Druga co do wielkości dolina w polskich tatrach – Kościeliska. Ojej… ile tam piękności natury! Podobnie jak Chochołowska – również ta związana była z działaniami hutniczymi. Wydobywano tu srebro i miedź od XV wieku. Tędy prowadził też szlak na Słowację. Czasem kupiecki, czasem przemytniczy – ale prowadził. Stąd i zbójnicy! Okazja czyni itd…. Przy trasie, w sumie na samym początku – zbójnicka kapliczka. Podobno faktycznie zbójnicy tatrzańscy ją ufundowali. Bo to zbójowanie zbójowaniem ale z „górą” lepiej żyć w zgodzie. Tak naprawdę to jest fundacji górników – ale legenda fajniejsza
To jeden z pierwszych szlaków turystyki tatrzańskiej. Pierwsze wycieczki górskie organizowano tu już na początku XIX wieku. Szczególnie chętnie wybierano się na wschody słońca. Ja jestem z tych, którzy zdecydowanie bardziej zachody preferują… ale jak kto tam już woli… Faktem jest, że urokliwych i niemal romantycznych zakamarków w dolinie – mrowie. Stąd i natchnieniem artystów bywała zawodowo!
Jestem skłonna uwierzyć, że coś ze srebra tu musiało być… Gdy słońce muska ośnieżone brzegi doliny, sterczące skały, przepychające się fale strumienia i gałęzie drzew, wszystko jakoś wydaje się drobinami srebra udekorowane jak cenną biżuterią…
W Krynicy Zdrój byłam wieeeeele razy! Pierwszy raz, który pamiętam – miałam może z dziesięć lat. Pojechaliśmy z rodzicami „na Kiepurę” – w znaczeniu na festiwal. 😊 Tato zrobił nam (mnie, mojej siostrze i bratu) fot przy pomniku Mickiewicza. Och pamiętam, że starałam się wyglądać tak pięknie jak ta dziewczynka na pomniki!!! 😊 Kilka tygodni temu pojechałyśmy do Krynicy z mamą. Przysiadłam na tym samym pomniku a mama zrobiła mi fot… Ale tym razem zastanawiałam się mocno czy chcę być jak ta dziewczynka… 😊 Bo jeśli na pomniku autorstwa Antoniego Popiela to Maryla Wereszczakówna, niespełniona miłość poety – to nie. Ale jeśli to szczęśliwie zakochana Zosia z „Pana Tadeusza” – to OK mogę przemyśleć… 😉
Z czego słynie Krynica Zdrój? Och… Z czego nie słynie! Po pierwsze mineralne źródła. Chyba jednak od tego należy zacząć. Wieś istniała od połowy XVI wieku ale dopiero na przełomie XVIII i XIX wiecznej fali mody europejskiej na uzdrowiska, Krynica urosła do rangi uzdrowiska. Zaczęły pojawiać się urokliwe pensjonaty, domy uzdrowiskowe no i eksploatacja samych źródeł. Pod koniec XIX wieku tysiące kuracjuszy odwiedzało uzdrowisko. Pierwszym oficjalnym lekarzem Krynicy był dr Jan Nennel. Ale to dopiero zespół pod kierunkiem dr Józefa Dietla rozpropagował i spopularyzował zdrowotne właściwości wód krynickich. Na tyle mocno i skutecznie – że większość wielkich i zacnych person uważała za naturalne, bywanie w Krynicy. Tak więc bywał i Piłsudski i Matejko i Solski i Tuwim… Kogo tu nie było! I wszyscy raczyli się mniej lub bardziej smacznymi (ale bezapelacyjnie zdrowymi) wodami z siedmiu czy ośmiu krynic. A sama Krynica – otwierając się na gości stawała się coraz piękniejszym miasteczkiem z kryształowymi architektonicznie pijalniami, koronkowymi domami uzdrowiskowymi, poetyckimi pensjonatami, ascetycznymi szpitalami, parkami ukwieconymi i otulającymi zielenią… A że w zdrowym ciele zdrowy duch – i temu służy nie tylko woda ale i sport – w Krynicy zaczęły rozwijać się sporty zimowe. Wyciągi, tory saneczkowe itd. W rezultacie Góra Parkowa jest obowiązkowym punktem do odwiedzenia zimą. Ale i latem piękne tam widoki, które z wieży widokowej najlepiej oglądać.
Krynica Zdrój to też miasto sztuki! Wielu artystów z miastem związanych. Wspomnę Nikifora. Przy głównym deptaku jest pomnik artysty. Siedzi na ławce, coś rysuje, a poprawność kreski kontroluje wierny pies… Naprzeciw Willa Romanówka, a w niej aktualnie Muzeum Nikifora – oddział Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu. Kim był Nikifor? Kto to może wiedzieć… Pewnie Łemko. Czym się zajmował? Hmmm…. Rysowaniem. Kilkadziesiąt tysięcy prac. A na kartonach – normalne życie. Takie prawdziwe, a czasem takie z jego prywatnego świata na granicy realu i wyobraźni. Kiedyś zdarzyło mi się siedzieć na balkonie Willi Romanówka, tuż po wernisażu na którym prace Nikifora, sączyłam jakieś wino, a z deptaka głównego dobiegło :
„…W rytm walczyka serce śpiewa kochaj mnie Bez miłości świat nic nie wart kochaj mnie Każda krwi kropelka we mnie ciebie chce Więc weź mą miłość i wzajemnie kochaj mnie”…
Bo Krynica to też miasto muzyki!!! Najsłynniejsze wydarzenie? Festiwal im Jana Kiepury!!!. FANTASTYCZNE wydarzenie, które jest organizowane od blisko sześćdziesięciu lat. Dlaczego? Bo Jan Kiepura bywał w Krynicy. Bo zdarzało się, że wskakiwał na dach samochodu lub z balkonu pensjonatu śpiewał jakąś arię dla fanów. Pierwsze piętnaście chyba festiwali prowadził pomysłodawca Stefan Półchłopek. Po nim – organizacją wydarzenia zajął się z wprawą publicysta, znawca i propagator muzyki klasycznej i operowej – Bogusław Kaczyński (jak on potrafił o muzyce opowiadać pysznie… och!). A potem na przykład koncerty fantastycznie prowadził Marek Zając. Bywały takie lata, że na koncerty festiwalowe bilety należało kupować z rocznym wyprzedzeniem! Zdobycie ich czasem graniczyło z cudem. Bo i też sama śmietanka świata operowego i operetkowego z całego świata pojawiała się zarówno na scenie jak i na widowni! Fantastyczny festiwal w fantastycznym anturażu krynickiego uzdrowiska.
Oczywiście czasem też inne rodzaje muzyki słychać na deptaku 😊 Szczególnie mi bliskie orkiestry dęte na przykład. Mój nieżyjący już ojciec przed wielu laty organizował festiwale i przeglądy orkiestr dętych. Może dlatego gdy słyszę taką orkiestrę – pojawiają się wspomnienia jakieś, emocje… A jeśli ta orkiestra na deptaku krynickim gra, to przy okazji też pojawia się wspomnienie spaceru rodzinnego i tego zdjęcia przy pomniku Mickiewicza…
Miasto aniołów… Miasto z artystyczną duszą… A dla mnie Lanckorona tak po prostu – brzmi Grechutą… Choć dzisiaj załapałam się akurat koncertowo nie na Grechutę a na Klenczona
Lanckoronę mam prawie po sąsiedzku – ale nie odwiedzam jej jakoś bardzo często, nie mam więc porównania ale jakoś kojarzy mi się z jesienią… I tak sobie myślę, że jeśli na spacer lanckoroński – to w jesiennych kolorach…
Strasznie tu historycznie, bo i Kazimierz Wielki i Jan Długosz wspomina, i Lanckorońscy (tzn. Lanckorońscy chyba od XVI wieku bo wówczas takie nazwisko jeden z rodu przyjął…) i kilka innych rodów, i słynne lanckorońskie bitwy z XVIII wieku. Do dzisiaj sterczą drewniane krzyże na mogiłach konfederatów barskich, którzy w tych bitwach polegli…
Ale oprócz tego, że historycznie – jest tu po prostu malowniczo, małomiasteczkowy klimat kusi leniwym pięknem, zabytkowe ukwiecone domy rynku jak kolia historii dekorują miasteczko. Wcale się nie dziwię, że tylu artystów przyciąga… Myślę sobie, że tu nie anioły latają nad miastem tylko muzy skrzydlate zerkają zza każdego węgła…
Swoją drogą Kazimierz Wielki mocno sobie upodobał Lanckoronę, Dał lokację, przywileje na prawie magdeburskim, zamek ufundował… Ruiny zamku do dzisiaj można zobaczyć. Przy czym są to takie… naprawdę ruiny otulone czule przez zieleń… I im bardziej jesienną – tym bardziej czule…
Przez pierwsze osiemnaście lat mojego życia jeździłam na wczasy z rodzicami do – Piwnicznej Zdrój. Oj… znałam tam każdy kamień prawie A i miło wspominam te coroczne wakacje.
Królewskie Wolne Miasto Piwniczna metryczką sięga XIV wieku. Akt erekcyjny podpisał Kazimierz Wielki – stąd i jemu dedykowana studnia na środku rynku stoi zapewne. Miasto leżało na szlaku handlowym z Węgier, więc i rozwój jego był oczywisty i prężny. Już w XVIII/XIX wieku Piwniczna miała wodociągi, szkołę, karczmę, młyny a nawet papiernię i szpital. W XIX wieku pożar strawił kościół i kilkadziesiąt domów. Sporo… Ale niedługo potem odkryte źródła wody mineralnej spowiadały że miasto szybko przeobraziło się w uzdrowisko a kuracjusze zaczęli zjeżdżać tu „do wód”. Sama „piwniczanka” podobno dobrze robi na stres. Będąc kilka dni temu, wypiłam kilka łyków, może i kilkanaście, ale w ostatnich miesiącach najwyraźniej zbyt wiele stresu mi zaordynowano… Powinnam chyba częściej Piwniczną odwiedzać, może cykliczne przyjmowanie „piwniczanki” pomoże…
A gdy się już przyjedzie to oprócz sączenia wody, chciałoby się pozwiedzać. Zabytków w mieście jednak niewiele. XIX wieczny ratusz na rynku, na środku rynku studnia mniej więcej z tego samego czasu (to tak naprawdę cysterna), kilka pensjonatów i domów uzdrowiskowych z początku XX wieku i kościół z końca XIX wieku. Niedaleko stacji kolejowej jest też XIX wieczny cmentarz żydowski. Kilka macew z kompletnie zatartymi napisami, ale otoczony drewnianym płotkiem i trawa koszona. Kiedyś był dość duży, nawet był wzniesiony przy nim dom pogrzebowy. Pamiętam, że gdy jeździłam na wakacje, rodzice i babcia z dezaprobatą mówili o plażowiczach, którzy niemal między grobami rozkładali kocyki… Wtedy nie było ogrodzenia, a macewy zarastały chaszczami. Teraz ogrodzony, na macewach kamyczki. Szkoda tylko że tuż obok korty i boiska jakieś. One chyba na terenie cmentarza zbudowane są.
Ale do Piwnicznej przyjeżdża się głównie na relaks kurortowy. To co można sobie zaordynować to głównie spacery. Miejsc ku temu jest trochę bo miasto otulone pięknie lasem a i parków zdrojowych sporo i pięknie utrzymane. Ostatnio gdy Piwniczną odwiedziłam, było bardzo burzowe i upalne popołudnie. Szłam w kierunku pijalni. Nisko już chmury wisiały, pierwsze olbrzymie krople spadał na nagrzane chodniki, wiatr igrał z gałęziami drzew i krzewów… i rozrzucał wokół zapach kwiatów… Zapach burzy i rozgrzanej słońcem zielenie… Ech…
Są takie miasteczka lub wioski, do których przyjeżdża się z jakiegoś jednego zaledwie powodu. Zaledwie…? Podkrakowskie Staniątki. Nazwa wzięła się podobno od tego, że przystanął tu w swej wędrówce nie kto inny jak sam św. Wojciech. I w sumie benedyktyńsko tu do dzisiaj Wzniesione w Staniątkach zostało jakieś 800 lat temu – najstarsze w Polsce i jedyne na południu naszego kraju opactwo mniszek benedyktynek. Fundacji dokonał Klemens Jaksa wraz ze swą szanowną małżonką Recławą. Pierwszą (według tradycji) ksienią miała zostać natomiast ich córka – Wizenna. Portrety fundatorów (i Dojutrka – ale to już zupełnie inna historia… ) można zobaczyć na przykład po prawej stronie w prezbiterium kościoła.
Jeśli ktoś chciałby się dostać do klasztoru… to raczej cierpliwość potrzebna… Ale jeśli aura sprzyja i słońce towarzyszy to w pobliskim parku można miło czas oczekiwania spędzić przysiadłszy na ławeczce w przyjemnych okolicznościach przyrody.
Do kościoła wejść natomiast można bez przeszkód. A tam – barokiem kapie… Cały wystrój kościoła to pięknie symbolami przez Radwańskiego (autor polichromii) opowiedziana historia zbawienia, w którą wpisane zostają dzieje zakonu benedyktyńskiego. Wszystko co na sklepieniach trzech naw oraz prezbiterium ale i też na ścianach oraz na chórze zakonnym – układa się w trójwarstwową opowieść zapisaną symbolami… Są trzy uzupełniające się cykle opowieści i każdy z nich dzieli się na trzy wątki. Perfekcja narracji po prostu! Na przykład w cyklu teologiczno-eucharystycznym (a precyzyjniej w ramach cyklu – wątku mariologicznym) tuż nad ołtarzem na sklepieniu piękny jednorożec tuli się do kobiety – wtedy był to symbol czystości. A tu konkretnie – dziewictwa Marii. W cyklu historyczno-hagiograficznym, np. wspomniany już portret fundatorów, a w cyklu symboliczno-moralizatorskim – spora „kolekcja” emblematów (takie rebusy łączące obraz z tekstem) głównie na chórze zakonnym oraz w kaplicy Matki Bożej Bolesnej. Z rozwiązywaniem tych emblematycznych rebusów – swoją drogą – niezła zabawa.
Konkluzja: Jeśli ktoś lubi zabawę w odgadywanie barokowych symboli – polecam. Jeśli ktoś lubi sjestę w anturażu parku – też.
Ale tam uroczo…. Szczawnica w sumie od niedawna wyskoczyła w rankingach miasteczek uzdrowiskowych regionu aż tak wysoko. I w pełni zasłużenie! Szczawnica metryczkę ma ok. XV wieczną ale uzdrowiskiem stała się w połowie XIX wieku. Józef Szalay – on właściwie „zorganizował” uzdrowisko: park zdrojowy, pijalnia wód, zabudowania, kaplica zdrojowa itd. itd. No i przede wszystkim rozreklamował miejsce! Dość skutecznie bo na początku XX wieku uzdrowisko już mocno znane i lubiane było.
A dzisiaj – no ładnie jest. W ostatnich latach nawet coraz ładniej. Deptak cudny zwłaszcza wieczorową złotą godziną i zwłaszcza jesienią, gdy czerwienie, burgundy, złocienie i zielenie jesiennej kreacji wielobarwnie odbijają się w iskrzących falach Dunajca. I jeszcze biżuteria jarzębin i jesiennych jabłek, a wszystko w reflektorze ciepłych w barwie promieni słońca… Oj jesień ma gust! Kocham te kolory!!! Same zabudowania uzdrowiskowe też robią klimat, taki do leniwego snucia się w cieplutkim jeszcze październikowym słonku. I nawet tę wodę sączyć można… Choć tak na marginesie – ona jest tak paskudna w smaku, że musi być zdrowa!
Wybrałam się na spacer. Tak bez powodu, celu i sensu. Ot tak gdzie nogi poniosą, żeby mózg przewietrzyć – więc chyba powód jest nienajgorszy. Słonce pięknie kładło długie cienie i ciepłym światłem otulało wszystko dookoła. Plan był na Warsaw by night ale się zimno zrobiło i wyszła mi Warszawa wieczorową porą
Zrelaksować się w Warszawie najlepiej w Łazienkach. W XVIII wieku założył je Staś Poniatowski i miał rację! To cztery ogrody: Romantyczny, Chiński, Królewski i Modernistyczny – i sama nie wiem, który piękniejszy. Jeden przenika bowiem w kolejny, we wszystkich można się zagubić. Zamieszkują je tabuny zalotnych wiewiórek, melancholijnych kaczek i dumnych pawi… .Najpiękniejszą budowlą kompleksu parkowo-pałacowego jest pałac na wyspie (czasem „na wodzie” zwanym). Zbudowany w XVII a przebudowany w XVIII wieku. Posiada wszystko co do życia konieczne: jadalnię – bo jedzenie jest przyjemnością dla wszystkich zmysłów (obiady czwartkowe tam się działy ), bibliotekę i sypialnię – potrzebne każde z nich w równej mierze dla ducha i ciała. No i sale koncertowe, co ważne, też są. Lubię również Oranżerię i Starą i Nową. Obie fajne ale wolę Starą bo przestrzenna, i klasyczna i z klimatyczną galerią rzeźby, i cudownym teatrem królewskim jednym z nielicznych w Europie, które od XVIII wieku działa. Piękny plafon z Apollinem… czyli Stanisławem Augustem – czyli Apollinem… w towarzystwie Sofoklesa, Szekspira, Moliera i Racine’a; no i muzy bo „robienie sztuki” bez muzy nie jest możliwe!!!!
A w Łazienka Królewskich oprócz drzew przeróżnych szumiących zielenią mają też „Grające drzewo” Pendereckiego Swoją drogą nie miałam pojęcia, że Łazienki takie wielkie! To grające polazłam zobaczyć. Nie wiem czemu w orbicie Chopina zaczęłam szukać. Pewnie myśl po linii „kompozytor” poszła. I do tego wydawało mi się, że to grające jest gabarytów prawie jak chopinowski pomnik. Okazało się, że ustawione po drugiej stronie Łazienek, na skraju, w Ogrodzie Modernistycznym. A i z gabarytami instalacji artystycznej nie trafiłam. Bo na drzewo grające można (przy moim 155 cm wzrostu na płaskim obcasie ) patrzeć bez wysiłku z góry! Drzewa zielone się w jego lustrzanych konarach odbijają… Muzyka sączyła się przy akompaniamencie strug deszczu… Stada wiewiórek tańczyły, skrzydlaci robili za śpiewaków… Symfoniczny spacer…
A dzisiaj poszłam sobie w kierunku MDM (Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa). Ostatnio byłam tu w wakacje (właściwie bywałam – bo ze dwa razy chyba w bliskiej okolicy). Taka trochę dla mnie kulinarna przestrzeń. Na prawo od Placu Konstytucji zupełnie nieźle dają jeść gruzińsko, tuż obok indyjsko i bliżej nieco chińsko/japońsko. Po drugiej stronie Placu – słynne Koszyki. Ale na mojej prywatnej liście rankingowe niekwestionowaną żółtą koszulkę lidera ma „Sexy Duck”!
Nie wiem czy taka mentalna kalka jest normalna ale na Pradze – czułam się jak na Krakowskim Kazimierzu, na Starym i Nowym Mieście – jak w centrum Krakowa. A MDM? No to żywcem stara Nowa Huta Socrealistyczna architektura z połowy XX wieku. Nie najgorzej wygląda. Układ urbanistyczny miał być symetryczny względem Marszałkowskiej ale wyszło coś bardziej jak „V”. A architektonicznie – no jak w socrealizmie: arkady, monumentalne płaskorzeźby, attyki… To nie są jakoś mocno moje klimaty ale w sumie jest OK.
Drogę powrotną wzięłam łukiem i jakoś tak przypadkiem na Powiśle i Solec mnie ulice zaprowadziły. No też fajnie i jakoś tak architektonicznie płynnie mi się krajobraz zmieniał. Tutaj działał słynny (gł. z podpalenia w 1830) browar Weissa. Tutaj pałac Ostrogskich czyli obecnie Muzeum Chopina. Tak po drodze Most Poniatowskiego. I tutaj też legendy się plączą pod nogami. Na bulwarach Syrena (ok – ale i tak ta z rynku na Starówce bardziej mi się podoba), a obok Ostrogskich – złota kaczka pływa. Trochę po macoszemu potraktowali warszawiacy Bazyliszka, bo chyba nie ma w Wawie żadnego pomnika ani sadzawki a przynajmniej tak mi się wydaje (znam tylko fajne bazyliszkowe szyldy na Starówce). No ale w sumie można zrozumieć… Spojrzenie miał gad cokolwiek groźne. Pomnik nie pomnik – lepiej nie ryzykować…
Z Mirowa do MDM, potem Powiślem i Solcem, dalej Nowy Świat i obok Placu Powstańców Warszawy z powrotem Mirów… Nie wiem ile to kilometrów ale zaczynam je czuć w nogach…