Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 61 of 86)

Węgry – Budapeszt Buda

Zamek w Budzie jest! 😉 Pierwszy wzniesiono w XIV wieku, a może i wiek wcześniej. Potem wielokrotnie przebudowywany i doprowadzony w konsekwencji do ruiny przez przykre zawiłości historii… W XIX wieku znowu odbudowany i tak jeszcze kilka razy no i dzisiaj mamy kompleks cały. Bo płynnie niemal przechodzi się z przestrzeni zamkowej w kierunku katedry w Budzie i przyległości. Obecnie w zamku jest Muzeum Historyczne i Galeria Sztuki i Biblioteka Narodowa. Tuż przy bramie, wejścia na teren zamku królów Węgier, strzeże Turul. Według jednej z legend, po miłosnych igraszkach ptaszyska i Emessy (córki wodza Hunów), przyszedł na świat Almos. Był on wodzem Scytów, którzy dali początek Madziarom. I tu nie wiem dlaczego mnie bawi zawsze fakt, że nieopodal zamku też Casanova rezydował w Zajeździe Białego Krzyża… Niestety piękne mityczne ptaszysko ma też mniej fajny epizod. W XX wieku stał się symbolem dla kręgów szerzących antysemityzm i faszyzm… No szkoda… Jak na większość zamków – również na ten w Budzie trzeba się wspiąć… Tu z pomocą przychodzi kolejka. Działa od 1870 i nieprzerwanie zapewnia transport i widoki (w pakiecie).

Nieopodal zamku – kościół Wniebowzięcia NMP, powszechnie znany jako kościół Macieja (od króla Macieja Korwina, który między innymi wziął tu ślub z księżniczką Beatrycze Aragońską). Kościół – koronacyjny dla królów Węgier! Ma metryczkę spójną z zamkiem – tak coś ok XIII/XIV wiek. I podobnie ulegał przebudowom i zniszczeniom. I podobnie w XIX wieku podniesiony z ruiny.

A wokół placu przykościelnego – Baszta Rybacka, galeryjki, podcienia, baszty, piękne drzewa, kwiaty kwitną, woda w fontannach pluska, wiatr przyjemnie muska i widoki na Dunaj…. Taki troszkę Disneyland z przełomu XIX i XX wieku. Ale fajny! 😊😊

Węgry – Eger

Dobry węgrzyn, nie jest zły! To prawda dość oczywista i od wielu wieków wśród Polaków znana a i pieczołowicie (jako tradycja) hołubiona. A jeśli węgrzyn to… w sumie kilka miast u naszych braci Węgrów wizualizuje mi się ale Eger spośród nich pierwszeństwo posiada. Miasto istniało od XI wieku, kiedy to założone zostało tu biskupstwo. Zapewne dlatego sporo w mieście świątyń, klasztorów – jednak te najpiękniejsze pochodzą gł. z okresu baroku. Tutaj biskup Lampert w 1248 wybudował okazały zamek. Budowla znamienita, piękna i nie do zdobycia! W XVI wieku wojska tureckie przez czterdzieści dni oblegały jego mury ale nie zdołały pokonać obrońców. Miasto zdobyte zostało przez Turków kilkadziesiąt lat później. Okupacja trwała prawie sto lat. Pozostały po niej ślady np. minaret – jedyny do dziś ocalały fragment wzniesionego tu kiedyś meczetu. W mieście mamy też akcent polski. W czasie II wojny światowej był tutaj obóz internowania polskich oficerów. Swoiste były to obozy na Węgrzech – np. w pensjonatach, zamkach. I do tego, w dość szybkim czasie internowanym żołnierzom jakoś bez problemów udawało się z obozów uciec… 🙂

Ale Eger nade wszystko winem stoi! Najsłynniejsze (przynajmniej dla turystów) skupisko piwniczek i winnic to Dolina Pięknej Pani. Piwniczki skrywające cenny trunek kuto w tufie. Im głębsza była – tym właściciel zasobniejszy. Degustować można tu ile wola, a w pobliżu nawet paleniska są ustawione – więc i przy ognisku do późna czardasze podlewane winem rozbrzmiewają…

Węgry – Gödöllő

W niedalekiej odległości od Budapesztu jest kilka miejsce wartych zatrzymania się w nich. Jedno z nich to Gödöllő słynące z barokowego królewskiego pałacu – letniej rezydencji Franciszka Józefa oraz Sisi. Choć zbudowany dla grafa Grassalkovicha, to jednak Ich Cesarskie Mości bardziej go rozsławiły. Cesarzowa Elżbieta chciała nawet nabyć posiadłość ale cesarski małżonek nie wyraził zgody. Ale, na upartą kobietę nie ma rady. Rok po tym jak Sisi zachwyciła się rezydencją – dostała ją jako prezent od państwa węgierskiego z okazji koronacji jej małżonka na króla Węgier. Etykieta – ważna rzecz! Ale czasem ma się ochotę na swobodę zachowania, bycia, konwersacji, zajęć… Takim azylem dla Elżbiety stał się właśnie pałac Gödöllő. A dzisiaj? Na piętrze sale wystawowe, na parterze kawiarnia i sklepy z plastikowymi pamiątkami… ale jest cudowny ogród, który cudownie wygląda o każdej porze roku, i jest mnóstwo okazji do posłuchania zupełnie niezłej muzyki, bo i koncerty kameralne i koncerty zamkowe, i festiwale muzyki harfowej i im. Liszta – dla każdego coś…

Węgry – Győr

Pięknie i barokowo jest w Győr. To doskonałe miejsce na spacery. Takie bez celu, dla przyjemności. Na każdej z ulic urokiem zachwycają wielobarwne fasady kamienic, z „przyklejonymi” tu i ówdzie dekoracyjnymi balkonami. To także miasto rzek. Ma ich aż cztery. Nieopodal płynie Dunaj, a samo miasto jest u zbiegu rzek Mason-Dunaj, Raba i Rabca. Najpiękniejszym zabytkiem sakralnym jest gotycko-barokowa katedra Wniebowzięcia NMP. Cudowna, przemyślana monumentalna dekoracja wnętrza, autorstwa znanego malarza Franza Antona Maulbertscha, snuje swoją opowieść a to narracyjnie, a to symbolami… W kaplicy z boku zobaczyć można hełm króla Władysława I. W 1697 roku miał tu miejsce znany cud. Z obrazu Matki Bożej z Dzieciątkiem popłynęły krwawe łzy. Do dzisiaj przechowywany jest w skarbcu kościelnym ręczniczek, którym owe łzy ocierano z obrazu. Győr to nie tylko miasto cudu. To nade wszystko miasto akademickie, zatem mnóstwo tu… kawiarni, klubów nocnych, pubów!

Węgry – Ostrzyhom

Ostrzyhom to jedno z najstarszych miast na Węgrzech, i najważniejszych zarazem. Pierwsza stolica Węgier! Tutaj chrzest i koronę przyjął św. Stefan. Tutaj urodziły się święte Kinga i Jolanta. Ilość świętych na metr kwadratowy miasta – nie najgorsza! Wcale nie dziwi, że w tym właśnie mieście jest jedna z największych katedr na Węgrzech (wzniesiona na miejscu kościoła zniszczonego w czasie wojen przez Turków). Tutaj wreszcie rezydowali prymasi węgierscy, tutaj w kryptach katedry znajdowali też miejsce wiecznego ich spoczynku – taki węgierski Watykan. Katedrę wieńczy ogromna kopuła. Można wokół niej przejść wąską platformą by obejrzeć z tej perspektywy miasto i okolice. Nie byłam, bowiem jestem z tych, którzy uważają, że z dołu też dobrze widać ale gęsiego idący wokół kopuły turyści wyglądali na zachwyconych.

I jeszcze akcent polski. W Ostrzyhomiu wracając spod Wiednia zatrzymał się Jan Sobieski 🙂

Węgry – Szeged

W Szeged byłam ponad rok temu. Szybka wizyta – bo robota (to miasto uniwersyteckie przecież)… Na zwiedzanie nie było jakoś mocno dużo czasu i możliwości. A szkoda… bo miasto zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. No – coś tam jednak oczywiście udało się pozwiedzać… 😉 Przez co tym bardziej nęci by pojechać w ten region znowu i na spokojnie, w sposób dedykowany do połażenia i popodglądania kultur i historii. Zwłaszcza, że Szeged ma historię od czasów rzymskich pisaną (wtedy Partiscum się nazywało). Obecna nazwa dopiero od XII wieku się do miasta przykleiła. Wiele miejsc wartych zobaczenia. Byłam tylko w kilku. Katedra (Kościół Wotywny) była w kompleksowym remoncie. Ale i tak przez rusztowania i zwały kurzu, widać było jej powalające piękno kapiących od złota i kolorów mozaik i fresków. Katedra jest neoromańska, wzniesiona na początku XX wieku i…. po prostu ładna. Znacznie bardziej leciwy kościół franciszkanów. Pięćset lat już tutaj sobie stoi. Po wejściu, pierwsze wzrok przykuwa sklepienie sieciowe z żebrami z wypalanej gliny. No wymiata… W prezbiterium dwukondygnacyjny ołtarz (1713 r.). Taki jakby trochę z innej bajki bo w milutko ciepłych barwach, odcina się mocno od chłodu murów. W ołtarzu obraz Maryi z Dzieciątkiem, znaleziony przypadkiem jak legenda głosi przez żołnierza, który w pobliskim jeziorze poił konia. Świątyń, kościołów oraz synagog w mieście sporo. Sporo też uroczych kamieniczek. Tych trochę widziałam, oświetlonych światłem wieczornych lamp, latarni i księżyca – jak tam której wypadło. No i muzeum i teatr kusi… ale to następnym razem może się uda.

A! Z Szeged pochodzi nie tylko słynny młynarz papryki – János Kotányi, ale i robią tam najpyszniejsze salami na Węgrzech!!

Węgry – Szentendre

Szentendre znane jest od czasów rzymskich. Sama nazwa miasta pochodzi jednak dopiero z okresu Madziarskiego, a wywodzi się od pierwszego wzniesionego tu kościoła poświęconego św. Andrzejowi. Na przełomie XIX i XX wieku miasteczko stało się takim polskim Zakopanem, skupiającym bohemę, artystów węgierskich szukających tu natchnienia.

Wąskie wijące się uliczki, zaułki, kawiarenki, mnóstwo sklepików z rękodziełem. Trudno się dziwić, że Szentendre przyciąga turystów. Raczej tu gwarno i tłumnie. Choć anturaż sprzyja romantycznym spacerom – tłum zwiedzających uniemożliwia zagubienie się w wąskich uliczkach. Sporo kościołów i cerkwi ale próżno szukać otwartego. Wejść można za to do muzeów i galerii – a jest ich sporo. Między innymi jedyne chyba na świcie muzeum marcepanu lub muzeum wina (głównie węgierskiego). Miłośnicy czasów rzymskich znajdą tu pozostałości obozu Ulcisia Castra. A i krzyż morowy z 1763 roku można zobaczyć – to wotum za ustąpienie zarazy. I choć w jednej z tutejszych kawiarenek (nie powiem której 😉 ) piłam najpaskudniejsze frappe na świecie – to i tak uważam, że przyjechać do Szentendre po prostu, trzeba!

Wietnam – bezdroża

Ech… Ponuro coś… zimnawo na zewnątrz… i klaustrofobicznie… Myśl jakoś sama biegnie tam gdzie tłumy i ciepło (momentami bardzo 🙂 ). I nawet wspomnienie wszechobecnego zapachu rozgotowanego ryżu jakoś teraz chyba by mi nie przeszkadzało… Wietnam.

O cudownych zakątkach i obiektach kultury i takich tam – innym razem. Dzisiaj przypomniała mi się jakoś sama – taka normalna ulica. Nie wiem czego tam więcej skuterów i innych obiektów jeżdżących, czy splątanych kabli oplatających jakąś dziwaczną siecią wszystkie zakamarki miast. Wszędzie małe rodzinne interesy. Tu ktoś coś tam (niewiadomego pochodzenia) smaży w skleconym naprędce „food trucku”. Tam kwitnie życie rodzinne – tak na chodniku bezpośrednio. Tam ktoś, przecząc prawom fizyki, przewozi na maleńkim skuterze ładunek nadający się na cztery ciężarówki (a że trochę jeszcze miejsca było to oprócz ładunki i gromadkę dzieci upchnął w jednośladzie). Przypominam sobie „restauracje”. Cerata na stołach, wiatr piach niesie – bo koncepcja całości to kilka stolików i zadaszenie na kijach. Przed wejściem akwarium z jakimiś gadami i płazami nieznanej mi nazwy i umiarkowanie przyjemnym wyglądzie. Okazało się, że to akwarium to menu. Można sobie wybrać gada a kucharz zaszlachtuje i przyrządzi. No poza wszystkim – dania niewątpliwie świeże podają! Po drodze świątynie. W pierwszym mgnieniu oka – architektonicznie taka klasyka neogotycka. Ale zwieńczenie wież swastyką??!! Szybko olśnienie – no to buddyzm przecież. Trzeba zmienić sobie mentalnie operowanie kodem kulturowym – na lokalny!

Ciepło, parnie i wilgotno, gwarnie… Fajnie tak po prostu…

Wietnam – kuchnia

Byłam dzisiaj jak zwykle na zakupach na Kleparzu. Tak pomiędzy zakupem pomidorków, wołowinki a bundzem, anons taki usłyszałam (ja i pół śródmieścia :)) przez głośniki, że trzeba posprzątać bo jutro to tu impreza „Najedzeni Fest” będzie. 🙂 Sprowokowana – w domu poszperałam po zasobach zdjęć i myśl pognała do rejonu gdzie kuchnia jest czystą doskonałością!

Kuchnia wietnamska (bo o niej mowa) – wyborna! Ekskluzywnych dań podawanych w hotelach i restauracjach nie będę opisywać (choć to nektar dla kubków smakowych). Ciekawsze są obrazki ulicy, takie bazarki, przydrożne kuchnie. Menu odbiegające od standardów europejskich troszkę… Ale… Gdy osoba nie przywykła do niekonwencjonalnych dań (które bywa – same uciekają z talerza) już pierwszy odruch opanuje, spora paleta przeżyć kulinarnych się pojawia. 🙂 O takich oczywistych klimatach jak jakieś cykady, koniki polane czy pająki smażone na głębokim tłuszczu – nawet nie wspominam (swoją drogą smaczne, choć zależne to jest od przypraw bardziej niż samego komponentu pt. zwierzę). Na pewno wszystko świeże! Można w akwarium wybrać sobie jakiegoś płaza lub gada – a kucharz przyrządzi z wprawą jako danie główne!!! Na ulicach Wietnamu, w pierwszym odruchu zdziwienie lekkie dają wszechobecne bagietki – iście francuskie! Dopiero po kilku sekundach olśnienie – OK, kolonia… coś w krajobrazie kulturowym zostało. 🙂 Mnie powaliła sytuacja pt. „Savoir-vivre ” ulicy. Zgłodniałam. W przestrzeni miast to nie problem, przy każdej z ulicy milion sprzedawców różności. Wybrałam (właściwie nie wybierałam – pierwsza lepsza 🙂 ) jedną. Przemiła pani popatrzyłam na mnie z uśmiechem, wstawiła coś tam dobrego do buły i uznała, że zapakuje mi – żeby było elegancko. 🙂 Zapakował… w świeżutką gazetę. 🙂🙂🙂🙂

Smacznego 😉

Wietnam – manufaktura wyrobów z laki

„Dziecięciem będąc” uskuteczniałam zabawę polegającą na zdobieniu pudełek mozaiką z drobno potłuczonych skorupek jaj. Mozaiki były o misternym wzorze ale monochromatyczne tzn. zgodnie z naturą skorupek jaj kurzęcych – w odcieniach brązów i beży do bieli włącznie. Do głowy mi wówczas nawet przyjść nie mogło, że kiedyś taki patent zobaczę w manufakturze wyrobów z laki w Wietnamie… 😁

Żywica z sumaka lakowego, to dość znana i popularna w Azji forma zdobień (W Europie od XVI wieku mocno stała się modna i poszukiwana – od czasu gdy wyroby z laki przywieźli wracający z Azji jezuici. Szukano receptur do wytwarzania jej na miejscu i w konsekwencji powstał np. szelak czy sandarak). Naturalnie jest czarna, choć oczywiście można ją barwić. Bo wyschnięciu jest szklista i odporna na działanie wody, alkoholi a nawet kwasów. Zdobiono nią wszystko. Od biżuterii począwszy, przez przedmioty typu naczynia czy meble, a na zbroi skończywszy. W wersji exclusive łączy się lakę z masą perłową lub sproszkowanym metalem szlachetnym. W wersji light – jak w niniejszej manufakturze – ze skorupkami jajek. Swoją drogą wytwórnia była cudowna w swojej prostocie. Kilkoro rzemieślników siedziało przy nie najgorzej oświetlonych stołach. Przed nimi miseczki ze skorupkami jajek i… się tworzy dzieła… Dla uciechy turystów (bo to przecież atrakcja turystyczna ma być!!) zarówno wzory par excellence wietnamskie ale i takie z dedykacją dla Europejczyka. 😉 I jest pakiet obrazków – od smukłych wietnamek w cudownych skądinąd ao dai, do ostatniej wieczerzy Leonarda. 😎😎

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑