„Kim ty jesteś dla mnie”… powietrzem, wodą, słońcem za dnia, księżycem nocami, zapachem jaśminu wiosną, orzeźwiającym szumem fal morskich latem, złotem liści jesienią, diamentami iskrzącego się śniegu zimą… Tak zwyczajnie – wszystkim…
I wiecie co? Na koncercie Janusza Radka i Adama Drzewieckiego – zdecydowanie to poczułam! Projekt Poświatowska/ Radek Och… Jak Poświatowska potrafiła pięknie pisać o miłości! A jak Radek pięknie potrafi o miłości śpiewać! Gdy jest taki team – projekt nie może się nie udać. Nowe aranżacje, czasem zaskakujące mocno. Muzyka, która otula, niesie, pieści każde słowo wiersza. Dla mnie – „Czekam kochanie” zabrzmiało cudnie. Nadal mi w głowie dźwięczy. A i komentarz Janusza Radka pomiędzy kolejnymi utworami, lekko przyciszonym, ciut erotycznie brzmiącym głosem, przyprawiony ciut ciut żartem i mrugnięciem oka. Koncert w krakowskiej „Alchemii” był pyszny!
Dobry anturaż robi robotę! W ramach Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie koncert „REscoring Wajda” odbył się pod ziemią 😉 A precyzyjniej – w komorze w Górnej Komorze Lill (na co dzień zamknięta jest dla zwiedzających) Kopalni Soli w Wieliczce. Już samo udanie się do kopalni podkręcało emocje. Winda, korytarze w których co kilka metrów górnicy wskazywali drogę… Drzwi się za mną zamykały i dopiero wówczas kolejne ktoś inny otwierał (wiem, wiem, ciągi powietrzne… ale atmosferę budowało 😊 ). Ja się czułam trochę jakbym do jakiegoś tajnego stowarzyszeniu miała zostać przyjęta i właśnie sekretne spotkanie się miało zadziać, na które za specjalnym hasłem w tajemne miejscy dostać się można. Komora Lill ubrana w błękitne światło świątecznie witała gości 😊 Chór Polskiego Radia – Lusławice pod dyrekcją Dawida Ber, na cymbałach zagrała Żaneta Seweryn i …. Zabrzmiały wyśpiewywane motywy z filmów: Niewinni czarodzieje, Zemsta, Człowiek z żelaza, Katyń, Smuga cienia, Polowanie na muchy czy Kronika wypadków miłosnych… Niby wszystkie znane, a jednak brzmiące zupełnie inaczej. Jakieś takie nowe dla ucha i emocji… Całość dopełniona niezłą reżyserią światła. Dla mnie – „Soplicowo” rozbiło bank. Na skrzydłach pofrunęliśmy w świat z kart Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”, a przed oczyma wyobraźni kadry z wajdowskiego „Pana Tadeusza” śmigały jak w kinie… Wojciech Kilar genialną muzykę do filmu Wajdy, skomponował! Ale propozycja Chóru Lusławic pokazała ją w zupełnie nowej odsłonie. A gdy cymbały zabrzmiały – mnie z automatu gdzieś z tyłu głowy zabrzmiał «Jankielu, mówi, jeśli łaska, Wszak to me zaręczyny, zagrajże Jankielu, Wszak nieraz przyrzekałeś grać na mym weselu!» …
19-ty Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie. W programie Koncert Międzynarodowa Gala Seriali. Wow!!!! Bezapelacyjnie wow!! Muzyka na najwyższym poziomie wykonawstwa wraz z reżyserią światła i połączonymi z tym efektami oraz scalonymi perfekcyjnie z muzyką kadrami z filmów… To był prawdziwy spektakl do stworzenia którego, kilka muz się zaangażowało jak nic! Myślę, że nawet jeśli ktoś ze sceptycznym nastawieniem szedł na koncert – wychodził zeń pełen arcypozytywnych wrażeń i emocji.
Oczywiście najważniejsza – muzyka! Swoją drogą to cudowna inicjatywa była 19 lat temu by stworzyć festiwal dedykowany muzyce filmowej. Na stałe i złotymi głoskami wpisał się do kalendarza cyklicznych imprez krakowskich. Miłośników tego typu muzyki nie trzeba przekonywać ale osoby, które po prostu lubią filmy (ale nie biegną z krzykiem i obłędem w oczach na każdą premię) – czasem mniej zauważają, jak ważną rolę w filmie pełni dźwięk, muzyka… To ona buduje napięcie, pozwala nam się rozmarzyć, czasem przestraszyć, czasem śmiać, a czasem przenieść się w czasie w dowolnie wybranym kierunku. Czasem pomaga utożsamić się z bohaterem, czasem go zrozumieć, czasem potępić… Muzyka ma wielką moc!!! Ta filmowa też! Takie koncerty jak te proponowane przez FMF są niezwykle ważne. To takie pokazywanie palcem, przeciętnemu zjadaczowi chleba – patrz! Zachwyć się! Maestro do ciebie dźwiękami przemawia! Fanów muzyki filmowej przekonywać nie trzeba. Ale innych… Vive le festiwal! Vive l’art ! Bo w trakcie FMF to muzyka staje się głównym bohaterem filmu.
W trakcie serialowego koncertu Orkiestrę Akademii Beethovenowskiej poprowadził brawurowo Dirk Brossé. Lidia Matynian przygotowała Chór Chłopięcy i Dziewczęcy Filharmonii Krakowskiej a Chóru Pro Musica Mundi – Wiesław Delimat. Do tego soliści… och! Na scenie mrowie artystów, którzy dostarczali emocji przez cały czas niespełna czterogodzinnego (Poważnie! Niemal cztery godziny koncert trwał!) spektaklu. Bo to w sumie był koncert niczym spektakl obejmujący nie tylko scenę ale całe, ogromne, kosmiczne wnętrze Tauron Arena.
PS
W którymś momencie za pulpitem stanął Brian Tyler, by poprowadzić swoje kompozycje „Yellowstone”, oraz „Are We Dreaming”. Ależ to było show! Tak sobie myślę, że muzycy świetnie znali utwór… 😉, bo dyrygent czasem dyrygował, czasem uciekał od pulpitu by potańczyć lub ruchem scenicznym podgrzać atmosferę i widownię, a czasem zajmował się kreatywnymi działaniami twórczymi związanymi z własną fryzurą 😊 😊 To fenomenalny kompozytor i równie fenomenalny showman.
„Festiwal 4 tradycji” w Krakowie, szósta odsłona. Podoba mi się ten pomysł – zwłaszcza, że coraz bardziej z roku na rok staje się doprecyzowany koncepcyjnie i coraz lepszy! Festiwal ma na celu pokazanie całej mozaiki kultur i religii, które składały się na dziedzictwo kulturowe – twórczość muzyczną na ziemiach polskich. Zwykle w ramach festiwalu proponowane są koncerty twórców – Polaków pochodzenia polskiego, żydowskiego, rosyjskiego, niemieckiego, ukraińskiego itd. itd. W praktyce zatem festiwal proponuje wymiennie cztery tradycje każdego roku. Zwykle jest polska, żydowska, rosyjska i jakaś czwarta.
Wczoraj wieczorową porą był na przykład koncert Orkiestry i Chóru Filharmonii Krakowskiej pod dyrekcją Michała Klauzy. W repertuarze – utwory fantastycznych dwudziestowiecznych kompozytorów polskich pochodzenia żydowskiego. Najpierw Henryka Warsa i jego Maalot oraz City Sketches. Jego piosenki śpiewała cała Polska! Nadal często są nucone: „Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal…”, „Miłość ci wszystko wybaczy” albo „Dobranoc oczka zmruż”. Największe gwiazdy kina i estrad międzywojennej Polski sięgały po jego utwory z upodobaniem. Utwory Warsa śpiewała Ordonka, Szczepcio i Toncio, Eugeniusz Bodo, Jadwiga Smosarska itd. Dwa utwory zaproponowane w koncercie stały się fantastycznym wprowadzeniem w przyjemny nastrój… Mieczysław Wajnberg dla mnie chyba najbardziej kojarzy się z muzyką filmową na przykład z „Fredek uszczęśliwia świat”. W trakcie koncertu wybrzmiały Melodie polskie op. 47 nr 2. Och jak fruwały dźwięki mazurków, oberków, krakowiaków! I nie tylko ja miałam ochotę ruszyć do tańca 😉 Po przerwie Chichester Psalms Leonarda Bernsteina. I tu już zrobiło się bardzo religijnie i duchowo. Orkiestra, chór i wśród solistów młodziutki śpiewak Stefan Bertman. Najpierw huknął chór! A potem przy cichutkim akompaniamencie harf, aksamitnym szepczącym niemal głosem Bertman zaczął wyśpiewywać „דְּעוּ– כִּי יְהוָה, הוּא אֱלֹהִים:” (Wiedzcie, że Pan jest Bogiem). Ja wtedy poczułam, że w tej szepczącej muzyce jest obecny Ha.szem… Piękny koncert! Prawdziwie pokazujący mozaikę dziedzictwa kulturowego muzycznego Polski.
Och co to był za koncert! Jaga Wrońska wraz z kwartetem muzyków wyśpiewała i zagrała cudnie! Była moja ulubione „Rebeka” – piosenka o nieszczęśliwie zakochanej dziewczynie, która marzy by stanąć pod chuppą ze swym ukochanym, który prawdopodobnie nie wie o jej istnieniu… a potem popłynęło piwniczne „chwalmy Pana w niebiosach, chwalmy Pana w dolinach, z jego blaskiem we włosach każdy życie zaczyna… ” A na koniec niguny, w których śpiew chyba wszyscy się włączyli! 🙂 A wszystko to w zabytkowym wnętrz synagogi Tempel w Krakowie! Koncert „Sprawiedliwym – uratowani” był dedykowany wszystkich ocalonym w trakcie Holokaustu i tym którzy z narażeniem życia ratunek dawali – Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata. Chyba ostatnia żyjąca Sprawiedliwa w Krakowie – Janina Rościszewska-Krawczyk – też była. Wtedy mała dziewczynka – teraz miła uśmiechnięta starsza pani… Koncert zorganizował Jewish Initiative for the Righteous Among the Nations (Jakub Rympel) oraz Gmina Wyznaniowa Żydowska w Krakowie. A ja byłam podwójnie wzruszona… Bo piękna muzyka płynęła… Naprawdę piękna!!! Ale też piękna historia mi się raz po raz wizualizowała… O Helenie Bohosiewicz. Uratowała trzy rodziny żydowskie. Między innymi – Ozjasza Rottera. I jakoś tak się poukładały emocje, uczucia i nie wiem co tam jeszcze :), że po wojnie już jako Helena Rotter-Bohosiewcz do Izraela z mężem wyjechała, tam zamieszkali a ona – ma swoje drzewo w Yad Vashem bo została Sprawiedliwą Wśród Narodów Świata… Ot taka romantyczna historia w cieniu wojny… Ale z happy and 🙂 Cóż miłość różnymi drogami chadza i nie zważa na jakiekolwiek przeciwności i problemy – nawet szalejącą wkoło wojnę… 🙂
Jubileuszowy, bo 30 Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena bez fizycznej obecności Maestro Krzysztofa Pendereckiego i Pani Elżbiety Pendereckiej… Ale godnego kontynuatora i następcę Państwo Pendereccy zyskali w osobie wieloletniego współpracownika dr Andrzeja Gizy – obecnie prezesa zarządu i dyrektora generalnego festiwalu. Godnie uczcił jubileusz, zapraszając na festiwal samą śmietankę wśród najzacniejszych muzyków świata. A i program festiwalu różnorodnością kusi i nęci by w kolejnych wydarzeniach uczestniczyć. Główny nurt wydarzeń – w Warszawie. Ale koncerty i wydarzenia towarzyszące także w Krakowie, Lublinie, Gdańsku Katowicach czy Łodzi.
Trzy koncerty symfoniczne w Krakowie. W pierwszym dniu z typową dla siebie ekspresją, orkiestrę poprowadził Jean-Luc Tingaud. Przy fortepianach zasiedli pochodzący z Korei bracia Hyo Lee, Hyuk Lee, a w programie Haydn, Beethoven, Mozart…
Kolejny koncert poprowadził Jong-Jie Yin. Zupełnie inna dynamika. Niezauważalne niemal gesty, znaczące spojrzenie, delikatne skinienie głową wystarczały by koncertowo poprowadzić orkiestrę Sinfonietta Cracovia. Za to pianista Maxim Lando – to gejzer emocji i żywiołów! Jak on wykonał Bizeta na bis!!! WOW!!!
No i koncert na krakowski finał Za pulpitem dyrygenckim stanął i brawurowo orkiestrę poprowadził Dawid Runtz. No i Arabella Steinbacher – jedna z bardziej cenionych na świecie współczesnych skrzypaczek. Pięknie wyglądała i cudownie wykonała między innymi Brahmsa.
I po każdym koncercie brawa na stojąco! I brawami publiki wywoływane bisy! A to tylko wydarzenia z Krakowa… W sumie nie dziwię się jakoś wyjątkowo mocno, że Festiwal ma swoją ugruntowaną markę i uważany jest za jeden z bardziej znaczących festiwali muzyki klasycznej, który przyciąga nie tylko rzesze melomanów ale i samą śmietankę artystów z całego świata.
„La Boheme” Pucciniego w Operze Narodowej w Warszawie. Muzycznie – uczta bezapelacyjna! Trafiłam na Gabrielę Legun (Mimi) i Davide Giusti (Rodolfo). No kaaaawł głosów mają! A w duecie brzmią idealnie. Do tego ruch sceniczny obydwojga też fantastyczny. Właściwie wszyscy śpiewacy nie tylko wyśpiewali ale i świetnie aktorsko zagrali swoje role. Było przyjemnością niekłamaną ich oglądać i słuchać.
Scenografia i kostiumy – ciut mnie zaskoczyły. Pierwsze sceny na rusztowaniu. I nie, nie! Nie jest to squad lub pomieszkiwanie pod mostem. To podtrzymujące wielki neon rusztowanie, na którym śpiewacy z trudem się mieszczą w kolejnych scenach. W Operze Narodowej podobny zabieg – śpiewanie z „pięter scenografii” widziałam już w „Czarodziejskim flecie”. Ale tam było to trafione w dziesiątkę i świetnie zrobiło robotę… W Cyganerii… hmmm…. Jakoś też trudno mi było uwierzyć że to mieszkalna miejscówka. Potem scenografia się zmienia w kierunku kadrów żywcem z „Moulin Rouge” lub „Lata dwudzieste… lata trzydzieste”. Jest lepiej! Drugi akt za to sceneria rodem z „The Day After Tomorrow” albo innego katastroficznego filmu o zagładzie cywilizacji. Neon smętnie wbił się w zaspy śniegu… Ponuro… knajpa to raczej melina. A słaniający się na nogach w drugim planie ćpun lub alkoholik (stawiam na to pierwsze) – to jak dla mnie ciut za dużo… Nie wiem czy zamysłem Pucciniego było osadzenie opowieści w realiach półświatka artystycznego czy skrajnej patologii – ale w Warszawskiej wersji scenografia i kostiumy podpowiadają to drugie….
Ileś tam lat temu, mój nieletni wówczas siostrzeniec, powiedział mi po spektaklu „Cyganeria”/ „La Boheme” – Wiesz ciocia, to najsmutniejsza opera w której śpiewałem… I trudno się z taką opinią nie zgodzić. Puccini wycisnął łzy skutecznie jak tylko on potrafi. Historia trochę jak w „Casablance” 😉 Spośród wszystkich drzwi w kamienicy Mimi zapukała akurat do drzwi mieszkania Rodolfo. Zakochali się i zamiast żyć długo i szczęśliwie uciekają od siebie, myśląc że „beze mnie będzie jej lepiej…”. Los łączy ich na nowo ale jest już za późno. Zamiast szczęśliwego zakończenia – śmierć. Ciężko chora ukochana umiera w ramionach kochającego go jednak mężczyzny. Czasem sami sobie utrudniamy życie…Czasem nie dajmy szansy najmniejszej szczęściu żeby się mogło rozpanoszyć w naszym życiu… Czasem chcemy decydować za innych i ustawiać ich życie według naszych widzimisię… Ot historia jakich pewnie w życiu wiele. Żyć należy tylko nadzieją że te w prawdziwym życiu nie zawsze się kończą tak jak ta sceniczna.
Sceneria jaką zaproponowała Opera Krakowska nie proponuje żadnych karkołomnych innowacji. Poddasze paryskiego domu, ulice paryskiego przedmieścia, jakaś szemrana nieco knajpka z półświatka gdzieś może w pobliżu Moulin Rouge. Kostiumy i sceneria żywcem jak z płócien Toulouse-Lautreca. Czy to pomaga sztuce. Dla mnie tak! Muzyka i tekst jest spójny z koncepcją sceniczną, kostiumami, scenografią. Całość robi robotę. A gdy w mansardzie umiera Mimi w objęciach zrozpaczonego Rudolfa… Byłam skłonna uwierzyć Adamowi Sobierajskiemu, że naprawdę cierpi… I mojemu siostrzeńcowi też że to najsmutniejsza opera w której śpiewał…
13 grudnia miała miejsce fantastyczna premiera fantastycznego filmu „Po śladach. Ziemia tarnowska” w reżyserii Joanny Zając i Klaudii Tarczoń- Gajdy. Ale nie, nie! To nie jest film promujący tak zwyczajnie miasto – to artystyczny obraz! Par excellence obraz, bo kolejne kadry są niczym obrazy. Odmalowany został Tarnów kolorem, światłem, dźwiękiem… A i zapach prawie czułam, gdy wraz z narratorem (i kamerami 😉 ) podążałam przez pola zbóż, łąki a wśród nich ukryte ruiny zamku, w kawiarence na tarnowskim rynku… I cała mozaika grup religijnych, narodowych, społecznych, jak w kalejdoskopie – za każdym obróceniem magicznej lunety – nowy pojawiał się kolorowy „klejnot”.
Premiera w kinie „Marzenie” w Tarnowie. Pełna sala, zasłużone brawa gromkie – i dla ekipy filmowej i dla artystów – tarnowian, bo spora grupa ich wzięła udział w realizacji filmu.
Przemówił prezydent Tarnowa – Jakub Kwaśny, vicedyrektor programowy TVP – Marek Zając Były kwiaty, gratulacje, pamiątkowe zdjęcia… Och piękna premiera to była! A film zdecydowanie i bezapelacyjnie – polecam!