowych szczegółów architektonicznych. Remont był potrzebny bo pobliska rzeka systematycznie podtapiała świątynię i doprowadziła w konsekwencji do lekkiej ruiny obiekt. W 2000-2006 kolejny remont i teraz jest to kompleks muzealny.

A gdzie dzisiaj można św. Mikołaja odwiedzić? Ano we Włoskim Bari jest pochowany w krypcie pod bazyliką. Ale to już zupełnie inna opowieść… 😊

Turcja – Izmir

W Izmirze (starożytnej Smyrnie) zamieszkałam na obrzeżach Karataş – dzielnicy żydowskiej. To jedna z dwu dzielnic, która uniknęły zniszczenia w wielkim pożarze miasta na początku XX wieku. Teraz już nie ma oficjalnych granic ale ma sporo zabytków. Mieszkała tutaj jedna z większych społeczności żydowskich na terenie Imperium Osmańskiego – nadal społeczność jest dość spora bo liczy mocno ponad tysiąc osób chyba. W Karataş zamieszkiwały głównie bogate rodziny i głównie sefardyjskie. Niewielkie grupy Romaniotów i Aszkenazyjskich Żydów najczęściej asymilowały się z przeważającą liczebnie społecznością sefardyjską. W dzielnicy (tej starej i tej młodszej ale też historycznej) było wiele synagog. Zachowało się jakieś chyba dziesięć, część z nich jest nadal czynna. Na przykład Bet Israel. Ma piękny wystrój, ciepła drewniana boazeria, misterna snycerka, obszerna galeria dla kobiet…. Jest z 1907 roku więc może nie jakoś mocno leciwa. Znacznie mniejsza (ale starsza bo z XIX w.) jest Rosz Ahar. Bardzo spektakularnie wygląda synagoga Bikur Holim z metryczką z początku XVIII wieku, ale po pożarze odbudowana w 1800. Najstarsza – to chyba Synagoga Szalom. Podobno jest jedyną, która nie ucierpiała w pożarze w 1841 roku. W dzielnicy jest też słynna winda (Asansör). W 1907 roku zafundował ją bankier Nesima Levi Bayraklıoğlu – i tak działa do dzisiaj, przy czym teraz chyba bardziej dla uciechy turystów, bo z góry piękny peeejzaż, nie tylko na dzielnicę żydowska ale daleko, daleko do miejsca gdzie morze i niebo w błękitnym uścisku pozostają.

Ale Izmir to nie tylko Karataş oczywiście. 😊 Świetnie zachowała się starożytna agora. Zbudowana przez Greków, odbudowana przez Marka Aureliusza, a odkopana w 1933 – i myk na listę UNESCO. Jest brama Faustyny, bazylika, cmentarz muzułmański i dom mistyka żydowskiego Sabbataja Cwi. I woda miło szemrze i błękitami i zielenią połyskuje w wiekowych ruinach… Sporo zabytków starożytnych jest jednak jeszcze pod ziemią. Zwłaszcza, że na tej ziemi już  stoją współczesne budynki… Nieopodal był na przykład teatr, w którym poniósł męczeństwo św. Polikarp. Pochowany został gdzieś u podnóża Kadifekale (zamku). Niewiele z niego zostało (tego zamku oczywiście 😉 ) – ale warto się wspiąć na wzgórze, choćby dla widoków, przyjemnego wiatru i zapachu jakichś iglaków, które tam stadem rosną.

Izmir ma też fajny port i generalnie fajną linię brzegową – taką do połażenia i popływania też. Kursują „tramwaje wodne” – bo to najkrótsza trasa z punktu „A” do punktu „B”. Na placu Konach – nieopodal jednego z „przystanków”, wieża zegarowa i niewielki meczet i budynek muzeum. A całość urokliwie i baaaardzo kolorowo wygląda nocą. Przy innym „przystanku” – strzelisty pomnik „Atatürka, jego matki i praw kobiet”. W sumie portretów, pomników i innych takich Atatürka w Izmirze i całej Turcji – miliony. Ale w Izmierze jest jeden wyjątkowy! Jednoosobowa wersja Mount Rushmore! A co! 😊

Turcja – Pamukkale

Pasterz Endymion pasał stado owiec. Któregoś dnia zobaczył boginię Selenę (tę od księżyca). Zakochali się w sobie do nieprzytomności! Spędzali ze sobą czas, patrzyli sobie w oczy i takie tam 😉 Endymion zapomniał o stadzie, owiec nie wydoił… Ale ich mleko wylewające się spowodowało że powstały mlecznobiałe tarasy Pamukkale, które w blasku księżyca lśnią iście romantycznie opowiadając o miłości zakochanych…

 Od starożytności słynęła Pamukkale! Bo i widok to zadziwiający… Jęzory białego wapienia wypłukiwane mineralnymi wodami (17 różnych źródeł), trawertynowe zbocze wywala bezczelnie. 😊 A turyści tym gestem mało grzecznym zachwyceni!  

W języku turecki Pamukkale znaczy tyle co bawełniany zamek. Może faktycznie trochę do warowni to zbocze podobne…

Miejsce powiązane mocno z Hieropolis pobliskim. Tam słynne uzdrowisko było i baseny termalne a te same złoża wód wytworzyły śnieżnobiałe (i zielonkawe czasem „kałużach” u podstawy) twory. Właściwie to kusi bezsprzecznie by się w wodzie zanurzyć albo choć pobrodzić. I nie dziwimy się! Ślisko że można tyłkiem wpaść do wody – ale podobno ta woda ma właściwości nie tylko lecznicze ale i upiększające… Więc w sumie poślizgnięcie się wskazaną i oczekiwaną atrakcją jest. Trzeba tylko wybrać czy padać na tyłek czy na twarz… 😊 😊  Większość naturalnych basenów eliminuje jednak takie zapędy – bo zakaz. Ale w jednym lub dwu wejść do wody można. W sumie kawałeczek dalej piękne (naprawdę piękne!) baseny Kleopatry z tą sama wodą.

W sumie to bardzo bajkowe i romantyczne miejsce i wcale się nie dziwię, że co kawałek widziałam fot sesje młodych par. Biel sukien panien młody pięknie współgrała z bielą zbocza Pamukkale. Taki prawie biały tren ozdobiony biżuterią kwitnących krzewów dokoła natura dała jako anturaż do sesji…    

Turcja – Şirince

„Świat się nie kończy świat się zaczyna. Miłość to świata sens i przyczyna. Dopóki kocha się dwoje ludzi. Słońca na niebie Bóg nie ostudzi…” Chyba mieszkańcy tureckiego Şirince (Çirkince, choć nie wiem czy taka znowu brzydka… bo to dosłownie znaczy nazwa miejscowości, Chyba lepsza nazwa Şirince – czyli przyjemny 😊 ), powinni sobie tę piosenkę Rubika hymnem miasta ustanowić, bo według przepowiedni Majów to jest jedno z miejsc w którym nie będzie końca świata 😊

To właściwe osada grecka. Aktualnie utrzymuje się z produkcji oliwy i wina, no i z turystyki (zwłaszcza gdy ktoś koniec świata zapowie kolejny… 😉 ). Jest urokliwym miasteczkiem, pełnym kawiarenek, restauracyjek, sklepów ze wszystkim co turysta zamarzy… Nawet tak zwane „muzeum” jest. Ale czy warto tam wejść… Niekoniecznie – bo nawet ochłody w dzień upalny nie daje 😉

Według jednej z tradycji chrześcijańskich to tutaj miało miejsce Wniebowzięcie NMP. Do dzisiaj najważniejszymi zabytkami miasta są dwa kościoły chrześcijańskie. Są nieczynne, ale zwiedzać można. W jednym (Jana Chrzciciela, chyba datowany na okolice Bizancjum) jest sala wystawowa a w drugim, św. Demetriusza… pies spał na środku bo chłodził się zagrzebany w piasek w jakimś wyłomie posadzki… W sumie smutny widok. Choć sprawiedliwie oddać trzeba – że ostatnio obydwa zabytkowe kościoły zostały odremontowane, jako jedna z głównych atrakcji turystycznych miasteczka. To znaczy wchodząc do środka, miałam wrażenie, że jest tuż przed remontem ale w porównaniu z fotami, które wiszą ekspozycyjnie i prezentują stan przed – faktycznie był remont… 😊 W obydwu kościołach zachowały się fragmenty polichromii. Ładne i pełne symboli. W ostatniej chwili chyba zostały uratowane przed zniszczeniem. Na przykład dobrze zachowany mandylion na fragmencie drewnianego ikonostasu, motywy eucharystyczne lub przedstawienia „źródło życia”.

No… Ot, takie „sirince” ukwiecone miasteczko z dziesiątkami kawiarnianych ogródków i ładnymi widokami na okolice z tego Şirince. 😊  

Turcja – Yanartaş, „Ognie Chimery”

Turecka Yanartaş – Płonące Skały – Ognie Chimery – Góra Chimery… W Iliadzie była opowieść o stworze ziejącym ogniem – Chimerze. To taki trochę wąż a trochę lew a trochę kozioł, a całość – z umiejętnością ziania ogniem. Taka grecka wersja smoka wawelskiego 😉 A jeśli weźmiemy pod uwagę sposób w jaki Bellerofont zgładził Chimerę – to może być grecką wersją zarówno smoka wawelskiego jak i tego od św. Jerzego 😊 😊  Skąd się opowieść o Chimerze wzięła? Pliniusz Starszy opierając się na tekstach wcześniejszych, uważał że Chimera żyje gdzieś w Yanartaş niedaleko starożytnego miasta Olimp. Są tu pokłady metanu, który przez naturalne otwory w ziemi ulatniając się płonie sporymi płomieniami na powierzchni skał. Widok to niecodzienny! Po skałach ślizgają się czerwonawo-żółte płomienie ogni… To musiało uruchamiać wyobraźnię! W sumie to nadal uruchamia wyobraźnię taki widok… Właściwie to się nie dziwię, że świątynię Hefajstosa na  „płonącym zboczu” wzgórza zbudowano. Blisko miał do roboty 😊

Żeby ogniki (teraz to faktycznie ogniki wielkości ogniska ale kiedyś ogień strzelał tak wysokimi płomieniami, że za latarnię morską robiły) zobaczyć, wieczorową lub nawet nocną porą warto się wybrać. Przy czym żeby dotrzeć na miejsce należy iść niezbyt stromą drogą w górę. Niezbyt stroma – fakt, ale bardzo niewygodna. Bo to różnej wysokości kamienne stopnie. Czasem dość wysokie. Przy moim 155 cm wzrostu, czasem i półmetrowej wysokości stopnie nie były przyjemną trasą ani do wchodzenia ani do schodzenia. Ale i tak wlazłam. 😊 Na miejscu sporo turystów. Część po prostu odpoczywała przysiadłszy na dowolnie wybranym głazie. Inni biegali szukając najpiękniejszych płomieni dla utrwalenia ich na fotach. Jeszcze inni na ognikach smażyli pianki nadziane na patyki. Ktoś nawet chciał mnie taką poczęstować, nawet już na kij nabitą. 😊 Z uśmiechem podziękowałam. A co jak to jednak Chimera spod skały ogniem oddycha… ? Odwaga ma swoje granice!

Ukraina – Berdyczów

Znam kilka osób, dla których powiedzenie „pisz pan na Berdyczów” wymyślone zostało! Niedawno dowiedziałam się, że owo znane powiedzenie nie oznacza „i tak mnie nie znajdziesz”, tylko wręcz przeciwnie. W Berdyczowie bywało się przynajmniej raz w roku więc istniała nadzieja, że korespondencja adresata dopadnie. Niezależnie jednak od kontekstu doczekać się na odpowiedź „z Berdyczowa” to przedsięwzięcie graniczące z cudem!

O samym mieście jednak. Berdyczów był jednym z prywatnych miast Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Należał ongiś do wojewody kijowskiego Janusza Tyszkiewicza. Ze względu na położenie i stację kolejową stał się ważnym centrum przemysłowo – handlowym. Od XVIII wieku organizowano tu (na mocy przywileju) aż dziesięć jarmarków rocznie. Nie sposób było nie być w Berdyczowie choć raz na rok jeśli ktoś handlem i „interesami” się parał.

Berdyczów był także ośrodkiem religijnym. Łaskami słynącym obrazem Matki Boskiej Berdyczowskiej opiekowali się karmelici w słynnym klasztorze nazywanym Fortecą Najświętszej Marii Panny (karmelici utrzymywali tu załogę a całość była naprawdę twierdzą). I faktycznie jak forteca wygląda do dziś. Tutaj prowadzona była także szkoła, drukarnia, szpital itp. Choć mocno zniszczony (klasztor podzielił los większości kościołów za naszą wschodnią granicą. Tutaj mieściło się między innymi więzienie a budynek poddawany był celowej i planowej dewastacji) nadal budzi zachwyt. W Berdyczowie byłam dobrych kilka lat temu. Karmelici wówczas powrócili do klasztoru i prowadzili prace remontowe na dużą skale. Czynna była tylko niewielka, niemal nie wyposażona kaplica. Cała reszta to jedna wielka „fabryka”. I jak zwykle (albo – jak często) gdy podróżuję po Ukrainie zrobiło mi się smutno. Taka perła barokowej architektury, taka perła historii, taka perła polskości i tak zniszczona, zbrukana i zbezczeszczona… Gdy pierwsze emocje opadły, i zaczęłam się snuć pomiędzy rusztowaniami, trochę jak w matrix przeniosłam się kilka setek lat wstecz. I prawie usłyszałam gwar kupiecki, szepty modlitw, wystrzały armat… Mam nadzieję, że klasztor dziś już odnowiony oczy cieszy. I mam też nadzieję, że nie zamurowano „tajemnego przejścia” do XVIII wiecznego Berdyczowa, które gdzieś tam w klasztorze jest…

Berdyczów też jest ważnym miejscem na mapie chasydyzmu. Tutaj pracował słynny Lewi Icchak z Berdyczowa. Tutaj jest też jego ohel bo w Berdyczowie zmarł w 1810 roku. Fajny był z niego cadyk! Uczył że super fajnie jest być Żydem i wypełniać nakazy Tory. Uważał też że w każdym człowieku jest jakieś dobro. Małe, większe, duże – ale jest. Lubił śpiewać (to jeden z powodów dla których lubię chasydyzm! 🙂 ) i najwyraźniej robił to dobrze bo na przykład powszechnie znane Got fun Awrom lub śpiewane na Hawdalę A Dudele – jemu się przypisuje. No i poza wszystkim – wybitnym uczonym był. I radosnym też. To czasem na szczęście idzie w parze…

Ukraina – Biała Cerkiew, Aleksandria

Dawne miasto królewskie – Biała Cerkiew. Początki miasta sięgają IX wieku. Kiedyś należało do Rusi Kijowskiej, Księstwa Litewskiego, potem jeszcze do województwa kijowskiego Korony… Po tutejszym zamku śladów właściwie nie ma, a imponujący musiał stanowić widok, skoro aż czterema rondlami otoczony był i głęboką fosą. Trzy zwodzone bramy i dwadzieścia pięć armat, nie licząc moździerzy broniło do niego dostępu. W Białej Cerkwi są za to do dziś dwie synagogi, kilka cerkwi i kościołów i… aż dwa pałace Branickich – zimowy i letni. Ten zimowy, XVII-wieczny – w 1917 mocno zniszczony został. Ten letni – w XVIII wieku wzniósł Franciszek Ksawery Branicki dla swej żony Aleksandry. Pałac otacza cudowny park zwany Aleksandrią. Fantastyczne miejsce! Uniesienie było powodem jego powstania i emocje (by nie rzec, że uczucie) tu się wyczuwa. W lecie pełne zieleni, ciszy, ćwierkotu ptaków, szumu wody… Gdzieniegdzie jakiś pomnik się czai, albo resztki budynków (tak im wyszło, że resztki lub takie celowe – od początku zbudowane jako resztki) w tle wspomniany pałac… Można się cudownie zagubić. 🙂 Dzisiaj ktoś mi przypomniał, że dobrze jest się czasem zresetować – w górach, nad morzem, w parku… To prawda… przypomniał mi się szum morza, świst wiatru w górach, szelest drzew… przypomniało mi się kilka miejsc… przypomniała mi się Aleksandria…

« Older posts Newer posts »