Kategoria: Face-to-face z kulturą (Page 3 of 9)

Kraków – Filharmonia Krakowska, „Gwiazdy z Sinfoniettą”

Ależ to były emocje! Do projektu Muzyczne Mosty, Sinfonietta Cracovia zaprosiła Maestro Andreasaa Ottensamer. Ja nie wiem czy Maestro jest też baletmistrzem 😉 Ale stojąc za pulpitem, nie tylko pokierował perfekcyjnie emocjami muzyków ale i wytańczył niemal żywiołowym gestem utwory Othmara Schoecka i Arnolda Schönberga. A rzeczonych emocji w utworach późnego romantyzmu nie zabrakło. Późnoromantyczne utwory temu służyły. Opowieść o nocy. Takiej letniej rozgwieżdżonej. A potem o dwojgu kochanków, którzy sobie sami utrudniają życie szukając problemów tam gdzie ich nie ma…  Repertuar łatwy nie był. Ale czy powinien być łatwy, gdy opowiada o tym co do nas nocą przychodzi nie pozwalając zasnąć i zakłóca myśli… 

Brawo Sinfonietta Cracovia!

Repertuar:

Othmar Schoeck – Sommernacht op. 58 

Arnold Schönberg – II Symfonia kameralna es-moll op. 38 

Arnold Schönberg – Verklärte Nacht (wersja na orkiestrę smyczkową, 1917)

Kraków – Filharmonia Krakowska, 29. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena – koncert Beethoven Orchester Bonn

Kolejny koncert w krakowskiej odsłonie 29. Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena. Tym razem Beethoven Orchester Bonn pod dyrygenturą Dirka Kaftana. Dyrygent – to showman prawdziwy jest. Jak on prowadził genialnie każdy z utworów! I zapanowanie nad muzykami i pomysł na niekonwencjonalne wykonanie i nawet połyskująca przy bardziej żywiołowych gestach, czerwona podszewka marynarki robiły robotę! Wykonie utworów Beethovena genialne! Narrator w „Egmont” stał się jednym z muzyków, idealnie komponując tekst w rytm i tonację nawet. Nie znam ni słowa po niemiecku. Ale wcale nie musiałam rozumieć słów. F. Tscherne z takimi emocjami czytał, że właściwie wiedziałam co mówi – słów nie rozumiejąc. A na bis, gdy orkiestra huknęła mazurem Moniuszki – miałam ciarki na plecach!

Na koncert wybrałam się z koleżanką. Jak sama mówiła w Filharmonii krakowskiej była jakieś 20 lat temu 😊 W trakcie koncertu, kontem oka widziałam jak Beethoven ją wciąga, muzyka otula i uruchamia coraz większe skupienie i emocje, nie pozwala oderwać wzroku od muzyków… I to chyba jest najlepsza recenzja i uznanie dla artystów!

𝐖𝐲𝐤𝐨𝐧𝐚𝐰𝐜𝐲:
Beethoven Orchester Bonn
Dirk Kaftan – dyrygent
Christina Landshammer – sopran
Thomas Bauer – baryton
Joanna Kravchenko – erhu
Franz Tscherne – narrator

𝐑𝐞𝐩𝐞𝐫𝐭𝐮𝐚𝐫:
Ludwig van Beethoven – Uwertura „Leonora III” op. 72b
Krzysztof Penderecki – VI Symfonia „Pieśni chińskie”
Ludwig van Beethoven – Muzyka do tragedii „Egmont” J.W. Goethego op. 84

Kraków – Filharmonia Krakowska, 29. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena – recital fortepianowy Caleb Boricka

29. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena uroczyście został zainaugurowany wczoraj (7 IV 2025) – również w odsłonie krakowskie!

Na początek w Filharmonii Krakowskiej – recital fortepianowy w wykonaniu mistrzowskim Caleb Boricka. W repertuarze bardzo trudne technicznie utwory, jak przystało na festiwal beethovenowski – Ludwiga van Beethovena. Bagatele op. 126; Sonata fortepianowa As-dur op. 110; Sonata fortepianowa B-dur op. 106 – i wszystkie w zdecydowanie mistrzowskiej odsłonie! Ale w sumie… należało się tego spodziewać

Koncerty proponowane w ramach festiwali organizowanych przez Stowarzyszenie im. Ludwiga van Beethovena – zawsze są na najwyższym poziomie!

Kraków – Opera Krakowska „Aida”

Nie ma nic piękniejszego niż odwzajemniona miłość. Takie uczucie pomaga góry przenosić i sprawia, że nie ma rzeczy niemożliwych! Ale też nie ma nic straszniejszego niż miłość nieodwzajemniona. Złamane serce to jeden z największych bóli jakie można sobie wyobrazić.  I o tym jest „Aida” Verdiego. Radames kocha Aide a ona jego. On jest egipskim wodzem – ona córką etiopskiego króla (tyle, że akurat aktualnie robi za niewolnicę na dworze faraona…). No byłoby pięknie gdyby Etiopia i Egipt wojny nie prowadził. No i jeszcze Amneris, córka faraona beznadziejnie zakochana w Radamesie.

Właściwie to nie wiem kogo mi bardziej żal w tej operze. Cierpiącej z miłości Amneris czy walczących o swoją miłość Radamesa i Aide. Taką miłość po grób. Par excellence po grób w tym przypadku…

Opera Krakowska chyba zaczęła specjalizować się w operach Verdiego! Po fantastycznym „Nabucco” teraz równie porywająca „Aida”!

I tym razem fenomenalnie zagrała scenografia, kostiumy i charakteryzacja. Wszystko w fioletowych czerniach i ugrowym złocie. Tylko tyle… Aż tyle. Kostiumy Egipcjan inspirowane neme – złoto czarnym nakryciem głowy faraonów. Kostiumy Etiopczyków utrzymane w tej samej kolorystyce ale mocno inspirowany strojami znanymi z dworu cesarzy Etiopii. Scenografia minimalistyczna i monumentalna zarazem. Całość nie była dosłowna. Ale perfekcyjnie i intuicyjnie przenosiła widza w klimat Egiptu. Prawie czułam się jak w Memfis. Luksorze albo innym Edfu. 😊 Dosłowność na scenie wcale nie musi być potrzebna by się mentalnie przenieść w odległe czasy i miejsca. Może to być tylko sugestia miejsca (kolorem, bryłami tworzącymi scenografię, światłem) ale jeśli jest doskonale osadzona w realiach czasów o których opera opowiada – robi robotę!

A muzyka? No poniosła! Właściwie to ja nie wiem kogo wspomnieć. Bo cała obsada harmonijnie stworzyła idealną całość.

Konkluzja? Chapeau bas !!!!

Warszawa – Teatr Wielki Opera Narodowa „Czarodziejski flet”

Zakochali się w sobie, pokonali wszelkie przeciwności i żyli długo i szczęśliwie. Ot cały „Czarodziejski flet” Mozarta. I to tak hurtowo bo i Tamino i Papageno i Monostatos w sumie też (choć tu akurat z miłosnych planów nic nie wyszło). Tak w ogóle bardzo „walentynkowa” ta opera. Ale jest też zła Królowa Nocy, która podstępem i kłamstwem próbuje namieszać, ale sumarycznie miłość zwyciężą. Tamiono żeni się z  Paminą a Papageno z Papagenią.

W „Czarodziejskim flecie” doszukiwano się zawsze bogatej symboliki i odniesień np. do wolnomularstwa. Przecież to nie możliwe by to była tylko baśń o triumfie miłości… A może jest tylko/aż baśnią o triumfie miłości? Tak czy tak – skonstruowana jest w sposób prowokujący do niebanalnych rozwiązań scenicznych. Tak też było w Operze Narodowej w Warszawie. Spektakl kompletnie odjechany scenicznie, reżyserko i scenograficznie! Cudo! Tak coś pomiędzy „W starym kinie”, „Bajkami robotów” Lema a „Alicją w krainie czarów”. Na scenie ekran iście kinowy i na nim zbudowana wizualizacjami i kreskówkami opowieść utrzymana w klimacie – jak wyżej 😊 Wokalnie i muzycznie – oczywiście prima sort 😊 Słynne arie (na przykład najbardziej znana chyba Aria Królowej Nocy) wzbudzały brawa, zabawne momentami kreskówki – wzbudzały śmiech, w efekcie Suzanne Andrade i Barie Kosky wyreżyserowali fantastyczny spektakl z serii takich do miłego spędzenia wieczoru. Animacje Paulla Baritta rozbiły bank. A dla mnie osobiście – zdecydowanie numer jeden to Papageno (Hubert Zapiór). I to nie tylko dlatego że świetny z niego baryton. Wykreował aktorsko przemiłą postać takiego śmieszno-dobrotliwego trochę Chaplina trochę Keatona. Byłam skłonna mu uwierzyć że naprawdę szuka swojej upragnionej pięknej kobiety i naprawdę chce jej ofiarować miłość. A słynny duet Papagena i Papageny – wprost miód i orzeszki!  

Kraków – synagoga Tempel „Symphony for Life”

„Chcesz wiedzieć, jakiej natury Muzyka? Jerycha mury Nie taranem ani działy Lecz od niej poupadały” Taki właśnie, naładowany na max emocjami był koncert Symphony for Life w krakowskiej synagodze Tempel. Koncert zorganizowany w ramach obchodów 80-lecie wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau i Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu.

Artyści najwyższego formatu! Między innymi kwintet Voix de Stras. Wow… to nie był utwór – to była opowieść o życiu i o zagładzie. Gdzieś wybrzmiewały w tle fragmenty sefardyjskiego „A la una yo naci” i aszkenazyjskiego „Donna donna donna…” i imiona tych którzy te piosenki może podśpiewywali, zanim…

Ale jak dla mnie – Patrick Bruel zrobił coś niesamowitego. Zasiadł do fortepianu, swoim chropowatym fantastyczny głosem zaczął wyśpiewywać melodią opowieść. Od czasu do czasu gdzieś jakby nieśmiało, jakby przypadkiem pojawiały się znajome dźwięki, frazy… Coraz dłuższe, coraz wyraźniejsze… Wreszcie ktoś z widowni rozpoznał w dźwiękach Ha-tikwe (הַתִּקְוָה nadzieja). Wstał. Potem kolejna osoba i następna… I cała widownia wstała słuchając zakończenia utworu – bo przecież brzmiał hymn… Wow… Patrickowi Bruel towarzyszył na skrzypcach Michael Shaham. Na koniec odwrócił skrzypce pokazując widowni pudło rezonansowe a na nim Gwiazdę Dawida… To jedne ze skrzypiec „ocalałych” z holokaustu. Skrzypce z kolekcji Violins of Hope, które do życia przywraca od ponad pięćdziesięciu lat, lutnik Amnon Weinstein. By muzyka nie umarła, a z nią pamięć…

No i reżyseria światła… Całe wnętrze synagogi wypełnione sowicie dymem scenicznym. Na nim światła układały się równie feerycznie i zjawiskowo jak na elementach architektury i wystroju synagogi… Światło i dymy zabrzmiały wraz z dźwiękami muzyki w mocnym akordzie: עַם יִשְׂרָאֵל חַי (Am Yisrael Chai)

Kraków – Teatr Ludowy „Chłopi”

„Chłopi” Reymonta. Dużą odwagą było przenieść powieść na ekran! Ale na deski teatru – KARKOŁOMNE WYZWANIE!!!

Ale team Teatru Ludowego – wziął na klatę temat i… jak zwykle super! Oni są skazani na sukces chyba

Poszłam na spektakl z mieszanymi uczuciami muszę się przyznać. I przez pierwsze kilkanaście minut spektaklu faktycznie wciąż stopklatki z filmu mi się pojawiały jak brzęcząca mucha… Ale z każdą kolejną minutą „Chłopi” ludowego co raz bardziej mnie przekonywały i przekonywały i wciągały i kurcze nawet nie zauważyłam jak klatki filmowe przestały mi się wizualizować a spektakl stał się wciągającą opowieścią.

Opowieścią o… no właśnie… o czym… Chyba faktycznie zdanie, które wybrzmiało na początku i na końcu jest spektaklu spinając je jak klamra jest kwintesencją opowieści. Może ta historia o nas współczesnych nam coś opowie…

Sceneria niewielkiej wioski. Życie społeczności wpisane w rok liturgiczno-agrarny. I w tym rozmodlono-zapracowanym roku zwyczajne ludzkie troski, przywary, zawiści, pragnienia… Czasem brutalne w swojej przyziemności – bo kasa i morgi są najwyższym dobrem. Czasem nie potrafiące poradzić sobie z cierpieniem – bo odrzucenie sprawia olbrzymi ból. Czasem szukające upustu dla swoich żądz – bo są czasem tak silne że całe życie wywracają do góry nogami. Czasem z jakąś taką pokrzywioną niemoralną moralnością – bo co ludzie powiedzą. Czasem jakieś takie inne, odstające od reguł społeczności. Tylko jak sobie z tą innością dać radę? Jak się nie dać stłamsić usankcjonowanymi przez społeczność regułom nie uznającym szerszych horyzontów. Bo przecież trzeba rano wstać, trzeba iść do kościoła, trzeba zasiać, trzeba ziemniaki zwieźć z pola, trzeba… Żeby być innym potrzeba ogromnej odwagi! A równocześnie zagrożenie by na tę społeczność nie patrzyć z wyższością i pogardą. Jest się przecież jednym z trybików… Czyli albo się jak trybik w maszynie albo jako zbędny element niepotrzebny w maszynie jest się usuwanym? Jest inne wyjście? Mam nadzieję, że tak… Tylko czy kiedyś nauczymy się nie popełniać błędów przodków…

Scenografia pozornie oszczędna, ale drobnymi gestami i przemyślanym ruchem scenicznym doskonale „opowiada” o zmieniających się porach roku. Wielki krzyż i ławki. W sumie nie wiadomo czy to kościół, chyba raczej przydrożny krzyż. A wokół się życie żyje całej wsi.

Dla mnie – bank rozbił Kajetan Wolniewicz – fantastyczny Boryna!!!! I równie świetny Antek (Piotr Franasowicz) oraz Dominikowa (Katarzyna Tlałka)

Chociaż nie…. Najlepsza była kreacja (rola mówiona!!!!) suczki Sójki!

„Drive My Car” reż. Ryūsuke Hamaguchi

Baaaardzo długi film! A każda jego sekunda warta obejrzenia!!!  Na „Drive My Car” w reżyserii Ryūsuke Hamaguchi poszłam z nudów. Kompletnie nie miałam pomysłu co wieczorem rozbić na wyjeździe służbowym i padło na kino. Wybór na zasadzie pierwszy seans który akurat macie. No i trafiłam właśnie na „Drive My Car”. Nie wiedziałam jaka będzie fabuła. Okazało się że to filmowa wersja „Wujaszka Wani” (na spektaklu świetnym zresztą byłam dwa miesiące wcześniej). Ale taka nie wprost, taka zaskakująca, taka niespodziewana. Właściwie o tym, że to Wujaszek Wania widz się przeskanuje w pełni pod koniec filmu.

Yūsuke Kafuku (w tej roli Hidetoshi Nishijima) – znany reżyser, przyłapuje żonę na zdradzie. Niedługo po tym dowiaduje się o chorobie. Dopełnia traumę, odnalezienie ciała zmarłej z powodu wylewu żony. Trochę dla odreagowania emocji – jedzie do Hiroszimy by tam zająć się reżyserią „Wujaszka Wani”. Na miejscu dostaje niechciany prezent, czyli samochód z prywatnym szoferem, młodą dziewczyną –  Misaki Watari (w tej roli Toko Miura). Trudno powiedzieć czy praca nad spektaklem czy też przeżycia osobiste Yūsuke, długi czas spędzany razem w aucie, trudne doświadczenia życiowe Misaki – prowokują ich obydwoje do przetasowania swoich przeszłości, do rozmów często mocno intymnych i mocno „grzebiących” głęboko w duszy, emocjach i psychice.

A sam reżyserowany przez Kafuku spektakl? Każdy z aktorów mówi innym językiem, jest też osoba posługująca się tylko językiem migowym. Mimo tego, że wzajemnie nie znają swoich języków – w konsekwencji rozumieją się. Podobnie widownia – część kwestii słyszy w swoim języku a część czyta w tłumaczeniu wyświetlanym nad sceną.

Fabuła bardzo wielowątkowa splatanych i przenikających się: teraźniejszości, przeszłości i fikcji scena. Pełna symbolicznych scen i kadrów. Ale wszystkie zmierzają do jednego celu – jeśli nie zmierzysz się z przeszłością, nie uleczysz ran i blizn i nie zdołasz zmienić niczego w teraźniejszości i przyszłym życiu. To prawda dość oczywista ale nie zawsze łatwo sobie ją uświadomić. A chyba warto, by nie przegapić życia oglądaniem się wstecz. Wtedy łatwo nieostrożny krok do przodu zrobić…

„Prawdziwy ból” – reż. Jesse Adam Eisenberg

Czy ważne jest mieć świadomość swojego pochodzenia, świadomość tego kim się jest? Czy ważna jest świadomość tego jaka tradycja i jacy przodkowie stoją za nami? Tak! Ukształtowali przecież to kim jesteśmy… Czy poznanie własnych korzeni to proste wyzwanie? Zdecydowanie nie. Podejmując takie szperanie w przeszłości ryzykujemy przecież uruchomienie emocji, zaskakujących często dla nas samych. Czy warto to zrobić? Zdecydowanie tak!

Trochę o tym właśnie opowiada film „Prawdziwy ból” (reż. Jesse Adam Eisenberg). Dwaj kuzyni (w tych rolach Jesse Adam Eisenberg oraz Kieran Culkin) jadą na wycieczkę do Polski by poznać kraj, w którym wychowała się ich babcia. Obydwaj dorastali właściwie razem, dla obydwu babcia była ważna postacią w życiu, obydwaj inaczej jednak reagują na odkrywanie przeszłości, kultury polskiej i żydowskiej. Inaczej reagują na „doświadczenia” artefaktów związanych z holokaustem…  

Każdy z nich inaczej ułożył swoje życie. Lekkoduch Benij, rozchwiany emocjonalnie i bardzo inteligentny, wybucha emocjami, narzuca je towarzyszom „wycieczki”, celowo prowokuje dyskomfort mentalny, celowo burząc spokój i zaplanowany plan pobytu. Destrukcja spokoju, który ma sprowokować do myślenia, do czucia. Czy na pewno? Nie wiem. Może to tylko była próba zaistnienia, niepochamowana potrzeba bycia w centrum zainteresowania – za wszelką cenę. A może prawdziwe emocje, nad którymi nie da się zapanować… Drugi kuzyn – David, nieco wycofany i nieśmiały. Kochający mąż i ojciec, próbujący otoczyć opieką też Benjego. Czy mniej przeżywa wizytę w Polsce. Myślę, że nie. Po prostu przeżywa inaczej. Z całego filmu chyba właśnie jego gest zrobił na mnie największe wrażenie i jakoś ten właśnie kadr wciąż tkwi w mojej pamięci. David zabrał kamyk z podwórka przy domu, w którym mieszkała ich babcia. Zabrał i położył na schodach do własnego domu… Pamięć o przodkach jest ważna… To zupełnie niezłe fundamenty… Więc czy kuzyni pojechali do Polski dla uczczenia pamięci zmarłej babci – czy dla samych siebie… Może jedno było pretekstem dla drugiego. A może to taki prezent od ich babci? Prezent polegający na zmuszeniu do podjęcia wysiłku odkrycia i uświadomienia sobie tego kim się jest. Czy po powrocie do domu nic w ich życiu się nie zmieniło? Pozornie nic, ale przecież ten kamień z babcinego podwórka już będzie leżał na schodach domu…

Sam film – ciekawie zrealizowany, interesująco poprowadzona narracja, dobre kadry, nietuzinkowe pomysły, które mocno osadzają opowieść w takim normalnym, zwyczajnym życiu – normalnej wycieczce dwóch młodych mężczyzn. Normalnej a jednocześnie tak ważnej dla nich. Czasem przymrużenie oka – ale inaczej się nie da… Czasem ból trzeba ułagodzić uśmiechem, jakąś błahostką, żartem… Ot – życie. Inaczej ból trudno przeżyć. Obraz dopełniają bardzo dobry pomysł zdjęć. Kadry pomyślane są w takim retro świetle. Widz ma wrażenie oglądania fotografii z lat 80-tych XX wieku. Ciekawy zabieg łączący dalszą przeszłość czasów wojennych z teraźniejszością obecnych dni. W pół kroku pomiędzy przeszłością a przyszłością – jest teraźniejszość…

Kraków – Centrum Kultury Żydowskiej, Koncert muzyki żydowskiej w 86 rocznicę Nocy Kryształowej

W 86 rocznicę Nocy Kryształowej, koncert muzyki żydowskiej w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie. Piękna idea choć smutna rocznica! I z pozytywnych rzeczy to tyle… Pani zapowiadając aktorów i muzyków wyjaśniała z wprawą co to Noc Kryształowa używając nie wiedzieć dlaczego zawsze określenia Kristallnacht,  choć mówiła w języku polskim, w którym to języku nazwa „Noc Kryształowa“ funkcjonuje powszechnie. Na plakacie wydarzenia, z resztą widać to jasno… Potem para aktorska i akompaniament przy fortepianie. Wokalnie ok, choć do nagłośnienia ciut pewnie bym się przyczepiła (ale nie będę.. 😉) Pan, który raczył nas słowem natomiast myślę, że pierwszy raz tekst właśnie czytał… Pomyłek w czytanym tekście, który na kartkach przecież leżał na stoliku przed aktorem i z których to kartek aktor w sposób stały korzystał – sporo było. W sumie całość robiła wrażenie szkolnej akademii ku czci. Całości dopełnił brak scenografii (żeby nie powiedzieć bałagan i składowisko rzeczy różnych…) oraz gospodarz miejsca, który witał gości w sposób daleki od przyjętych powszechnie zasad dobrego wychowania.

Pomysł dobry by taką rocznicę uczcić poprzez wydarzenie kulturowe, ale…

« Older posts Newer posts »