Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 61 of 89)

Warszawa – 22 Festiwal „Sinfonia Varsovia swojemu miastu”

22 Festiwal „Sinfonia Varsovia swojemu miastu” został zainaugurowany!!! 😊

Fajnie ma ta Warszawa… Dostaje festiwal muzyczny od fantastycznych muzyków. Właściwie więcej niż festiwal bo przez najbliższe dni koncerty i warsztaty „Moje ciało – moje miejsce – moja muzyka”. A sam koncert inauguracyjny? Super! Lekki, letni repertuar, doskonałe wykonanie, dyrygent – zrobił show, całość pod czujnym okiem Dyrektora Sinfonii, który ciepłym głosem rozpoczął – i… niech się dzieje festiwalowo dla Warszawy (przy czym goście z różnych zakątków Polski też się załapali 😊)

Wykonawcy:

Kwartet saksofonowy:

Paweł Gusnar – saksofon sopranowy

Oskar Rzążewski – saksofon altowy

Krzysztof Koszowski – saksofon tenorowy

Wojciech Chałupka – saksofon barytonowy

Sinfonia Varsovia

Aleksandar Marković – dyrygent

Mariusz Gradowski – prowadzenie koncertu

Program:

Claude Debussy – Preludium do „Popołudnia Fauna”

Arthur Honegger – Pacific 231

Philip Glass – Koncert na kwartet saksofonowy i orkiestrę

Maurice Ravel – Bolero

Ukraina – Berdyczów

Znam kilka osób, dla których powiedzenie „pisz pan na Berdyczów” wymyślone zostało! Niedawno dowiedziałam się, że owo znane powiedzenie nie oznacza „i tak mnie nie znajdziesz”, tylko wręcz przeciwnie. W Berdyczowie bywało się przynajmniej raz w roku więc istniała nadzieja, że korespondencja adresata dopadnie. Niezależnie jednak od kontekstu doczekać się na odpowiedź „z Berdyczowa” to przedsięwzięcie graniczące z cudem!

O samym mieście jednak. Berdyczów był jednym z prywatnych miast Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Należał ongiś do wojewody kijowskiego Janusza Tyszkiewicza. Ze względu na położenie i stację kolejową stał się ważnym centrum przemysłowo – handlowym. Od XVIII wieku organizowano tu (na mocy przywileju) aż dziesięć jarmarków rocznie. Nie sposób było nie być w Berdyczowie choć raz na rok jeśli ktoś handlem i „interesami” się parał.

Berdyczów był także ośrodkiem religijnym. Łaskami słynącym obrazem Matki Boskiej Berdyczowskiej opiekowali się karmelici w słynnym klasztorze nazywanym Fortecą Najświętszej Marii Panny (karmelici utrzymywali tu załogę a całość była naprawdę twierdzą). I faktycznie jak forteca wygląda do dziś. Tutaj prowadzona była także szkoła, drukarnia, szpital itp. Choć mocno zniszczony (klasztor podzielił los większości kościołów za naszą wschodnią granicą. Tutaj mieściło się między innymi więzienie a budynek poddawany był celowej i planowej dewastacji) nadal budzi zachwyt. W Berdyczowie byłam dobrych kilka lat temu. Karmelici wówczas powrócili do klasztoru i prowadzili prace remontowe na dużą skale. Czynna była tylko niewielka, niemal nie wyposażona kaplica. Cała reszta to jedna wielka „fabryka”. I jak zwykle (albo – jak często) gdy podróżuję po Ukrainie zrobiło mi się smutno. Taka perła barokowej architektury, taka perła historii, taka perła polskości i tak zniszczona, zbrukana i zbezczeszczona… Gdy pierwsze emocje opadły, i zaczęłam się snuć pomiędzy rusztowaniami, trochę jak w matrix przeniosłam się kilka setek lat wstecz. I prawie usłyszałam gwar kupiecki, szepty modlitw, wystrzały armat… Mam nadzieję, że klasztor dziś już odnowiony oczy cieszy. I mam też nadzieję, że nie zamurowano „tajemnego przejścia” do XVIII wiecznego Berdyczowa, które gdzieś tam w klasztorze jest…

Berdyczów też jest ważnym miejscem na mapie chasydyzmu. Tutaj pracował słynny Lewi Icchak z Berdyczowa. Tutaj jest też jego ohel bo w Berdyczowie zmarł w 1810 roku. Fajny był z niego cadyk! Uczył że super fajnie jest być Żydem i wypełniać nakazy Tory. Uważał też że w każdym człowieku jest jakieś dobro. Małe, większe, duże – ale jest. Lubił śpiewać (to jeden z powodów dla których lubię chasydyzm! 🙂 ) i najwyraźniej robił to dobrze bo na przykład powszechnie znane Got fun Awrom lub śpiewane na Hawdalę A Dudele – jemu się przypisuje. No i poza wszystkim – wybitnym uczonym był. I radosnym też. To czasem na szczęście idzie w parze…

Ukraina – Biała Cerkiew, Aleksandria

Dawne miasto królewskie – Biała Cerkiew. Początki miasta sięgają IX wieku. Kiedyś należało do Rusi Kijowskiej, Księstwa Litewskiego, potem jeszcze do województwa kijowskiego Korony… Po tutejszym zamku śladów właściwie nie ma, a imponujący musiał stanowić widok, skoro aż czterema rondlami otoczony był i głęboką fosą. Trzy zwodzone bramy i dwadzieścia pięć armat, nie licząc moździerzy broniło do niego dostępu. W Białej Cerkwi są za to do dziś dwie synagogi, kilka cerkwi i kościołów i… aż dwa pałace Branickich – zimowy i letni. Ten zimowy, XVII-wieczny – w 1917 mocno zniszczony został. Ten letni – w XVIII wieku wzniósł Franciszek Ksawery Branicki dla swej żony Aleksandry. Pałac otacza cudowny park zwany Aleksandrią. Fantastyczne miejsce! Uniesienie było powodem jego powstania i emocje (by nie rzec, że uczucie) tu się wyczuwa. W lecie pełne zieleni, ciszy, ćwierkotu ptaków, szumu wody… Gdzieniegdzie jakiś pomnik się czai, albo resztki budynków (tak im wyszło, że resztki lub takie celowe – od początku zbudowane jako resztki) w tle wspomniany pałac… Można się cudownie zagubić. 🙂 Dzisiaj ktoś mi przypomniał, że dobrze jest się czasem zresetować – w górach, nad morzem, w parku… To prawda… przypomniał mi się szum morza, świst wiatru w górach, szelest drzew… przypomniało mi się kilka miejsc… przypomniała mi się Aleksandria…

Ukraina – Kijów, Ławra Peczerska

Z wielkim sentymentem wspominam pobyt w Kijowie. A spośród wielu miłych chwil tam spędzonych, szczególnie – odwiedziny w Peczerskiej Ławrze na zaproszenie pewnego diaka, który zresztą służył oprowadzaniem po całym kompleksie. Pierwsze ślady Ławry to XI wiek i działalność misyjna mnichów Antoniego i Teodozjusza. Drugi ihumen – Teodozjusz wprowadził tu regułę studycką. Bardzo szybko miejsce zasłynęło cudami ale i jako ośrodek naukowy i dziejopisarski. Tutaj powstał Latopis Nestora a sam kronikarz spoczywa w podziemiach. Obecny wygląd zabudowań Ławry Peczerskiej to czysty, kapiący złotem i ozdobami wszelakimi barok! Ależ błyszczą w słońcu złote kopuł i wieżyczki! I wszędzie pachnie cudownie kadzidłem… To cudo architektoniczne powstało z inicjatywy bp. Piotra Mohyła ale oczywiście rozbudowa trwała przez XVII i XVIII wiek. Powstał wtedy sobór, cerkwie i zabudowania monastyru. W 1990 Ławra i sobór Sofijski został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Obecnie – górna ławra – to głównie obiekty muzealne służące raczej jako obiekty turystyczne niż sakralne (choć ta druga funkcja nadal istnie). To między innymi cerkwie nadbramne (Trójcy oraz Wszystkich Świętych), cerkiew refektarzowa, cerkiew domowa itd. Dolna Ławra – to bliskie i dalekie pieczary – a tam naziemne i podziemne cerkwie. Tam życie monastyczne trwa.

Ale największe wrażenie robią podziemia Ławry! Drogę oświetla jedynie świeca, którą się zapala przy wejściu i zabiera ze sobą. Na dole też jedyne światło to świece i lamki oliwne. I klimatycznie i duchowo trochę i tak straszno też. W podziemiach ikony – to jasne, jakieś cerkiewki – no też, no i mnóstwo zmarłych, którzy wcale nie kryją się w zamkniętych szczelnie sarkofagach. Trumny są przeszklone, kości położone luzem w wykutych niszach… Po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do mroku ale i do widoku ludzkich szczątków zerkających niewidzącymi oczyma zza każdego węgła. I… za którymś zakrętem w wykutej niszy… Łypnęło na mnie oko. Ale takie zupełnie żywe!!! Matko kochana jak się wystraszyłam! Żywego a nie martwego!!! Okazało się, że niektórzy mnisi za zgodą przełożonego mogą czasowo przebywać w tych katakumbach cmentarnych na szczególnej modlitwie, medytacji… jakoś tak. No… Chyba bogobojny mnich pojęcia nie miał, że łypnięciem oka o zawał mnie prawie przyprawił. Dalej pogrążony w medytacji – myślę, że nie zanotował nawet w świadomości moich odwiedzin…

Ukraina – Odessa

Odessa – wizualnie dla mnie, to taki Wiedeń wschodu. Pokręcone dzieje miała. Osada portowa grecka (właściwie dwie sąsiadujące osady), która przechodziła z rąk do rąk. Należała między innymi do Gotów, Hunów, Awarów, Madziarów, potem była częścią Rzeczypospolitej Obojga Narowów, potem Turcy i Rosja itd.

Odessa to miasto filmów. Oczywiście pierwsze skrzypce grają Schody Potiomkinowskie, ale dla mnie Odessa to „Deja Vu” i genialny Jerzy Stuhr. To jeden z filmów, które zawsze poprawiają mi nastrój, ale też to jeden z filmów, który rozbawić może tylko słowiańską duszę. 🙂 Bo i Odessa jako scena – nadaje się i szyta na miarę! Architektura głównie XIX wieczna, secesyjno-eklektyczna, monumentalna, wyniosła, z rozmachem. Cudownie wygląda Pasaż. To nie galeria handlowa – to istny salon! Imponująco prezentuje się też Teatr Opery i Baletu. Właściwe na każdej ulicy w centrum historycznym zobaczyć można fantastyczne fasady kamienic, miejskich pałaców, cerkwi, kościołów, synagog itd. tutaj wszystko tchnie Europą i to na najwyższym poziomie i równocześnie wszystko tchnie słowiańskim wschodem! Taki dziwaczny mix.

W Odessie jest monastyr czarnomorski. Tam, pierwszy i jak dotąd ostatni raz widziałam mniszkę wielkiej schimy. Przygarbiona starowinka szła gdzieś podpierając się laską. Zupełnie nie zauważyła, że jej kukulion i analobos pobrudził się woskiem kapiących świec. Zupełnie nie zauważała właściwie całego świata wokół. Ludzie mijając ją zwalniali nieco kroku, ale nie witali się, nie zagadywali. Jedynie z szacunkiem patrzyli. A ona, ciepło uśmiechała się do własnych myśli i gdzieś sunęła postukując cichutko laską. A wokół w monastyrze wrzało! Tam biegali mnisi z taczkami – bo coś trzeba wyremontować, mniszka przepasana fartuchem pędziła do kuchni, jakiś mnich wyganiał za pomocą solidnego kija duchy nieczyste z jakiegoś chłopca (młodzieniec wyraźnie wyglądał na osobę niepełnosprawną intelektualnie…), tutaj przysiadły jakieś pobożne kobiety czekając na błogosławieństwo, tam mężczyźni prowadzą głośne i ożywione rozmowy – ot, normalny dzień z życia monastyru! I ta mniszka, jakby już nie z tego świata…

W Odessie synagog było wiele. Dzisiaj są trzy zaledwie. Najbardziej reprezentacyjna chyba była Synagoga Brodzka (czasem nazywana też Starą). Na szczęście przetrwała. Budynek XIX wieczny a zbudowana była dla społeczności reformowanych Żydów. Nazwa – do pierwszego jej chazana i rabina Blumentala z Brodów. W czasach radzieckich – wiadomo, pod górkę… Ale w 1996 na Rosz ha-Szana – znowu zabrzmiał w synagodze szofar! A teraz odrestaurowana służy społeczności. Jest tu wszystko co potrzebne: mykwa, sala modlitw z Aron ha-kodesz i z bima, biura gminy a nawet zaczyna się jesziwa konstytuować powoli.

Ot cała Odessa… Raz słychać szofar, raz dzwony kościelne a raz chór cerkiewny…

Ukraina – Humań, Park Zofiówka

„Romantyczność” nie jedno ma oblicze. Czasem to kolacja na dachu kamienicy w świetle księżyca, jakiś drobiazg ofiarowany bez powodu, czasem wieczorny spacer brzegiem morza a czasem wizualizuje się tak jak Zofiówka w Humaniu. W 1796 roku ten piękny krajobrazowy park założył Stanisław Szczęsny Potocki dla swej ukochanej żony i nazwał go jej imieniem. Wiem, niektórzy sugerują, że to prezent od zdrajcy dla ladacznicy, ale ja wolę myśleć o Zofiówce jako romantycznym uniesieniu… W każdym razie to przedsięwzięcie, które pochłonęło gigantyczne sumy, stało się jednym z cudowniejszych założeń parkowych Europy. 180 hektarów sentymentalnego parku – pełnego urokliwych grot, wodospadów (największy ma 14 metrów!), zakamarków, zerkających zza rozłożystych liści rzeźb…

Park trudne koleje losu doświadczył. Potoccy krótko się nim cieszyli. Przejął go car Mikołaj I, który nie grzesząc gustem (nawet tym kiepskim a co dopiero o dobrym wspomnieć) zaczął park „ozdabiać”. Potem czasy radzieckie i zniszczenia wojenne. Ale jakby na przekór zakrętom historii to natura odegrała się na parku potockiego paskudnie. W 1979 roku mroźna i bezśnieżna zima a potem śnieżna wiosna dokonały gigantycznego zniszczenia.

Co prawda odnowiono park przywracając mu w pierwotne piękno: wspaniałe rośliny (ponad trzy tysiące gatunków), stadka dzikich gęsi lub kaczek, luzem spacerujące konie… Pięknie jest – ale nie wiem czy nadal romantycznie… 😉

Ukraina – Żurawniki

Żurawniki – niewielka wieś na Ukrainie. Kilkuset mieszkańców, cerkiew – architektonicznie taka sobie. To dziwaczne ale ta niewielka wioska wchłonęła sąsiedni – Drużkopol, który tradycje i historię ma znacznie dłuższą bo sięgającą I poł XVII wieku. I właściwie trudno wyczuć o czym pisać czy o Żurawnikach czy Drużkopolu skoro to teraz jedno. Drużkopol były to dobra Drużkiewiczów. Miasteczko jeśli o narodowość mieszkańców idzie, właściwie polsko-żydowskie. W 1863 w miejscowości tej działała baza wsparcia dla powstańców. Na lokalnym cmentarzy Maria Ledóchowska wzniosła niewielki kościół. W czasie II wojny światowej hitlerowcy wymordowali mieszkańców żydowskiego pochodzenia. Zabytki – nie istnieją, zniszczone. Jedynie ta cerkiew wzniesiona na gruzach kościoła franciszkanów. I wspólna dla obu miejscowości – pamięć o zamordowanych tu w czasie rzezi, Polakach…

Ukraina – Żytomierz

Największy na Rusi Kijowskiej był Żytomierz! Założony w IX wieku od XIV należał do Wielkiego Księstwa Litewskiego a w konsekwencji do Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jagiellończyk wzniósł tu zamek obronny, który jako jeden z nielicznych oparł się wojskom chana krymskiego Mengli Gireja. Żytomierz wiele razy był napadany, często niszczony. Najpierw Mongołowie, Tatarzy potem Kozacy, a po Konfederacji Bardzkiej, w zemście – Rosjanie.

Pierwszym zakonem, który posiadał w mieście klasztor byli dominikanie. Przybyli tu już w XIII wieku. Znacznie później szkołę i klasztor wybudowali w Żytomierzu jezuici a później pojawili się też benedyktyni i szarytki. Po reformie administracji kościelnej w 1798, miasto stało się stolicą biskupstwa, a właściwie dwu biskupstw, bo od 1799 też prawosławnego. Sporo tu sakralnych zabytków. Najważniejszą świątynią jest XVIII katedra św. Zofii, ale też i budynki i kościoły poklasztorne i cerkwie np. XIX wieczna cerkiew Przemienienia. Wnętrza kościołów – jako to na Ukrainie – puste, czasem pobielone ściany, resztki dawnego wyposażenia… Ale ile można naukładać jakichś doniczek, ozdóbek, przydasiek wszelakich, tyle ich! Miszmasz w czystej postaci. Jest też synagoga. Potężny budynek ale współczesny. Po tej starszej Synagodze Domokrążców pozostała tylko fasada przyklejona do współczesnego założenia. Warto zerknąć też na XIX wieczny pałac biskupi.

Liczne tu ślady polskie. Najważniejszy z zachowanych to chyba dom, w którym mieszkał Kraszewski, i ten w którym urodził się Jarosław Dąbrowski. No i cmentarz (trochę wygląda jak Łyczakowski), na którym mogił polskich mrowie…

Watykan – Musei Vaticani, Pio Clementino Museum

Dzisiaj myślałam sporo o moim zmarłym tacie. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że w tym roku 20 lat od jego śmierci mija, a może inny powód… może bez powodu…

I tak trochę bez sensu a trochę może na temat zaczęłam błądzić myślami po salach muzeum watykańskiego. Obfituje ono w zabytki sztuki antycznej. Duża kolekcja gromadzona przez kolejnych papieży. Lubię będąc w Rzymie poszwendać się tam bo w jednym miejscu całą paleta kultur antycznych. Obok jednych eksponatów przechodzę zwykle omiatając wzrokiem, czasem poszukuję jakichś konkretnych tematów i dzieł, a innym razem to one mnie znajdują.

Grupa Laokoona stoi w niszy, wkomponowana tam perfekcyjnie jakby antyczny twórca wiedziony jakimś przeczuciem lub natchnieniem tam właśnie tę kompozycję dedykował. To opowieść jakich w antyku wiele – przekomarzanie się ludzi i bogów. Laokoon sprzeciwił się odwiecznym zwyczajom, chciał też ostrzec przed koniem trojańskim, naraził się w rezultacie na tyle mocno bogom (a zwłaszcza Apollinowi), że Laokoona jak i jego synów pożarły morskie węże. Historia tyle smutna co i powszechne znana – a mnie wciąż dziwi dlaczego ta watykańska rzeźba tak bardzo mnie przyciąga, tak bardzo zawsze trzyma mój wzrok i uwagę. I kiedyś przyszło olśnienie. To nie muskularna postura Laokoona, to nie perfekcyjna kompozycja, to nawet nie zachwyt oczywisty kunsztem greckiej rzeźby. Tak naprawdę wszystko kryje się w oczach Laokoona. On walczy. Naprężone do granic mięśnie i ścięgna. Usiłuje odepchnąć to co nieuniknione. Ale gigantyczny grymas na jego twarzy to nie ból i wysiłek walki. To cierpienie największe z możliwych. To cierpienie ojca który wie, że jego dzieci zaraz zginą, a on nic nie jest w stanie zrobić by ich ocalić. Wciąż jednak największym wysiłkiem walczy – nie o siebie, o synów! Przecież każdy prawdziwy ojciec jest wstanie zrobić wszystko by ratować własne dzieci!

Grupa Laokoona, to kwintesencja miłości rodzicielskiej. To kwintesencja OJCOSTWA…

Watykan Buonarroti

Watykan to jeden z tych krajów, które ze względu na gabaryty, w jednej opowieści się mieszczą… Chociaż, nie! Z Watykanem jest inaczej. Tutaj można całe Państwo przejść wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia lub spędzić tu miesiące i dłużej. Większa część tych ciekawych zakątków jest za bramami, dostępna dla gości lub interesantów, ale i samo muzeum watykańskie i bazylika wystarczą by wracać tu jak bumerang.

Nad całym Watykanem góruje kopuła bazyliki św. Piotra. Buonarroti to geniusz! Nie jestem w tej opinii obiektywna ale jakoś wyjątkowo mi to nie przeszkadza. Lubię ludzi wyrazistych, przebojowych, władczych, dla których nie istnieje takie pojęcie jak „niemożliwe”, którzy mają świadomość swojej wartości – takie połączenie gentlemana z macho. A że Buonarroti zasadniczo spełnia te warunki… lubię go. Śladów jego obecności na Watykanie sporo a największy to wspomniana kopuła. W 1547 roku Michał Anioł został mianowany naczelnym architektem Bazyliki. Miał wówczas 72 lata i nie zachwycił się mocno taką nobilitacją. Już trochę mu się nie chciało, zwłaszcza że miał przejąć kierowanie budową obłożoną problemami finansowymi, konstrukcyjnymi itd. itp. Prawda, nie był łatwym szefem ale jednak udało mu się doprowadzić dzieło niemal do końca. Sam nie doczekał sklepienia „tiary świata”, jednak dzięki zrobionemu przez Buonarrotiego modelowi i rysunkom – do dziś kopuła góruje nad chrześcijańskim światem. Za murami Watykanu można spotkać także Michała Anioła – malarza (o tak znanych dziełach jak freski Sykstyny nie sposób tylko wspomnieć, a że napisano już chyba wszystko – zatem działa te należy jedynie kontemplować), oraz Michała Anioła – rzeźbiarza. Pieta Watykańska umieszczona jest po prawej stronie od wyjścia do bazyliki. Buonarroti wykonał ją mając zaledwie 24 lata! I… podpisał. 🙂 Gdy podziwiający dzieło ludzie zastanawiali się któż jest autorem i zaczęli przypisywać rzeźbę kilku znanym naówczas twórcom, Michał Anioł wyszedł naprzeciw ich oczekiwaniom i wątpliwościom i na szacie Maryi dopisał co następuje: Michelangelus Bonarotus Florentinus. Kolejnych dzieł już nie musiał podpisywać – sława go wyprzedzała.

Watykan – taki „mały kraj”… A tu zaledwie o jednym twórcy zdołałam wspomnieć… Tutaj można całe Państwo przejść wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia lub spędzić tu miesiące i dłużej!

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑