Kategoria: Subiektywnie podglądane zakątki Polski (Page 4 of 8)

Mazowieckie – Warszawa MDM Solec

A dzisiaj poszłam sobie w kierunku MDM (Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa). Ostatnio byłam tu w wakacje (właściwie bywałam – bo ze dwa razy chyba w bliskiej okolicy). Taka trochę dla mnie kulinarna przestrzeń. Na prawo od Placu Konstytucji zupełnie nieźle dają jeść gruzińsko, tuż obok indyjsko i bliżej nieco chińsko/japońsko. Po drugiej stronie Placu – słynne Koszyki. Ale na mojej prywatnej liście rankingowe niekwestionowaną żółtą koszulkę lidera ma „Sexy Duck”!

Nie wiem czy taka mentalna kalka jest normalna ale na Pradze – czułam się jak na Krakowskim Kazimierzu, na Starym i Nowym Mieście – jak w centrum Krakowa. A MDM? No to żywcem stara Nowa Huta 😎 Socrealistyczna architektura z połowy XX wieku. Nie najgorzej wygląda. Układ urbanistyczny miał być symetryczny względem Marszałkowskiej ale wyszło coś bardziej jak „V”. A architektonicznie – no jak w socrealizmie: arkady, monumentalne płaskorzeźby, attyki… To nie są jakoś mocno moje klimaty ale w sumie jest OK.

Drogę powrotną wzięłam łukiem i jakoś tak przypadkiem na Powiśle i Solec mnie ulice zaprowadziły. No też fajnie i jakoś tak architektonicznie płynnie mi się krajobraz zmieniał. Tutaj działał słynny (gł. z podpalenia w 1830) browar Weissa. Tutaj pałac Ostrogskich czyli obecnie Muzeum Chopina. Tak po drodze Most Poniatowskiego. I tutaj też legendy się plączą pod nogami. Na bulwarach Syrena (ok – ale i tak ta z rynku na Starówce bardziej mi się podoba), a obok Ostrogskich – złota kaczka pływa. Trochę po macoszemu potraktowali warszawiacy Bazyliszka, bo chyba nie ma w Wawie żadnego pomnika ani sadzawki a przynajmniej tak mi się wydaje (znam tylko fajne bazyliszkowe szyldy na Starówce). No ale w sumie można zrozumieć… Spojrzenie miał gad cokolwiek groźne. Pomnik nie pomnik – lepiej nie ryzykować…

Z Mirowa do MDM, potem Powiślem i Solcem, dalej Nowy Świat i obok Placu Powstańców Warszawy z powrotem Mirów… Nie wiem ile to kilometrów ale zaczynam je czuć w nogach…

Mazowieckie – Warszawa Ogród Saski

Ogród Saski to magiczne miejsce… Dzisiaj akurat o 12.00 przechodziłam tamtędy. Zawyły syreny… Przecież tuż obok były mury Getta Warszawskiego… A wczoraj byłam w Saskim na spacerze. Piękna pogoda, cudowne słońce. No cudnie było. 🙂 I nagle przeleciała obok mnie olbrzymia bańka mydlana! Marzenia mi nad głową fruwają, pomyślałam… Czas najwyższy zintensyfikować wprowadzanie ich w real 😉 I… coraz więcej tych kolorowych latających elfów zaczęło mi wokół głowy fruwać. Cuda panie… no cuda…

Ogród został założony w połowie XVIII wieku jako ogród francuski dla Augusta II Mocnego. I był to pierwszy publicznie dostępny park! Przy czym podobno mogły tam wejść tylko osoby „porządnie” ubrane. Mało tego! Spektakle można było tam oglądać w specjalnie dedykowanym budynku. Była też pijalnia wód. Został zniszczony pod koniec XVIII wieku i niedługo potem przekomponowany w stylu angielskim. Znowu zniszczony w trakcie powstania warszawskiego… Ale teraz pięknie kwitnie. 🙂

Chyba się dzisiaj wieczorem znowu wybiorę zobaczyć jak kasztanowce pączki rozwijają… 🙂

Mazowieckie – Warszawa Powiśle i Mariensztat

Kilka dni temu rozmawiałam z koleżanką. Wynajmowała kiedyś mieszkanie na Mariensztacie. Hmm… To może dzisiaj poleźć na Powiśle? Polazłam, bo i okazało się, że jest dość blisko. Na miejscu – „Kurcze…” pomyślałam (bo myślę raczej zwięźle 😉 ) No to tu mi dobrze! Tu prawie jak u siebie! Relatywnie wąskie uliczki, małe kamienice, zielono i kwitnąco – jak to na wiosnę, ptaki ćwirgolą, zaułki i fasady skąpane w promieniach słońca… No cudnie jest!!!

Na Powiśle czułam się w obowiązku pójść bo w „moim” Krakowie, na Powiślu był mój rodzinny dom. Przy czym u mnie to ulica, a tutaj – dzielnica. Dzielnica, która składa się historycznie z trzech części Powiśla, Solca i Mariensztatu. Zasadniczo powłóczyłam się na razie tylko po Mariensztacie i kawałku Powiśla – tak na dobry początek. Pusto zupełnie. Ale teraz generalnie Warszawa jest pustawa. Czy tak też jest w „sezonie” – pojęcia nie mam.

Mariensztat – to dawna jurydyka Potockich (taka prywatna… czy ja wiem co – dzielnica, przysiółek, osada? Po prostu jurydyka!?). Początkowo była to dzielnica przemysłowa. Była drukarnia, kawałek dalej browar, plac targowy też – co oczywiste. Potem gdy przemysł przeniósł się dalej, bardziej w kierunku Pragi, Mariensztat mocno zubożał. Kompletnie niemal zniszczony w trakcie Powstania Warszawskiego. Potem odbudowany, a właściwie – przebudowany…. Bo robi teraz bardzo urokliwe wrażenie. Maleńka przestrzeń, chyba ponad 20 kamienic raptem, kilka uliczek, jakieś zaułki, cudny skwer Samuela Orgelbranda. No nie sposób, błąkając się po uliczkach Mariensztatu nie usłyszeć gdzieś z tyłu głowy „Małe mieszkanko, na Mariensztacie…”. Ale usłyszałam tylko ćwiczone pasaże i jakieś ćwiczeniowo śpiewane arie dobiegające z otwartych okien w szkole muzycznej. Wtórowało im krakanie wron. Nic to – też pięknie. Przysiadłam pod kwitnącym bielą drzewem. Ale mi wiosna zapachniała…

Mazowieckie – Warszawa pałace

Jest miasto, w którym pałac na pałacu stoi i pałacem pogania 😉 Ok, Ok – większość odbudowanych po wojnie… Co poradzić historia Warszawy nie oszczędzała. Ale fakt faktem jest! Wystarczy przejść od Zamku królewskiego Krakowskim Przedmieściem, by ich całe mrowie zobaczyć. A jeszcze jeśli w prawo lub lewo by się skręciło troszkę – to liczba pałaców na metr kwadratowy jeszcze bardziej rośnie! I trudno się dziwić. Wielu możnych chciało się ogrzać w blasku króla. A że nowa stolica nie miała aż tak mocnych naleciałości urbanistycznych poprzednich wieków – można było skrzydła rozwinąć, granice wyznaczała tylko fantazja i zasobność portfela. W konsekwencji dzisiaj wychodzi na to, że większość firm, instytucji i organizacji w centrum Warszawy może się pochwalić, że ma „metę” w pałacu 😉 Oczywiście w jednym poście (z racji standardowo krótkich gabarytów tekstu) wszystkich opisać nie sposób ale kilka, które dzisiaj tak po drodze na okoliczność spaceru w oko mi wpadły… Tuż, tuż obok zamku królewskiego (nomen omen też przecież w typie palazzo fortezza zbudowanego 🙂 ) – Pałac Pod Blachą. Na przełomie XVII i XIII wieku, przebudowany właściwie – dla Lubomirskiego. Piękny! Zwłaszcza skrzydła Fontany śliczne i przytulne wrażenie robią 🙂 Nie dziwię się, że Poniatowski go kupił. Myślę, że nie tylko bliskie sąsiedztwo z zamkiem zaważyło! Pod koniec XVIII wieku był to jeden z bardziej znanych salonów Warszawy. Spektakle teatralne, koncerty, bale i takie tam… Kawałek dalej Pałac Potockich. To znaczy przyczynił się do wzniesienia Czartoryski, potem w spadku dostała Lubomirska a potem przez jej córkę która wyszła za Potockiego… no. Do 1945 był własnością Potockich ale od połowy XIX wieku tam nie mieszkali. Pałac był raczej podnajmowany różnym osobom i instytucjom. Nieopodal Pałac Prezydencki. Hetman Koniecpolski zaczął go budować potem Lubomirscy pałac kupili. Potem Radziwiłłowie… Ależ wtedy bale były wydawane w pałacu… Hmmm… A i koncerty, spotkania, obrady… W Królestwie Polskim stał się siedzibą namiestnika. W 1918 – siedzibą rządu. A teraz – wiadomo. No i kawałek dalej pałac Lubomirskich. Fajną ma perspektywę rabatów kwiatowych. Tym razem Radziwiłłowie zakupili teren i zaordynowali sobie domek. Tutaj swoją drogą też Fontana ciut zadziałał przy przebudowach. Pod koniec XVIII wieku rezydencję kupił Lubomirski i przebudował w kierunku klasycyzmu. Potem pałac kupił Krasiński, a potem Cohen…

No sporo tych pałaców, sporo… Chyba wybiorę się na kolejny spacer ich szlakiem i jakieś kolejne podglądanie kultury się pojawi. 🙂

Mazowieckie – Warszawa Praga

W liceum (z kilku różnych powodów.. 😉 ) lubiłam włóczyć się po Kazimierzu, tym żydowskim, w Krakowie. Wtedy była to dzielnica mooocno zaniedbana, mooocno niebezpieczna i mooocno fascynująca i przyciągająca takie „duchy” myślące w poprzek… 😉

Dzisiaj wybrałam się na Warszawską Pragę. Bo wiadomo – Praga! Te klimaty z krakowskiego Kazimierza jakoś mi się przeklejały mentalnie. A i wyobrażenie rodem z filmów, jakaś kapela podwórkowa, odrapane mury, szmerane podwórka, jakiś Antek pod budką z piwem, drobny włam przypadkowy (ten akurat widziałam tak po drodze i przypadkiem… 😉 ), jakaś drynda lub dzyndzaj przejedzie… No takie tam klimaty i tak się nastawiłam. Ale… Podwórka, półświatek ok ok… Ale zobaczyłam też przenikanie się czasu. „Starą” Pragę i wchodzenie w tą historyczną przestrzeń nową rzeczywistość. Trochę marketingową, trochę wykorzystującą tę turystyczną chęć „zobaczenia TEJ Pragi”, tak z dreszczykiem emocji bo to przecież niebezpieczna dzielnica jest… Nowe lub odnowione budynki, a tuż obok odrapane mury. Przestrzenie super art galerii, designerskich hal a tuż obok budy i sklepiki Bazaru Różyckiego. Klasyczne fasady odrestaurowanych kamieniczek i sąsiadujące z nimi gigantyczne murale. I gdzieniegdzie – perełki. Jakiś pomnik klimatyczny, ogródek dedykowany poetycko, tablice z info o tym co przed wojną tu było. Na koniec też dwa zabytki sacrum. No może nie są jakoś gigantycznie leciwe bo obydwa z XIX wieku ale… Dwie sąsiadujące ze sobą niemal, katedry: Sobór Metropolitalny Świętej Równej Apostołom Marii Magdaleny oraz Bazylika Katedralna Michała Archanioła i św. Floriana.

Hmmm… magiczne to miejsce, gdzie cienie historii mijają się z duchami przyszłości….

Mazowieckie – Warszawa Stare i Nowe Miasto

Jaka jest Warszawa? Przestronna; wbrew pozorom nie jest aż tak rozległa i „z buta” można do wielu miejsc turystycznych dotrzeć gdy się zaokrętuje gdzieś w centrum; zielona; wszędzie sporo wron fruwa lub skubie coś tam na trawnikach; w sumie współczesna choć ślady przeszłości skrupulatnie przez mieszkańców poskładane z puzzli po wojnie – budzą mój niekłamany szacunek…

Crème de la crème tej rekonstrukcji historyczności, to Stare i Nowe Miasto czyli Starówka i Nowa Warszawa. Ależ tu kolorowo i kamieniczkowo! Z kilku stuleci przykłady architektury miejskiej. Tak na dobrą sprawę nie ma punktu centralnego. No bo Plac Zamkowy ale i Rynek Starówki (z tą syrenką, która bardziej mi się podoba!) i Rynek Nowego Miasta. Ale to nie ma znaczenia. Przechodzi się uliczkami od jednej przestrzeni do drugiej, po drodze jakieś zaułki i podwórka mijając – tak jakby się odkrywało nowe kolejne kurtyny a za każdą nowa scena. Kalejdoskop urbanistyczny. Początki sięgają chyba XIII wieku – i wieki średnie (choć ciut późniejsze) widać. Już w XIV wieku Stara Warszawa okazała się zbyt ciasna i pojawia się Nowa. Więc te ślady wieków średnich generalnie w obu przestrzeniach miałyby szanse ale najwięcej artefaktów tak od XVI i później. Hmmm… są jak w każdym mieście place, zaułki, kościoły, uliczki itd. ale fasady kamieniczek – wymiatają! Czasem zdobione złotem, czasem intensywnością żywych kolorów przyciągają wzrok, czasem jakieś sgraffito albo fresk. W głowie się kręci! I momentami dość leciwe (a na pewno gustowne) szyldy sklepów, restauracji i innych ważnych w krwioobiegu miejskim miejsc, wiszą sobie na fasadach jak kolczyki. Gwaru w czas zarazy nie ma. Puściutko. Z jednej strony smutno… Z drugiej – jest możliwość zatrzymania się i zauważenia drobiazgów, dzięki którym zaczyna się mieć przyjemność zwiedzania. Ktoś tam przysiadł na parapecie okna na poddaszu i łapie promienie wiosennego słońca. To idzie sobie kataryniarz i za chwilkę wysupła jakąś melodyjkę sennie rozłażącą się po ulicy. Ktoś tam gdzieś się speszy stukotem obcasów o bruk. Zapach świeżych bułek z jakiejś piekarni chyba. Gołębie i wrony skrzydło w skrzydło dziobią, zachowując karnie kolejność dziobania. Drobne oznaki życia miasta w anturażu historii…

Podkarpackie – Bolestraszyce

Bolestraszyce, niewielka wioska. Urokliwa, sielska, zaściankowa… Nie bez przyczyny Piotr Michałowski tu chwilkę mieszkał i malował. Można byłoby wyłuskiwać ślady historii (zamkowo – dworskie klimaty) lub kultury ludowej, ale… Właściwie do Bolestraszyc przyjeżdża się z powodu natury! A precyzyjniej z powodu arboretum. Początkowo był to park dworski. Arboretum na jego bazie, powstało w 1975 roku, i się ślicznie rozwinęło, bo obecnie ma bodaj ponad 300 ha! Wiele tysięcy roślinek pogrupowanych w kolekcje: od wodnych, przez bagienne, aż do takich „sucholubnych” (oj… kompletnie się na tym nie znam 🙂 ) Cudnie układają się w opowieści, urokliwe alejki, zakamarki cieniste, oblane słońcem klomby, szumiące wodą pejzażyki… A pośród zieleni w stu różnych odcieniach – pięknie wpisują się zabudowania podworskie, obecnie służące jako sale wystawowe, pracownie i biura.

Ach! mają tutaj ogród sensualny… Hmmm…. Myśl mi pognała w artystyczne, acz nie do końca bezpieczne dla publicznych dywagacji przestrzenie… 😉 A tu po prostu jest to ogród dedykowany dla osób z niepełnosprawnością ruchową lub dysfunkcją wzroku… No zacnie! Acz nazwa… hmmm… ciut myląca 😉

Podkarpackie – Leżajsk

Do Leżajska przyjechałam dzień po Jorcait (rocznicy śmierci) Rabina Elimelecha. Ale może jeszcze Rabi gdzieś spacerował po Leżajsku, bo miałam do niego parę spraw… Podobno Cadyk Elimelech, schodzi w ten dzień na ziemie by modlitwy i prośby złożone przy jego ohel na cmentarzu leżajskim zanieść bezpośrednio do Ha.szem. To, że w Leżajsku był duży ośrodek chasydyzmu wiedziałam oczywiście ale o samym Cadyku Elimelech opowiedział mi przyjaciel (motywując skutecznie też by do Leżajska pojechać natychmiast 🙂 ). Troszkę o rab Elimelechu poczytałam (zdecydowanie chcę więcej 🙂 ). Nauczał by nigdy nie zapominać o radości życia, by nigdy nie dyskredytować samego siebie… Mądry facet był.

Społeczność żydowska w Leżajsku istniała od XVI wieku. Była mykwa, synagogi, chedery, biblioteka, przytułek dla biednych itd. itd. Ale dopiero w XVIII wieku za sprawą Cadyka Elimelecha miasto stało się znanym ośrodkiem chasydyzmu. Teraz, 21 adar (według kalendarza żydowskiego) do grobu Cadyka przyjeżdżają dziesiątki tysięcy Żydów by pomodlić się przy grobie wielkiego Cadyka. Nie tylko chasydzi różnych dynastii i odłamów. Także Żydzi bardzo ortodoksyjni i ci znacznie mniej ortodoksyjni też. Ohel Cadyka jest przy samym wejściu na cmentarz. Cmentarz – ogrodzony ładnie, zielony, na wiosnę kwitnący białymi kwiatami. Ale macew niewiele się zachowało, może kilkadziesiąt sumarycznie. Zdewastowali go Niemcy w czasie II wojny… Na samym końcu cmentarza ściana z odłamków macew z symbolami, fragmentami napisów… To niemal jedyny materialny ślad po leżajskiej społeczności.

Sam Leżajsk ma oczywiście znacznie starszą metryczkę niż społeczność Żydowska w nim mieszkająca. Pierwsze wzmianki pisana to około XIV wieku. To jedno z najstarszych miast na terenie dzisiejszego Podkarpacia i okolic. Od XIV wieku należało do dóbr królewskich. I władcy opiekowali się miastem sowicie! Sam Zygmunt Stary nadał miastu (w sumie to leżajskim Żydom) przywilej ważenia piwa i szynkowania piwem i miodem… Co i do rozwoju Leżajska się mocno przyczyniło. W XVI wieku Tatarzy złupili miasto i to był początek upadku świetności…

Na terenie Leżajska oprócz społeczności Żydowskiej byli też chrześcijanie obrządków wschodnich. Do dzisiaj w narożniku rynku bielą murów wzrok przyciąga dawna cerkiew grekokatolicka Zaśnięcia NMP. Po drugiej stronie, też w narożniku rynku – katolicki kościół farny datowany na XVII wiek. Ale myślę, że ważniejszą rolę wśród katolickich kościołów w Leżajsku pełni klasztor bernardynów (to też sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia i związana z nim historia objawienia jakiego miał dostąpić Tomasz Michałek). Na obrzeżach miasta, duży barokowy kompleks klasztorny fundacji Łukasza Opalińskiego. Piękny barok! A wisienką na barokowym torcie są organy. Najcenniejszy taki instrument w Polsce. Czterdzieści głosów! A jaka snycerka! A jak zabrzmią tymi głosami… Jakoś wyjątkowo nie dziwi, że od ponad dwudziestu lat Międzynarodowy Festiwal Muzyki Organowej jest organizowany w Leżajsku i przyciąga rzesze melomanów.

Są też świeckie zabytki 🙂 Kilka dworów. Między innymi Dwór Starościńskie, w którym teraz jest muzeum lub drewniany dworek podstarościch albo pałac Wojciecha Miera.

Teraz Leżajsk to miłe, małe miasteczko ożywające jakieś dwa razy do roku z powodów – jak wyżej…

Podkarpackie – Rudawka Rymanowska

Atrakcja Rudawki Rymanowskiej zimową porą to gigantyczne lodospady. Ściany całe skute lodem. Wodospady zaklęte w czasie. Bajka jakaś – jak z krainy Królowej Śniegu. Gdy pogoda sprzyja – czyli jest mroźnie i wilgotno – tworzą się nacieki lodowe momentami spektakularne. I to przynajmniej w kilku miejscach przełomu Wisłoka. Czasem cała ściana jak katedra lub gigantyczne organy piszczałkowe. Czasem jak garść diamentów wysypująca się z mieszka.

Po lesie łażę. Wokół wszystko skute lodem. Nawet dźwięk zamarzł… Rzeka tylko się wydziera szumem. Wokół biało-szaro-brunatno i mgliście. Nawet niebo się w kolorystyce utrzymało. Monochromatyczna nuda… I tu nagle ognista czerwień mi przed oczyma wyrasta. Ogrzewa myśl czule… Konar jakiegoś drzewa czerwienią się wyrwał, mimo wszystko i wbrew logice. Bo po co być jak tłum szary powtarzalnym. Tylko wyjątkowość przyciąga wzrok kolorami…

Podkarpackie – Rzeszów

Prawdę mówiąc pojęcia nie miałam, że Rzeszów jest taki… no nie wiem… Teatralny? Baśniowy? Może jedno i drugie po trosze. W sumie – scena rzeszowskiego teatru słynna! To miastu się też udziela. 😉 Kilka teatrów w mieście. Ten im. Siemaszkowej – chyba najbardziej znany. Jest też Filharmonia Podkarpacka i kilka niezłych festiwali, np. Muzyczny w Łańcucie – właśnie przez tę Filharmonię organizowany; Carpathia Festival; biennale plakatu teatralnego; Rzeszowskie Spotkania Teatralne i kilka innych też fajnych.

Istniało już wcześniej – ale przywilej lokacyjny miasto otrzymało w 1354 roku. I tę datę uważa się za oficjalny początek miasta. Rozwijało się prężnie, a w XVII wieku przeszło na własność Lubomirskich, co w sumie rozwojowi dalszemu się przysłużyło. Do zwiedzania? Ano sporo. Większość zachowanych zabytków to jednak XIX wiek i przełom XIX/XX w. Najstarszy jest kościół farny (XV w. ) przy czym wnętrze – barokizowane z fundacji i inicjatywy Lubomirskich. Barokowo też u bernardynów. W prezbiterium – alabastrowe epitafia Ligęzów i równie alabastrowy ołtarz główny. Ale większość ciekawych punktów na planie zwiedzania miasta – to metryczka jak wspomniano. Zamek, choćby przez swoje gabaryty – przykuwa uwagę. Ale zwyczajnie ładny jest. Pierwotny – chyba z XVI wieku wzniósł Ligęza, potem Lubomirscy przebudowali na palazzo in fortezza. W czasach austriackich – były tu sądy i więzienie. Ten obecny – wzniesiony praktycznie od nowa na początku XX w. Małe fragmenty tylko zachowały się historyczne. W pobliżu zamku – pałace i dwory. Na przykład – letni pałac Lubomirskich (obecnie chyba izba lekarska tam jest). Jest też iście bajkowy architektonicznie gmach banku (Komunalnej Kasy Oszczędności), urokliwy ratusz, sokolnia – czyli obecny teatr im. Siemaszkowej… Tak jakoś ładnie po prostu, w którąkolwiek stronę by się nie popatrzyło.

Bardzo wieloreligijny jest Rzeszów. Kilka obrządków i wyznań współistnieje nadal, choć po największej onegdaj mniejszości religijnej i narodowej zarazem – pozostały dziś tylko dwie zabytkowe synagogi i cmentarz żydowski…

Ach! I najnowsza bodaj atrakcja Rzeszowa – smok bibliofil 😊😊 Podobno zamieszkiwał piwnice rzeszowskie (te też można zwiedzić jako podziemny szlak piwnic). Nudząc się niemiłosiernie – podkradał książki rzeszowianom – by czytaniem czas zabić. 😊 Podobno w Rzeszowie istnieje jedna księgarnia nieprzerwanie od zawsze (taka na rogu ulicy) – od… czasów Gutenberga 😉😊 Wiec i nie dziwi w sumie zamiłowanie smoka do czytelnictwa. Taka tradycja 😉 Choć nie wiem jak teraz z tym czytelnictwem. Smok ryczy na całe gardło ze studni na rynku. Głodny widać wiedzy niebożątko…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑