Kategoria: Face-to-face z kulturą (Page 3 of 8)

Kraków – Teatr Ludowy „Chłopi”

„Chłopi” Reymonta. Dużą odwagą było przenieść powieść na ekran! Ale na deski teatru – KARKOŁOMNE WYZWANIE!!!

Ale team Teatru Ludowego – wziął na klatę temat i… jak zwykle super! Oni są skazani na sukces chyba

Poszłam na spektakl z mieszanymi uczuciami muszę się przyznać. I przez pierwsze kilkanaście minut spektaklu faktycznie wciąż stopklatki z filmu mi się pojawiały jak brzęcząca mucha… Ale z każdą kolejną minutą „Chłopi” ludowego co raz bardziej mnie przekonywały i przekonywały i wciągały i kurcze nawet nie zauważyłam jak klatki filmowe przestały mi się wizualizować a spektakl stał się wciągającą opowieścią.

Opowieścią o… no właśnie… o czym… Chyba faktycznie zdanie, które wybrzmiało na początku i na końcu jest spektaklu spinając je jak klamra jest kwintesencją opowieści. Może ta historia o nas współczesnych nam coś opowie…

Sceneria niewielkiej wioski. Życie społeczności wpisane w rok liturgiczno-agrarny. I w tym rozmodlono-zapracowanym roku zwyczajne ludzkie troski, przywary, zawiści, pragnienia… Czasem brutalne w swojej przyziemności – bo kasa i morgi są najwyższym dobrem. Czasem nie potrafiące poradzić sobie z cierpieniem – bo odrzucenie sprawia olbrzymi ból. Czasem szukające upustu dla swoich żądz – bo są czasem tak silne że całe życie wywracają do góry nogami. Czasem z jakąś taką pokrzywioną niemoralną moralnością – bo co ludzie powiedzą. Czasem jakieś takie inne, odstające od reguł społeczności. Tylko jak sobie z tą innością dać radę? Jak się nie dać stłamsić usankcjonowanymi przez społeczność regułom nie uznającym szerszych horyzontów. Bo przecież trzeba rano wstać, trzeba iść do kościoła, trzeba zasiać, trzeba ziemniaki zwieźć z pola, trzeba… Żeby być innym potrzeba ogromnej odwagi! A równocześnie zagrożenie by na tę społeczność nie patrzyć z wyższością i pogardą. Jest się przecież jednym z trybików… Czyli albo się jak trybik w maszynie albo jako zbędny element niepotrzebny w maszynie jest się usuwanym? Jest inne wyjście? Mam nadzieję, że tak… Tylko czy kiedyś nauczymy się nie popełniać błędów przodków…

Scenografia pozornie oszczędna, ale drobnymi gestami i przemyślanym ruchem scenicznym doskonale „opowiada” o zmieniających się porach roku. Wielki krzyż i ławki. W sumie nie wiadomo czy to kościół, chyba raczej przydrożny krzyż. A wokół się życie żyje całej wsi.

Dla mnie – bank rozbił Kajetan Wolniewicz – fantastyczny Boryna!!!! I równie świetny Antek (Piotr Franasowicz) oraz Dominikowa (Katarzyna Tlałka)

Chociaż nie…. Najlepsza była kreacja (rola mówiona!!!!) suczki Sójki!

„Drive My Car” reż. Ryūsuke Hamaguchi

Baaaardzo długi film! A każda jego sekunda warta obejrzenia!!!  Na „Drive My Car” w reżyserii Ryūsuke Hamaguchi poszłam z nudów. Kompletnie nie miałam pomysłu co wieczorem rozbić na wyjeździe służbowym i padło na kino. Wybór na zasadzie pierwszy seans który akurat macie. No i trafiłam właśnie na „Drive My Car”. Nie wiedziałam jaka będzie fabuła. Okazało się że to filmowa wersja „Wujaszka Wani” (na spektaklu świetnym zresztą byłam dwa miesiące wcześniej). Ale taka nie wprost, taka zaskakująca, taka niespodziewana. Właściwie o tym, że to Wujaszek Wania widz się przeskanuje w pełni pod koniec filmu.

Yūsuke Kafuku (w tej roli Hidetoshi Nishijima) – znany reżyser, przyłapuje żonę na zdradzie. Niedługo po tym dowiaduje się o chorobie. Dopełnia traumę, odnalezienie ciała zmarłej z powodu wylewu żony. Trochę dla odreagowania emocji – jedzie do Hiroszimy by tam zająć się reżyserią „Wujaszka Wani”. Na miejscu dostaje niechciany prezent, czyli samochód z prywatnym szoferem, młodą dziewczyną –  Misaki Watari (w tej roli Toko Miura). Trudno powiedzieć czy praca nad spektaklem czy też przeżycia osobiste Yūsuke, długi czas spędzany razem w aucie, trudne doświadczenia życiowe Misaki – prowokują ich obydwoje do przetasowania swoich przeszłości, do rozmów często mocno intymnych i mocno „grzebiących” głęboko w duszy, emocjach i psychice.

A sam reżyserowany przez Kafuku spektakl? Każdy z aktorów mówi innym językiem, jest też osoba posługująca się tylko językiem migowym. Mimo tego, że wzajemnie nie znają swoich języków – w konsekwencji rozumieją się. Podobnie widownia – część kwestii słyszy w swoim języku a część czyta w tłumaczeniu wyświetlanym nad sceną.

Fabuła bardzo wielowątkowa splatanych i przenikających się: teraźniejszości, przeszłości i fikcji scena. Pełna symbolicznych scen i kadrów. Ale wszystkie zmierzają do jednego celu – jeśli nie zmierzysz się z przeszłością, nie uleczysz ran i blizn i nie zdołasz zmienić niczego w teraźniejszości i przyszłym życiu. To prawda dość oczywista ale nie zawsze łatwo sobie ją uświadomić. A chyba warto, by nie przegapić życia oglądaniem się wstecz. Wtedy łatwo nieostrożny krok do przodu zrobić…

„Prawdziwy ból” – reż. Jesse Adam Eisenberg

Czy ważne jest mieć świadomość swojego pochodzenia, świadomość tego kim się jest? Czy ważna jest świadomość tego jaka tradycja i jacy przodkowie stoją za nami? Tak! Ukształtowali przecież to kim jesteśmy… Czy poznanie własnych korzeni to proste wyzwanie? Zdecydowanie nie. Podejmując takie szperanie w przeszłości ryzykujemy przecież uruchomienie emocji, zaskakujących często dla nas samych. Czy warto to zrobić? Zdecydowanie tak!

Trochę o tym właśnie opowiada film „Prawdziwy ból” (reż. Jesse Adam Eisenberg). Dwaj kuzyni (w tych rolach Jesse Adam Eisenberg oraz Kieran Culkin) jadą na wycieczkę do Polski by poznać kraj, w którym wychowała się ich babcia. Obydwaj dorastali właściwie razem, dla obydwu babcia była ważna postacią w życiu, obydwaj inaczej jednak reagują na odkrywanie przeszłości, kultury polskiej i żydowskiej. Inaczej reagują na „doświadczenia” artefaktów związanych z holokaustem…  

Każdy z nich inaczej ułożył swoje życie. Lekkoduch Benij, rozchwiany emocjonalnie i bardzo inteligentny, wybucha emocjami, narzuca je towarzyszom „wycieczki”, celowo prowokuje dyskomfort mentalny, celowo burząc spokój i zaplanowany plan pobytu. Destrukcja spokoju, który ma sprowokować do myślenia, do czucia. Czy na pewno? Nie wiem. Może to tylko była próba zaistnienia, niepochamowana potrzeba bycia w centrum zainteresowania – za wszelką cenę. A może prawdziwe emocje, nad którymi nie da się zapanować… Drugi kuzyn – David, nieco wycofany i nieśmiały. Kochający mąż i ojciec, próbujący otoczyć opieką też Benjego. Czy mniej przeżywa wizytę w Polsce. Myślę, że nie. Po prostu przeżywa inaczej. Z całego filmu chyba właśnie jego gest zrobił na mnie największe wrażenie i jakoś ten właśnie kadr wciąż tkwi w mojej pamięci. David zabrał kamyk z podwórka przy domu, w którym mieszkała ich babcia. Zabrał i położył na schodach do własnego domu… Pamięć o przodkach jest ważna… To zupełnie niezłe fundamenty… Więc czy kuzyni pojechali do Polski dla uczczenia pamięci zmarłej babci – czy dla samych siebie… Może jedno było pretekstem dla drugiego. A może to taki prezent od ich babci? Prezent polegający na zmuszeniu do podjęcia wysiłku odkrycia i uświadomienia sobie tego kim się jest. Czy po powrocie do domu nic w ich życiu się nie zmieniło? Pozornie nic, ale przecież ten kamień z babcinego podwórka już będzie leżał na schodach domu…

Sam film – ciekawie zrealizowany, interesująco poprowadzona narracja, dobre kadry, nietuzinkowe pomysły, które mocno osadzają opowieść w takim normalnym, zwyczajnym życiu – normalnej wycieczce dwóch młodych mężczyzn. Normalnej a jednocześnie tak ważnej dla nich. Czasem przymrużenie oka – ale inaczej się nie da… Czasem ból trzeba ułagodzić uśmiechem, jakąś błahostką, żartem… Ot – życie. Inaczej ból trudno przeżyć. Obraz dopełniają bardzo dobry pomysł zdjęć. Kadry pomyślane są w takim retro świetle. Widz ma wrażenie oglądania fotografii z lat 80-tych XX wieku. Ciekawy zabieg łączący dalszą przeszłość czasów wojennych z teraźniejszością obecnych dni. W pół kroku pomiędzy przeszłością a przyszłością – jest teraźniejszość…

Kraków – Centrum Kultury Żydowskiej, Koncert muzyki żydowskiej w 86 rocznicę Nocy Kryształowej

W 86 rocznicę Nocy Kryształowej, koncert muzyki żydowskiej w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie. Piękna idea choć smutna rocznica! I z pozytywnych rzeczy to tyle… Pani zapowiadając aktorów i muzyków wyjaśniała z wprawą co to Noc Kryształowa używając nie wiedzieć dlaczego zawsze określenia Kristallnacht,  choć mówiła w języku polskim, w którym to języku nazwa „Noc Kryształowa“ funkcjonuje powszechnie. Na plakacie wydarzenia, z resztą widać to jasno… Potem para aktorska i akompaniament przy fortepianie. Wokalnie ok, choć do nagłośnienia ciut pewnie bym się przyczepiła (ale nie będę.. 😉) Pan, który raczył nas słowem natomiast myślę, że pierwszy raz tekst właśnie czytał… Pomyłek w czytanym tekście, który na kartkach przecież leżał na stoliku przed aktorem i z których to kartek aktor w sposób stały korzystał – sporo było. W sumie całość robiła wrażenie szkolnej akademii ku czci. Całości dopełnił brak scenografii (żeby nie powiedzieć bałagan i składowisko rzeczy różnych…) oraz gospodarz miejsca, który witał gości w sposób daleki od przyjętych powszechnie zasad dobrego wychowania.

Pomysł dobry by taką rocznicę uczcić poprzez wydarzenie kulturowe, ale…

Kraków – Piwnica pod Baranami, „Chanuka, Izabela Szafrańska” [NOWY POST]

Ale kawał instrumentu ma Izabela Szafrańska w krtani!!!!! Fenomenalny głos. A jeśli dodamy do tego bajkową suknie i świadomy gest dłońmi (które Michał Anioł pewnie chętnie by wyrzeźbił…) – całość daje koncert, na którym ma się ochotę być. 😊 Zwłaszcza, że ten – „Chanuka”, zorganizowany został przez TSKŻ w gościnnych progach Piwnicy pod Baranami w Krakowie. Całość jak to w klimatach piwnicznych, poetycka i nastrojowa, podbita anturażem miejsca i blaskiem wszechobecnych świec (ciut w dekoracjach scenicznych zabrakło mi choć jednej małej chanukij skoro koncert tak zatytułowany ale to w sumie drobiazg nieistotny). Repertuar – piosenki i pieśni Żydów Aszkenazyjskich i Sefardyjskich.

Tak sobie myślę… Muzyka żydowska jest jednak bardzo trudna do wykonania… Do wykonania takiego by nie było wątpliwości, że to muzyka żydowska. Dla Izabeli Szafrańskiej zdecydowanie bliższy wydaje mi się być klimat muzyczny Żydów Sefarad. Tu było super ok. W tych Aszkenazyjskich – cóż… Czasem brzmiały jak muzyka romska, czasem zbyt mocno (profesjonalnie ale zbyt mocno) podrasowane „swingująco-jazzująco” no i… pięknie ale czy żydowsko? 😊 Dwie piosenki jednak wybrzmiały fantastycznie i tu wątpliwości nie miałam najmniejszych na jakim koncercie jestem. „Bucik” (jeśli dobrze zapamiętałam tytuł… 😉 ) który artystka zadedykowała siedzącemu na widowni mężowi i „ירושלים של זהב „ (Yerushalayim shel zahav) WOW!!!! Ale tam były emocje!!!! W pierwszym przypadku – wiadomo 😉 miłością ociekał każdy dźwięk. W drugim… mnie mała łezka gdzieś chyba w kąciku oka… Bo to chyba jest najprostszy przepis na muzykę żydowską: bierzemy sporą garść emocji, doprawiamy gramem kwaśnego smutku i na koniec pudrujemy uśmiechem szczęścia. Te dwie piosenki Izabela Szafrańska przyrządziła pięknie według przepisu. 😊 A i chanukowe muzyczne danie sefardyjskie – podała pyszne. 😊

Bytom – Opera Śląska „Nabucco”

Nabucco Verdiego – opowieść o tym jak ślepa żądza władzy potrafi zniszczyć każdego i wszystko… Verdi na deskach Opery Śląskiej gości od wielu lat. Ta dzisiejsza odsłona gościnnie na scenie Bytomskiego Centrum Kultury. Hmmm…. Scenografia ascetyczna. Kostiumy bajkowe ale utrzymujące się w narracji (choć jad wielkości pastorału w ręku arcykapłana – rozwalił system 😊😊), reżyseria światła nienachalna… objawiała się w kilku w raptem scenach i to też od niechcenia…

Nabucco (Adam Woźniak) – FANTASTYCZNY. Cóż… bas, baryton – słucham najchętniej i z upodobaniem. Ale przekonał mnie też tenor Macieja Komandera! Świetne były również partie Feneny (Anny Boruckiej). Przeszkadzało tylko troszkę nagłośnienie, którego chrypiące ciut głośniki wyraźnie nie podołały wyzwaniu…

Bytom – Opera Śląska „Napój miłosny”

„Napój miłosny” Donizettiego – taka opowieść o tym, że „w tym cały ambaras, żeby dwoje chciało na raz”. 😊 A konkluzja, dobre wino cuda czyni – byleby dać mu szansę…

Ta wersja zaproponowana przez Operę Śląską dzieje się w hotelu. Ale takim trochę jak z Alicji w krainie czarów 😊 (nawet królik i jego zegar byli wespół… 😉 ). Całość fajnie „zagrana” i polukrowana dużą warstwo komizmu. Wokalnie, Adina (Gabriela Gołaszewska) – fantastyczna! Doskonały też Doktor Dulcamare (Adam Woźniak) – ale baryton (bas w sumie też) nie musi mnie długo do siebie przekonywać… 😉

Bawiłam się cudnie 🙂 Spektakl rekomenduję. Na poprawianie nastroju – szyty na miarę ! 😉

Kraków – Centrum Kultury Żydowskiej „Homage dla Leopolda Kozłowskiego”

W tym roku 30 lecie Centrum Kultury Żydowskiej – Center for Jewish Culture się świętuje. Z tego powodu i okazji szereg wydarzeń, wystawy, wykłady, spotkania itd itd. No i koncerty. Ten – cudowny, wzruszający, troszkę z łezką a troszkę z radosnym uśmiechem i mrugnięciem oka – dedykowany Leopoldowi Kozłowskiemu, niezapomnianemu Klezmerowi Krakowa, w 105 rocznicę jego urodzin. „Homage dla Leopolda Kozłowskiego”. A na scenie fantastyczni: Marta Bizoń, Andrzej Róg, Jacek Cygan i Kamila Klimczak Wzruszająco było i muzycznie w pięknej polichromowanej sali CKŻ 🙂

Kraków – Centrum Kultury Żydowskiej „Święto Meiselsa”

Święto Meiselsa w Krakowie, a w ramach świętowania koncert Mojse Band . Bardzo lubię muzykę i kulturę chasydzką i bardzo lubię też ich koncerty (choć nie zawsze są chasydzkie 😉 – tym razem był). Na szczęście dość często grają w Krakowie. Tercet pochodzi ze Słowacji, a w proponowanej przez nich muzyce głównie słychać nowe brzmienie klezmerskie i chasydzkie, zmieszane z lokalną słowacką muzyką. Tym razem były głównie niguny chasydów Breslave. Generalnie niguny są fantastyczne. A dodatkowo w wykonaniu tercetu „Mojše Band”, takim nieco jazzującym brzmieniem i z uśmiechniętym komentarzem – są prawdziwie perfekcyjne. I trudno się dziwić że prowokują do modlitewnych uniesień, pomagają w „pogadaniu” z Ha.szem… Pod koniec koncertu show skradły jednak dwie kilkuletnie dziewczynki, które roztańczonym krokiem weszły w przestrzeń sceny i pięknie nigun odtańczyły ! Kto powiedział ze trzyletnia dziewczynka nie może być chasydem?! 😊

Kraków – ICE „Composites”

Trasą koncertową Leszek Możdzer promował Album „Composites”. ICE Kraków. Widownia wypełniona po brzegi. A muzyka… Sam Maestro powiedział że „To próba uchwycenia przepływu improwizującej świadomości. Dzięki temu, że rdzeń muzycznej narracji nie jest wynikiem intelektualnych rozważań, tylko wychodzi bezpośrednio z ciała, całość brzmi bardzo organicznie i naturalnie, pomimo tego, że wcale nie jest prosta”. Tak… Podobno w muzyce podoba nam się to co już znamy – a ja w pierwszym utworze wyraźnie słyszałam motywy muzyki sefardyjskich Żydów… A! Koncert wyborny był!!! 😊

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑