Kategoria: Subiektywnie podglądane kultury świata (Page 21 of 31)

Kambodża – Banteay Srei

Twierdza Kobiet – brzmi intrygująco. Właściwie to Banteay Srei, ale Twierdza Kobiet bardziej ekscytująco brzmi i uruchamia wyobraźnię. Kompleks stanowi jedną z części Angkor. Świątynia poświęconą Hindu i Śiwie, wzniesiona została podobno z inicjatywy dwu braci Yajnavaraha i Vishnukumara z kasty Ishanapura. Cała koncepcja architektoniczna jest w trójpodziale. Zbudowana z czerwonego piaskowca. Jak na Angkor – niewielka gabarytowo. Ale nie to istotne. Czerwono – ceglasta świątynia to maestria sztuki zdobniczej. Koronkowe dekoracje wykute w piaskowcu przyprawiają o zawrót głowy. I wcale się nie dziwię, że w świątyni tej takie mnóstwo apsar (stąd nazwa). Wszak kobiety – zwłaszcza jeśli są boginiami, cenią sobie piękno otoczenia! Mnóstwo koronkowych płaskorzeźb i reliefów zdobiących portyki; cudowne roślinne i zoomorficzne zdobienia pokrywają całe ściany. Całe stado kamiennych zwierzaków, bo i słoń Ajrawata i gromada małp. Ale też bogowie spacerują. Natknąć się można na Śiwe i jego żony Ume, boga Wisznu pod postacią Naraszimhy, demona Hiranyakashpi itd. itd. Świątynia leży raczej na uboczu, ale ze wszech miar warto! Za każdym zakrętem pojawiają się nowe zaskakujące miejsca, wieloplanowe perspektywy, zakamarki – cudownie!

A gdy się wyjdzie już poza mury świątynne, natknąć się można na muzykujących w pojedynkę lub grupowo mężczyzn. Muzykujących (dla europejskiego ucha) to zbyt wiele powiedziane. To raczej rytmiczne dźwięki z melorecytacją. Ale wibracje i rytm uruchamiają emocje i zmysły… a zapach, upał i widok – potęgują doznania…

Kambodża – Phnom Penh

Angkor niezaprzeczalnie wprawia w zachwyt! Lecz przepiękne ale dość ponure w barwie mury mogą wprowadzić w błąd. To prawie tak jak wyobrażenie starożytnej Grecji w kolorze ecru. „Barwna” myśl pojawia się gdy zabłądziłam gdzieś na boczne trasy Angkor War gdzie widać jeszcze resztki polichromii. Jak to musiało wyglądać gdy polichromie błyszczały w słońcu… I okazało się, że nie koniecznie trzeba uruchamiać wyobraźnie. Wystarczy odwiedzić pałac królewski w Phnom Penh. Ja wiem, kilkaset lat różnicy ale – żółcienie, burgundy, szmaragdy, srebro i złoto, wszystko błyszczy i wybucha kolorami. Najbardziej reprezentacyjne miejsca to sala tronowa lub bardzo europejski pawilon Napoleona. Mnie najbardziej wzruszył Wat Preah Keo Morokat popularne zwany Srebrna Pagodą – przy czym srebra nie wiele tam widać. Nie znaczy, że go nie ma! Przykryty dywanikami i bieżnikami by turyści nie zadeptali. Srebro srebrem ale i tak największą uwagę przyciąga „szmaragdowy budda” wykonany z jadeitu. 🙂

I miło jest spacerować wśród najbardziej wyszukanych form architektury. Tylko jak nieznośna mucha pojawia się czasem myśl – kto tu jest monarchą…

Kambodża – Tonle Sap

Wioska na wodzie. Takich wiele wokół brzegów jeziora Tonle Sap. Pomiędzy nimi przypływają łodzie z turystami żądnymi wrażeń, chętnie fotografującymi życie mieszkańców. Często zdziwieni, jeszcze częściej ubolewający nad losem „biednych” mieszańców. Atrakcja turystyczna jak malowanie! Wystarczy jednak przysiąść się , porozmawiać z mieszkańcami , wpaść w odwiedziny, by okazało się jak bardzo pozory mylą. Do domostw (lepszych lub gorszych – jak kogo stać) podpływają łodzie – sklepy, w wiosce można popłynąć do świątyni buddyjskiej, jest też meczet a nawet kościół katolicki. Jezuici prowadzą tu misję i szkołę. Przy domach na wodzie pływają ogródki – skąd świeże do posiłku sałatki. Niektórzy hodują krokodyle, inni zajmują się wożeniem turystów, sprzedażą pamiątek (także wykonanych ze skór tych wyżej wspomnianych zwierzaków). Można też ku uciesze turystów sprzedawać mięso z krokodyla (nic smacznego, suszone niewielkie kawałki. Przeżuć trudno ale turysta kupi). Do domu zasadniczo nic nie wpełźnie, a obiad może przypłynąć. W sumie sporo zalet. Ja wiem nie jest to wyrafinowana zabudowa i dość prosty sposób życia. Ale czy w życiu o to chodzi by opływać w dobra materiale? Tak czy tak przedziwny to dualizm. Z jednej strony zadowoleni turyści – bo doświadczyli czegoś tak odmiennego, pozornie zaglądając mieszkańcom do domów, Zadowoleni mieszkańcy bo przepływające statki z turystami, zatrzymującymi się na pływającym sklepie z pamiątkami to dobry dochód. Czyli w sumie… Dobrze jest…

Litwa – Kiejdany

„…Kmicic zamilkł, ale ostatnie słowa księcia nie rozproszyły ciemności, jakie obsiadły jego umysł, i próżno pytał sam siebie, co może grozić w tej chwili potężnemu Radziwiłłowi? Wszakże stał na czele większych sił niż kiedykolwiek. W samych Kiejdanach i w okolicy stało tyle wojska, że gdyby był książę miał podobną potęgę, zanim pod Szkłów ruszył, los całej wojny wypadłby niezawodnie inaczej…” Wiem, skażona Sienkiewiczem jestem paskudnie… I wybornie się z tym czuję!

Kiejdany kojarzą mi się nade wszystko i głównie z sienkiewiczowskim „Potopem”. Zawsze gdy tu jestem przed oczyma stają mi sceny z Kmicicem i ze zdradzieckim Radziwiłłem w roli głównej. A że sympatię do Kmicica mam wielką (nie wiedzieć czemu Kmicic, Bohun a nawet trochę Azja Tuhajbejowicz fascynują mnie od lat) stąd zawsze gdy w Kiejdanach przyjdzie mi stanąć – i słowotok mi się zmienia na ciut staropolski, i rogata sarmacka dusza żwawiej o sobie przypomina… Skażona Sienkiewiczem jestem paskudnie. 🙂

A co w realu w Kiejdanach słuchać? O Kiejdany dbał ród Kiszków a potem Radziwiłłów a jeszcze potem Czapscy. Nade wszystko centrum kalwinizmu rzeczypospolitej tu było. Zbór kalwiński (XVII w.) do dziś zresztą można zobaczyć. Przy okazji zwiedzania tej monumentalnej świątyni nie sposób nie odwiedzić krypty Radziwiłłów. Wiem, wiem… Ale jednak jeden z najznamienitszych rodów Najjaśniejszej to był. Oprócz zboru kalwińskiego jest tu też zbór luterański, kościół katolicki, klasztor karmelitów, cerkiew prawosławna, synagoga – taki komplet, jak w całej Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

PS

Kiejdany to także centrum uprawy ogórków. Jako pierwsi uprawy te zaczęli lokalni Żydzi, handlując ogórkami nie tylko w całej Litwie ale i docierając ze swymi ziemiopłodami do obecnej Łotwy.

Litwa – Wilno

Hmmm…. Są takie zakątki świata, które poetycko brzmią w każdym zakamarku. Tak mam, że czasem coś tam zapamiętuję zapachem, czasem światłem, czasem dźwiękiem… a czasem poezją lub literaturą. I Wilno – literackie właśnie. No jak inaczej może być skoro za każdym zakrętem jak nie „Pan Tadeusz” to „Dziady” szepczą… Ale w sumie to nie tylko poetycko jest w Wilnie. Tak jakoś… czy ja wiem… swojsko chyba. Toż historia Litwy i Korony trochę lat miała. Zdążyło się artefaktów nazbierać. Wilniuki przecież takie… no właśnie – swoje są… A jak sobie człowiek uświadomi, że z Wilnem to i Mickiewicz i Miłosz i Konwicki i Moniuszko i Piłsudski i Skarga i Słowacki i Heifetz i Gałczyński itd. itd. itd. To jak nie ma być swojsko?

Bardzo sakralnie. Pewnie ponad siedemdziesiąt kościołów różnych religii tu wzniesiono. I to tak od gotyku do zupełnie współczesnych. Oczywiście prym wiedzie Ostrobramska i obraz Miłosiernego. Kiedyś już wspominałam. Lubię po cmentarzach łazić. A tu – cmentarz na Rosie. Ile tu nazwisk znanych z podręczników, literatury, muzeów… Ech… Właściwie od XV wieku tu grzebano zmarłych ale dopiero w XIX stał się miejskim cmentarzem.

A i też muzycznie w Wilnie. Koncerty, opery – zwłaszcza od XVIII wieku – rozkwitały. Dobrych kilkanaście lat Moniuszko tu miał żółtą koszulkę lidera, a i „Halka” pierwszy raz właśnie w Wilnie została wystawiona. Na początku XX wieku działały w mieście dwie niezłe szkoły muzyczne: polska i żydowska.

A z imprez? Warto Wilno odwiedzić gdy Jarmark Kaziukowy. Czegóż to na straganach wtedy nie ma! I serca piernikowe i rarytasy wszelakie. A kto woli muzycznie – to w trakcie „Festiwalu Wileńskiego” – wtedy symfonicznie jest. Jest też Festiwal muzyki dawnej i współczesnego tańca i kilka filmowych. No generalnie dzieje się.

Tylko kulinarnie jakoś tak nie do końca. To znaczy dla mnie. Kuchnia wileńska nie jest moją ulubioną. Ale to indywidualny gust. 😊 Chociaż ciemny chleb i jagnięce kibiny – to jest dooobre. To mogę z przyjemnością przyjąć do organizmu. 😊

Łotwa – Agłona

Piękny jodłowy las…. I stąd nazwa – Agłona. Właściwie – szczere pola, zupełnie niczego sobie jeziora Egles i Cirišs, piękny las i tyle… No nie… Jest jeszcze w tym rzeczonym szczerym polu kompleks klasztorny, bielą odbijający się od szaro-zielonego pejzażu. Dominikanie „biali” tam osiedli to i zabudowania bielą śnieżna odcinają się na horyzoncie. Skąd znany – ano w XVIII wieku powstał tam kościół dla opieki nad wizerunkiem – Maryi na desce… Królowa Inflant! Matka Boża z kwiatem… (Maria trzyma gałązkę róży z trzema kwiatami – symbol tego, że była dziewicą przed – w trakcie ciąży – i po urodzeniu Jezusa) Sam wizerunek znany był szeroko a i sanktuarium sławą słynęło mocną. Pod koniec XIX wieku odszedł do wieczności ostatni z kustoszy dominikańskich. Potem zorganizowano tu więzienie dla księży, a teraz to po prostu jedno z ważniejszych sanktuariów katolickich i maryjnych na Łotwie. Sama świątynia – no biała… Ale wnętrze w baroku włoskim. I ołtarz faktycznie cudny i złoty, ale ta dominująca biel… i na zewnątrz z daleka widoczna jak latarnia, i w środku rywalizuje (co nie łatwe) ze złotem.

No… różnie mi się zakątki świata w pamięci odcisnęły. Czasem zapachem, czasem dźwiękiem, czasem powiewem wiatru lub promieniami słońca łaskoczącymi policzki. Agłonę pamiętam kolorem… Taka… biała plama w pastelowej oprawie.

Łotwa – Cesisi

Dzieje miasta Cesisi (dawniej z polska Kieś zwane) sięgają początku XIII wieku. Jednak znacznie późniejsze czasy wypromowały miasto. W 1583 roku w Kieś została ogłoszona w imieniu króla Stefana Batorego nowa konstytucja Inflant.

Budowlą posiadającą najstarszą metryczkę w mieście jest kościół św. Jana. Obecnie protestancki, choć wzniesiony w XIII wieku. Ze średniowiecznego klimatu niewiele zostało, ale metryczkę ma – najstarsza. Początkowo był głównie kościołem klasztornym, potem siedzibą biskupów katolickich a na koniec przekształcono go w zbór luterański. Z czasów katolickich zachowało się sporo nagrobków i epitafiów dostojników kościoła i zakonu. XIII wieczną metryczkę ma też zamek. Warownię wznieśli rycerze Zakonu Kawalerów Mieczowych. Burzliwe miała dzieje. Zaczęto go budować w 1209 roku a rok później już był oblegany. 🙂 Udało się go jednak wznieść i ufortyfikować, na tyle solidnie, że stał się siedzibą Wielkich Mistrzów! Wspomnieć warto, że była to druga co do wielkości warownia na Inflantach. Zamek częściowo wysadzony został w 1577 roku i w ten sposób – dawny już wówczas zamek krzyżowców, przyczynił się pośrednio do pokonania Iwana Groźnego, który miasto oblegał. Zamek odbudowano (był zresztą siedzibą polskich starostów) ale ponownie popadł w ruinę w XVIII wieku. Pod koniec XVIII wieku hrabia Sievers, jako nowy właściwe zdecydował o rozbudowie swoich włości i powstaje Nowy Zamek.

Dzisiaj stary zamek krzyżowców nadal pokazuje swoją świetność ale są to nagie mury, mocno momentami uszczknięte przez czas. Wejść do środka można – w towarzystwie przewodnika i będąc uzbrojonym w latarnię – świecę (oświetlenia w zamku brak a przechodzi się różnymi zakamarkami i korytarzami czasem spowitymi mrokiem mocnym). W sumie daje to trochę klimat przenoszenia się w czasie, choć ja czułam się chyba bardziej – coś tak pomiędzy Pan Samochodzik na tropie templariuszy a Biała Dama w akcji… 😉

Łotwa – Dyneburg

Miasto nad Dźwiną – Dyneburg. Pierwsze ślady to XIII wiek i zamek zakonu rycerskiego – warowny, rozbudowany i… w XV wieku zdobyty przez Iwana III. Potem przeszedł w ręce naszego Zygmunta Augusta i do XVIII wieku (z różnymi zakrętami historii…) był w granicach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Sam Dynebur jako miasto lokował Batory. Szybko potem nowa twierdza powstała. Po rozbiorach Dyneburg dostał się Rosji, no a teraz łotewski.

To nie jest miasto turystyczne. Zabytki niemalże nie istnieją – trzeba wyłuskiwać je w przestrzeni miejskiej. Głownie klimaty XIX wieczne – jeśli już historyczności szukać. Najciekawsze chyba świątynie: katolicka, protestancka, prawosławna no i synagoga też 🙂 – komplet. A i twierdza Dyneburg – a właściwie jej pozostałości.

Hmm… Po głębszym zastanowieniu i przewijających się w pamięci wspomnieniach pobytu – panoram miasta to chyba najfajniejszy widok…

Łotwa – Gauja

Najstarszy, największy i chyba jeden z piękniejszych parków na Łotwie – Gauja park. Urokliwie tu pluskają fale rzeki Gauja i szumią drzewa i ćwiergolą ptaki (oczywiście to wszystko słychać, gdy dźwięk przebije się przez gwar turystów). Jest tu też coś co lubię – natura miesza się z historią. W granicach parku można bez trudu natknąć się na średniowieczny zamek, secesyjny pałac czy klasycystyczny dwór. Tym razem jednak natura! Choć jakby się zastanowić… Jaskinia Gutmana. Największa grota tego typu w krajach nadbałtyckich. Ale nie to przyciąga tu tłumy. 🙂 W czasach przedchrześcijańskich znajdowało się tu miejsce składania kultowych ofiar. Grota zyskała na popularności jednak nie z powodów archeologiczno – historycznych. Rzecz działa się na początku XVII wieku. Jaskinia była miejscem potajemnych spotkań dwojga zakochanych – Maij (adoptowanej córki sekretarza zamku Geif) i ogrodnika Wiktora Heila. W tej urodziwej dziewczynie kochało się wielu (między innymi polski oficer Adam Jakubowski) ona jednak oddała serce Wiktorowi. Odrzucony absztyfikant podstępem zwabił Maiję do rzeczonej groty, mając w zamiarze „dopełnić” swoje uczucia. Maija starała się odwrócić uwagę Jakubowicza „magiczną” chustą, która miała chronić przed ranami. Głupiec uwierzył i pchnął Maiję nożem. Chusta nie pomogła. Krew dziewczyny rozlała się po grocie… Oficer przerażony tym co zrobił – powiesił się. W XIX wieku w archiwum miejskim w rydze odnaleziono procesowe dokumenty z 1620. Legenda była prawdziwą historią… W jaskini można odnaleźć wyryte wyznanie miłosne Maij i Wiktora. Dosłownie odnaleźć – bo przez wieki, mnóstwo zakochanych dopisywało swoje wyznania w przekonaniu, że miejsce to zapewni im szczęście w miłości.

Inna legenda głosi, iż źródło wypływające z groty to łzy niewiernej żony wodza Liwończyków, Rindaugsa. A skąd nazwa groty? Tą właśnie wodą, która ma mieć uzdrawiającą moc – leczył pobliską ludność pewien znachor, którego zaczęto nazywać Gutman (dobry człowiek). I tak zła zdrada przeradza się w dobrego człowieka. Wielkie lecz tragiczne w konsekwencji pożądanie – w zaklinanie miłości. Chyba naprawdę jest to magiczne miejsce…

Łotwa – Jełgawa

Historia Jełgawy (dawnej Mitawy) sięga czasów, gdy na tym terenie zamieszkiwali Ligowie. Mocny rozwój zaczyna się jednak dopiero od XIII wieku – od momentu gdy Zakon Kawalerów Mieczowych wybrał to miejsce jako najlepsze dla wzniesienia warowni. Zamek stał się granicznym. Często był miejscem wypadowym dla działań wojennym. Znaczenie strategiczne zamku z czasem coraz bardziej wzrastało, zwłaszcza gdy zaczęło się kształtować państwo litewskie. Od XVI wieku teren i sam zamek przynależał do Księstwa Kurlandii i Semigalii. Tyle historyczna pigułka. 🙂

Obecnie najcenniejszym obiektem w Jełgawie jest XVIII wieczny pałac (wzniesiony na miejscy wspomnianego zamku) W 1727 roku książę Ernst Johann von Biron nakazał wysadzenie starego zamku i wzniesienie dokładnie na jego miejscu pałacu. Pałac uznawany jest za jeden z najważniejszych zabytków Łotwy. Szkoda, że można go obejrzeć głównie z zewnątrz (w jego wnętrzach mieści się Łotewski Uniwersytet Rolniczy). I szkoda trochę, że odpadający tynk burzy estetykę fasady… W kaplicy zamkowej znalazło się miejsce dla pochówku zmarłych z rodu Kettlerów i Bironów. Obecnie jest tu trzydzieści sarkofagów z czego większość kutych; wszystkie bardzo piękne. Armia czerwona co prawda mocno splądrowała i sprofanowała sarkofagi (w znaczeniu zwłoki) ale one same się zachowały.

Warto wspomnieć też o cerkwi ufundowanej przez Annę Iwanowną. Przy czym obecny sobór przebudowała w XVII wieku Katarzyna II. W Jełgawie był też kościół św. Trójcy (pierwszy luterański kościół w Europie) – została po nim tylko wieża…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑