A wiecie, że w Krakowie są „ukryte” synagogi? To znaczy – żadna z nich tajemnica 😊 ale zdecydowanie mniej znane i nie tak dobrze zachowane jak te na krakowskim Kazimierzu. W granicach obecnego Krakowa są trzy miasta: Kraków, Kazimierz oraz Podgórze. Społeczność żydowska żyła i rozwijała się w każdym z tych miast. Czasem była bardziej ortodoksyjna czasem mniej; czasem powstawała gmina, czasem rodziny żydowskie zwyczajnie asymilowały się i „wtapiały”. Ale w każdym z tych miast były synagogi i domy modlitw – również w Krakowie, że w Krakowie 😉
Problem mały to określić granice – gdzie dokładnie kończył się Kraków a zaczynał Kazimierz lub Podgórze. Dodajmy do tego jeszcze cały wianek wsi, które były wokół Krakowa a teraz są Krakowem. Na przestrzeni wieków granice przecież się zmieniały i przesuwały. Przyjmijmy zatem roboczo, że granica pomiędzy Krakowem a Kazimierzem będzie na plantach Dietlowskich. Po stronie „od Wawelu” – Kraków, po stronie „od Placu Wolnica” Kazimierz.
A co z tymi teraz „ukrytymi” synagogami? 😊 W samym Krakowie było ich ponad dwadzieścia. Część z nich – wiadomo gdzie była ale nic się nie zachowało. Czasem była to wydzielona część kamienicy. Kamienica jest ale z wystroju synagogi nic już nie ma. Czasem jednak wprawne oko dostrzeże ślady historii. Na ul. Św. Agnieszki były dwie synagogi. Pierwsza Stowarzyszenia Izraela Meiselsa, zaprojektowana przez Leopolda Tlachna – obecnie jest to zupełnie nowa kamienica powstała w miejsc tej Tlachny, a i tak delikatnie mówiąc jest w ruinie. Tuż obok niej była (też XIX wieczna) – Synagoga Stowarzyszenia Modłów i Dobroczynności im. Michała Hirscha Cypresa. Teraz jest tam hotel „Alef”. Właściwie nic się z wystroju nie zachowało – oprócz pamięci. Właściciel hotelu i restauracji podtrzymuje pamięć historyczną miejsca. Jak? Wystrojem wnętrza, drobnymi szczegółami: jakaś hamsa, jakaś chanukija… A i sam hotel jeśli jest potrzeba spełnia warunki „Shabbat friendly”. Inny hotel w dawnej synagodze jest na ul. Grodzkiej. To dawna synagoga Mordechaja Tignera zbudowana w 1913 roku a zmodernizowana dwadzieścia lat później. Dla odmiany – tutaj zachowały się jej ślady. Jeszcze po II wojnie światowej było wyposażenie sali modlitw, ale… Historia tak się potoczyła, że co prawda kamienica wpisana została do rejestru zabytków ale zostało niewiele śladów. Obecnie jednak są zaopiekowane i odnowione. Krata z motywem menory i Magen Dawid, świetlik i napis nad wejściem: בית המדרש של ר מרדכי טיגנער זל, (Beit Midrasz rabina Mordechaja Tignera Zella). Gdy ostatnio łaziłam tematycznie z aparatem po Krakowie, usiłując w kadr złapać „ślady historii” – ze zdziwieniem odkryłam, że tuż obok mojego rodzinnego domu na Powiślu – było kilka synagog! Na ulicy Zwierzynieckiej (Cendeszim), na ulicy Kościuszki, na ulicy Lelewela (Bnei Jeszurim) na ulicy Tatarskiej (Bnei Jeszurim)… W samym centrum Krakowa na ulicy Szewskiej, swoją synagogę mieli chasydzi z Bobowej. Też w orbicie Rynku Głównego – bo na ul Szpitalnej była Synagoga Ahawat Raim powstała w 1900 roku za sprawą (finansowaniem) Seliga Hirscha Steifa. W 1940 roku synagogę przejęła parafia prawosławna i we wnętrzu synagogi urządzono – cerkiew… Czy coś z synagogi zostało – nie. Wyposażenie zdewastowano, ściany pobielono… Ale wprawne oko układ architektoniczny rozpozna. Na piętrze – tam gdzie była sala modlitw – jest teraz cerkiew, zaś na galerii gdzie był babieniec – jest teraz kaplica z ikonami Nowosielskiego.
Jeśli bierzemy pod uwagę planty Dietlowskie jako granicę – to na terenie Krakowa mamy też czynną synagogę. Jest współczesna. To sztibł chasydów Chabad Lubawicz. Otwarta i serdecznie przyjmująca wszystkich krakowskich i przyjezdnych ortodoksyjnych Żydów. Tam można spotkać się na modlitwę ale i na studiowanie i na wykłady lub warsztaty (np. takie dla kobiet – organizowane przez rebecyn). Fajne, ciepłe, sympatyczne, żyjące i rozwijające się miejsce.
Była też szkoła dla żydowskich dziewcząt na ulicy Stradom, i na ulicy Dietla dom dla Zakład Wychowawczy Sierot Żydowskich „Beth Megadle Jasomim”, którym zajmował się Dawida Kurzmanna (swoją drogą tam też była niewielka synagoga). Dodajmy jeszcze sporo kamienic krakowskich, projektu żydowskich architektów. Na samej naszej „granicznej ulicy” Dietla są piękne kamienice zaprojektowane przez Beniamina Torbe, Zygmunta Luksa, Ferdynanda Lieblinga lub Jana Zawiejskiego. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej…😊
Sporo śladów historii… Mury potrafią z nami rozmawiać, jeśli chcemy je posłuchać. 😉 Warto patrzeć tak, by zobaczyć…
A wiecie, że w Krakowie są franciszkanie w pakiecie… Myślę, że święci nawet mają problem by, poukładać sobie mentalnie wszelkie odłamy i gałęzie franciszkańskie. A my w Krakowie mamy pakiecik I to wszystko w orbicie Rynku! To znaczy… prawie pakiecik – ale najważniejsze gałęzie franciszkańskiego drzewka, są
Pierwsi do Krakowa przybyli Franciszkanie Konwentualni, zwani czasem potocznie czarnymi, ze względu na kolor habitów. W sumie dość szybko, bo niecałe trzydzieści lat od założenia zakonu. Biskup Wisław się zgodził, kapituła dała grunta i klasztor powstał. No i nieprzerwanie działa do dziś. Cała bryła kościoła i klasztoru ulegała co oczywiste cyklicznym przebudowom (z powodu widzimisię lub z powodu konieczności np. po pożarze), choć właściwie… ogólny średniowieczny rys zachowała. Ale bez najmniejszego wysiłku znajdziemy tu i renesans, i barok, i późniejsze ślady też. Z mojego, subiektywnego punktu widzenia najważniejsza „fabryka” była w XIX wieku, gdy Wyspiański polichromią i witrażami, zrobił łąkę i zagajniki w całym kościele. I do tego jeszcze wpuścił całe stado sensualnych niemal aniołów…
Kolejni przybyli do Krakowa bernardyni (potocznie zwani franciszkanami brązowi – analogicznie ze względu na kolor habitu ). Jan Kapistran zaszalał z żarliwością kazań – i Oleśnicki chcąc nie chcąc zaordynował drewniany kościół i klasztor na Stradomiu – dedykując go św. Bernardynowi ze Sieny (stąd bernardyni). Potem liczne budowy, rozbudowy i remonty… no i mamy barok wnętrza przecudowny Tutaj (znowu subiektywnie) najciekawsza dla mnie ta po potopie szwedzkim, gdy do wystroju wnętrza przyczynił się mocno Lekszycki i jego fantastyczne płótna „Ostatnia Wieczerza”, „Upadek” i „Ukrzyżowanie”.
Następni w kolejce reformaci. To już XVII wiek. Najpierw osiedlili się na Garbarach, potem nieopodal ale już po drugiej stronie muru miejskiego. Nowa lokalizacja okazała się dość wyjątkowa. To znaczy kościół i klasztor klasyczny – według standardów nowej zreformowanej gałęzi franciszkańskiej. Ale krypty… hmmm… mikroklimat się w nich zrobił taki, że grzebane tam zwłoki nie uległy rozkładowi a mumifikacji. Do dziś (czasem krypty są otwierane) można zobaczyć, śpiących snem wiecznym zakonników; żołnierza napoleońskiego; małą dziewczynkę, która wygląda tak jakby przez uchylone nieco powieki podglądała ciekawskich przechodniów i lekko się do nich uśmiechała…
No i na deser kapucyni. Też przybyli w XVII wieku, ale pod koniec. Kościół to cudny barok toskański. A wystrój utrzymany w klimacie klasycznych wnętrze kapucyńskich. Piękne surowe ciepłe w kolorystyce drewno, ramię trzymające krzyż przytwierdzone do ambony, ascetycznie ale z elegancją. W ołtarzu bocznym – „Tułaczka”. To figura Maryi z fasady kamienicy przy ul. Grodzkiej. Pięć lat szukano dla niej lokum, wędrowała po całym klasztorze – w te i we w te . Wreszcie Dogmat o Niepokalanym Poczęciu pomógł i w 1904 roku wylądowała w bocznym ołtarzu. Podobno odwiedzała tę figurę Modrzejewska…
No OK… może na początek wystarczy opowieści o krakowskich odsłonach zakonów I Reguły San Francesco
A wiecie, że w Krakowie porozsypywały się szopki, betlejemki i inne jasełka? W sumie nic dziwnego, okres świąteczny przecież. I nic dziwnego też, że we wszystkich kościołach w ramach dekoracji – mniej lub bardziej tradycyjne, mniej lub bardziej zaangażowane, mniej lub bardziej estetyczne – szopki się instaluje. Podobno w Krakowie najpiękniejsza jest u bernardynów. No nie wiem… Jak kto ciekawy – niech przyjdzie i zobaczy. Taki spacer… Swoją drogą spacer szlakiem „kościelnych” szopek krakowskich może się okazać sporą wyprawą. Mamy w Krakowie daleko ponad 150 świątyń!
Od lat duże zainteresowanie wzbudzała szopka u kapucynów. Bo i warta zobaczenia! Sama betlejemka u stóp grodu Kraka (tak gdzieś niedaleko bramy Floriańskiej… ). A wokół… Krakowiacy w strojach podkrakowskich wsi wywijają – krakowiaka chyba. A przed stajenką w tańcu jakimś (chocholim prawie bo cały czas w kółko…) i papież, i o. Pio, i Kościuszko na koniu, i Sobieski (też konno). Nawet jakiś dziwny gość zawitał – bo w miejsce św. Mikołaja (tego z Bari) pojawił się krasnal uzurpator – też czasem Mikołajem zwany. No i aniołowie fruwają, i gwiazda też podryguje. Kiedyś dodatkową atrakcją była możliwość spotkania brata Józia – zakrystiana (persona znana w Krakowie była z licznych dykteryjek, które o nim krążyły). Gdy dzieci gromadziły się przy szopce – dla podniesienia atrakcyjności – miał zwyczaj robić śnieg, z góry sypiąc proszek ixi… Po „spektaklu” zbierał proszek odkurzaczem i… da capo! Aromat w całym kościele był niepowtarzalny!!!
Ciekawa szopka u św. Anny. To jakieś lapidarium. Wszystkie figury – odlewy gipsowe, popiersia, pomniki tych znanych i z Krakowem związanych. Takie kadry historii ale zaklęte w gipsowym odlewie. „Dziecięciem będąc” lubiłam natomiast oglądać szopkę u „czarnych” franciszkanów. Kiedyś wypełniała całą przestrzeń kaplicy Salomei. Z przodu stał leciwy odrapany aniołek, który kiwał głową gdy wrzuciło się pieniążek. Dzieci były zachwycone!!! Rodzice ciut mniej…
Ale w Krakowie mamy też rodzimą lokalną produkcję na okoliczność Bożego Narodzenia – Szopki Krakowskie. Od niedawna są na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Od lat na początku grudnia szopkarze krakowscy prezentują swoje dzieła na rynku pod Adasiem. A cudeńka to prawdziwe!!! Od takich, które w skorupce orzecha się mieszczą do gigantów na kilka pięter co i kilku rosłych chłopa by unieść musi się natrudzić. Potem konkurs, laury i wystawa. Kiedyś była w Auli św. Maksymiliana, potem w Krzystoforach, potem w Celestacie, teraz na powrót w Krzysztoforch. Ale i od kilku lat w gablotach i na witrynach kilkadziesiąt szopek po całym Krakowie jest porozstawianych. Szopka krakowska musi mieć elementy z architektury Krakowa zaczerpnięte (co krakowsko cudne) i musi być staniolem błyszcząca (co świąteczne pięknie)… no… i piękne i w pejzaż Krakowa się cudnie wpisuje dekorując go świątecznie jak bombki na choince.
A wiecie, że w Krakowie to mamy dwa biskupstwa? Kiedyś wieś podkrakowska, obecnie dzielnica Krakowa – Tyniec. Właściwie słynie głównie z opactwa benedyktynów, którzy w XI wieku postanowili sobie tutaj właśnie zamieszkać. I choć historia Tyńca znacznie wcześniejszych czasów sięga to od momentu osiedlenia się tu mnichów – Tyniec cokolwiek słynny się zrobił. Burzliwe dzieje opactwo przechodziło. Teren trudny, przygraniczny, a i do Krakowa blisko było… No na linii strzału się benedyktyni osiedlili… Co nie przeszkadzało im pędzić życie religijne, kulturowe, naukowe… A i gospodarcze nienajgorsze, bo w XV wieku byli jednym z najbogatszych opactw na ziemiach polskich. Świątynia opactwa (barokowa, choć ślady wcześniejszych się zachowały) dedykowana jest św. Piotrowi i Pawłowi – stąd herb benedyktynów tynieckich na tarczy w polu czerwonym, dwa klucze w krzyż i miecz (atrybuty hagiograficzne tych dwóch świętych). XIX wiek dla benedyktynów okazał się dość trudny. Powrócili do Tyńca dopiero w 1939 roku – po 123 latach… Teraz – kwitnie! Prowadzone prace konserwatorskie przywracają coraz pełniej niekwestionowany blask tego miejsca.
No a co z tym biskupstwem? Ano w XIX wieku opactwo zostało zlikwidowane decyzją władz austriackich a w zabudowaniach osadzono biskupa, erygując tym samym biskupstwo Tynieckie, potem do Tarnowa przeniesione. Ale fakt jest! W granicach współczesnego Krakowa – mieliśmy dwa biskupstwa i to oba katolickie.
Z innych opowiastek? Ano w Tyńcu robiono słynne magierki – czapki, w których chętnie chodzili krakowiacy z obu stron Wisły. To taką właśnie czapkę przywdział sam Kościuszko, choć w ikonografii często w rogatywce jest przedstawiany. To magierką w gospodzie, w chłodny dzień ogrzewał swoje stopy jak skarpetą – wzbudzając tym samym niepochamowane oburzenie widzących ten zabieg, podkrakowskich chłopów! Sienkiewiczowa gospoda „Pod lutym turem” – tutaj właśnie była, a i Kraszewski tyniecki anturaż sobie zaordynował w „Braciach Zmartwychwstańcach”. No i nie zapominajmy o dość skomplikowanej i przewrotnej historii miłosnej Walgierza i zmiennej w upodobaniach Helgundy.
U stóp opactwa Brama Tyniecka – czyli przełom Wisły i przystań wodna. Nie tylko łódki i kajaki różnorakie tu się zatrzymują. Upodobało sobie zaciszny brzeg tyniecki ptactwo wszelakiej maści. Cudnie się wdzięczy w reflektorze zachodzącego słońca. Teatr panie… teatr…
A! W Tyńcu Wielkanoc jest przez okrągły rok Takie wzgórze mają… W sumie żadna sensacja, że akurat tam w tym roku pierwsze bazie znalazłam
A wiecie, że w Krakowie mamy „Koronę szczytów”? No ok ok… Te szczyty, to kopce w liczbie cztery i pół – ale zawsze to jakieś wzniesienia…
Najstarszy to Kopiec Kraka. Tylko 16 – metrowy ale na wzgórzu Lasoty – wiec wrażenie robi Długosz (Kadłubek też) uważał, że pochowany tam jest Krak – założyciel Krakowa, smokobójca i ojciec Wandy oraz Libuszy. Podobno lud Krakowa sypiąc go przynosił ziemię w rękawach (dlaczego akurat tak – nie pojmę…) stąd do dzisiaj obchodzone tam święto Rękawki. Tak naprawdę nazwa święta raczej od słowa raka – czyli grób, pochodzi. Sam kopiec to solidna konstrukcja jednak. Słup a wokół niego wyplatane przegrody z ubitą ziemią. Więc raczej żaden spontan a przemyślan koncepcja i wykonanie. Na temat tego – co to właściwie jest? – teorii co najmniej kilka. Bo to jedni uważają, że grobowiec jakiś celtycki inni że tak pomiędzy VII a X wiekiem po prostu usypany, jeszcze inni widzą w nim nordyckie lub scytyjskie pochodzenie. Badania archeologiczne dały sporo znalezisk (np. kultury łużyckiej), z czego większość pewnie przywleczonych z glebą w trakcie sypania… Samego Kraka – nie znaleźli. Znaleźli za to korzenie kilkusetletniego dębu – ściętego co ważne. Podobno było to miejsce kultu przedchrześcijańskiego. Ładnie tu. Widok prima sort. Azymut z kopcem Wandy fajny – tak na wschód i zachód słońca. No i świadomość tego dębu… No nie dziwię się, że od jakiegoś czasu tu właśnie zbierają się ludzie obchodzący w sposób tradycyjny Kupalnockę…
Kopiec Wandy ciut niższy bo ma 14 metrów. Wzniesiony był na terenie wsi kiedyś zwanej „Święta Mogiła” co sporo tłumaczy… chyba… To też miał być grobowiec. I to skoligaconych bo Wanda to wspomniana córka Kraka. Kopiec usypany został prawdopodobnie w VII/VIII wieku. Pochodzenie – jak wyżej, nieznane. Hipotez – wiele. To też mają wspólne. Taka tradycja rodzinna widać… Kopiec według legendy miał być usypany w miejscu, w którym znaleziono zwłoki Wandy po tym jak się do Wisły rzuciła, by niechcianego małżeństwa uniknąć. Choć może tu też było jakieś miejsce kultu. A może jakieś cele astronomiczno-astrologiczne? Te zachody i wschody i azymut dwu kopców chyba nie są tak do końca i zupełnie przypadkowe. Kto wie… Widok stąd mniej porywający ale za to na samym czubku kopca stoi orzeł projektu Jana Matejki.
Tak by chronologię zachować – był w Krakowie też kopiec Estery usypany w XIV wieku dla ukochanej Kazimierza Wielkiego. Ale się nie zachował.
Najbardziej znany z kopców krakowskich jest Kopiec Kościuszki. Około 35 metrów! Jest gdzie się wspiąć! Zaczęto go budować w 1820 roku. I szybko się uwinęli, bo w trzy lata. Kopiec upamiętniał powstanie kościuszkowskie – dlatego i też odrobinę ziemi z pól bitewnych (Racławice, Maciejowice i Dubienka) przywiezione. Idea wzniesienia go pojawiła się na fali kultywowania pamięci, wręcz kultu bohaterów narodowych. A że Kościuszko – szyty na miarę na taką okoliczność to i kopiec dostał. Potem Austriacy wznieśli dookoła fortyfikacje i całość zrobiła się monumentalna i mocno przyciągająca dzisiaj turystów. Nie tylko dlatego, że pejzaż stąd cudny ale i kompleks interesujący. A jak jeszcze iluminacje się trafią – to cudny i z dołu i z góry oglądany.
Kopiec Piłsudskiego (tak naprawdę Niepodległości ale my go w Krakowie znany jako kopiec Piłsudskiego) jest największy. Ponad 35 m. No ok ciut ciut ale jednak pobił w wysokości Kopiec Kościuszki. Usypany w latach 1934–1937, z powodu i na okoliczność – no jak sama nazwa wskazuje. Tu dla odmiany ziemia z pól bitewnych I wojny. Znowu tradycyjnie (oj lubimy w Krakowie tradycje, lubimy…) W czasie II wojny Frank wydał rozkaz zniszczenia kopca. Nie wykonano rozkazu – kopiec przetrwał… Po II Światowej tak nam się ustrój poukładał, że kopiec pod takim imieniem nie miał racji bytu i musiał być programowo dewastowany przez władze. Ale i to przetrwał… Teraz odnowiony, z zagospodarowaną fajnie przestrzenią tak w duchu historycznej pamięci walk. Pięknie oko cieszy i fajny cel spacerów.
No i najnowsza produkcja. Kopiec (kopczyk właściwie…) Jana Pawła II. No rozmachu nie ma, nie ma… Raptem jakieś 7 metrów. Tak dla zauważenia go z dala na szczycie krzyż. Nie wiem czy nie wyższy niż sam kopiec, a na pewno takie wrażenie robi. Ja nawet nie wiem czy od początku to wzniesienie na posesji Zmartwychwstańców było dedykowane jako kopiec JPII, czy to jakoś wtórnie wyszło. Ale poświęcony w 1997 został i upamiętniać miał nawet nie samego papieża co jako pamiątka IV pielgrzymki do Polski robił.
Wszystkie cztery duże kopce – fajnie zadbane, z przemyślanym otoczeniem. Wanda – najmniej uczęszczana, może dlatego że blisko kombinatu jednak. Widokowo też najsłabiej. Do Piłsudskiego trzeba leźć i leźć bo w środku lasu. On jest z takim klimatem narodowym wokół. Pewnie przez te dęby pamięci i samą nazwę przecież też. Największą infrastrukturę otoczenia ma Kościuszko. Ładnie ale jakby to powiedzieć żeby tylko trochę obrazić… Marketingowo tak jakoś… Ale ok – takie miejsca też potrzebne.
Dla mnie numerem jeden jest Krakus! Kopiec jak kopiec ale anturaż wokół… CUDNY!!! Najpiękniejszy widok z niego na Kraków. A dokoła – kamienie bielą się w trawie, czasem w sposób przemyślany jakiś poukładane jakby ślady czasów zaprzeszłych wyglądały z ziemi… Aż kusi by zrobić tu jakiś miły „biwak” z grillem w towarzystwie spoglądającego z góry księżyca i gwiazd odbijających się w oknach krakowskich kamienic.
A wiecie, że w Krakowie to mamy taki Krucyfiks, który do fryzjera chadzał? To znaczy obecnie w Krakowie… Bo cystersi osiedlili się w 1222 w podkrakowskiej wsi Mogiła, która dopiero wiele, wiele wieków później do Krakowa została włączona. W sumie osiedlenie zgodne z preferencjami zakonu, w którym nowe fundacje preferowało się zakładać na wsiach. Nie bez przyczyny Mogiła szybko stała się miejscem pielgrzymek. W bazylice znalazła swoje miejsce nie tylko cudami słynąca figura Ukrzyżowanego. W opactwie (co nie dziwi przy tak wielowiekowej historii miejsca) jest też sporo relikwii. Między innymi, nie potwierdzone chyba, relikwie Drzewa Krzyża. Obecna bazylika odbudowana została barokowo po pożarze na początku XVIII wieku ale metryczkę świątynia posiada XIII wieczną. W absydzie – XV wieczny poliptyk z figurą Matki Bożej z Dzieciątkiem w części głównej. Można tu także zobaczyć prace Samostrzelnika, można posłuchać zupełnie niczego sobie, 36- głosowych organów kościelnych…
Dla cystersów, generalnie ważne miejsce zajmuje kultura agrarna. Ci mogilscy nieźle gospodarowali. Wprowadzali nowinki ze świata dla podniesienia wydajności upraw, osuszali ziemie dając im rolny charakter, wypasali bydło itd. itd. Były też ogrody warzywne, oranżeria, stawy a nawet młyn, folusz i huta miedzi! Teraz już jakichś ogromnych włości, upraw czy hodowli nie posiadają ale ogród – jest! I to zupełnie ładny. Część zmieniono na plac ale bliżej klasztoru – zielnik. Potem szpaler cudownie szumiących starych drzew a za nimi szklarnie i warzywniak. Gdzieś na grządkach (nie widziałam ale na słowo wierzę ) rośnie proso jerozolimskie, z którego mnisi różańce robią. Taka atrakcja!
A co z tym Krucyfiksem? Ano jest w kościele mogilskim kaplica gdzie w ołtarzu – figura Ukrzyżowanego, która posiada naturalne włosy (peruka i perizonium od XV wieku zakrywa ślady nadpalenia po jednym z pożarów kościoła). Figura słynęła cudami od XIII wieku. Była miejscem pielgrzymek, do którego przybywali nawet monarchowie. A legendy? Jest ich całe mnóstwo. Między innymi podobno widok Jezusa miał dwukrotnie odstraszyć atakujących i chcących ograbić opactwo Tatarów. Inna legenda głosi, że figura potrząsnęła głową zrzucając hełm, gdy dla żartu jeden z żołnierzy ją tak właśnie „udekorował”. Ale najbardziej znana w Krakowie jest ta legenda z włosami, które miały odrastać. Lud pobożny zabierał podobno obcięte włosy jak relikwie, które cuda uleczeń miały dokonywać. I tak było, aż do momentu gdy jakaś mieszczka chciał w ten sposób uleczyć swojego pupila – psiaka… Według innej wersji, włosy peruki zaczęły rosnąć ale nie były obcinane. O kosmyk ich poprosiła w chorobie Bona. Jeden z zakonników odważył się kosmyk uciąć. Królowa wyzdrowiałą ale włosy przestały rosnąć. Tak czy tak, fryzjer chyba na razie nie jest potrzebny, bo nie widać by teraz włosy miały być dłuższe niż przed wiekami…
A wiecie, że w Krakowie jest ponad siedemdziesiąt parków, lasków i ogrodów? A jeśli dodamy do tego wirydarze i ogrody klasztorne oraz ukwiecone ogrodowo kwadraty w zabudowie Krakowa (tego historycznego; Krakowa, Podgórza, Kazimierza itd. itd.) To zapewne liczba się podwoi lub potroi. Wiem, środek lata to nie jest dobry czas na zdjęcia parków. Monochromatyczna zieleń, trudno znaleźć pazur, albo choć jakiś akcent barwny… Ale za to w środku lata (zwłaszcza upalnego!!!) są to cudowne miejsca wytchnienia i relaksu!!
Jedno z większych krakowskich założeń parkowych to Planty. Założone zostały w latach 20-tych XIX wieku w miejscu fosy i murów obronnych Krakowa. Teren po wyburzeniu fortyfikacji był jednym wielkim wysypiskiem. Pomysł splantowania (stąd nazwa) i zaordynowania w tym miejscu Plan okazał się cudownym. Zwłaszcza, że miejsce okazało się wyborną lokalizacją dla pomników. A my w Krakowie pomniki kochamy!! Skoro o pomnikach mowa – w parku Jordana też jest ich sporo. Obecnie ponad pięćdziesiąt. Inicjatorem założenia parkowego był dr Henryk Jordan, zaś sam park powstał w 1889 roku. Tuż po otwarciu, przy bramie, w mleczarni Eweliny Dobrzyńskiej, odwiedzającym park – serwowano kubek mleka. I zdrowo i pożywnie Nieopodal pawilon gimnastyczny… Wyróżniający się w ćwiczeniach dostawali od dr. Jordana książeczki oszczędnościowe z wkładem 5 guldenów! Tuż obok jest park–łąka, czyli krakowskie Błonia. Pierwsze wzmianki o tej łące pochodzą z XII wieku (Jaksa z Miechowa darował ów teren bożogrobcom). Przez wieki – na Błoniach zawsze coś się działo ważnego, to powitanie jakiegoś poselstwa, to defilada wojskowa, albo msza papieska… Do niedawna na błoniach, wypasano z nadania królewskiego, bydło! Tak tradycja Są jeszcze Skałki Twarowskiego, gdzie Mistrz prowadził czarnoksięską szkołę i Skałki Panieńskie, gdzie norbertanki schroniły się przed Tatarami, i park Grechuty, i Bednarskiego w Podgórzu, no i Decjusza z połowy XX wieku. Listę ogrodów rozpocząć należy oczywiście od Botanicznego ale ogrody klasztorne w Krakowie zakładane były (i przetrwały do dzisiaj !) od wieków średnich. Wspomniany Ogród Botaniczny powstał w XVIII wieku dla Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest chyba najstarszym tego typu w Polsce. Kilka lat temu byłam w Ogrodzie Botanicznym na koncercie i wystawie. Koncert – OK, choć bez szału. Potem artysta plastyk wystąpił mówiąc długo i z zaangażowaniem o swoim geniuszu. A potem zobaczyliśmy dzieło. Pomalowane w kolorach ostrych żółcieni kawałki styropianu pływały po sadzawce…
Niezależnie od preferencji artystycznych, parków i ogrodów ci u nas dostatek! Jest gdzie połazić – jak wola – albo w towarzystwie tłumów spacerowiczów, albo w towarzystwie własnych myśli…
A wiecie, że w Krakowie smoki z całego świata co roku zlatują na imprezowy weekend? W czerwcu, już kolejny raz Teatr Groteska organizuje Wielką Paradę Smoków. Przecież Kraków to smocze miasto jak nic! W 2000 roku do Krakowa zaprosił smoki z całego świata dyrektor teatru Groteska – Adolf Weltschek. I tak rokrocznie (z przerwą, którą zaraza wymusiła) gady do Krakowa się zlatują wpaść na kawę do Wawelskiego. W sobotę głównym wydarzeniem jest spektakl światło-muzyka. W zakolu Wisły u stóp Wawelu, smoki brykają i na wodzie i na lądzie i w powietrzu. W sumie kto smokom smoczyć zabroni! A w niedzielę spod Wawelu (właściwie u wylotu Grodzkiej) rusza parada smocza na Rynek. Gwarnie, tanecznie, muzycznie, kolorowo, smoczo! Bo smoki fajne są… A ten wawelski miły dodatkowo – zaprasza kolegów i krewniaków do Krakowa. A co…
A wiecie, że w Krakowie mamy miasto w mieście? W sumie to nawet nie jedno! Istniejące od 1335 miasto Kazimierz zostało decyzją z 1792 (w rzeczywistości osiem lat później niż decyzja) wcielone do Krakowa. W 1495 roku na terenie części miasta (dawnej wsi Bawół) Olbracht ustanowił miasto Żydowskie. Więc tak właściwie to mamy miasto w mieście a w tym mieście jeszcze jedno miasto! Społeczność Żydowska mieszkała tutaj i rozwijała się wiele wieków, budując ważny ośrodek kultury, sztuki, myśli, handlu itd. Co zostało do dzisiaj z przestrzeni urbanistycznej? Całkiem sporo. Choć nie łatwo było przetrwać…
Dla każdej społeczności żydowskiej najważniejszym obiektem jest – mykwa! Według Halachy gmina, która nie ma swojej mykwy nie może być uznana nawet za wspólnotę. Co to mykwa? Ano budynek do obmyć rytualnych osób praktykujących (lub przyjmujących) judaizm ale i przedmiotów, by stały się koszerne. Na krakowskim Kazimierzy mykw było sporo. Najbardziej spektakularna – Wielka Mykwa. Jest do dzisiaj choć przebudowana wielokrotnie i nie widać jej średniowiecznej metryczki. Nie jest też czynna. Same baseny były w piwnicach, schody są, obrys basenów też ale w mykwie teraz jest kawiarnia i hotel. Czy obecnie można pójść do jakiejś czynnej? Oczywiście. Co do zasady każdy naturalny zbiornik wodny jest koszerny i można go użyć ale takie mykwy, że mykwy też są w Krakowie np. przy Miodowej albo w hotelu Eden…
Mamy mykwę – można budować synagogę (swoją drogą w piwnicach większości synagog – mykwy też instalowane były)… W Krakowie zachowało się ich wiele, z czego część jest nadal otwarta a niektóre też czynne.
W połowie XVI wieku zbudowana została synagoga Remu. Przy głównej ulicy – Szerokiej ufundował ją kupiec i bankier królewski Izrael Isserles Auerbach! Z przeznaczaniem była dla znanego uczonego i rabina Mojżesza Isserlesa (prywatnie syna fundatora). Powszechnie nazywany był Remu – stąd i nazwa synagogi. Gdy dzisiaj do niej weszłam – pierwsze co zobaczyłam to dwa zielone krzesła… Wciąż mi się pojawiają… Kiedyś o nich opowiem… A w samej synagodze – ładna bima na środku i bardzo dekoracyjny Aron ha-kodesz.
Kolejna obecnie czynna synagoga – to Kupa. Kiedyś była wkomponowana w mury miejskie (mały fragment ich się ostał). W 1643 została ufundowana z kasy kahalnej, ze składek (stad nazwa). Jest barokowa. Fragmenty polichromii się zachowały całkiem niemałe. Między innymi znaki zodiaku. Wodnik i Baran też są…
W XIX wieku dla społeczności Żydów postępowych (reformowanych) wzniesiona została synagoga Tempel. Eklektyczny budynek o bardzo ciekawej polichromii i generalnie całym wystroju bardzo dekoracyjnym i kolorowym.
Te trzy są czynne (i zabytkowe. Bo czynna jest też synagoga chasydów. Ale jest zupełnie współczesna w wystroju i zupełnie niedawno założona). A kolejne, które są otwarte i można je zwiedzić również wewnątrz? W 1664 wybudowana została synagoga Izaaka (obecnie w remoncie). Ufundował ją Izaak Jakubowicz. Byłam wewnątrz kilka razy, wiele lat temu. Duża sala modlitewna, stiuki, trochę zachowanej polichromii. I nieeesamowita akustyka!
Wyjątkowa jest XVI wieczna synagoga Wysoka. Bo… na piętrze. Wysoka piętrowa konstrukcja trochę przypomina realizacje znane z Europy południowej. Podobno zbudowali ją Żydzi Sefardyjscy. Może dlatego tak wygląda…
Przy ulicy Szerokiej jest też XVII – wieczna Synagoga Poppera (Bociana). Piękna była i o bogatym wystroju. Och Poppera było stać na rozmach! Teraz czynna nie jest ale w przeciwieństwie do dwu wcześniej wymienionych – wejść do środka można. Jest tam teraz księgarnia i w dawnym babieńcu – sala wykładowa.
No i jest jeszcze Stara Synagoga – ale to jest obecnie Oddział Muzeum Krakowa (wiec powiem o niej innym razem. Wtedy będzie też czas by poopowiadać co w każdej synagodze jest i gdzie i jak się nazywa i do czego służy …).
Czy synagog, domów modlitw, mykw itd. itd. było w Krakowie na Kazimierzu i poza tymi wymienionymi miejscami więcej? No pewnie! O każdej (istniejącej i nie istniejącej, można mówić i mówić… Ale to na kolejne opowieści!