Miasto nad Dźwiną – Dyneburg. Pierwsze ślady to XIII wiek i zamek zakonu rycerskiego – warowny, rozbudowany i… w XV wieku zdobyty przez Iwana III. Potem przeszedł w ręce naszego Zygmunta Augusta i do XVIII wieku (z różnymi zakrętami historii…) był w granicach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Sam Dynebur jako miasto lokował Batory. Szybko potem nowa twierdza powstała. Po rozbiorach Dyneburg dostał się Rosji, no a teraz łotewski.
To nie jest miasto turystyczne. Zabytki niemalże nie istnieją – trzeba wyłuskiwać je w przestrzeni miejskiej. Głownie klimaty XIX wieczne – jeśli już historyczności szukać. Najciekawsze chyba świątynie: katolicka, protestancka, prawosławna no i synagoga też – komplet. A i twierdza Dyneburg – a właściwie jej pozostałości.
Hmm… Po głębszym zastanowieniu i przewijających się w pamięci wspomnieniach pobytu – panoram miasta to chyba najfajniejszy widok…
Najstarszy, największy i chyba jeden z piękniejszych parków na Łotwie – Gauja park. Urokliwie tu pluskają fale rzeki Gauja i szumią drzewa i ćwiergolą ptaki (oczywiście to wszystko słychać, gdy dźwięk przebije się przez gwar turystów). Jest tu też coś co lubię – natura miesza się z historią. W granicach parku można bez trudu natknąć się na średniowieczny zamek, secesyjny pałac czy klasycystyczny dwór. Tym razem jednak natura! Choć jakby się zastanowić… Jaskinia Gutmana. Największa grota tego typu w krajach nadbałtyckich. Ale nie to przyciąga tu tłumy. 🙂 W czasach przedchrześcijańskich znajdowało się tu miejsce składania kultowych ofiar. Grota zyskała na popularności jednak nie z powodów archeologiczno – historycznych. Rzecz działa się na początku XVII wieku. Jaskinia była miejscem potajemnych spotkań dwojga zakochanych – Maij (adoptowanej córki sekretarza zamku Geif) i ogrodnika Wiktora Heila. W tej urodziwej dziewczynie kochało się wielu (między innymi polski oficer Adam Jakubowski) ona jednak oddała serce Wiktorowi. Odrzucony absztyfikant podstępem zwabił Maiję do rzeczonej groty, mając w zamiarze „dopełnić” swoje uczucia. Maija starała się odwrócić uwagę Jakubowicza „magiczną” chustą, która miała chronić przed ranami. Głupiec uwierzył i pchnął Maiję nożem. Chusta nie pomogła. Krew dziewczyny rozlała się po grocie… Oficer przerażony tym co zrobił – powiesił się. W XIX wieku w archiwum miejskim w rydze odnaleziono procesowe dokumenty z 1620. Legenda była prawdziwą historią… W jaskini można odnaleźć wyryte wyznanie miłosne Maij i Wiktora. Dosłownie odnaleźć – bo przez wieki, mnóstwo zakochanych dopisywało swoje wyznania w przekonaniu, że miejsce to zapewni im szczęście w miłości.
Inna legenda głosi, iż źródło wypływające z groty to łzy niewiernej żony wodza Liwończyków, Rindaugsa. A skąd nazwa groty? Tą właśnie wodą, która ma mieć uzdrawiającą moc – leczył pobliską ludność pewien znachor, którego zaczęto nazywać Gutman (dobry człowiek). I tak zła zdrada przeradza się w dobrego człowieka. Wielkie lecz tragiczne w konsekwencji pożądanie – w zaklinanie miłości. Chyba naprawdę jest to magiczne miejsce…
Historia Jełgawy (dawnej Mitawy) sięga czasów, gdy na tym terenie zamieszkiwali Ligowie. Mocny rozwój zaczyna się jednak dopiero od XIII wieku – od momentu gdy Zakon Kawalerów Mieczowych wybrał to miejsce jako najlepsze dla wzniesienia warowni. Zamek stał się granicznym. Często był miejscem wypadowym dla działań wojennym. Znaczenie strategiczne zamku z czasem coraz bardziej wzrastało, zwłaszcza gdy zaczęło się kształtować państwo litewskie. Od XVI wieku teren i sam zamek przynależał do Księstwa Kurlandii i Semigalii. Tyle historyczna pigułka.
Obecnie najcenniejszym obiektem w Jełgawie jest XVIII wieczny pałac (wzniesiony na miejscy wspomnianego zamku) W 1727 roku książę Ernst Johann von Biron nakazał wysadzenie starego zamku i wzniesienie dokładnie na jego miejscu pałacu. Pałac uznawany jest za jeden z najważniejszych zabytków Łotwy. Szkoda, że można go obejrzeć głównie z zewnątrz (w jego wnętrzach mieści się Łotewski Uniwersytet Rolniczy). I szkoda trochę, że odpadający tynk burzy estetykę fasady… W kaplicy zamkowej znalazło się miejsce dla pochówku zmarłych z rodu Kettlerów i Bironów. Obecnie jest tu trzydzieści sarkofagów z czego większość kutych; wszystkie bardzo piękne. Armia czerwona co prawda mocno splądrowała i sprofanowała sarkofagi (w znaczeniu zwłoki) ale one same się zachowały.
Warto wspomnieć też o cerkwi ufundowanej przez Annę Iwanowną. Przy czym obecny sobór przebudowała w XVII wieku Katarzyna II. W Jełgawie był też kościół św. Trójcy (pierwszy luterański kościół w Europie) – została po nim tylko wieża…
Krasław na Łotwie, ma w sumie krótką historię. Rozwijać się zaczął bowiem dopiero w XVIII wieku, a to za sprawą Platerów. A dokładnie Jana Ludwika – wojewody inflanckiego a potem jego syna Konstantego i tak do I wojny światowej. Platerowie wznieśli tu nie tylko swoją rezydencję ale także ratusz, zabudowania miejskie, bibliotekę na 20 tys. książek itd. i itp. No i kościół projektu A. Paracco. Do świątyni sprowadzili nawet relikwie św. Donata, i tylko mały figiel historii (rozbiory Polski) spowodował, że nie osiadł tu biskup. Projektu Paracco jest zarówno pałac jak kościół. Ten ostatni na początku XXI wieku został staraniem władz polskich odrestaurowany, pałac musiał dłużej czekać… Obecnie odrestaurowana jest także rezydencja. Przy okazji odnaleziono między innymi na jej ścianach unikatowe freski z XVIII wieku. Z pałacem wiąże się romantyczna legenda. Jedna z platerównych – Emilia, zakochała się ze wzajemnością w ubogim oficerze Józefie Kiernickim. Na małżeństwo nie było szans. Dla Emilii byłby to przecież mezalians! Zakochani próbowali uciec. Nie udało się. Nie widząc dla siebie nadziei na wspólne życie postanowili je wspólnie zakończyć. Emilia miała zgasić świecę i skoczyć z okna. Na ten znak Józef czekał z bronią przy skroni by zakończyć swoje życie. Dziedziczkę jednak pilnowała dobrze służba. Uniemożliwiono jej samobójstwo. Jedna ze służących zgasiła jednak świecę. Kiernicki odczytał to jako umówiony znak i… Na jego grobie, który widać w dali z okien pałacu jest napis „Panie! Uczyń z sługą swoim według miłosierdzia twego”.
Kamieniczki jak piernikowe lukrowane chatki. Tak kojarzy mi się Ryga. Kolorowo. I to w takich kolorach z klimatów barw jesieni: oranże, burgundy, żółcienie, sepie, ugry – no takie, które lubię! I do tego jeszcze wszystko kapie i kipi secesją!! CUDO . Miasto o długiej historii i zmiennych losach. Ryga była i Rzeczypospolitej obojga narodów, i szwedzka, i ruska, i radziecka, i łotewska. Na przestrzeni wieków działo się – ale to generalnie przywilej tych terenów… I chyba trochę tak tu jest. Jaka historia taka przestrzeń miejska. Bo ślady kilku co najmniej kultur można znaleźć tu bez trudu. Ale to nie są wpisane ślady w rodzimy krajobraz kulturowy. To raczej taka osobliwa mozaika współistniejących przestrzeni.
Fajnie jest po Rydze po prostu się powłóczyć. Nie omijając oczywiście kilku obowiązkowych punktów. Na początek z serii zoomorficznych. To słynny dom kotów zaprojektowany na początku XX wieku przez Friedricha Scheffela. Nazwę wziął od prężących się na dachu dwu czarnych kotów „przypadkowo” podobno ogonami odwróconych w kierunku Wielkiej Gildii . Rzeźba „Bremeńskich muzykantów” to też dość kultowe miejsce. Osioł, pies, kot i kogut – jedno na drugim zerkają przez żelazną bramę… Dom Bractwa Czarnogłowych, na większości pocztówek z Rygi chyba można znaleźć. Nazwa – od św. Maurycego. A wybór takiego patrona bo budynek należał do niemieckich kupców (w Niemczech Maurycy dość popularnym świętym jest). Dla nas historycznie istotne, że w budynku tym w 1921 podpisano traktat ryski. A! no i genialne w formie Centrāltirgus – centrum handlowe z 30 lat XX wieku. Jest też zamek krzyżacki i całe mnóstwo świątyń kilku religii. No i wieża radiowo – telewizyjna. Chyba w pierwszej trójce najwyższych w Europie. Warto wjechać bo panorama – prima sort! A z góry jeszcze lepiej widać gąszcz uliczek i zaułków, w których z upodobaniem można się potem zagubić przysiadłszy gdzieś na kawę albo kieliszek słynnego czarnego balsamu. A gdy głód by dokuczał – naaaaaleśniki…
Jest niewielkie miasteczko na Łotwie – Rzeżyca. Leżała i leży nadal na trasie do Wilna, Petersburga czy Moskwy. Przez ok 200 lat należała do polskich Inflant i nadal grupa Polaków tu mieszka. Tak na dobre zwiedzać tu niewiele można. Są trzy kościoły. Katolicki – pierwotnie ufundowany przez wojewodę krakowskiego w XVII wieku, lecz obecny jego stan to przełom XIX i XX. Dalej cerkiew prawosławna i molenna staroobrzędowców. Jest jednak coś co przyciąga miłośników warowni i zamków. Zachowały się ruiny (dość zaawansowane ruiny!) zamku krzyżackiego z XIII wieku Zamek należał do Wilhelma von Schauerburg. Obecnie niewiele z niego zostało i właściwie tylko wprawne oko historyka, architekta lub fascynata zakonami krzyżowymi dostrzeże tu dawną świetność. Ale plenerowo – ruiny doskonale się sprawdzają!
Ach! I jeszcze jedno – to rodzinne miasto klanu Manteuffel. Tadeusza – słynnego historyka i mediewisty, Leona – słynnego chirurga i Edwarda – słynnego malarza. W sumie niczego sobie rodzeństwo!
„Las zwycięstwa” czyli Sigulda. Tak Krzyżacy (a właściwie Kawalerowie Mieczowi… do Krzyżaków później wcielono) nazwali jedną z warowni wzniesionych na terenie obecnej Łotwy. Ruiny zamku krzyżackiego sterczą kikutami murów do dzisiaj. Wtopione w zieleń – teraz już są właściwie tylko romantycznymi średniowiecznymi ruinami, takimi do czytania poezji lub śpiewania arii (swoją drogą odbywa się tu słynny festiwal operowy). Z dawnej potęgi zakonu niewiele zostało, choć twierdza podnoszona była kilkakroć przez nowych właścicieli (między innymi była rezydencją wojewody Inflant Jana Chodkiewicza). Ostatecznie potop szwedzki jej mu radę… Może dlatego, a może przypadek – w każdym razie w pobliżu ruin w XIX wieku krewniacy Wielkiego Księcia Kropotkina wznieśli nowy zamek – taki neogotycki. W okresie międzywojennym był znanym miejscem wypoczynku zwłaszcza dla literatów i artystów. Pewnie słusznie, bo pejzaż tu uroczy, z widokiem na pobliskie zamki… i morzem szumiącej zieleni… tylko tworzyć!
Turaida to niewielka miejscowość z wielkim zamkiem. Wzniesiona w 1214 roku z czerwonej cegły warownia powstała z inicjatywy Alberta von Buxhövden założyciela zakonu Kawalerów Mieczowych. Rozbudowywana w kolejnych stuleciach trwała sobie do XVIII wieku, gdy padła ofiarą potężnego pożaru. Obecnie odbudowany (częściowo). Ale przez blisko 200 lat ruiny zamku cieszyły się wielką popularnością, stanowiąc urokliwy anturaż dla romantycznych historii. Dzisiaj można z wieży podziwiać roztaczający się wokół cudowny pejzaż. W odbudowanej części zamku natomiast atrakcje: sale ekspozycyjne z gablotami i sale tortur ze inscenizacjami manekinów :). A jakie nenufary wokół rosną!!! Tylko Tolibowskiego brakuje…
Ale błękitna jest ta Błękitna Laguna u wybrzeży maltańskiej wyspy Comino! Kryształowa Laguna tuż obok, zresztą też. Przy czym ta pierwsza ma niewielką plażę a ta druga nie. To właściwie jedne z trzech atrakcji na wyspie 😊 Ta druga – to resztki architektoniczne: wieża Marii z początku XVII wieku (zagrała w filmie „Hrabia Monte Christo”), bateria Comino z początku XVIII wieku i XVII wieczna kaplica p.w.Powrotu Świętej Rodziny z Egiptu. Kościół z zewnątrz – ascetyczny, w środku zaskakująco niezły. Ale arcytrudno to ocenić bo najczęściej zamknięty na głucho… Jest jeszcze jeden budynek, który z daleka ciut kusi by zobaczyć cóż to. A gdy się znęcony turysta zbliży – dowiaduje się, że to pozostałości po dawnej fermie świń. A ta trzecia atrakcja? Cała wyspa porośnięta jest dziko rosnącym kuminem. Stąd zresztą jej nazwa. Sporo też równie dzikiego tymianku, który pięknie pachnie na całej wyspie.
Comino jest trzecią co do wielkości wyspą Maltańską ale mieszkańców tu jak na lekarstwo. Dokładnie jakieś trzy osoby tu mieszkają na stałe. Za to w sezonie, turystów jest więcej niż wyspa jest w stanie pomieścić! Co przyciąga? Błękit lagun. Ale i to co pod wodą. Bo sporo tu wraków, które nurkując można pooglądać. A! Lubię wiatr gdy cieplutki. A tam wieje cuuuudownie! No i na Comino pierwszy raz w życiu widziałam halo – taki okrąg wokół słońca. Czasem bywa kolorowy jak tęcza. „Moje” halo było lekko złote, jak obrączka.
Złapał Kozak Tatarzyna a Tatarzyn za łeb trzyma… W Marsaxlokk na Malcie w sumie jest podobnie. Bo – wioska słynie z rybaków, którzy wypływają w morze i co tam złowią to na targu sprzedają albo zjadają na obiad. Ale podobno u wybrzeży lubiły się osiedlać syreny, które jak wiadomo śpiewem na rybaków chętnie polowały a potem zjadały ich na obiad… Zatem… Złapał Kozak… itd.
Tradycje portowe i rybackie w Marsaxlokk historię mają poważną, bo już za Fenicjan i Kartagińczyków, a potem też Rzymian i Osmanów – port rybacki tu działał. Nazwa wioski – to połączenie dwu słów: arabskiego „port” i maltańskiego „południowo wschodni”. I tak zlokalizowana jest miejscowość.
Tradycyjne łodzie, których zresztą w marinie widać mnóstwo – to luzzi. To młodsze siostry rozpowszechnionych w XVII wieku łodzi zwanych ferilla. Luzzi są w bardzo kolorowych, jaskrawych barwach, i koniecznie powinny mieć na dziobie namalowane oko (lub oczy) Horusa (albo Ozyrysa). Jak zwał tak zwała – ale chronić miały rybaków wypływających w morze. Same kolory łodzi też nie były przypadkowe. Ale w przeciwieństwie do oka nie miały funkcji „magicznej” a informacyjną. Na przykład czerwony pas informował, że właściciel łodzi pochodzi z zatoki św. Pawła, żółty – że z St Julian’s, a ciepła ochra – to właśnie Marsaxlokk,
Oprócz tego że rybacka, Marsaxlokk i jej bezpośrednie okolice od zawsze była miejscem kultu. W czasach antycznych – była tutaj świątynia Astarte a potem też Junony, potem w okresie Bizancjum – klasztor itd. itd. A obecny kościół, wzniesiony został dla rybaków i ich rodzin, w XIX wieku. Ładnie się w wpisuje w architekturę linii brzegowej i wraz z cumującymi kolorowymi łodziami, równie kolorowymi il-gallerija (coś pomiędzy balkonami a wykuszami) i drzwiami na fasadach domów tworzy piękny anturaż dla spacerów zarówno w pełnym słońcu dnia jak i o jego zachodzie…