Kategoria: Subiektywnie podglądane kultury świata (Page 21 of 32)

Izrael – Tabor

Większość ważnych wydarzeń na kartach Świętych Ksiąg, gdzie dochodziło do szczególnego kontaktu człowieka i Boga miało miejsce w górach. Synaj, Ararat, dla chrześcijan – Golgota… także góra Tabor.

Coś chyba w tym jest. Nie wspinam się, niewiele szczytów górskich zdarzyło mi się zdobyć. Jestem z tych co uważają, że z dołu też dobrze widać, ale coś magicznego w górach jednak chyba jest.

Góra Tabor to nie tylko urokliwe miejsce ale też jedno z ważniejszych. Naturalnym jest że tutaj przebiegały szlaki turystyczne. Tabor pojawia się na kartach historii – a także Tanach i Nowego Testamentu.

W Tanach jest wspomniana w Księdze Jozuego. Była dobrym punktem granicznym trzech ziemi – Zabulona Issachara i Neftalego. W innym miejscu jest opis bitwy, w której Izrael pokonał (zgodnie z proroctwem Debory) Kananejczyków i Syserę. W czasach świątyni – robiła za „latarnię morską” bo zapalało się tam ogień by dać znać ludziom mieszkającym na północy że nadeszło święto.

Dla chrześcijan – najbardziej znane wydarzenie, które miało tu miejsce to opisane w Nowym Testamencie Przemienienie Pańskie. Wydarzenie to spowodowało, że Góra Tabor stała się od pierwszych wieków ważnym miejscem pielgrzymkowym. Już w XII wieku wzniesiony został tu klasztor benedyktyński, kilka wieków później osiedlili się tu kolejno joannici, potem franciszkanie. W XIX wieku dołączyli prawosławni, wznosząc na Tabor cerkiew.

A w 66 roku ne Józef Flawiusz, zanim jeszcze został historykiem, zrobił sobie tu okopy i wraz ze swoimi żołnierzami walczył w I wojnie żydowski – rzymskiej. W sumie mądrze bo tu od zawsze był punkt zbiorczy dla żołnierzy gdy potrzeba zbrojna była.

Na temat Góry Tabor rozwodzą się historycy i egzegeci. A ja sobie myślę, że to miejsce warto odwiedzić nie tylko z naukowych pobudek lub religijnych. Gdy się ma szczęście przybyć na Tabor późnym popołudniem i zostanie się do zachodu słońca, gdy cała góra zaczyna przyoblekać się ciepło w żółto – złote barwy, można wyobrazić sobie i doświadczyć że w górach jakoś dobrze się „rozmawia” z Ha.szem…

Izrael – Tyberiada

Izrael należy zwiedza, będąc do tego bardzo, bardzo przygotowanym. Miejsca znane, historyczne, czasem też biblijne (dla tych, którzy takim kluczem zwiedzają)… I człowiek spodziewałby się fantastycznych śladów dziedzictwa historycznego… A tu wyłuskiwać trzeba kamienie, ślady, echo jakieś… a czasem zupełnie niedawno wzniesione obiekty w miejscach historycznych. Tak też jest z Tyberiadą. Fajne uzdrowisko – i tu zasadniczo bez zastrzeżeń. Ale to miasto – to kawał historii! Założył miasto Herod Antypas. Wspomina o niej Flawiusz oraz teksty biblijne. W pełnej zakrętów i wybuchów historii tych ziem Tyberiada od czasów najdawniejszych pełniła bardzo ważny ośrodek życia jako jedno z miast zamieszkałych głównie przez Żydów. Tu rozwijało się życie religijne, naukowe, kulturowe. Tutaj Juda ha-Nasi zredagował ostatecznie Misznę. Potem Tyberiada była między innymi miastem Królestwa Jerozolimskiego. Potem panowanie Osmańskie. A potem zaczęli się tutaj osiedlać głównie Sefardyjczycy. Fajny ośrodek jedwabnictwa się w Tyberiadzie pojawił. Miasto kilkakrotnie niszczone nie tylko przez działania wojenne ale także trzęsienia ziemi. Itd. itd. No pigułka na max. 😊 Ale nie o to idzie by wnikliwą analizę historyczną tu przytaczać. Obecnie – zadbane, odnawiane generalnie robi dobre wrażenie.

No. A z zabytków? Bardzo proszę: 1. Trochę wykopalisk (między innymi łaźnia z okresu Bizancjum) 2. Trochę zabytków sepulkralnych – grobowce rabinów 3. Ze dwa zamknięte na głucho meczety 4. Mury miejskie 5. Kościół św. Piotra wzniesiony bodaj pierwotnie przez krzyżowców. Z interesującym pomnikiem przy wejściu. Ten pomnik dla nas o tyle ciekawy, że są na nim herby miast polskich (Kraków, Warszawa, Poznań, Gdańsk, Lwów, Wilno). Pod koniec II wojny ufundowali go polscy uchodźcy. I… z tych większych, z grubsza tyle…

Izrael – jezioro Tyberiadzkie, kibuc Ginnosar

Kiedyś w trakcie mojego pobytu w Izraelu wybuchła wojna… Zaraz tam wybuchła! Ktoś usiłował „drewnianą szabelką” pomachać w kierunku Izraela – więc Lew ryknął i po sprawie. Kilka patriotów poleciało mi nad głową, z powierzchni ziemi zniknął jeden budynek, obok których dzień wcześniej chodziłam – takie tam…

Ale utknęłam na kilka dni nad jeziorem Tyberiadzkim w kibucu Ginnosar. Samo jezioro ładne, kibuc nad jego brzegiem też, klimat jest, spacerować brzegami można (z prawdziwą zresztą i niekłamaną przyjemnością) ale gdy się tkwi któryś już dzień, zamiast realizować program naukowy przewidziany do zrobienia bo taką się ma robotę, to człowiek zaczyna szukać czegoś „zamiast” dla zabicia czasu. Wybór padł na „rejs po jeziorze”. Załoga obiektu pływającego była jednoosobowa. Kapitan i załoga w jednym. Najpierw pilnie nasłuchiwał, a gdy zidentyfikował w jakim języku rozmawiamy w grupie uśmiech zagościł na jego twarzy. Wyciągnął ze skrzyni polską banderę, na zdezelowanym magnetofonie lekkim kopniakiem uruchomił z kasety „Mazurka Dąbrowskiego” i… wypłynęliśmy. Spacer obiektem pływającym był całkiem przyjemny, woda pluskała, chmury leniwie snuły się na niebie… Gdy byliśmy na środku jeziora „Pan Kapitan” wyłączył silnik. I wtedy, chyba po raz pierwszy w życiu usłyszałam… ciszę. Przez chwilę zapomniałam nawet, że kilka kilometrów dalej jest wojna…

A sam kibuc – ciekawy! W 1986 Mojżesz i Juval Lufan (może tacy sami „kapitanowie” jak ten który z nami wypłynął 😉 ) odnaleźli na dnie jeziora drewnianą łódź z przełomu naszej i wcześniejszej ery 😊. Nazwano ją łodzią Jezusa – bo datowana na przełom, choć oczywiście nie ma żadnych przesłanek, że faktycznie sam Jezus nią pływał. Ale historyczność obiektu niezaprzeczalna a że nazwę jakąś powinien mieć – to ma. Sama łódź poddana konserwacji i zabezpieczeni jest prezentowana w „muzeum jednego eksponatu” w kibucu, tuż nad brzegiem jeziora.

Izrael – źródło Charodu

Mała rzeczka – Charod (Harod). Małe też jej źródło… ale i tak w historii i Tanach się zaznaczyło! „Wstał więc o świcie Jerubbaal, czyli Gedeon, wraz z całym zgromadzonym ludem i rozbił obóz u źródeł Charod.”(Sdz 7,1) Gedeon polecił swoim trzystu żołnierzom napić się wody ze źródeł Charodu i z tą garstką, ruszył do walki z przeważającymi siłami wojsk Madianitów, zadając im sromotną klęskę. Wiele wieków później w tym samym miejscu ponownie krwią spłynęła ziemia i wody rzeki. Rozegrała się tu bitwa pomiędzy wojskami krzyżowców i muzułmańskimi, a potem także wojska Mameluków… Takie prowokujące „bojowo” miejsce, choć pozornie wcale takiego wrażenia nie robi 🙂

Teraz bijące źródło zobaczyć można na terenie Parku Narodowego Majan Charod. Są tu kąpieliska z wodą termalną. Nieopodal zachowane fragmenty synagogi i kościoła z okresu Bizancjum i nieco późniejsze. Spokojnie tu i cicho. I zieleni wokół mnóstwo. I nic nie wskazuje na toczące się tu przed wiekami boje. A woda szemrząc, o nich cicho opowiada…

Jordania – Wadi Ram

Pewnie każdy ma jakiś pakiet ulubionych filmów, które w nieskończoność możne oglądać – ja też 😊 W mojej pierwszej dziesiątce, bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie jest „Lawrence z Arabii”. Świetny kawał filmu! I do tego realizowany był w miejscach, w których naprawdę Lawrence był (ten prawdziwy – brytyjski oficer i bohater Jordańczyków, bo o nim film opowiada).

Część zdjęć było realizowanych w Wadi Ram. To dolina rzeczna w Jordanii, niedaleko granicy z Arabią Saudyjską. Czasem nazywana jest Doliną Księżyca lub Czerwone Góry. I z obydwoma nazwami się zgadzam 😊

Ludzie osiedlali się tutaj od zawsze – i ślady zostawiali 😉 Zachowały się na przykład petroglify Nabatejczyków lub Thamudów. Podobno tutaj sięgało Królestwo Edomu które prężnie rozwijało się między XIII a VI w pne. Ślady Nabatejczyów są też bardziej okazałe miejscami – na przykład ruiny światyni.

Solidnie i precyzyjnie udokumentował i opisał to miejsce Thomas Edward Lawrence. Oficer i archeolog po Oksfordzie i generalnie genialny strateg i tak zwyczajnie dobry człowiek. A i mocno odważny i zafascynowany kulturą, tradycją i dziedzictwem tych terenów. W trakcie I wojny światowej zaciągnął się do wojska i w jednostce Arab Bureau dokumentował, robił mapy i takie tam. O tyle mu było łatwo, że znał świetnie język arabski i jako archeolog znał kulturę obecnej Jordanii.  W 1916 roku zaangażował się bardzo mocno w Powstanie Arabskie. Właściwie dzięki jego negocjacjom i strategii powstanie zostało ponownie ożywione i siły osmańskie wypchnięto. Po wojnie Lawrence napisał wspomnienia a książkę zatytułował „Siedem filarów mądrości”. Tak samo nazywa się formacja skalna w Wadi Ram. Tuż przy Visitor Center – ją pierwszą widać, zanim wyruszy się w głąb doliny. Lawrence iście poetycko je opisał… I wiecie co, wcale mu się nie dziwię, że w tych terenach i tej kulturze się zakochał. Pamiętam scenę z filmu. Gdy ubiera po raz pierwszy strój arabski, zaczyna się czuć prawdziwie sobą, i zaczyna wirować w piasku wśród skał a wraz z nim wirują jego białe szaty… Też miałam ochotę dokładnie w tym samym miejscu stojąc, wirować na wietrze, w piasku i do zawrotu głowy… I wcale się nie opierałam tej chęci… Skutek  – łukiem poleciałam w piach, który miękko mnie przyjął 😉 Poczułam się prawie jak na planie „Lawrence z Arabii”!   

Teraz w wiosce Wadi Ram i okolicy mieszkają głównie Beduini. Można wpaść do nich do namiotu na kawę (albo herbatę – ale ta bardziej dla turystów 😉) i posiedzieć w gościach tak ze trzy dni max. Bo dłużej to już niegrzecznie…

Kambodża – ulice i bezdroża

Ulice miast i bezdroży w Kambodży nie różnią się nazbyt od innych rejonów Indochin – gwar (właściwie lepiej powiedzieć zgiełk, wrzask i to nieustannie na podniesionych rejestrach), dźwięk tysięcy klaksonów samochodów, motocykli, skuterów, itp., itd. – a jak tuk-tuk ma klakson no też go używać należy, trzeba czy nie. Dodajmy do tego wszechobecny zapach gotowanego ryżu, anyżku, trawy cytrynowej… wszędobylskie i przenośne stragany ze – wszystkim, przebijające się przez ten zgiełk dźwięki muzyki – CUDOWNIE!

W tej kwintesencji „zorganizowanego chaosu”, jeden drobny szczegół przykuł moją uwagę – „domki dla duchów”. Najbardziej charakterystyczne są w Tajlandii ale w Kambodży też powszechne i częste. Tak naprawdę trudno znaleźć dom, warsztat, biuro, restaurację, cokolwiek bez tego swoistego opiekuna. To pierwszy „obiekt”, który zostaje postawiony (w dniu „wskazanym przez gwiazdy”) w miejscu budowy. Jest to miejsce w którym duchy (te złe i te dobre) oraz dusze przodków właścicieli posesji mogą znaleźć przytulne schronienie. W ten sposób żyjący zapewniają sobie spokój (od duchów) i szczęście (za ich przyczyną). Oczywiście warto z duchami dobrze żyć, dlatego w „domkach” pojawiają się ofiary. Zwykle ryż, kwiaty, kadzidełka, świeczki. Bez trudu można znaleźć także ofiarowane znaki cywilizacji np. puszki Coca Coli. Magiczne to, zabobonne, orientalne… No tak. Ale mnie na myśl przyszła polska wieś, gdzie przed każdą chatą stałą kapliczka z figurką Maryi, Boleściwego lub jakiś świątek – tak by domostwo od zła strzec…

Wiem, inna religia, inna kultura inne wszystko. Ale jedno niezmienne – Człowiek to jednak homo religiosus.

Kambodża – Angkor

Angkor – gigantyczne połacie historycznego imperium Khmerów. Miasto, które w godzinach szczytu zamieszkiwane było przez ok. milion mieszkańców! Gigantyczne, „ukryte” w dżungli, pełne tajemnic i nawet dzisiaj, wyglądające jak z bajki. Czy można w kilku słowach opisać wrażenia z Angkor – nie. Zatem jedynie kilka klatek:

Do południowej bramy Angkor Tom prowadzi dość szeroki most, na którym przysiadły demony z jednaj a bogowie z drugiej. Prowadzą między sobą odwieczną walkę, przeciągając mitycznego węża Vasuki by zyskać nieśmiertelność. Gdy spojrzy się im przez ramię na przepływającą pod mostem wodę, można mając szczęście, zobaczyć leniwie pływające łódki, Zajęci swoimi sprawami płynący ludzie, zupełnie nie zwracają uwagę ani na wciąż trwająca walkę bogów i demonów, ani na gwarnych turystów.

Anghor Thum to miasto w mieście. Najbardziej znaną jej budowlą jest świątynia Bayon. Wygląda trochę jak gigantyczny wielokondygnacyjny kopiec termitów. Całą bryłę zdobi około 2 tys. głów podejrzliwie spoglądających na przechodniów i gadatliwych (żeby nie powiedzieć wrzeszczących) turystów, którzy za nic mając ostrzeżenia i szacunek dla zabytku, biegają po murach i co bardziej wystających elementach architektonicznych, by zrobić to najpyszniejsze ujęcie – zdjęcie które wzbudzi zachwyt sąsiadów. Podobno świątynia jest odbiciem mistycznej góry Meru. Tego nie wiem – wiem natomiast, że czuje się wyzwanie chwili wchodząc na szczyt. Samo wejście nań jest nie lada wyzwaniem – Bayon to przecież labirynt przejść, przesmyków, schodów, itd. itp.

Ach i jeszcze Ta Prohn, gdzie o palmę pierwszeństwa walczy dżungla i architektura. Dzieło rąk Boskich i dzieło rąk ludzkich. Przenikają się dwie harmonie tworząc nieziemski dwudźwięk. Podobno świątynia ta jest słynna głównie z tego powodu, że kręcony tutaj był film z Angelina Jolie. O 35 tonach srebra, diamentach i perłach ukrytych w świątyni nikt już nie pamięta. Przykro mi, filmu nie oglądałam, a skarby? Największym jest drżenie z emocji i ciarki na plecach gdy odkrywa się coraz to nowe zakątki tego dualizmu natury i sztuki.

Kambodża – Angkor Wat

Angkor Wat to największa i najbardziej imponująca budowla w całym kompleksie. I to nie tylko ze względu na rozmach, rozmiar, zdobienia itd. Największy podziw wzbudza myśl architektoniczna twórców!

Na przestrzeni ok 2 km2, wzniesiona na planie prostokąta, powstała w pierwszej poł XII wieku. To bodaj największa budowla sakralna świata! Całość otacza fosa o szerokości ok 200 m. Do środka prowadzą mosty i bramy, po których swobodnie mogły się poruszać słonie (to nie figura retoryczna. Po prostu w ceremoniach te zwierzęta brały udział). Największy podziw (przynajmniej mój) budzi sam pomysł na okiełzanie podmokłych gruntów – bagien właściwie. Przecież zaprzecza to logice! Woda nie jest sprzymierzeńcem dla architekta gdy ten ma wznieść gigantyczny budynek i zrobić to tak by się nie zawalił mimo przybierającej wody w porze deszczowej i osuszaniu podłoża w porze suchej. Ale to tak już bywa, że wszyscy wiedzą iż się nie da i potem przychodzi ktoś kto o tej prawdzie nie wie i… wykonuje to co się nie dało zrobić. Angor Wat zbudowano na „pontonie”! A precyzyjniej – zastosowano system kanałów uzupełniających lub odprowadzających wodę, by zachować stałość podłoża.

Najwyższa wieża ma 65 metrów. Prowadzą na nią strome schody. I… imponująca jest. Zwykle unikam wspinania się na takie konstrukcje. Jestem z tych co uważają, że z dołu też dobrze widać. Tym razem uległam pokusie. W połowie schodów już żałowałam decyzji – wysoko! Momentami zamykając oczy dotarłam jednak (samodzielnie – z czego dumnam jest!) do najwyższego punktu Angkor Wat. Całość świątyni ma symbolizować wszechświat (i przejście do sfery duchowej) a najwyższa wieża górę Meru – gdy popatrzyłam z góry pomyślałam – to prawda…

Nie dziwi mnie, że właśnie wieża Angkor Wat znalazły się na fladze Kambodży!

Kambodża – Banteay Srei

Twierdza Kobiet – brzmi intrygująco. Właściwie to Banteay Srei, ale Twierdza Kobiet bardziej ekscytująco brzmi i uruchamia wyobraźnię. Kompleks stanowi jedną z części Angkor. Świątynia poświęconą Hindu i Śiwie, wzniesiona została podobno z inicjatywy dwu braci Yajnavaraha i Vishnukumara z kasty Ishanapura. Cała koncepcja architektoniczna jest w trójpodziale. Zbudowana z czerwonego piaskowca. Jak na Angkor – niewielka gabarytowo. Ale nie to istotne. Czerwono – ceglasta świątynia to maestria sztuki zdobniczej. Koronkowe dekoracje wykute w piaskowcu przyprawiają o zawrót głowy. I wcale się nie dziwię, że w świątyni tej takie mnóstwo apsar (stąd nazwa). Wszak kobiety – zwłaszcza jeśli są boginiami, cenią sobie piękno otoczenia! Mnóstwo koronkowych płaskorzeźb i reliefów zdobiących portyki; cudowne roślinne i zoomorficzne zdobienia pokrywają całe ściany. Całe stado kamiennych zwierzaków, bo i słoń Ajrawata i gromada małp. Ale też bogowie spacerują. Natknąć się można na Śiwe i jego żony Ume, boga Wisznu pod postacią Naraszimhy, demona Hiranyakashpi itd. itd. Świątynia leży raczej na uboczu, ale ze wszech miar warto! Za każdym zakrętem pojawiają się nowe zaskakujące miejsca, wieloplanowe perspektywy, zakamarki – cudownie!

A gdy się wyjdzie już poza mury świątynne, natknąć się można na muzykujących w pojedynkę lub grupowo mężczyzn. Muzykujących (dla europejskiego ucha) to zbyt wiele powiedziane. To raczej rytmiczne dźwięki z melorecytacją. Ale wibracje i rytm uruchamiają emocje i zmysły… a zapach, upał i widok – potęgują doznania…

Kambodża – Phnom Penh

Angkor niezaprzeczalnie wprawia w zachwyt! Lecz przepiękne ale dość ponure w barwie mury mogą wprowadzić w błąd. To prawie tak jak wyobrażenie starożytnej Grecji w kolorze ecru. „Barwna” myśl pojawia się gdy zabłądziłam gdzieś na boczne trasy Angkor War gdzie widać jeszcze resztki polichromii. Jak to musiało wyglądać gdy polichromie błyszczały w słońcu… I okazało się, że nie koniecznie trzeba uruchamiać wyobraźnie. Wystarczy odwiedzić pałac królewski w Phnom Penh. Ja wiem, kilkaset lat różnicy ale – żółcienie, burgundy, szmaragdy, srebro i złoto, wszystko błyszczy i wybucha kolorami. Najbardziej reprezentacyjne miejsca to sala tronowa lub bardzo europejski pawilon Napoleona. Mnie najbardziej wzruszył Wat Preah Keo Morokat popularne zwany Srebrna Pagodą – przy czym srebra nie wiele tam widać. Nie znaczy, że go nie ma! Przykryty dywanikami i bieżnikami by turyści nie zadeptali. Srebro srebrem ale i tak największą uwagę przyciąga „szmaragdowy budda” wykonany z jadeitu. 🙂

I miło jest spacerować wśród najbardziej wyszukanych form architektury. Tylko jak nieznośna mucha pojawia się czasem myśl – kto tu jest monarchą…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑