Kategoria: Subiektywnie podglądane kultury świata (Page 28 of 31)

Tunezja – Kairuan

Jeśli ktoś praktykujący islam mieszka bliżej Tunezji a popielgrzymować chce bo i tak ma obowiązek – to może do Kairuanu. Taka tylko drobna różnica, że ciut więcej razy niż do Mekki lub Medyny by wypełnić obowiązek nadany przez zasady religii. W samym Kairuanie dwa ważne meczety. Starszy, z metryczką VII wiek (czyli tak mniej więcej równo z założeniem samego miasta) to Wielki Meczet, inaczej nazywany Meczetem Sidi Okba. To Sidi Okba założył i miasto i tenże meczet. Przy czym tak by być precyzyjnym, to co teraz można oglądać jest dwa wieki starsze. To jeden z większych meczetów w Afryce. Można do niego wejść dziewięcioma bramami, przy czym jako że muzułmanką nie jestem – mogłam wejść tylko przez jedną z nich wyznaczoną dla niewiernych. Za bramą ogromy dziedziniec z cysterną na środku (pod dziedzińcem oczywiście 😊). Dookoła kilkaset kolumn otula dziedziniec a każda z innym kapitelem. Pewnie dlatego, że są z odzysku z budowli rzymskich, bizantyńskich i innych chrześcijańskich, co np. po symbolice widać… Sala dedykowana modlitwie też cała w kolumnach. Jest ich ponad 400. Ładne miejsce takie w klimacie przypominającym mauretańską Hiszpanię. 😊 Drugi meczet to Meczet Cyrulika (inaczej też Meczet Fryzjerów albo Zawija Sidi Sahab). Znany z dwu powodów. Po pierwsze jest tu pochowany Abu Zama el-Belawiego – przyjaciel Mahometa. Po drugie w tym meczecie (z powodu bliskości miejsca pochówku Abu Zama) dokonuje się obrzezania chłopców. Tak tuż przy grobowcu. Też trafiłam na obrzęd. Kiedyś robili to cyrulicy, teraz dokonują go lekarze, pod znieczuleniem i całkowicie bezboleśnie dla chłopców. Obrzęd jak obrzęd. Ale troszkę zirytowało mnie zachowanie turystów, którzy przez okna zaglądali by zobaczyć bardzo dokładnie obrzęd. Zaglądanie – ok, ciekawość innej kultury i religii – mogę zrozumieć, ale robienie przez okno fotografii w tak intymnym momencie – to GRYUBA przesada. Podziwiałam krewnych chłopców, że uprzejmie nie zareagowali, jedynie z niesmakiem i lekkim zdziwieniem patrzyli na „gości”…

Gdy się już miejsca sacrum zobaczyło (lub nawiedziło) warto też połazić po medynie. Gmatwanina uliczek i straganów, a większość w bielach i błękitach. W zaułkach poukrywane iście pałacowe wnętrza, czasem kryją jakieś restauracyjki, czasem można robione na miejscy dywany kupić (z których zresztą region i miasto słynie), ale tak w anturażu iście płacowych przestrzeni… Ach! No i jeszcze Baseny Aghlabidów z IX wieku. Tam przechowywano wodę dla całego miasta.

Fajne błękitno – białe miejsce…

Tunezja – Kartagina

W IX w pne Fenicjanie Kartaginę założyli. W znaczeniu – miasto (stąd zresztą nazwa – w wolnym tłumaczeniu „nowe miasto”), ale dość szybko w poważne imperium się przepoczwarzyło, bo i w miejscu mocno strategicznym politycznie i handlowo powstało. Pierwszą władczynią Kartaginy była legendarna Elissa. Była przedsiębiorczą i mądrą kobietą (czy historyczną postacią – cóż… opinie są sprzeczne), na tyle że w literaturze ją opiewano. Na przykład w Eneidzie, ale i od czasów nowożytnych często na kartach lub na scenie gości. Wojny Punickie nadszarpnęły Kartaginę (na tyle mocno, że podobno teren po zdobyciu zaorano i posypano symbolicznie solą…) ale potem jako kolonia rzymska – znowu się rozwija. W czasach Hafsydów i krzyżowców miasto miało pod górkę. Tak czy tak Kartagina była jednym z najdłużej istniejących i największych państw starożytności. A dzisiaj… Dzisiaj można pozwiedzać parki archeologiczne, ślady dawnej świetności. Na przykład ogromne termy Antoniusza. Naprawdę ogromne. Były kiedyś trzecimi co do wielkości termami w Imperium Rzymskim. Baseny z ciepłą i zimną wodą, sauny, sale gimnastyczne itd. itd. Wodę do term doprowadzał sporej wielkości akwedukt. Jest też amfiteatr, a właściwie jedynie zachowane niewielkie elementy jego, niższe poziomy gdzie trzymano np. zwierzęta przed pokazami. Nieco dalej wzgórze Byrsa a tam ślady punickiej Kartaginy. Trochę pomników, rzeźb, lapidaria… Przy wysiłku wyobraźni można zobaczyć budynki, ulice a nawet jak kto ma wyobraźnię mocniej rozbudowaną to i gwar ulic miasta usłyszeć w szumie drzew… Może po tych kamieniach chodził sam Hannibal?

Tunezja – Monastir

Monastir… I nie chodzi o klasztor prawosławny tylko o miasto w Tunezji 😉 Choć właściwie to jednak o to samo chodzi – nazwa miasta od pustelni pochodzi. Okolica słynęła po prostu z pustelni, miejsc kultu, miejsc pochówków itd. – i to od czasów fenickich począwszy. Ale dzisiaj wcale nie jest znany jako miasto sacrum – chrześcijańskie lud dowolnej innej religii. Podstawowym powodem, dla którego Tunezyjczycy (a i turyści czasem też) tu przyjeżdżają jest Mauzoleum Habiba Bourguiby, gdzie znalazł miejsce spoczynku ojciec niepodległej Tunezji prezydent Habib Bourguiba, jego pierwsza żona i kilka osób z rodziny. Mauzoleum jest sporą i reprezentacyjną budowlą, na obrzeżach cmentarza Sidi El Mézeri. Jest to mauzoleum połączone trochę z izbą pamięci (bo na muzeum to jednak za mało ekspozycji). Ok to ważny obiekt warty zwiedzenia ale z powodów polityczno – historycznych. Metryczkę ma z lat sześćdziesiątych XX wieku.

Z IX wieku jest za to Wielki Meczet. To już poważny kawał historii! Oczywiście wiele razy był przebudowywany i odbudowywany ale – fakt jest, najstarsze elementy z IX w. Na mnie wrażenie zrobił Ribat Monastyru. Może dlatego, że przyszłam tam już po całym dniu zwiedzania, i zaznałam miłego chłodu który dawał lekki wiatr, ciszy, tłum robiły tylko lokalne koty, i generalnie uznałam to miejsce za fajne dla zwyczajnego posiedzenia i odpoczynku. Co to jest ten Ribat? Warownia obronna. Ta konkretna – założona w 796 roku przez generała i gubernatora Harthama ibn A’yan. Och ile tam zakamarków, schodów (też spiralnych), okien, sal jakichś i korytarzy… Oczywiście dostępnych dla tych, którzy chcą poszperać po obiekcie i połazić (czasem powspinać się – to tak w nawiązaniu do tych schodów 😉). Ale fajnie jest też usiąść na dziedzińcu na jakimś upatrzonym kamieniu lub progu… I parafrazując popularny tekst: siedzieć – a dookoła Ribat Monastyru!

PS Nie wiem dlaczego filmowcy ukochali sobie Tunezję ale w większości miejsc na szlakach turystycznych był jakiś film realizowany. Tu – Monty Python’s Life of Brian. Czasem sobie myślę, że jeśli ktoś chce turystykę kulturowa uprawiać w wersji turystyki filmowej – to Tunezja szyta na miarę! Tam nie ma miejsc które nie byłyby związanych z kinematografią…

Tunezja – Sahara

Byłam na wielu pustyniach. I niezmiennie uważam, że są: piękne, magiczne, mistyczne i do tego jak mało które miejsce nadają się do tego by pomyśleć… Takiego pomyślenia, poukładania sobie pewnych spraw i zwyczajnego zrozumienia tego czego aktualnie nie rozumiem kompletnie– chyba mocno potrzebuję. Zapewne dlatego myśl mi pobiegła na Saharę. 😊 Właściwie to taka unia albo nie wiem pustynie zjednoczone 😊 😊 Bo w obręb Sahary wchodzi czternaście pustyń. Kilka razy na Saharze byłam przy okazji odwiedzin w kilku różnych krajach. Więc tak naprawdę to połaziłam po różnych pustyniach w zależności od tego, z którego kraju na Saharę wtargnęłam nieśmiało. Tunezyjska część pustyni to na przykład Al-‘Irq al-Kabīr ash-Sharqī. W tej części tunezyjskiej – piach oczywiście jest (choć wbrew pozorom Sahara wcale nie wygląda jak bezkresne „morze” miachu…) ale taki bardziej żwirkowy. Sam pejzaż – jak scenografia do filmu. Dlatego też i w wielu filmach Sahara brała udział, nie zawsze w roli pustyni 😊 Czy gorąco? No tak. Ale nie zawsze i niekoniecznie. W samo południe oczywiście odradzam spacery ale o zachodzie słońca – pięknie się światło układa na wydmach i tworach piaskowo – kamienno – roślinnych. No właśnie, rośliny. Pustynia bywa też zielona i kwitnąca. Na przykład tamaryszkiem lub oleandrami. A jeśli ktoś ma szczęście to i różę jerychońską w rozkwicie zobaczy – bo zwykle jak uschnięte „coś” wygląda. W trakcie tunezyjskiego spaceru po Saharze zwierzaków dzikich nie widziałam (za wyjątkiem tego na którym jechałam… dzika bestia była ale szybko się dogadaliśmy i zaprzyjaźnili).

Podobno Sahara była niegdyś zielona i kwitnąca… i nagle coś się stało i zaczęła usychać… piach, żwir, susza… to co kwitnące było – umarło… Może po prostu tęskniła… Choć jak tak się zastanowić – na Saharze są jeszcze zielone oazy a głęboko pod piachem płyną największe chyba na świecie zasoby wody. Może kiedyś znowu zakwitnie…  

Tunezja – Tunis

Stolica Tunezji – Tunis. Skąd nazwa? Może od kartagińskiej bogini Tanit a może od berberyjskiego określenia obozu nocnego – któż zgadnie. Zdania wśród naukowców podzielone. 😊 Jak leciwe miasto? No też trudno powiedzieć. Bo liczyć od Kartaginy czy osobno? Niewątpliwie jednak miasto przechodziło z rąk do rąk i każdy „właściciel” zostawił tu swoje ślady. Jest co zwiedzać. Najlepiej zatopić się w labiryncie medyny. Kilkaset zabytków a co jeden to piękniejszy! Nie dziwię się, że na listę światowego dziedzictwa UNESCO wpisana. Na przykład meczet oliwny (Al.-Zatyouna) datowany na VIII wiek. Dlaczego oliwkowy – być może dlatego że zbudowany na miejscu wcześniejszego kultu gdzie oliwka rosłą, być może chrześcijańskiego. Prawdopodobnie pod nim cmentarz jest jak archeolodzy stwierdzili. Czy jest w oliwkowym kolorze – nie wiem. Bo jako „niewierna” do środka wejść nie mogłam. Może dlatego, że w środku prawdopodobnie pilnie strzeżone są szczątki św. Oliwii z Palermo. Legenda głosi, że gdy zostaną odzyskane – skończy się Islam. Asekuracyjnie zatem nie wpuszcza się nikogo za wyjątkiem wyznawców Islamu. W Tunisie jest miks religijny, obok siebie stoją świątynie i domy modlitw wielu wyznań. Jest zatem też kilka kościołów chrześcijańskich, np. duża XIX wieczna katedra Wincentego a Paulo. Dla Żydów aszkenazyjskich jest dedykowana Synagoga Bejt Jakub. Jest też Wielka Synagoga. Była kiedyś dzielnica żydowska Hafsia – ale zabytków niewiele dziś tam zostało.

Albo pałac Beya dla odmiany z X wieku. Cudny! Pałaców zresztą jest tu naprawdę mrowie i to w każdym chyba stylu architektonicznym. No i suk. A właściwie souki bo jest ich kilka. Dla mnie – najfajniejszy jest Souk El Attarine z XVIII wieku. Na kilku soukach (takgach) w różnych zakątkach świata byłam. Zwykle labirynty mniejsze lub większe. Ale pogubiłam się – tylko tu. 😊 Pięknie na nim pachnie bo znany jest ze sprzedaży esencji do perfum. A że każdy sklepikarz zachwala swój towar – prezentując go, więc paaaaachnie. Tuż obok słynący z tkanin Souk El Kmach a dalej słynący z hafciarzy i jubilerów Souk el Berka. Tam był kiedyś plac, na którym niewolnikami handlowano. A jak ktoś w dywanach gustuje to na Souk el Leffa powinien się udać, itd. itd. No jest w czym wybierać!

Turcja – Afrodyzja

Afrodyzja… Już sama nazwa kojarzy się jakoś automatycznie z miłością… Kiedyż w tej, obecnie tureckiej miejscowości (stanowiska archeologicznego właściwie) był praktykowany kult matki ziemi, który się ciut Grekom z Afrodytą skojarzył – no i mamy Afrodyzję. Potem rozbudowana rzymsko, zwłaszcza za Hadriana a potem sporo miejsc w mieście „ochrzczonych” zostało chrześcijańsko i dostosowanych do kultu nowej religii. Wtedy też zmieniono nazwę miasta na Stauropolis (Miasto krzyża).

Miasto piękne, duże, bogate. A to dzięki złożom niebiesko szarego marmuru karyjskiego, który nieopodal wydobywano. Swoją drogą w tym właśnie kolorze i kamieniu większość ruin.

Nadal – choć to tylko ruiny i wykopaliska – nawet niewprawne oko laika, bez trudu zobaczy świetność miasta. Sporo się zachowało i to w dużych kawałkach nie wymagających nadmiernej wyobraźni archeologa, historyka czy kulturoznawcy. Najpierw piękny i zdobny tetrapylon. Przez tę bajeczną bramę wchodzi się do świata antyku i pierwszych wieków. Teraz już porośniętego dzikimi krzewami figowców i grantów, przyprószonego kurzem wieków ale niezmiennie pięknego… Ze świątyni Afrodyty został głównie temenos – takie centralne i najważniejsze miejsce w świątyni, gdzie nie każdy mógł wejść. Sama świątynia piękna była niegdyś. Zdobiona obficie rzeźbami do czego i materiał był z pobliskiego kamieniołomu i ręce sprawne uczniów szkoły rzeźbiarskiej działającej w mieście. Dalej termy dedykowane Afrodycie i Hadrianowi. Trudno je nie zauważyć. 😊 „Oznaczone” wśród ruin nagim męskim torsem bezgłowej rzeźby. Prawie słychać tam plusk wody w basenach i gwar rozmów bywalców… Jeszcze dalej teatr z I wieku p. n. e., na agorze – Odeon dla spotkań rady miasta, trochę z boku miasta – stadion. Tuż przy wyjściu z obiektu – Augusteum poświęcone na równi Afrodycie jak i boskiemu Augustowi. Duuużo ciekawych obiektów.

Marmur karyjski dobrej jakości jest! Może dlatego w Afrodyzji zachowało się sporo inskrypcji i drobnych dekoracji. Wiele z nich umieszczonych zostało w „Murze Archiwalnym”. Zachowały się też inskrypcje świadczące o istniejącej, i rozwijającej się dużej społeczności Żydowskiej.

Niebiesko szara Afrodyzja… w diademie błękitno szarych szczytów wzgórz… Zupełnie przypadkiem w podobnej kolorystyce ubrana byłam odwiedzając to miejsce… Pamiętam, że miło było usiąść na przewróconej kolumnie i rozmyślać… o kulcie Afrodyty w Afrodyzji… 😉

Turcja – Assos

Przysiadł sobie Arystoteles przed wiekami w Assos i patrzył w dal i myślał… I sporo mądrych rzeczy wymyślił! To zrobiłam tak samo. 😉 Przysiadłam na kamyczku patrzyłam w dal… Ale tak było gorąco, że mi się mózg mało nie zagotował więc dynamitu nie wymyśliłam. 😊 Swoją drogą w Assos chyba całkiem nieźle się jednak myślało bo nie tylko Arystoteles tu mieszkał, ale też z miastem związani byli stoicy np. Cleanthes i Zenon z Kicium a i też Łukasz i Paweł – apostołowie, głosili tu nauki. Zaś uczeń Platona – Hermiasz rządząc miastem do rozkwitu go przywiódł. Mając świadomość tego jak wielką moc ma myśl – zapraszał on filozofów i uczonych wszelakich by się w mieście osiedlali! Persowie napadli na miasto i go podbili. Ale po pewnym czasie wypędził ich Aleksander Wielki (którego nauczycielem był zbiegły z Assos przed Persami, Arystoteles… Ot figiel historii 😉 )

Miasto założyli koloniści z pobliskiego Lesbos. Do dzisiaj zachowały się fragmenty murów i gimnazjum i buleuterionu i agory. Część znalezionych w trakcie wykopalisk archeologicznych rzeźb – przeniesiono do muzeów (np. do Luwru). Na szczycie urwiska zbudowana została przez założycieli miasta świątynia Ateny. To jedyna chyba zachowana do dzisiaj świątynia dorycka w Azji Mniejszej. Kolumny dumnie stoją niezmiennie, pod koniec dnia rzucając długie cienie niczym wskazówki, w którym kierunku myśl ma płynąć… Przecież miasto filozofów to było… A jak człowiek w cieniu którejś z kolumn się skryje przed mocnym słońcem (nawet pod koniec dnia tam bardzo gorąco jest) i wzrokiem błądzić zacznie po morskiej toni i horyzoncie gdzie Lesbos i Pergamon, albo na górę Ida spojrzy patrząc w drugim kierunku… to się zadumać faktycznie można nad życiem i światem…

Turcja – Bergama, asklepiejon pergamoński

W Pergamonie (obecnie stanowisko archeologiczne na obrzeżach Bergama w Turcji) był asklepiejon – taki kompleks medyczno- kultowy. Całość pomyślana była dla kultu Asklepiosa (greckiego boga medycyny) i trochę też jego córki Higiei (ta była od zdrowia). Trochę mniej rodzeństwu Higiei – Panakei (od ziołolecznictwa) lub Telesforos (od uzdrowienia) – ale co do zasady cała rodzina medycyną się parała i tu miała jedną z met w antycznym świecie. 

Jak pomyślane były Asklepiejony? Zasadniczo podobnie do siebie. Promocja zdrowego trybu życia, a chorych – leczenie. Ale to było takie leczenie kompleksowe i wielostopniowe. Starano się pozytywnie nastawić chorego do procesu leczenia, zadbać też o jego ducha i emocje – stąd na przykład w obrębie kompleksu był teatr i ogrody. Ciekawym procesem była inkubacja. Chorzy kładli się spać w nadziei, że przyśni im się sam bóg Asklepios by ich uleczyć. Często wpuszczano pomiędzy śpiących węże (Eskulap był symbolicznym zwierzęciem Asklepiosa). Przebudzony chory był przekonany, że Asklepios do niego przyszedł. Tak nastawionego chorego – łatwiej było potem wyleczyć… Opowiedziany sen z pobytu w inkubacji mógł być też podpowiedzą dla kapłanów jaki proces leczenia zastosować. Mogły to być na przykład kąpiele lub zajęcia gimnastyczne – różnie. Chory przechodził wcześniej katharsis – proces oczyszczenia nie tylko poprzez kąpiele ale i odpowiednią dietę. W sumie to te Asklepiejony były czymś pomiędzy szpitalem a sanatorium wzbogaconym o elementy sanktuarium. Miejsce do leczenia ciała i duszy.

Asklepiejony były również akademiami medycyny. Tu pobierali nauki przyszli lekarze. W Pergamonie na przykład uczył się sztuk medycznych słynny Galen – osobisty lekarz Marka Aureliusza.

Do asklepiejonu pergamońskiego, prowadziła długa droga (kiedyś zadaszona – dzisiaj w pełnym słońcu) która wyznaczały szeregi kolumn. A potem przez bramę wchodziło się do środka. Tam – świątynie samego Asklepiosa ale też Apollina i Hygiei, ogrody, fontanny, baseny, źródło z wodą termalną podobno leczniczą, teatr (na 3500 widzów!)… Ale też miejsca przeznaczone dla celów stricte medycznych. Na terenie pergamońskiego asklepiejonu, znaleziono szereg narzędzi medycznych. I co piękne – nie różnią się niemal od tych używanych dzisiaj… Ok, inny materiał z których wykonane ale kształt i zastosowanie – takie samo. Odnaleziono też małą figurkę myszy, wykonaną z brązu. Dlaczego? Trudno powiedzieć ale… Myszy i szczury roznoszą choroby – to prawda oczywista. Węże żywią się myszami. Eskulapa to wąż Asklepiosa. No i wszystko jakoś spójne się robi. 😊

Turcja – Demre (Myra)

Najpierw licyjska, potem grecka, potem rzymska, potem osmańska a teraz turecka – Myra. Teraz właściwie to Demre ale jeśli o ruinach starożytnego miasta mówimy to precyzyjniej jest Myra. Skąd nazwa? Bo nad rzeką Myros powstało. Była jednym z większych miast Ligi Licyjskiejo (taki prototyp Stanów Zjednoczonych lub Unii Europejskiej), mając na zgromadzeniach aż trzy głosy. W mieście rozwijał się kult głównie Apollina, ale czczono też Zeusa, Atenę i przede wszystkim Artemidę Eleuthera (to jej świątynię kazał zburzyć św. Mikołaj – tak, tak ten od prezentów – ale o Myrze Mikołaja w innym Subiektywnym podglądaniu). Kiedyś było to miasto portowe z dużym portem przeładunkowym. Handlowano tu na przykład cennymi barwnikami, stąd szereg spichlerzy i budynków do celów handlowo – przeładunkowych koniecznych. Według tradycji chrześcijańskiej to w tym porcie zamienili się statkami dwaj apostołowi w podróży. Św. Paweł przesiadkę uczynił w podróży Cezarea – Rzym a przy okazji w mieście gminę chrześcijańską założył. Przez lata ruiny starożytnego miasta były zatopione w błotach rzeki. Dopiero w połowie XX wieku pierwsze prace archeologiczne pozwoliły na odkrycia i dalsze eksplorację.

Co dzisiaj można zobaczyć? Spichlerz (granarium) prawdopodobnie z czasów Hadriana. To jeden z nielicznych śladów po porcie. Jest też cmentarz grobowców skalnych datowany na V-IV w pne. To grobowce wykute w skalnym zboczu. Nisze grobowe zakrywane były frontonami, często płaskorzeźbionymi lub z reliefami i z dekoracją symboliczną albo narracyjną, mówiącą o osobie pochowanej w grobowcu. Jest więc młodzieniec podający tarczę, ktoś tam w towarzystwie służby (lub żałobników) poleguje sobie leniwie, a jakie misternie ułożone fryzury, w jakie urocze fatałaszki przyodziane są postaci z tych płaskorzeźb. Piękne… Zachowały się też inskrypcje, czasem mocno niepogrzebowe. Na przykład info, że Moskiusz kocha Filistę… Tuż obok teatr. Teatrzysko właściwie! Gigantyczny! Był największym w Licji! A z jaką akustyką…. Och… Nie muszę dodawać, że wypróbowałam rzeczoną…? 😉

Turcja – Efez

Androklos syn króla Kodrosa, od wyroczni usłyszał, że miasto ma założyć w miejscu w którym zobaczy rybę i dzika… Dość nietypowa para. Jadąc do Jonii zobaczył na brzegu rybaka, który piekł złowione ryby. Jedna się wyśliznęła wpadła do ogniska a słup iskier wypłoszył z zarośli dzika… Ot i miejscówka na złożenie Efezu się znalazła!

Według badań archeologicznych miasto założeni zostało około IX w. pne. Historię ma przebogatą! I tę grecko- rzymską i też późniejszą też. Był prężnie rozwijającym się miastem handlowo, artystycznie i religijnie. Tyglem narodów i religii.

Efez zasłynął z kilku powodów. Po pierwsze religijnie. Świątynia Artemidy była jednym z cudów starożytnego świata. Była gigantyczna i podobno budowana przez 120 lat.  Do Efezu (a dokładniej Efezjan) list pisał św. Paweł, sam tu też przebywał. Był Żydem, więc i też szukał na swoich trasach dużych społeczności żydowskich by tam się zatrzymywać i głosić nauki. Tak też było w Efezie. Była tutaj duża społeczność i nawet dzielnica żydowska. Jego wypowiedzi nie zyskały większego poklasku i Paweł przeniósł się z naukami poza synagogę, zabierając ze sobą tę grupkę, którą przekonał. Efez był też jednym z siedmiu kościołów Azji, które wymienione są w Apokalipsie. Tutaj zamieszkał na chwilę św. Jan i pisał Ewangelię. A z nim podobno mieszkała też Maryja. W późniejszych wiekach sobory w mieście były organizowane. Efez słynął też naukowo. Są nadal spore ślady architektoniczne biblioteki Celsusa, trzeciej co do wielkości zaraz po Pergamońskiej i Aleksandryjskiej. Musiała wyglądać nieziemsko skoro sam zrekonstruowany fragment fasady takie wrażenie robi! A i „zawartość” miała niczego sobie. Około 12 tysięcy zwojów! Wcale nie dziwię się, że na banknocie się znalazł. No i jeszcze artystycznie – teatr, który mieścił 24 tys. widzów. Ale spektakle się tam mogły dziać!!! Jak dodamy do tego jeszcze odeon, łaźnie, fontanny, agory, świątynie (np. Hadriana lub Sebastoi) i wille z wyrafinowanymi zdobieniami mozaikowymi… Piękne miasto! I w sumie na tyle zachowane do dzisiaj i tak fragmentami zrekonstruowane, że nie trzeba mocnej wyobraźni by to w to piękno uwierzyć!

Ruiny Efezu zwiedzać można a nawet należy w różnych porach dnia i nocy. Cudownie wygląda w promieniach słońca, zwłaszcza gdy jakieś puchate chmurki zaburzają jednak troszkę błękit nieba. Cudownie wygląda w reflektorze ciepłych promieni zachodzącego słońca – i cudnie też wygląda w reflektorach, które człowiek poumieszczał tu i tam by piękno architektury w noc pokazać. Na koniec spaceru i podziwiania artefaktów – wizualizacja multimedialna opowiadająca historię miasta. JEST EFEKT WOW!!! Widzowie wchodzą w jakiś matrix. Chodzą ulicami starożytnego Efezu, zaglądają do domów i na ulice, spotykają się z ludźmi i bogami… Kolejne obrazy przeszłości, epok porywa wiatr i rozsypując je w pył i piasek roni miejsce dla kolejnym kartom historii Efezu.

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑