Kategoria: Face-to-face z kulturą (Page 2 of 8)

Kraków, 34 Festiwal Kultury Żydowskiej – „Tanz” Michael Winograd

Jakieś siedemdziesiąt lat temu słynni klezmerscy klarneciści Sam Musiker i jego teść Dave Tarras zakrzyknęli „Tanz” (tańcz)! I wyszła z tego płyta… Nie odniosła większego sukcesu wówczas. Utwory z tej płyty nigdy nie były wykonane koncertowo. Aż do czasu, gdy nad nową aranżacją ich pochylił się Michael Winograd. Pierwszy raz wykonane w Polsce -zabrzmiały fantastycznie. Nie wiem może dlatego, że lubię brzmienie klarnetu (to taki prosty sposób na muzykę żydowska 😉 Bierze się klarnet i skrzypce, tonację molową i odpowiedni rytm – i dokładnie się tanecznie miesza, przyprawia radością, ciut nostalgią i szczyptą łez. I wychodzi muzyka żydowska w wersji klezmerskiej! 😊 ) a na scenie było w akcji dwoje a czasem i nawet troje klarnecistów, może dlatego że iluminacja i anturaż synagogi Tempel taki ciepły i przytulny… Ale jakoś tak na tym koncercie poczułam się jakbym przeniosła się do powieści lub filmu, gdzie prawie jak w „Weselu” lub „Chłopach” dźwięki taneczne dobiegają zza ściany i magia się dzieje… Na poły sennie na poły w realu, na poły w zamyśleniu na poły w jakimś zakręconym tańcu… Zaczarowany to jakiś taniec był dzisiaj…

Kraków, 34 Festiwal Kultury Żydowskiej – „Chronika” Frank London

Wystartował w Krakowie 34 Festiwal Kultury Żydowskiej. I to wystartował z mocą! Ta moc absolutnie wypełniła dźwiękami całą synagogę Tempel, za sprawą muzyki jaką zaordynował Frank London ze swoim teamem muzyków. „Chronika” to płyta – a dzisiaj też koncert, który nazwać żywiołowy – to nic nie powiedzieć. Kolejne utwory łączyły w sobie brzmienia znajome, które gdzieś się przebijały przez jazzującą całość, improwizacje, taniec… Było trochę klezmersko, ciut ciut chasydzko a nawet trochę bałkańsko. Czasem miało się ochotę zaśpiewać, czasem zatańczyć… Hmmm chyba faktycznie to taka muzyka klezmerska w nowym zupełnie wydaniu.

Jeśli coś ma uratować ten świat to tylko miłość i muzyka – powiedział Janusz Makuch, dyr. festiwalu. Po tym koncercie – w pełni się z nim zgadzam!

Kraków – Opera Krakowska „Bona”

Właściwie nie wiem czy to retrospekcja na łożu śmierci – czy wizja przyszłości. Na scenie Opery Krakowskiej – Bona: księżniczka, królowa i wdowa. Fantastycznie pomyślana koncepcja sceniczna. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością i przyszłością, kadry, okruchy wspomnień, wydarzenia które ukształtowały „włoską” królową Polski. Moją ulubioną królową Polski! Była silną kobietą. Gdy z dalekiego Bari przyjechała do swojego przyszłego męża nie znała ani słowa po polsku…   Ale, że była wykształconą i mądrą kobietą i do tego mającą wsparcie w swoim królewskim mężu – przeszkody pokonywała szybko i skutecznie  A przeszkód było sporo. Wokół niej syczący dworzanie… Nie tylko z powodu brzmienia języka polskiego pełnego „sz… cz… ś… ć…dź…”. Wszystko było trudne: inna kultura, mentalność, sposób życia, kuchnia, język, pogoda… Mimo wszystko – walczyła by umocnić Koronę, bo zadbać o rodzinę i dzieci, by spełnić rolę królowej wielkiego kraju. Życie – gotowym scenariuszem dla filmu (lub opery! 😊 )

Opera „Bona” Zygmunta Krauzego wykonana jest w języku polskim, włoskim i w łacinie. Już samo to wprowadza w klimat czasów. Dodatkowo świetnie pomyślane kostiumy, mocno osadzone w epoce a kolorystyką sugerujące etapy życia Bony: lazur włoski, królewska czerwień dworu polskiego i czerń wdowia. Mnie osobiście kolorem zapadła w pamięć scena, w której księżniczka Bona (Zuzanna Caban) trzyma amulet błękitnej wstążki – symbol szczęścia w przyszłym małżeństwie i miłości; Bona królowa (Agnieszka Kuk) – amulet czerwonej wstążki – symbol ochrony przed „złym okiem”; Bona wdowa (Magdalena Barylak) – czarną wstążkę kiru. Piękna scena i taka „włoska” i polska zarazem. Przecież od Polaków bardziej zabobonni są w Europie chyba tyko Włości 😉  Wszystkie trzy Bony 😊 sprostały arcytrudnemu zadaniu jakie narzucił reżysersko Michał Znaniecki. Księżniczka – nie tylko śpiewała ale weszła w rolę „baletmistrzowsko” tańcząc dość trudny jak mniemam dla śpiewaczki układ. Również królowa i wdowa – poradziły sobie wyśmienicie aktorsko. Ach no i muuuuuszę wspomnieć o basie! Wołodymyr Pańkiw i jego głos… och! A do tego niezależnie od tego czy w monarszych szatach czy w monarszej koszuli nocnej – wyglądał jak milion dolarów! 😊

Za pulpitem stanął sam Maestro Piotr Sułkowski, na którego ręce wypada złożyć gratulacje. Nie tylko z powodu realizacji świetnego spektaklu operowego. Również z tego powodu, że tematy zaczerpnięte z historii Polski kolejny już raz znajdują swoją realizację na deskach krakowskiej opery. Toż historię mamy taką, że nie jedną operę, teatr, antenę telewizyjną a i wytwórnię filmową na całym świecie można obdzielić i jeszcze zostanie!  

Oświęcim – Marsz Żywych i wydarzenia towarzyszące

„…Pamięć jak okrutnie nie kłamie
Gdy przesuwa przed nami
To co sprawia nam ból…”

Pierwszy – przeszedł w 1988 roku. Marsz Żywych. Doktor Szemu’el Rosenman i Avraham Hirschson przy wsparciu społeczności żydowskich z USA i Kanady, zainicjowali tradycję – jak się później okazało, marszy upamiętniających ofiary zagłady hitlerowskiej. Więźniowie w obozach, byli zmuszani do wycieńczającej pracy, głodzeni, pędzeni w marszach które często były dla nich marszami śmierci… Dlatego teraz by zamanifestować, że Am Yisrael Chai – z obozu w Auschwitz do Birkenau wyrusza Marsz Żywych. Nie tylko tych którzy przeżyli, Dzieci Holokaustu. Nie tylko ich potomków. Nie tylko Żydów z całego świata. W marszu idą też osoby innych narodowości i innych wyznań. Widziałam maszerujących katolitów, protestantów, muzułmanów… Tablice informujące o tym, że grupa z Kanady, z Niemiec, z Maroka, z USA, z Litwy, z Francji itd. itd. Flagi głównie Izraela ale też polskie, kanadyjskie, amerykańskie, marokańskie i z każdego zakątka świata chyba. Przed bramą Birkenau na torach uczestnicy marszu wkładali drewniane „macewy” z wypisanym imionami tych, którzy zginęli lub z tekstami, które im serce dyktowało by napisać. Na koniec ustawiona przy pomniku ofiar obozu w byłym KL Auschwitz II-Birkenau, estrada. Kadisz, a potem program artystyczny, soliści, chór, kantor…

Zwykle grupy, które przyjeżdżają na to wydarzenie, spędzają około tygodnia w Polsce. Zwiedzają, oglądają, poznają historię, tradycję, kulturę. Oprócz samego Marszu – też szereg wystaw, koncerty, wykłady. Szeroki program kulturowo-edukacyjny. Na przykład – dzień po marszu w Warszawie u Nożyków w piątkowy wieczór na bimę wszedł naczelny kantor Izraelskich Sił Zbrojnych, podpułkownik Shai Abramson (jaki on ma głos! Myślę, że wszystkie opery świata ustawią się w kolejce by go zatrudnić!) wokół niego – oktet i dyrygent. W sumie mądrze. Sami we własnym zakresie ogarniają temat minianu, jeśli potrzeba 😊. No i tak od Mincha erew Szabat, wyśpiewywali wszystko po kolei… Swoisty to był koncert – modlitwa. Ośmiu idealnie i harmonijnie brzmiących facetów w mundurach, dominujący kryształowym głosem kantor w talit, dyrygent panujący perfekcyjnie nad całością. Nie wiem czy było to zaplanowane czy też wyszło spontanicznie – ale wyszło perfekcyjnie!  Dzień przed marszem natomiast cały skład śpiewał w wypełnionej po brzegi Operze Krakowskiej. Niesamowici są i basta!

Pierwsze marsze były ukierunkowane głównie na pamięć ofiar Holokaustu. Teraz – Marsz stał się nie tylko aktem pamięci o ofiarach i o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata ale też manifestacją sprzeciwu wobec antysemityzmu, rasizmu, dyskryminacji.

Kraków – Filharmonia Krakowska, 29. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena – koncert smyczkowy

Drzazgi leciały 😉! Od emocji i pasji scena Filharmonii Krakowskiej kipiała! A na scenie ośmioro doskonałych artystów. Koncert na skrzypce, altówki i wiolonczele. W ramach 29.Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena ostatni już koncert krakowski. Było emocjonalnie, czasem mrocznie, groźnie i niepokojąco (zwłaszcza gdy Verklärte Nacht wybrzmiewała). Ale na koniec Mendelssohn (nie, nie ten najbardziej znany kawałek… 😊 ) wybrzmiał już z taką pasją że wióry z instrumentów leciały 😊 A i zaskakujący był oktet. Nie wiem czy artyści często ze sobą występują ale brzmieli jakby grali razem od zawsze. Urodzona w Monachium skrzypaczka Viviane Hagner – wystąpiła z Israel-Berlin Philharmonics i jest współzałożycielką i dyrektorką artystyczną Krzyżowa-Music; austriacka skrzypaczka Fanny Fheodoroff grała w filharmoniach Berlina, Bonn i Londynu; francusko-polska skrzypaczka Juliette Beauchamp jest skrzypaczką barokową ale w sumie bardziej chyba multi – artystką; Bilal Alnemr urodził się w Damaszku – genialny samouk (przyjemniej w dzieciństwie potem już konserwatoria), założyciel Les cordes de Shams; grający na altówce Miguel Elrich to Portugalczyk mieszkający i pracujący obecnie w Berlinie; polka Kinga Wojdalska – jest pierwszą polską laureatką prestiżowego Primrose International Viola Competition w Stanach Zjednoczonych; Alexey Stadler – w Petersburgu rozpoczynał naukę, teraz jest profesorem wiolonczeli w Hochschule für Musik und Theater Hamburg; no i wiolonczelista polska Zuzanna Sosnowska obecnie jest wykładowcą w Hochschule für Musik und Tanz Köln w Niemczech. Z takiej mieszanki kultur i pasji – musiał wyjść wybuchowy pasją koncert!

Brawo dla artystów! Brawo dla organizatora – Stowarzyszenie im. Ludwiga van Beethovena, który zawsze zapraszają na koncerty muzyków pierwszego sortu!

Repertuar:

Mieczysław Weinberg – Trio smyczkowe op. 48

Arnold Schönberg – Verklärte Nacht op. 4

Felix Mendelssohn – Oktet smyczkowy Es-dur op. 20

Kraków – Filharmonia Krakowska, „Gwiazdy z Sinfoniettą”

Ależ to były emocje! Do projektu Muzyczne Mosty, Sinfonietta Cracovia zaprosiła Maestro Andreasaa Ottensamer. Ja nie wiem czy Maestro jest też baletmistrzem 😉 Ale stojąc za pulpitem, nie tylko pokierował perfekcyjnie emocjami muzyków ale i wytańczył niemal żywiołowym gestem utwory Othmara Schoecka i Arnolda Schönberga. A rzeczonych emocji w utworach późnego romantyzmu nie zabrakło. Późnoromantyczne utwory temu służyły. Opowieść o nocy. Takiej letniej rozgwieżdżonej. A potem o dwojgu kochanków, którzy sobie sami utrudniają życie szukając problemów tam gdzie ich nie ma…  Repertuar łatwy nie był. Ale czy powinien być łatwy, gdy opowiada o tym co do nas nocą przychodzi nie pozwalając zasnąć i zakłóca myśli… 

Brawo Sinfonietta Cracovia!

Repertuar:

Othmar Schoeck – Sommernacht op. 58 

Arnold Schönberg – II Symfonia kameralna es-moll op. 38 

Arnold Schönberg – Verklärte Nacht (wersja na orkiestrę smyczkową, 1917)

Kraków – Filharmonia Krakowska, 29. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena – koncert Beethoven Orchester Bonn

Kolejny koncert w krakowskiej odsłonie 29. Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena. Tym razem Beethoven Orchester Bonn pod dyrygenturą Dirka Kaftana. Dyrygent – to showman prawdziwy jest. Jak on prowadził genialnie każdy z utworów! I zapanowanie nad muzykami i pomysł na niekonwencjonalne wykonanie i nawet połyskująca przy bardziej żywiołowych gestach, czerwona podszewka marynarki robiły robotę! Wykonie utworów Beethovena genialne! Narrator w „Egmont” stał się jednym z muzyków, idealnie komponując tekst w rytm i tonację nawet. Nie znam ni słowa po niemiecku. Ale wcale nie musiałam rozumieć słów. F. Tscherne z takimi emocjami czytał, że właściwie wiedziałam co mówi – słów nie rozumiejąc. A na bis, gdy orkiestra huknęła mazurem Moniuszki – miałam ciarki na plecach!

Na koncert wybrałam się z koleżanką. Jak sama mówiła w Filharmonii krakowskiej była jakieś 20 lat temu 😊 W trakcie koncertu, kontem oka widziałam jak Beethoven ją wciąga, muzyka otula i uruchamia coraz większe skupienie i emocje, nie pozwala oderwać wzroku od muzyków… I to chyba jest najlepsza recenzja i uznanie dla artystów!

𝐖𝐲𝐤𝐨𝐧𝐚𝐰𝐜𝐲:
Beethoven Orchester Bonn
Dirk Kaftan – dyrygent
Christina Landshammer – sopran
Thomas Bauer – baryton
Joanna Kravchenko – erhu
Franz Tscherne – narrator

𝐑𝐞𝐩𝐞𝐫𝐭𝐮𝐚𝐫:
Ludwig van Beethoven – Uwertura „Leonora III” op. 72b
Krzysztof Penderecki – VI Symfonia „Pieśni chińskie”
Ludwig van Beethoven – Muzyka do tragedii „Egmont” J.W. Goethego op. 84

Kraków – Filharmonia Krakowska, 29. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena – recital fortepianowy Caleb Boricka

29. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena uroczyście został zainaugurowany wczoraj (7 IV 2025) – również w odsłonie krakowskie!

Na początek w Filharmonii Krakowskiej – recital fortepianowy w wykonaniu mistrzowskim Caleb Boricka. W repertuarze bardzo trudne technicznie utwory, jak przystało na festiwal beethovenowski – Ludwiga van Beethovena. Bagatele op. 126; Sonata fortepianowa As-dur op. 110; Sonata fortepianowa B-dur op. 106 – i wszystkie w zdecydowanie mistrzowskiej odsłonie! Ale w sumie… należało się tego spodziewać

Koncerty proponowane w ramach festiwali organizowanych przez Stowarzyszenie im. Ludwiga van Beethovena – zawsze są na najwyższym poziomie!

Kraków – Opera Krakowska „Aida”

Nie ma nic piękniejszego niż odwzajemniona miłość. Takie uczucie pomaga góry przenosić i sprawia, że nie ma rzeczy niemożliwych! Ale też nie ma nic straszniejszego niż miłość nieodwzajemniona. Złamane serce to jeden z największych bóli jakie można sobie wyobrazić.  I o tym jest „Aida” Verdiego. Radames kocha Aide a ona jego. On jest egipskim wodzem – ona córką etiopskiego króla (tyle, że akurat aktualnie robi za niewolnicę na dworze faraona…). No byłoby pięknie gdyby Etiopia i Egipt wojny nie prowadził. No i jeszcze Amneris, córka faraona beznadziejnie zakochana w Radamesie.

Właściwie to nie wiem kogo mi bardziej żal w tej operze. Cierpiącej z miłości Amneris czy walczących o swoją miłość Radamesa i Aide. Taką miłość po grób. Par excellence po grób w tym przypadku…

Opera Krakowska chyba zaczęła specjalizować się w operach Verdiego! Po fantastycznym „Nabucco” teraz równie porywająca „Aida”!

I tym razem fenomenalnie zagrała scenografia, kostiumy i charakteryzacja. Wszystko w fioletowych czerniach i ugrowym złocie. Tylko tyle… Aż tyle. Kostiumy Egipcjan inspirowane neme – złoto czarnym nakryciem głowy faraonów. Kostiumy Etiopczyków utrzymane w tej samej kolorystyce ale mocno inspirowany strojami znanymi z dworu cesarzy Etiopii. Scenografia minimalistyczna i monumentalna zarazem. Całość nie była dosłowna. Ale perfekcyjnie i intuicyjnie przenosiła widza w klimat Egiptu. Prawie czułam się jak w Memfis. Luksorze albo innym Edfu. 😊 Dosłowność na scenie wcale nie musi być potrzebna by się mentalnie przenieść w odległe czasy i miejsca. Może to być tylko sugestia miejsca (kolorem, bryłami tworzącymi scenografię, światłem) ale jeśli jest doskonale osadzona w realiach czasów o których opera opowiada – robi robotę!

A muzyka? No poniosła! Właściwie to ja nie wiem kogo wspomnieć. Bo cała obsada harmonijnie stworzyła idealną całość.

Konkluzja? Chapeau bas !!!!

Warszawa – Teatr Wielki Opera Narodowa „Czarodziejski flet”

Zakochali się w sobie, pokonali wszelkie przeciwności i żyli długo i szczęśliwie. Ot cały „Czarodziejski flet” Mozarta. I to tak hurtowo bo i Tamino i Papageno i Monostatos w sumie też (choć tu akurat z miłosnych planów nic nie wyszło). Tak w ogóle bardzo „walentynkowa” ta opera. Ale jest też zła Królowa Nocy, która podstępem i kłamstwem próbuje namieszać, ale sumarycznie miłość zwyciężą. Tamiono żeni się z  Paminą a Papageno z Papagenią.

W „Czarodziejskim flecie” doszukiwano się zawsze bogatej symboliki i odniesień np. do wolnomularstwa. Przecież to nie możliwe by to była tylko baśń o triumfie miłości… A może jest tylko/aż baśnią o triumfie miłości? Tak czy tak – skonstruowana jest w sposób prowokujący do niebanalnych rozwiązań scenicznych. Tak też było w Operze Narodowej w Warszawie. Spektakl kompletnie odjechany scenicznie, reżyserko i scenograficznie! Cudo! Tak coś pomiędzy „W starym kinie”, „Bajkami robotów” Lema a „Alicją w krainie czarów”. Na scenie ekran iście kinowy i na nim zbudowana wizualizacjami i kreskówkami opowieść utrzymana w klimacie – jak wyżej 😊 Wokalnie i muzycznie – oczywiście prima sort 😊 Słynne arie (na przykład najbardziej znana chyba Aria Królowej Nocy) wzbudzały brawa, zabawne momentami kreskówki – wzbudzały śmiech, w efekcie Suzanne Andrade i Barie Kosky wyreżyserowali fantastyczny spektakl z serii takich do miłego spędzenia wieczoru. Animacje Paulla Baritta rozbiły bank. A dla mnie osobiście – zdecydowanie numer jeden to Papageno (Hubert Zapiór). I to nie tylko dlatego że świetny z niego baryton. Wykreował aktorsko przemiłą postać takiego śmieszno-dobrotliwego trochę Chaplina trochę Keatona. Byłam skłonna mu uwierzyć że naprawdę szuka swojej upragnionej pięknej kobiety i naprawdę chce jej ofiarować miłość. A słynny duet Papagena i Papageny – wprost miód i orzeszki!  

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑