„SYMFONIA XXX WIOSNY” – koncert jubileuszowy Piwnicy Św. Norberta w NCK. Jubileuszowy – bo piwnica okrągłe 30 lat świętuje. Było jazzująco i folkująco a wszystko grubo, poetyckimi emocjami polukrowane. Wystąpili chyba wszyscy – którzy z piwnicą związani byli przez te lata. Marek Bałata – dał mistrzowski pokaz! Toż on nawet Chopina jazzująco wyśpiewa – i cudnie to brzmi. Ach! Andrzej Róg w wersji Podhalańskiej to istna wisienka na torcie.
reżyseria i scenariusz koncertu: Andrzej Róg, Stefan Błaszczyński kierownictwo muzyczne – Stefan Błaszczyński światło i efekty multimedialne – Michał Bystrzycki nagłośnienie – Aleksander Wilk
W koncercie udział wzięli zespół Piwnicy Św. Norberta oraz zaproszeni goście:
Holokaust był demoniczną koncepcją. Globalne wymordowania jednego narodu. Dlatego tylko, że ktoś wyznawał religię, był narodowości Żydowskiej… Ale… Pomimo oceanu cierpienia, które zostało wówczas zgotowane – dzisiaj nadal na całym świecie w synagogach brzmi modlitwa. I nadal w piątkowy wieczór zapala się świece, nad którymi słychać śpiew „Szalom Alejchem”. W przeddzień Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu w POLIN odbył się koncert. Był repertuarze Markowicz, Lutosławski, Mahler. Było poważnie… Gdzieś w tle brzmiały kontrabasem dźwięki grozy historii. Ale brzmiał też jasny promień pewności, że demoniczne plany nie mogą się udawać… Po prostu nie mogą…
Fajnie jest gdy bogini Fortuna i Wenus się z człowiekiem zaprzyjaźnia. Bo jakoś dziwnym trafem lubią przychodzić w parze! I nie nie! One z gołymi rękoma zwykle nie przychodzą w odwiedziny! Szczęściem i namiętnościami mają wypchane torebki i kieszenie i z zaprzyjaźnionymi się tym dzielą. To w telegraficznym skrócie „Carmina Burana” – kantata Carla Orffa. Na letniej scenie w krakowskim Ogrodzie Botanicznym wystawiona przez Operę Krakowska w ramach 24 Letniego Festiwalu Operowego.
Spektakl fantastycznie zrealizowany. Muzyka i taniec w idealnym duecie. A wszystko czule otulone światłem, które nie tylko tworzyło nastrój dla opowieści ale i wciągało w nią widownie i angażowało cały ogród muskając korony drzew i nawet do palmiarni się wśliznęło robiąc z niej zaczarowany ogród Hmmm… jedna wielka sceneria dla opowieści o tym, że ani się człowiek spodziewa a tu szczęście, sukces i namiętność niespodziewanie możne czekać za rogiem. Przecież Fortuna i Wenus tak naprawdę rządzą światem! Tak mają – cóż poradzić…
Bo w sztuce cenne niekonwencjonalne spojrzenie! Tak – jak nikt dotąd nie patrzył.
Marzą nam się ostatnio wyjazdy, plaża, słońca odrobina (osobiście preferuję wersję – zachodzące… Barwy nieba wtedy cudne a i anturaż zwykle szyty na miarę…) Wiem, wiem – oryginalnie w Neapolu, a nie w kurorcie dwie dzierlatki wkręcane są i kuszone… Ale w sumie w okoliczności pt. plaża i takie tam – milej dać się skusić. Sam wspomniany anturaż robi robotę – a co dopiero pomysły kuszących… Cała historia „Cosi fan tutte” Mozarta, stara i nudna jak świat. Niewierny/niewierna bo uległ/uległa chwili… nudy… tak czynią wszystkie/wszyscy. Tak to działa. Nad zauroczeniem nie da się zapanować. A wierność – jak konkluduje Don Alfonso na koniec – jest przereklamowana…
W odsłonie Opery Krakowskiej – opowieść mimo swojej banalności – śmieszy. A o to przecież w opera buffa idzie! Kostiumy, scenografia, światło… Cały pomysł na spektakl – wymiata!! I tyle A! W obsadzie z 13 III – S. Marszałowicz i M. Kutnik – cudowni!!!
Jeśli na afiszu jest nazwisko Michał Kutnik – to można mieć pewność, że rola będzie nie tylko fantastycznie wyśpiewana ale i świetnie zagrana aktorsko. Podobną definicję mam dedykowaną dla Pauli Maciołek. A w krakowskiej wersji „Don Pasquale” i baryton i sopran, cudnie czarują głosami i cudnie aktorsko dopełniają swoje role. No pyszny duet!
Sama opowieść, którą Donizetti snuje.. ot z szyderczym przymrużeniem oka – o kasie, intrygach, manipulowaniu i takich tam drobiazgach. To chyba była pierwsza realizacja Stuhra w operze krakowskiej. I taka trochę jak na niego – czy ja wiem… grzeczna bardzo i klasyczna. Jeszcze nie ma tych odjechanych pomysłów jakie kipią w jego „Così fan tutte” lub „Cyruliku”. Nie ma tego… hmmm… pazura i puszczenia oka do widza. Ale to pewnie dlatego mam takie wrażenie, że spektakle oglądałam w odwrotnej kolejności – ten najwcześniejszy na końcu. Scenografia iście „barokowa”, kostiumy w sumie też, całość w klasycznym ujęciu opera buffa. Tak czy tak – oprócz podziwiania umiejętności wokalnych i dykcyjnych śpiewaków, momentami nie potrafiłam też ukryć uzasadnionego scenami – śmiechu. I odosobniona w tym nie byłam. I na tym to chyba polega!
realizatorzy
Reżyseria: Jerzy Stuhr
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia: Alicja Kokosińska
Kostiumy: Maria Balcerek
Ruch sceniczny: Jacek Tomasik
Reżyseria światła: Bogumił Palewicz
Kierownictwo chóru: Jacek Mentel
Współpraca muzyczna: Paweł Szczepański
Asystenci reżysera: Bożena Walczyk-Skrzypczak, Bartosz Buława, Anna Popiel
Za pulpitem – sam Pan Dyrektor Opery Krakowskiej! W repertuarze arie operowe, operetkowe i musicale. A młodzi – dawali radę 🙂 Prowadzący – zrobili robotę! O Żdżarskim myślę, że jeszcze usłyszymy. Ale duet z „Opowieści Hoffmana” i duet z „Lakme” bardzo dobrze wypadły. Dorzucę jeszcze duet „Don Pasquale” – fajnie zaśpiewany i dobrze zrobiony aktorsko. Były w repertuarze moje ulubione utwory – ale nie powiem które to są bo akurat zaśpiewane były – hmmmm…. poprawnie 🙂
Ale miły wieczór „Koncert dla Mamy” w operze krakowskiej. W repertuarze same „przeboje” ze świata operowo – operetkowego. M. Kutnik i W Pańkiw – wyśpiewali i odegrali fantastyczne show!!! Do Varaždin miałam ochotę pojechać choćby i dziś
A moja Mama uśmiechała się ślicznie w rytm kwiatowego duetu z Lakme…
Nie wolno bawić się czyimiś uczuciami, emocjami… No nie wolno! To się zwykle marnie kończy – i najczęściej dla „zabawki”… Ot całe libretto „Madama Butterfly”. Taka japońska wersja „Halki”. Ta w krakowskiej operze – och… No wzrusza – ale Puccini tak to już napisał żeby wzruszało. Na scenie czerwienie, burgundy, pomarańcze, róże – erupcja barw! Scenografia zwłaszcza w II akcie – niesamowita. Kostiumy też – choć Panie śpiewaczki miały momentami problem by się w nie, nie zaplatać. Mocno całość inspirowana kulturą Japońską – i mądrze. Ruch sceniczny samego „Motyla” momentami ciut chyba przerysowany i sztuczny ale słuchało się miło, wzrusz był.
realizatorzy
Reżyseria: Waldemar Zawodziński Kostiumy: Maria Balcerek Choreografia, ruch sceniczny: Janina Niesobska Realizacja światła: Mirosław Poznański
O czym jest „Nabucco”? Dla mnie – to opowieść o asyryjskiej dziewczynie (Fenena) która zakochała się w pobożnym Żydzie (Ismaele) a on w niej… On ratuje jej życie, ona przyjmuje judaizm (i przy okazji tym ratuje życie jemu). Fenena nie opuszcza nowej rodziny nawet w obliczu zagrożenia śmiercią, publicznie deklarując że jest Żydówką. A w tle… Babilon napada na Ziemie Izraela, Żydzi stają do walki, Ha.szem w sposób zaskakujący (jak to zwykle w życiu się dzieje…) wybawia Żydów przed zagładą, tym razem wykorzystując do tego celu Fenenę… Piękne…
Odsłona, którą zaproponowała opera krakowska, zrobiła na mnie wrażenie! Dobrze pomyślane kostiumy, kolorami, szczegółami wpisywały się i trafnie nawiązywały do kultury żydowskiej. Scenografia i światło budowały atmosferę. A scena, w której Zachariasz trzyma kiduszowi kielich a Anna – jego siostra, przyjmuje na sienie Szabat, odmawiając błogosławieństwo nad dwiema zapalonymi świecami…. A potem symbolicznie otula swoim płaszczem Fenenę, przyjmując ją do społeczności Izraela… Piękna scena…
Jak to zwykle w Nabucco Verdiego, pierwsze skrzypce gra – chór. I tym razem słynny „chór niewolników” wybrzmiał fantastycznie. Ale i Zachariasz (Wołodymyr Pańkiw) zrobił na mnie wrażenie.
Hmmmm…. Na spektaklu byłam wczoraj, a nadal widzę przed oczyma dwie zapalone świece i otulaną szarobłękitnym welonem Fenenę, i nadal brzmi mi w uszach „Va, pensiero, sull’ali dorate; va, ti posa sui clivi, sui colli, ove olezzano tepide e molli l’aure dolci del suolo natal!…”
Jak są chęci to i metoda się znajdzie… Jakoś tak to podobno jest… Offenbach do perfekcji nakręcił tę zasadę. Orfeusz nie chce być z Eurydyką (ze wzajemnością), więc szczęśliwy że ją porwali. Ona choć chciała być porwana – niekoniecznie chce siedzieć u Pluton, i bardzo chętnie spogląda na Jupitera, ale… Orfeuszowi wypada na Olimpie prosić o zwrot żony, czego nie chce ani on ani Jupiter ani Eurydyka (Jedynie Opinia Publiczna – ale w sumie liczenie się z nią jest mocno przereklamowane…). W konsekwencji piorun z jasnego nieba spowodował, że udało się zrobić tak żeby wszyscy byli zadowoleni. Orfeusz uwolnił się od Eurydyki. Ona szczęśliwie w konsekwencji z Jupiterem… Przy czym to Jupiter piorunem huknął. Hmmm… szefem trzeba umieć być… Konkluzja – szczęściu trzeba czasem pomóc!!! Nawet jeśli przy okazji piorunem huknie!
Krakowski „Orfeusz w piekle” długo czekał na premierę (osobiście kilka razy kupowałam i oddawałam biletki…) Zaraza… Ale warto było poczekać! Cały spektakl eksploduje komizmem, satyrą, ocieka erotyzmem – no cały Offenbach. A do tego fantastyczna scenografia, kostiumy, efekty i światło dopełniają pikanterii. Wokalnie – Eurydyka (Katarzyna Oleś-Blacha) i Jupiter (Grzegorz Szostak) – cuuuuudowni. A ich duet z „bzykaniem” rozwalił system