„La Boheme” Pucciniego w Operze Narodowej w Warszawie. Muzycznie – uczta bezapelacyjna! Trafiłam na Gabrielę Legun (Mimi) i Davide Giusti (Rodolfo). No kaaaawł głosów mają! A w duecie brzmią idealnie. Do tego ruch sceniczny obydwojga też fantastyczny. Właściwie wszyscy śpiewacy nie tylko wyśpiewali ale i świetnie aktorsko zagrali swoje role. Było przyjemnością niekłamaną ich oglądać i słuchać.
Scenografia i kostiumy – ciut mnie zaskoczyły. Pierwsze sceny na rusztowaniu. I nie, nie! Nie jest to squad lub pomieszkiwanie pod mostem. To podtrzymujące wielki neon rusztowanie, na którym śpiewacy z trudem się mieszczą w kolejnych scenach. W Operze Narodowej podobny zabieg – śpiewanie z „pięter scenografii” widziałam już w „Czarodziejskim flecie”. Ale tam było to trafione w dziesiątkę i świetnie zrobiło robotę… W Cyganerii… hmmm…. Jakoś też trudno mi było uwierzyć że to mieszkalna miejscówka. Potem scenografia się zmienia w kierunku kadrów żywcem z „Moulin Rouge” lub „Lata dwudzieste… lata trzydzieste”. Jest lepiej! Drugi akt za to sceneria rodem z „The Day After Tomorrow” albo innego katastroficznego filmu o zagładzie cywilizacji. Neon smętnie wbił się w zaspy śniegu… Ponuro… knajpa to raczej melina. A słaniający się na nogach w drugim planie ćpun lub alkoholik (stawiam na to pierwsze) – to jak dla mnie ciut za dużo… Nie wiem czy zamysłem Pucciniego było osadzenie opowieści w realiach półświatka artystycznego czy skrajnej patologii – ale w Warszawskiej wersji scenografia i kostiumy podpowiadają to drugie….
Ileś tam lat temu, mój nieletni wówczas siostrzeniec, powiedział mi po spektaklu „Cyganeria”/ „La Boheme” – Wiesz ciocia, to najsmutniejsza opera w której śpiewałem… I trudno się z taką opinią nie zgodzić. Puccini wycisnął łzy skutecznie jak tylko on potrafi. Historia trochę jak w „Casablance” 😉 Spośród wszystkich drzwi w kamienicy Mimi zapukała akurat do drzwi mieszkania Rodolfo. Zakochali się i zamiast żyć długo i szczęśliwie uciekają od siebie, myśląc że „beze mnie będzie jej lepiej…”. Los łączy ich na nowo ale jest już za późno. Zamiast szczęśliwego zakończenia – śmierć. Ciężko chora ukochana umiera w ramionach kochającego go jednak mężczyzny. Czasem sami sobie utrudniamy życie…Czasem nie dajmy szansy najmniejszej szczęściu żeby się mogło rozpanoszyć w naszym życiu… Czasem chcemy decydować za innych i ustawiać ich życie według naszych widzimisię… Ot historia jakich pewnie w życiu wiele. Żyć należy tylko nadzieją że te w prawdziwym życiu nie zawsze się kończą tak jak ta sceniczna.
Sceneria jaką zaproponowała Opera Krakowska nie proponuje żadnych karkołomnych innowacji. Poddasze paryskiego domu, ulice paryskiego przedmieścia, jakaś szemrana nieco knajpka z półświatka gdzieś może w pobliżu Moulin Rouge. Kostiumy i sceneria żywcem jak z płócien Toulouse-Lautreca. Czy to pomaga sztuce. Dla mnie tak! Muzyka i tekst jest spójny z koncepcją sceniczną, kostiumami, scenografią. Całość robi robotę. A gdy w mansardzie umiera Mimi w objęciach zrozpaczonego Rudolfa… Byłam skłonna uwierzyć Adamowi Sobierajskiemu, że naprawdę cierpi… I mojemu siostrzeńcowi też że to najsmutniejsza opera w której śpiewał…
13 grudnia miała miejsce fantastyczna premiera fantastycznego filmu „Po śladach. Ziemia tarnowska” w reżyserii Joanny Zając i Klaudii Tarczoń- Gajdy. Ale nie, nie! To nie jest film promujący tak zwyczajnie miasto – to artystyczny obraz! Par excellence obraz, bo kolejne kadry są niczym obrazy. Odmalowany został Tarnów kolorem, światłem, dźwiękiem… A i zapach prawie czułam, gdy wraz z narratorem (i kamerami 😉 ) podążałam przez pola zbóż, łąki a wśród nich ukryte ruiny zamku, w kawiarence na tarnowskim rynku… I cała mozaika grup religijnych, narodowych, społecznych, jak w kalejdoskopie – za każdym obróceniem magicznej lunety – nowy pojawiał się kolorowy „klejnot”.
Premiera w kinie „Marzenie” w Tarnowie. Pełna sala, zasłużone brawa gromkie – i dla ekipy filmowej i dla artystów – tarnowian, bo spora grupa ich wzięła udział w realizacji filmu.
Przemówił prezydent Tarnowa – Jakub Kwaśny, vicedyrektor programowy TVP – Marek Zając Były kwiaty, gratulacje, pamiątkowe zdjęcia… Och piękna premiera to była! A film zdecydowanie i bezapelacyjnie – polecam!
Trudno być myślącym w tłumie bezmyślnych, trudno być indywidualistą w świecie klonów, trudno być oryginalnym w społeczeństwie naśladowców, trudno zachować swoje przekonania i pomysł na życie gdy wokół tłum wymusza „poprawność” myślenia, działania, życia… To wymaga sporej odwagi!
Kiedyś rozmawiałam z pewna miłą młodą kobietą. Rozmowa była przeurocza aż do momentu gdy okazało się, że mam inne przekonania na pewną „kontrowersyjną kwestię” dotyczącą kobiecości, feminizmu i macierzyństwa, niż ona. Wyraźnie powiedziałam, że akceptuję jej przekonania i wybory ale nie zmienię moich. Naraziłam się na agresję… Bo jak śmiem mieć inne zdanie niż wszyscy nowocześnie myślący… 😊 Innym razem prowadzę spotkanie na temat ubioru. Mówię, że powinniśmy być odpowiedzialni za to jak się ubieramy, bo to bywa komunikatem zamierzonym lub nie ale jednak; bo społeczeństwo w ten sposób nas odbiera i dobrze by odbierało nas tak jak my tego chcemy (by nas dobrze zrozumiało). Przecież „Co się nie dopowie to się dowygląda” 😉 Tym razem też mocny atak werbalny. Pewna pani mniej więcej w moim wieku, świetnie wystylizowana, nic w jej stroju nie było pozostawione przypadkowi – niemal podnosi głos! Bo jak ja śmiem tak mówić! Bo ona marzy o świecie, w którym będzie mogła się ubierać jak chce i nikt nie będzie na nią reagował w żaden sposób! Taka poprawność… 😊 Niespełna miesiąc po tym wydarzeniu przy innym spotkaniu, gdy publiki już nie było, sama zareagowała na moją żółtą sukienkę… 😉 Albo miła rozmowa ze znajomym z pracy, który jako kolejna już osoba zwraca mi uwagę na to, że mam „klona” w robocie. Bo cokolwiek zawodowo bym nie wymyśliła to jakaś tam osoba zaraz robi analogiczny projekt 😊 (prawdę mówiąc nie zauważyłam tego, dopóki kilka kolejnych osób mi nie zwróciło uwagi ta ten przedziwny „zbieg okoliczności” 😊 😊) Takich sytuacji sporo. Pewnie spotykają wiele osób, które cenią sobie kreatywność oraz indywidualizm i niekoniecznie lubią chodzić utartymi ścieżkami, woląc tak bardziej pod prąd niż z nurtem.
Może właśnie dlatego spektakl „Napis” w reżyserii Jana Korwina – Kochanowskiego (autorstwa Geralda Sibleyrasa), wystawiony na deskach krakowskiego Teatru Praska 52, zrobił na mnie wrażenie… I celowo nie piszę jakie 😊 To znaczy – spektakl PYSZY!!!! Świetna gra aktorska, kostiumy itd. Opowieść wciąga widza krok za krokiem coraz bardziej i mocniej. Świetny kawał sztuki! Ale o samej opowieści… Nowi lokatorzy, tacy raczej preferujący „retro” styl życia państwo Lebrun. Wprowadzają się do kamienicy, nie mając świadomości, że to hermetyczny „światek” w kostiumie otwartości i toleranci. Pozornie ukrywający swoje uzależnienie alkoholik; jego żona uważająca się za światłą ale operująca wyłącznie zapamiętanymi nagłówkami ze stron internetowych typu „Pudelek” bo cokolwiek więcej przekracza jej możliwości intelektualne; małżeństwo eko, głoszące nowomodne hasła i wymuszające na otoczeniu taki sposób życia choć głoszą żelazną zasadę nie wtrącania się – manipulują z wprawą każdym kto tylko tej manipulacji ulegnie… W sumie cóż… tylko sąsiedzi. Ale ta zbita społeczność kamienicy i osiedla to jeden drapieżny organizm. Wieloosobowy tyran, który albo wymusi podporządkowanie się i życie tak jak oni – albo zniszczy. I najsmutniejsze jest to, że dyskusja na argumenty nie ma w takiej sytuacji racji bytu. Bo albo myślisz nowocześnie tak jak my – albo cię alienujemy i niszczymy mentalnie! A co to znaczy nowocześnie? Sami zainteresowani nie mają pojęcia. Powtarzają wyuczone slogany, które brzmią „poprawnie” i „nowocześnie” nie mając pojęcia bladego co znaczą… Ułuda bycia w czołówce, gdy tymczasem jest się jedynie szarą bezkształtną, niemyślącą masą… Masą, która niczym bagno potrafi wciągnąć, zadusić… Tak jak żonę pana Lebrun… Tak jak poprzedników państwa Lebrun, którzy nie wytrzymali i wyprowadzili się…
Sam spektakl, jak już pisałam, naprawdę pyszny! Lekko i z przymrużeniem oka opowiedziany, publika wybucha śmiechem raz po raz – i słusznie. Też śmiałam się w głos cyklicznie. Ale jak nieznośna mucha brzęczała mi myśl zwizualizowana na scenie: Trudno być myślącym w tłumie bezmyślnych, trudno być indywidualistą w świecie klonów, trudno być oryginalnym w społeczeństwie naśladowców…
Ależ głos ma Marta Bizoń !!! Istny cymes! Nie bez kozery takiego porównania użyłam, bo w ze sceny ratuszowej Teatru Ludowego w Krakowie mój niezaprzeczalnie ulubiony „Cymes” też wybrzmiał 🙂 Ale i „Dona, dona” było i coś z repertuaru pieśni neapolitańskich, i coś z Ordonki i coś z Hemara. A wszystko doskonale wyśpiewane i fantastycznie aktorsko pokazane. Och potrafi Marta Bizoń zawładnąć publicznością i prowadzić jej emocje i nastroje jak dyrygent orkiestrę! Pyszny koncert z równie pysznymi anegdotami! A gdy w duecie z Martą, za klawiszami zasiada Maestro Konrad Mastyło – to podwójnego cymes należy się spodziewać.
22 raz Warszawa rozbrzmiewa koncertami i wydarzeniami wszelakimi związanymi z Festiwalem Kultury Żydowskiej „Warszawa Singera”. Załapałam się (dosłownie – bo ostatnie bilety rzutem na taśmę 😊 ) na pyszny koncert „Będzie pokój – will be peace – ihie shalom” przygotowany przez niesamowitych muzyków Symcha Keller & Native hasidic reggae orchestra. Ale powiedzieć, że koncert był pyszny – to nic nie powiedzieć! 😊 Jak sam Symcha Keller pozwolił sobie na wstępie zaanonsować – to kawałki pisane sercem. I było to słychać! I serce i emocje i super mądre przesłanie a wszystko okraszone czułym uśmiechem, przyprawione radością i posłodzone nadzieją że: הכל יהיה בסדר; everything will be fine, wszystko będzie dobrze – no bo jak miałoby by być…
Na koncert złożyły się głownie kawałki z nowej płyty. To przedziwny mix był chasydzkich nigunów, regge, bluesa, etno music, rapu i nie wiec co tam jeszcze. A! Wiem 😉 Jeszcze mądre teksty, mądrych rabinów stawały się mottem albo refrenem dla poszczególnych kawałków. Niektóre utwory napisane ze czterdzieści lat temu, z liftingiem stały się nowymi. Przy takich okazjach dziwi, że ludzkość nie posiada umiejętności uczenia się własnych błędach bo te napisane 40 lat temu jakoś tak bardzo aktualnie brzmiały… Cóż posiadanie mózgu nie gwarantuje umiejętności myślenia – a szkoda… Ok, niektóre teksty były poważne w przesłaniu ale cały koncert – fantastyczny i dający wiele radości, uśmiechy i zwyczajnego szczęścia. Muzyka jednak potrafi czynić cuda.
Symcha Keller, ma fantastyczny głos, niezalenie od tego czy mówi – czy śpiewa. 😊 I niezależnie od tego czy mówi czy śpiewa, jest to nie tylko profesjonalne ale i pięknie i mądrze powiedziane/ wyśpiewane. Może dlatego, a może charyzma jego i pozostałych muzyków na scenie (na przykład świetnego Dariusza Maleo Malejonka), a może coś jeszcze innego zadziałało, nie wiem… Może po prostu Ha.szem się uśmiechnął bo Mu się muzykowanie spodobało… Ale na początku dość poważna i wycofana publika pod koniec koncertu wstała z miejsc, klaskała, podrygiwała w rytm, a co odważniejsi nawet nieśmiało włączali się w śpiew! Cuda jakieś😊
I już za to samo na ręce Symcha Kellera (dla całego zespołu) – kapelusze z głów! Kipa może zostać – ale kapelusze z głów! 😉
„Był raz król, któremu znudziło się być samotnym…”
Baśń o kopciuszku nie ma rodowodu europejskiego. Najstarsza znana opowieść o dziewczynce – Ye Xian i pantofelku pochodzi z Chin i datowana jest na IX wiek. Najstarsza europejska wersja baśni wydana została w 1634 roku. Kilkadziesiąt lat później do opowieści wprowadził sporo nowych wątków Charle Perrault, ale najbardziej znana jest chyba wersja Braci Grimm. O popularności opowieść świadczy choćby to, że Kopciuszek wszedł na wielkie sceny. Rossini napisał na motywach baśni operę a Prokofiew – balet. Filmów i spektakli nie sposób zliczyć…
W Krakowie produkcja Passionart i Filharmonii krakowskiej – VII Royal Opera Festival (7 VI – 12 VII 2025), a w ramach festiwalu, głównie dzieła Rossiniego – w tym roku „Kopciuszek” 😊. Wersja sceniczna na gościnnych deskach Opery Krakowskiej.
Dobrze jest przenieść się na chwilę do świata baśni, gdzie książę walczy o względy kobiety którą pokochał (ze wzajemnością), pokonuje wszelkie przeciwności a potem żyli długo i szczęśliwe… Choć akurat scenografia w tym wypadku nie była bajkowa 😊 Minimalistyczna mocno. Kilka „pudeł” i „klocków” przesuwanych cyklicznie przez panów z chóru. Gdy akurat nie śpiewali – takie mieli zajęcie😊. Kostiumy – takie ciut z wodewilu lub variete… Ale wokalnie – pysznie było! Można było zamknąć oczy i zasłuchać się… I lecieć na skrzydłach wyobraźni gdzieś w bajkowy świat, gdzie miłość, szczęście i radość zasiadają wespół na tronie… Dla mnie absolutnie fantastyczne głosy Dogukana Özkan i Patrick Kabongo. Choć aksamitny głos Poliny Anikina też wbił mi się w pamięć. No i Filippo Morace, który nie tylko świetnie „wyśpiewał” rolę ale i doskonale dopełnił ją aktorsko (w wersji komediowej 😊 ).
W rzymskich termach w 1990 roku był słynny koncert trzech tenorów (Luciano Pavarotti, Plácido Domingo, José Carreras)… 😊 A w Krakowie w synagodze Tempel był 35 lat później koncert trzech kantorów (Shimmy Miller, Nissim Saal, Chaim Gantz) 😊 😊 Miałam okazję posłuchać wszystkich panów w wersji nieoficjalnej w piątek i w sobotę. „Kuluarami” były gościnne progi synagogi Chabad Lubawicz w Krakowie. Wtedy pomyślałam sobie… Jak oni tak śpiewają, modląc się – to jaki to będzie koncert w niedzielę… No i było WOW! Chociaż powiedzieć „wow” to nic nie powiedzieć! Koncert był zdecydowanie pysznym wydarzeniem i to na wysokie C (momentami dość dosłownie 😊 ) Po koncercie długo zastanawiałam się, który z kantorów (w znaczeniu brzmienie głosu) najbardziej do mnie przemówił i najgłębsze struny duszy poruszył. Nie wiem… Aksamit głosu Millera, kryształ głosu Saala czy perlistość dźwięku Gantza… Po prostu brzmieli tak, że kamień by się wzruszył! I wcale nie przypadkiem porównanie z pierwszego zdania przychodziło mi do głowy ustawicznie. Ale w Rzymskich termach to był cuuudowny koncert najpiękniejszych arii świata. Tutaj był jeszcze dodatkowy jakże ważny element. To była wyśpiewana modlitwą… Koncert dedykowany był błogosławionej pamięci Benziona Miller – wielkiego nieodżałowanego kantora. Tak, tak… zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa. Na scenie – syn miał śpiewać z ojcem… Zaśpiewał dla ojca… Shimmy Miller urodził się w Kanadzie, kształcił między innymi w Londynie i Nowym Jorku. Kantorem był jego ojciec, dziadek, pradziadek – to kim miałby on sam zostać? 😊 Zwłaszcza, że głos po przodkach odziedziczył o wyjątkowym brzmieniu! Taki Pavarotti kantorów 😊 (chyba nawet podobni są do siebie ciut z wyglądu 😊 ). Nissim Saal jest kantorem ale też chętnie podejmuje repertuar operowy – i wcale się nie dziwię! Myślę, że nie jezdna renomowana opera świata chętnie zaproponowałaby mu współpracę. Chaim Gantz urodził się Izraelu. Brzmienie chasydzkie wyraźnie pojawia się w jego głosie – ale i trudno się dziwić. W chasydzkiej synagodze osłuchiwał się z muzyką modlitw, jak mały chłopiec chodząc z ojcem na modlitwy. Jakie on uruchamia emocje! Na scenie jeszcze dwie ważne postaci: za klawiszami fortepianu zasiadł Eric S. Freeman (też kantor swoją drogą). Jest cenionym muzykiem, śpiewakiem i nauczycielem. Ten koncert dopełniał akompaniamentem fortepianu. Dyrygentura – Maestro Yossi Schwartz. Ale to jest showman! Dyryguje, śpiewa, gra, tańczy a w wolnej chwili przestawia scenografię… 😉 No prawdziwy showman i niesamowicie spektakularnie i żywiołowo poprowadził koncert! To było wyjątkowe zakończenie Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. To były istne fajerwerki na zakończenie festiwalu!
Jakieś siedemdziesiąt lat temu słynni klezmerscy klarneciści Sam Musiker i jego teść Dave Tarras zakrzyknęli „Tanz” (tańcz)! I wyszła z tego płyta… Nie odniosła większego sukcesu wówczas. Utwory z tej płyty nigdy nie były wykonane koncertowo. Aż do czasu, gdy nad nową aranżacją ich pochylił się Michael Winograd. Pierwszy raz wykonane w Polsce -zabrzmiały fantastycznie. Nie wiem może dlatego, że lubię brzmienie klarnetu (to taki prosty sposób na muzykę żydowska 😉 Bierze się klarnet i skrzypce, tonację molową i odpowiedni rytm – i dokładnie się tanecznie miesza, przyprawia radością, ciut nostalgią i szczyptą łez. I wychodzi muzyka żydowska w wersji klezmerskiej! 😊 ) a na scenie było w akcji dwoje a czasem i nawet troje klarnecistów, może dlatego że iluminacja i anturaż synagogi Tempel taki ciepły i przytulny… Ale jakoś tak na tym koncercie poczułam się jakbym przeniosła się do powieści lub filmu, gdzie prawie jak w „Weselu” lub „Chłopach” dźwięki taneczne dobiegają zza ściany i magia się dzieje… Na poły sennie na poły w realu, na poły w zamyśleniu na poły w jakimś zakręconym tańcu… Zaczarowany to jakiś taniec był dzisiaj…