Kategoria: Subiektywnie podglądane zakątki Polski (Page 5 of 8)

Podlaskie – Puszcza Białowieska

Puszcza Białowieska… Cudowne miejsce do „zresetowania systemu”. Cisza, spokój, zielono, życzliwie… No pięknie… Przed kilku laty wybrałam się w te rejony ze znajomymi (botanikami 😀), z zamysłem obcowania z naturą. Nastawiłam się mentalnie na przedzieranie się niemal z maczetą przez knieje i chaszcze… Nawet pierwsze w życiu kalosze kupiłam na okoliczność wyprawy… No… Na miejscu wyszło na to, że po Puszczy spacerować można niemal w szpilkach, po drogach tak szerokich i przestronnych, że Batorym by nawrócił… 🤣

Ale generalnie – cudo!!!! Sama Puszcza na pograniczu Polsko-Białoruskim zajmuje ok 1500 km2. To relikt lasu pierwotnego. Spotkać można wilka, rysia, a jak kto ma szczęście to i żubra zobaczy. Na temat samej Puszczy, nie będę się wymądrzać – nie znam się. Ale jest piękna, dostojna, magiczna!!! Kilka ścieżek przyrodniczych. Między innymi Szlak Dębów Królewskich i Książąt Litewskich oraz najsłynniejsze chyba Żebra Żubra – droga z drewnianych kładek/podestów. Matko kochana! Myślałam, że komary to mnie tam zeżreją!! Ale widokowo – genialne miejsce.

W sumie warto wstąpić z pobudek poznawczych do Muzeum Przyrodniczo – Leśnego, gdzie… całe mrowie wypchanych zwierzaków. Ale ekspozycyjnie – nienajgorsze, a i narracja mądrze poprowadzona. Nawet mnie – laika przyrodniczego, zainteresowało.

Podlaskie – Kruszyniany

Wielka – mała wieś podlaska – Kruszyniany. Mała – no tak bo jak na jednym krańcu się stanie to drugi widać. 😉 Wielka – bo jeszcze przed II wojną zmieścili się tu mieszkając (w kolejności alfabetycznej): katolicy, muzułmanie, prawosławni i żydzi – co i często, choć nie zawsze miało przełożenie na narodowość (znowu alfabetycznie 😊 ) : Białorusini, Polacy, Tatarzy i Żydzi. Hmmm…. Da się..?? Da się!!

Dzisiaj Kruszyniany słyną głównie ze śladów społeczności muzułmańskiej. Śladów, które nie tyko się zachowały ale i są ciągle żywe. Wieś od XVII wieku była z nadania króla Sobieskiego własnością tatarską. Polscy muzułmanie (nazywani Lipkami) głównie tatarskiego pochodzenie, osiedli tu i rozwijali się ekonomicznie, kulturowo, militarnie też. Oddziały tatarskie wsławiły się w boju wielokrotnie a nawet płk Samuel Murza Krzeczowski uratował życie samemu Najjaśniejszemu Panu w bitwie pod Parkanami! Społeczność rozwijała się też religijnie. W Kruszynianach powstały na przykład kitaby – traktaty religijne spisane w języku polskim lub białoruskim ale czcionką arabską…

Różnorodność religijną i narodową a zwłaszcza dziedzictwo tatarskie, wieś doskonale wykorzystała w ostatnich latach. Społeczność Tatarów oferuje turystom lokalne wyroby (głównie przetwory ale i wyroby garncarskie jest w ofercie), można zasmakować kuchni tatarskiej, a w meczecie czeka miły pan, który z wprawą i strasznie szybko mówiąc 😊 opowiada ciekawe dzieje Tatarów w Polsce, tłumaczy co do czego w meczecie służy, jak się w nim zachować i takie tam 😊 A co zobaczyć można? Same zabudowania wsi są charakterystyczne, choć teraz mocno przerobione na cele agroturystyki (nawet jurta na podwórku stoi 😊 ). W samym centrum wsi (a przynajmniej tak mi się wydawało) – drewniany, osiemnastowieczny, zielony (bo to kolor islamu) meczet. Z daleka wygląda trochę jak dwuwieżowy kościół. Dopiero gdy się podjedzie bliżej – widać, że w miejscu gdzie zwykle krzyże wieńczą hełmy wież, są półksiężyce. W środku – wyłożona dywanami do modlitwy część dla mężczyzn oraz za przegrodą i firanką – analogiczna choć mniejsza część dla kobiet. Na wschodniej ścianie – mihrab, gustowne lampy wiszą obficie z sufitu, jest też ciemnozielony minbar. Tuż obok meczetu, przez otwartą bramę wchodzi się do mizaru (cmentarza). Najstarszy nagrobek z czytelnym napisem ma datę 1699. Nie znalazłam, bo i słabo u mnie ze znajomością czcionki arabskiej… Mizar w Kruszynianach wygląda trochę tak jakby w lesie, pomiędzy drzewami bliscy grzebali swoich zmarłych, by im liście szumiały jakąś modlitewną pieśń… Część płyt już pochylona czasem ma ochotę przyłożyć kamienne głowy do poduchy z mchu, inne prężnie stoją zdobne w płaskorzeźby i poważne napisy, jeszcze inne zupełnie współczesne, nowe i czyściutkie jak meble bezsensownie i za wcześnie przeniesione z salonu dla lasu… Czasem nawet jakby salat albo nawoływanie muezina było słychać… I nie wiadomo czy to liście szumią – czy imam do Kruszynian przyjechał…

Podlaskie – Tykocin

Super klimatyczna miejscówka ten Tykocin! I do tego nagromadzenie obiektów zabytkowych na metr kwadratowy, niewielkiego przecież miasteczka – wyjątkowe. Sam Tykocin jest generalnie zabytkiem – a dokładnie zachowany jego układ urbanistyczny. Historią swoją sięga w głąb wieków średnich.

Kilka kompleksów klasztornych. Ten najbardziej reprezentacyjny to dawny kościół i klasztor misjonarzy. Potężny barokowy budynek z fundacji Jana Klemensa Branickiego z fantastycznym wystrojem i polichromią Ecksteina i obrazami Czechowicza. No z rozmachem, z rozmachem… Nieopodal – również XVIII wieczny zespół klasztorny bernardynów. Obecnie jest tam dom emerytów.

W Tykocinie stał też XV wieczny zamek z licznymi późniejszymi przebudowami. I właściwie to nie wiem jakiego czasu użyć – bo zrekonstruowany, nadal stoi. Teraz jest tam restauracja i pokoje gościnne ale i pozwiedzać można odbudowane przestrzenie zamku. A jak ktoś ma szczęście albo wiedzę i celowo przyjedzie to na festiwal „Smaki renesansu” się może załapać albo na „Szturm zamku”.

Od XVI wieku w Tykocinie zamieszkała i zaczęła się rozwijać społeczność Żydowska. Rozwijała się prężnie – tak, że z czasem była chyba drugą liczebnie po Krakowskiej gminą na ziemiach polskich. Do dzisiaj został cmentarz żydowski, zabudowa uliczek jak w sztetl i dwie synagogi, w których teraz muzea. Ale to na osobną opowieść.

Tykocin samym dziedzictwem i zabytkami się promuje – to jasne! Ale jest coś jeszcze co sprawia że odwiedzany jest przez tłumy turystów 😊 Serial, a właściwie kolejne filmy: „U Pana Boga za miedzą” „U Pana Boga w ogródku” i „U Pana Boga za piecem”. Każdy pamięta Bociana i prowadzoną przez niego karczmę! Ta karczma jest właśnie w Tykocinie. Przy czym to nie do końca karczma była… Ale magia kina i tak dalej… Budynek w narożu rynku to dawny alumnat. Czyli XVII wieczny ni to przytułek ni to szpital – w każdym razie miejsce dla żołnierzy weteranów. Jedyne takie miejsce które zachowało się do dzisiaj w Europie. Architektonicznie – na planie czworokąta, kiedyś z basztami, taki trochę obronny kasztel był. Wewnątrz – dwanaście izb i kaplica. Obecnie można tu przenocować i coś dobrego zjeść – jak „U Pana Boga… ” widziano. 😉

Podlaskie – Zbójna

Dzisiaj będzie o pewnej małej wiosce. Takiej, w której turyści się nie zatrzymują – bo i po co… Czy na pewno nie ma powodu? Wpisałam do GPS Zbójna. Okazało się, że GPS nie jest pewien która… Zlokalizowałam tę właściwą, nieopodal Łomży. Jadę – już karnie przez GPS prowadzona do celu. Na jednym krańcu wsi – pomnik. Podchodzę… Dwa głazy, na nich płaskorzeźbiony chyba odlew – wóz a w nim kilkoro ludzi. Podchodzę bliżej i już nie mam wątpliwości. Ci na wodzi to Żydzi. Kipa, Magan Dawid na opasce… A po lewej napis w trzech językach: polskim, hebrajskim i angielskim: „Kto ratuje jedno życie ludzkie, to jakoby ocalił cały świat”. A potem rozwinięcie, że pomnik ku pamięci społeczności żydowskiej mieszkającej w Zbójnej i tych, którzy ocaleli – rodzinom Ozdoba, Chmiel, Gibałka i tych, którzy ich ocalili.
W 1939 roku dotarła informacja do wsi, że Niemcy będą mordować Żydów. Władysław Rosiński wiedział, że jeśli pomoże swoim sąsiadom – może być zabity i on i jego rodzina. Ale z drugiej strony jak nie pomoże – zabici zostaną jego najbliżsi dobrzy sąsiedzi… Namówił trzy żydowskie rodziny najbliższych sąsiadów by na wóz jego wsiedli i wywiózł ich bocznymi drogami za rzekę Pisę, bo tam miało być bezpieczniej… Bo Rosjanie masowo Żydów nie mordowali wtedy – tak słyszał. Po kilku dniach również opłotkami Rosiński wrócił do domu cały i zdrowy. Gdy zdejmował okrycie zauważył, że ma w kieszeni pieniądze, które trzymał w czasie podróży. No jak? Przecież oni tej kasy potrzebują… Wrócił, pieniądze oddał. One pozwoliły rodzinom przeżyć dwa lata w Rosji. Potem dotarli do Izraela i tam zaczęli nowe życie. Ocalałych było 15 osób. Teraz ich potomkowie to pewnie jakieś 200 osób… „Kto ratuje jedno życie ludzkie, to jakoby ocalił cały świat”
PS
Potomek ocalałych przyjechał w 2015 roku do Zbójnej. Podobno czuł się tak, jakby znał tę wieś jak swoją, choć był w niej pierwszy raz… Bo opowieści rodziców i dziadków tak mu w pamięci utkwiły. Ufundował pomnik, który przy głównej drodze o tej historii opowiada. Gdy Zbójną odwiedza, zapala świece przy pomniku, a potem też na pobliskim cmentarzu katolickim na grobie Władysława Rosińskiego. W sumie dlatego, że ten facet kiedyś zdecydowała się pomóc sąsiadom – on teraz żyje…

Pomorskie – Bałtyk

Nie mam jakiegoś wyjątkowego „nabożeństwa” do plaży, nawet tej bałtyckiej, nie znoszę się opalać! Choć bardzo lubię słoneczko i ciepełko. Lubię natomiast zachody słońca… W tym reflektorze plaża jest OK. Zwłaszcza, że wtedy już najczęściej mocno pustawa – co jest sporą zaletą. Ta bałtycka ma jeden minus – zimnawo jest. Ale jeśli się człowiek mentalnie nastawi – da się ogarnąć 🙂 Bałtyckie plażowanie (w wydaniu brzegu po polskiej stronie) jest miękkie. Piasek i drobniutkie muszelki nie uwierają jakoś mocno. A i podobno (wersja dla wytrwałych) można w ramach bonusu bursztynek znaleźć. To jak sądzę bardziej się sprawdza przy okazji wschodów słońca… Ale że nieco rzadziej je widuję… Może kiedyś gdy jakiś imperatyw lub po prostu powód się pojawi – kto wie, kto wie… 😉 Wróćmy do nadmorskiego zachodu. Lubię gdy światło ciepło otula niebo żółcieniami i oranżami czasem wręcz muśniętymi burgundem. A z drugiej strony jeszcze po falach ślizga się błękitno szara poświata srebra. Pod stopami piasek pomięty i zmęczony dniem. Generalnie jest żółty, jasny, ciepły w kolorze i dotyku. Czasem tylko na nim pojawia się jakaś ciemno brunatna lub fioletowa smuga. Podobno takie smugi nazywają się piaskiem literackim. Może… Jakoś mi się generalnie dzisiaj literacko (żeby nie powiedzieć poetycko…) myślało. Szum morza i wrzaski ptactwa chyba tak jakoś robią…

Pomorskie – Gdańsk

Sama nie wiem… czy Gdańsk jest bardziej ceglasto gotycki czy bardziej przypomina mi swoimi wąskimi kamieniczkami pudełeczko z piernikami albo czekoladkami. Jeśli tę drugą opcję weźmiemy pod uwagę na początek (łaziłam po robocie i przed spóźnionym obiadem co wiele tłumaczy…) to chyba te renesansowe i manierystyczne najbardziej urocze – takie polukrowane 🙂 Wielka Zbrojownia w tym rekordy bije jak nic; chociaż taki Dwór Artusa wcale a wcale nie ustępuje. A! i wszystko posypane cukierkami bursztynów. Jest tu ich całe mrowie – i to oczywiste. Straganiarze, obwoźny sprzedawcy, dekoracje tu i tam, w sumie to jest cała uliczka (ul. Mariacka), na której są wyłącznie sklepy z bursztynową biżuterią! Tu nawet stadion jest „bursztynowy”… Ale… Tą właśnie wspomnianą uliczką przechodząc przez bramę iście przypominającą „moją” floriańską (ach te kalki…) nad brzegiem Motławy się ląduje. A tu znowu sklepiki, słynny Żuraw i Czarna Perła zacumowała ale… Na przeciwnym brzegu – dla mnie cudo. Po jednej stronie mostu kamieniczki z murem pruskim. Po drugiej – szereg zupełnie współczesnej architektury z przewagą szkła. Ale tak cudnie nawiązującej do historyczności terenu i świetnie otulającej resztki historii, które po tej stronie zostały. Tak… to chyba kamieniczki, a właściwie ich olbrzyma w sumie ilość porozrzucana lub skumulowana w stadach po całym Starym Mieście i Głównym Mieście robią taki klimat, który sprawie że jest tu po prostu miło. I to architektonicznie i stylem i kulturowym charakterem – do wyboru do koloru! To daje Gdańskowi taki ciepły ale i mocno mieszczański charakter. Tak, Gdańsk jest wielokulturowy i mieszczański. No i pięknie tę tradycję potrafi kultywować!

Pomorskie – Gdańsk Oliwa

No i się wydało… W Gdańskiej Oliwie jest Dom Zarazy… Się zameldowała i oczekuj tu człowieku żeby sobie – jakby to ładnie… – „poszła prędziutko”. Jak nawet swoją metę ma! Dom Zarazy inaczej Wielka Brama. Dlaczego zarazy? W XVIII wieku w czasie ówczesnej zarazy zorganizowano w tym domu kwarantannę dla zarażonych. Potem w XIX wieku miał tu mieszkanie wójt oliwski ale stara nazwa jakoś tak przykleiła się i funkcjonuje nadal. Oliwa oczywiście słynie głównie z archikatedry oliwskiej. Klasyczna bazylika trójnawowa z ambitem. I jak to bywa w takich miejscach – jak w torcie – kolejne epoki, kolejne wieki dokładały kolejne warstwy – ołtarze, epitafia, witraże, stiuki… od XII wieku począwszy było tutaj opactwo cysterskie. I tak do XIX wieku kiedy to władze pruskie zlikwidowały opactwo a zabudowania przeszły w ręce diecezji. Co w bazylice najcenniejsze – no ORGANY! O matko kochana jak one brzmią!!! Akurat weszłam na sam koniec koncertu. Powstały pod koniec XVIII wieku. Osiemdziesiąt trzy głosy, trzy manuały, czternaście miechów… No gdy jakiś maestro zasiądzie – jest czym moc wykrzesać… A przecież to nie jedyne organy w tym kościele. Kolejne – czternastogłosowe są w transepcie. Tuż przy archikatedrze zabudowania pocysterskie, między innymi pałac opata i dalej park (obecnie im. Mickiewicza). Zaczął się jak wszystko w Oliwie od cystersów – precyzyjniej – od ogrodu klasztornego. Od XVII wieku kolejni opaci poszerzali i coraz bardziej wyrafinowane pomysły ogrodowe wcielali w życie. No i szumią teraz misternie poprzycinane drzewa i krzewy. Zaczepiają przechodniów słonecznymi „zajączkami”, które figlarnie przez gałęzie przebijając się słońce puszcza. Wtóruje im woda odbijająca się od kamieni lub leniwie nudząca się w stawach. Zielono, cicho, pięknie… Tylko echo jakichś nut Bacha czasem gdzieś jakby w tle, daleko słychać…

Pomorskie – Gdańsk sakralnie

Nie wiem czy pozwiedzałam wszystkie kościoły Gdańska, ale te ważniejsze pewnie tak. Ostatecznie nie jest ich tyle co w Krakowie… Spacer w klimacie gotycko – ceglanym. 🙂 Oczywiście ceglaste nie jest wyłącznie sacrum. Profanum też. Ceglaste są bramy i młyn i targ i nawet filharmonia bałtycka też. Ale sacrum hmmm… faktycznie w większości to piękny ceglasty gotyk, oczywiście polukrowany w środku barokiem. Crème de la crème to oczywiście mariacki. Sklepienia gwieździste i kryształowe – ilekroć tu jestem – zachwycają mnie jak nic. W remoncie teraz trochę ale przepychem powala św. Mikołaj – akurat trafiłam na jakieś ćwiczenia organomistrza. Fajnie muzyka płynęła muskając barkowe figury, które przycupnęły na ołtarzach… Coś sporo pożarów ostatnio chyba było w gdańskich kościołach. Kilkanaście lat temu spłonął dach św. Katarzyny. Nadal wnętrze ten pożar pamięta. Nagie odrapane mury, zranione ogniem i bardziej chyba wodą ołtarze… A chyba dwa lata temu płonął św. Piotr i Paweł. Tu mniej skutki pożaru widać ale też tak jakoś wiatr hula… Św. Jan – to teraz centrum kultury. Wnętrze – widać, że kościół – ale na środku fotele teatralne i scena i reflektory i takie tam. W sumie sala koncertowa do muzyki sakralnej – jak ulał! Ciekawy kościół (właściwie dwa obok siebie) franciszkanów. W tym większym zaskakujące organy. Nie ma ich tam gdzie zwykle bywają – są tuż przy ołtarzu. Wiszą właściwie nad nim gronami piszczałek. Jedyny kościół do którego – by zwiedzić – trzeba kupić bilet, to św. Brygida. A w środku… hmmm krypta z ułożonymi skrzętnie czaszkami, słynny bursztynowy ołtarz i… prałat Jankowski w kilku odsłonach…. taaaa….

Sama nie wiem… Takie strzeliste, czasem trochę ascetyczne te wnętrza. Zwykle ubogacone zupełnie niezłymi organami. Piękne są kościoły Gdańska i sporo perełek sztuki wszelkich epok we wnętrzach kryją. Ale tak jakoś gdy łaziłam od jednego do drugiego – to jedyne co mi po głowie się plątało to – „fajnie by tu brzmiał koncert”…

Pomorskie – Gdańsk Wrzeszcz i 100cznia

Gdańsk jest super! To jest jasne. Ale jak się już pozwiedzało wszystkie obowiązkowe punkty na mapie miasta to co „pozobaczać” teraz? Są takie dzielnice, w których to turysta robi większe wrażenie na „tubylcach” niż na odwrót 😊 Idę ulicą którąś w dzielnicy Wrzeszcz. Słonecznie i leniwie bo to wolny dzień. Jakaś „żulietta” chcąc w zamian monetę wskazała mi, że tam to piękny las jest i pospacerować można. Fakt – ładny. Jakiegoś przechodnia zapytałam co tu można zobaczyć. Popatrzył na mnie jakbym z księżyca spadła. „Tu nic nie ma!”. Hmmm…. A ja sobie myślę, że nie ma takich miejsc, że nic nie ma. 😊 Historia Wrzeszcza sięga XIII wieku, od XIX – stał się częścią Gdańska. Tu, zwłaszcza w okresie międzywojennym – osiedlili się Żydzi i Polacy. We Wrzeszczu zachowała się do dzisiaj jedyna synagoga. Obecnie jest czynna, a przy niej działa gmina. Zbudowana na początku XX wieku głównie dla Żydów przybyłych z terenów Rosji i Wielkopolski. Ale tuż przed wojną Gmina po przykrych atakach, odsprzedała budynek. Może dlatego budynek przetrwał… Po wojnie była w ruinie. Dopiero w 2009 chyba roku Gmina go przejęła. Odnowiony – zaczął żyć na nowo i służyć społeczności. Ale Wrzeszcz jest wieloreligijny. Jest też cerkiew z połowy XX wieku znajdująca się w budynku z dawnej ewangelickiej krematoryjnej kaplicy z początku XX wieku oraz dwa chyba kościoły (z XIX i pocz. XX wieku) – w tym bardzo ładna neogotycka kolegiata. Do tego park, urocze kamieniczki… Klimatyczne miejsce w sumie.

A propos klimatyczne. Inny zakamarek Gdańska – stocznia. Właściwie to budynki postoczniowe. Stały i rdzewiały, strasząc okrutnie. W 2017 dwójka kreatywnych ludzi – Ala Jabłonowska i Kuba Łukaszewski, pomysł przekuli w działanie. Bo pomysły tylko wtedy są fajne, gdy się je ma ochotę w życie wprowadzić. No i powstał projekt 100cznia. Niebanalne miejsce!!! Labirynt, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Kuchnie z różnych zakątków świata, sceny muzyczne i takie dedykowane na spektakle, zakamarki na posiedzenie i porozmyślanie samotne ale i dedykowane na spotkanie z przyjaciółmi. Taka art strefa chillout, gdzie można się spotkać, pogadać, coś zjeść, coś posłuchać lub obejrzeć, wyżyć się artystycznie. Genialne miejsce!

Pomorskie – Gdynia

Hmmm…. Co można zobaczyć ciekawego w Gdyni… No… Muzeum Emigracji – to tak! Żeby do niego dotrzeć szłam wzdłuż portu i tory jakieś i konstrukcje pojęcia nie mam do czego służące ale przypuszczam, po baaaaardzo intensywnym „zapachu”, że przetwórnie ryb jakieś portowe albo przeładunkowe… nie wiem – ale zapach mocno zapadł mi w pamięci! Jest też Akwarium i… tyle chyba na jego temat… No na pewno PIĘKNE molo, Bulwar Nadmorski i Skwer Kościuszki. A przy nabrzeżu cumujące imponujące żaglowce – choćby Dar Młodzieży i Dar Pomorza. Gdynia powstała przecież tak na dobre w okresie międzywojennym więc próżno tu szukać starówki czy jakichś artefaktów. To znaczy pierwsze wzmianki o Gdyni z wieków średnich – zgoda, ale była to wioska. Przechodziła z rąk do rąk, była między innymi własnością zakonu kartuzów. W sumie ta własność przyczyniła się do mocnego rozwoju wsi. W XIX wieku kartuzów władze Pruskie wywłaszczyły a Gdynia weszła w skład domeny królewskiej. W XX wieku zaczęto wykorzystywać piękne plaże by Gdynie wykreować na miejsce wypoczynkowe. W momencie wcielenia do Polski – była to chyba największa wieś w okolicy. Sytuacja polityczna była w tym czasie cokolwiek napięta. Potrzebny był port wojskowy – i… tu zaczęto go budować w 1920 roku. Sześć lat później – Gdynia staje się miastem!

No a co z tym zwiedzaniem? No nabrzeże… i… może jeszcze sam port… trochę willi (ale to głównie Orłowo – niby dzielnica Gdyni ale jakby osobna historia) i… widok błękitnego morza konkurującego z błękitem nieba… A po tych błękitach błąkają się bielą raz żaglówki… raz chmury…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑