Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 42 of 89)

Gdańsk – Muzeum Narodowe w Gdańsku, Oddział Sztuki Dawnej

Wrażenie robi monumentalne… Może dlatego, że przyklejone (właściwie w zaadoptowanych pomieszczeniach klasztoru franciszkanów) do kompleksu klasztornego? Wnętrza jednak okazują się gabarytowo nie aż tak okazałe. Muzeum Narodowe w Gdańsku powstało z dwu wcześniejszych (XIX-wiecznych z metryczki) kolekcji muzealnych: Muzeum Miejskiego i Muzeum Rzemiosła. A to o czym pisze to Oddział Sztuki Dawnej. Cała ekspozycja nie przeładowana, głownie w klimatach mieszczańskich – co zasadne. Główny powód odwiedzin – Sąd Ostateczny Memlinga. Fajnie zupełnie wyeksponowany i tak na „dzień dobry” rzucony zwiedzającym. A potem już mieszczańska opowieść z sali do sali. Meble, rzemiosło, malarstwa w sumie dość sporo, trochę sacrum trochę profanum. Właściwie zgodnie przecież z tytułem ekspozycji – „Pobożni i cnotliwi. Dawni gdańszczanie w zwierciadle sztuki”. Taka opowieść mieszczańska z podziałem i na epoki i na przestrzenie życia codziennego. Przyjemnie się łazi… Powaliła mnie gablota z zabawkami dziecięcymi (chyba cynowe): „mały kucharz” i… „mały ksiądz” 😂. A! W wirydarzu urządzona jest strefa chillout. Leżaczki i takie tam. Na jednym w cieniu, siedziała sobie pani pilnująca ekspozycji. Fajna robota…😎😎

Gdynia – Akwarium Gdyńskie

Czego się spodziewałam po Gdyńskim Akwarium? W sumie niczego. Poszłam dla zabicia czasu. A tu miła niespodzianka nastąpiła!

Pierwsze 30 lat istnienia nazywa brzmiała niezapamiętywalnie: Muzeum Oceanograficzne i Akwarium Morskie Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. Obecna znacznie bardziej marketingowa. 😊 Działa od 1971 ale początków szukać należy w latach 20-tych XX wieku i działającym wówczas Morskim Instytucie Rybackim – Państwowego Instytutu Badawczego. Więc w sumie nie wiadomo ile lat tak naprawdę Akwarium liczy, bo od zmiany nazwy to jakieś 20, od powstania Muzeum ponad 50 ale od powstania zbiorów to będzie jakaś setka 😊

Czy Akwarium jest duże – nie bardzo. Ale dość ciekawie pomyślane. W kolejnych salach i na kolejnych piętrach, możemy podglądać wodne żyjątka tropików, Amazonii, rafy koralowej, Bałtyku, Atlantyku itd. Kolorowe i ładniutkie, chropowate i przerażające, a i takie zwyczajnie brzydkie też są. Ot – wodne ZOO.  Całość dość klasycznie pomyślana ale w sposób przemyślany, konsekwentny i jasny. Dobrze służy celom edukacyjnym. Niektóre z sal zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Dobre światło, ciekawa aranżacja i dobrze stworzone warunki do obserwowania zwierzaków bez zakłócania im spokoju. A rybie modelki – świetnie współpracują, pokazując się z najlepszego boku, gdy tylko zauważą obiektyw aparatu 😉

Gdynia – Muzeum Emigracji

„Muzeum Emigracji” w Gdyni. Muzeum to chyba ciut przesadne – eksponatów jak na lekarstwo. Ale – pomysł i sama opowieść genialnie poprowadzona!! To, że ludzi kusi by sprawdzić co jest tam za horyzontem, tam gdzie nas nie ma – to jasne. Tak było i tak będzie, tak jesteśmy w większości przypadków skonstruowani. Większość podróżników pcha do tego by wyjechać imperatyw by zobaczyć najodleglejsze zakątki świata. Dlaczego? – bo są! Ale pobudek może być milion: konieczność polityczna, poszukiwanie lepszego miejsca dla siebie, głód, chęć osiągnięcia sukcesu itd. itd. itd. To że byliśmy od wieków wielonarodowi, wieloreligijni i „przemieszczający się” – to też jasne. I fajnie, że autorzy wystawy pokazali powody i skutki podróżowania, lub raczej przemieszczania się – często w nieznane…

Opowieść zaczyna się od początków państwowości polskiej. Stając na oznaczonych punktach można usłyszeć dźwięk języków – tych którzy tę państwowość kształtowali przez wieki: polski, niemiecki, hebrajski, ormiański, litewski itd. Takie nienachalne towarzyszenie dźwiękiem, obecne jest zresztą we wszystkich kolejnych pomieszczeniach. To fajne słyszeć gwizd lokomotywy, syrenę odbijającego od brzegu statku, jakieś fragmenty kultowych filmów (tych a propos)… No i kolejne odsłony: Wielka Emigracja i dzieła tych którzy musieli wyjechać; ucieczka ze wsi do miast by szukać lepszego dla siebie miejsca i tworzenie się miast przemysłowych – tych ziemi obiecanych, w których jak to zwykle bywa większość zamieniała starą biedę na nową; a potem uciekanie przed głodem; wyprawy za Wielką Wodę; potem szukanie bezpiecznego miejsca przed wojną no i w kolejności – przesiedlenia na „ziemie odzyskane” bo ktoś tam na górze „ciut” definicję Polski przesunął…; a potem życie w PRL i pomysły jak się wyrwać; i na koniec stop klatki ze wszystkich zakątków świata gdzie zacumowali Polacy i gdzie spory wkład w krajobraz kulturowy często wnosili. W tej ostatniej odsłonie zabrakło mi Azji. Właściwie pokazany jest tylko Izrael – i bardzo dobrze, ale gdzie np. Chiny, Indie, Syberia itp. Z Afryką też mizernie. W sumie punkt ciężkości położony na Amerykę jedną i drugą oraz Europę.

Wychodzi na to, że gdziekolwiek na świecie byśmy się nie znaleźli to jest szansa usłyszeć język polski i jakieś ślady PL w kulturze lokalnej zobaczyć… Tak zresztą zaczyna się cała ekspozycja. Od wielkiej czarnej perły/kropli rtęci/kapsuły jakiejś – sama nie wiem… a w jej wnętrzu opowieści tych, który chcieli lub musieli wyjechać… Warto tu zaglądnąć będąc przejazdem…

Gori (Gruzja)

Zdarzyło mi się być w bardzo wielu miejscach upamiętniających wielkich tego świata. Głównie byli to muzycy, kompozytorzy, malarze, rzeźbiarz, poeci, pisarze i artyści wszelkiej proweniencji (takie miejsca lubię). Rzadziej – choć też się zdarzało – były to miejsca poświęcone wielkim politykom, przywódcom, ludziom którzy losy świata pchnęli na nowe tory… Dziwnie się jednak czuję, odwiedzając miejsca dedykowane zbrodniarzom. Gori w Gruzji do takich należy. W mieście tym urodził się Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, powszechnie znany jako Stalin. Kim był wszyscy wiedzą – nie miejsce tu by się rozwodzić nad tym jakim był człowiekiem, dlaczego takim się w którymś momencie stał i jak wiele istnień ludzkich zniszczył… Mnie zainteresowało samo miejsce. Gori – miasto, które promuje się na Stalinie. Spory budynek, a w nim pamiątki, zdjęcia (Wyselekcjonowane – takie od młodych lat, i takie z bliskimi, i takie jako władca świata, i takie pozowane jako ojca narodu i przyjaciela dzieci…), zrekonstruowany pokój w którym odpoczywał i ten w którym pracował… I osobiste pamiątki wodza. A na zewnątrz wiejski dom, w którym się urodził w rodzinie… no cóż, takiej jakich wówczas wiele było… i wagon pancerny, którym podróżował bo inaczej się bał… Strach, to swoją drogą uczucie powtarzalne w wypadku ludzi jego pokroju…

Mnie zastanawia coś innego. Mieszkańcy Gruzji i samego Gori właściwie są dumni z tego powodu że „tak wielki człowiek” urodził się właśnie tutaj… Mieszkańcy miasta mocno protestowali nawet gdy chciano usunąć pomnik Stalina stojący przed ratuszem! Widziałam całe rodziny zwiedzające ten przybytek. I wcale nie było na ich twarzach przerażenia a bardziej ciekawość i fascynacja. Jeszcze bardziej dziwili mnie turyści (Europejczycy!). Cześć przechodziła obojętnie – bo taki punkt w programie wycieczki; cześć z przerażeniem w oczach i skrajnymi emocjami… Ale byli też tacy, którzy radośnie podrygując – bawili się przednio (!), robiąc sobie na przykład „selfiki” z popiersiem Stalina, przytuleni doń lubieżnie lub strojąc idiotyczne miny…

Boże broń od zwyrodnialców, którym władza wpadła w ręce… ale też broń, od osób, którym łatwo przychodzi trywializowanie historii… Bo nie o to chodzi by rozpamiętywać. Nie o to też chodzi by zapomnieć. Ale by mieć właściwe, zdrowe patrzenie na to co było, po to by mieć roztropne patrzenie na to co będzie…

Jerozolima (Izrael) – Muzeum Izraela oraz Muzeum Ziem Biblijnych

Dwa muzea, właściwie nieopodal siebie. A opowiedziana w nich historia – trochę uzupełniająca się wzajemnie. Muzeum Ziem Biblijnych (מוזיאון ארצות המקרא ירושלים) to w sumie muzeum archeologiczne. Powstało w latach dziewięćdziesiątych XX wieku a inicjatorem był Elie Borowski (tak – polski akcent. Urodził się w Warszawie). Zresztą zręby dla muzeum dała prywatna kolekcja Borowskiego. Co można w muzeum zobaczyć? Ano artefakty pokazujące historyczność tego co w Torze zapisane, zabytki kultury Bliskiego Wschodu ale i „okolic”. Są eksponaty związane ze sztuką egipską, kananejska, aramejską, filistyńską, Hetytów, Persów itd. itd. Wszystko fajnie opisane, czasem rzuconymi na ścianę tekstami poważnych artykułów. Są też teksty z Tory odnoszące się do oglądanych obiektów. Dodatkowo – sporo niezłych makiet. Fajne, ciekawe i do tego naukowe. Super tercet!

Rozwinięciem niejako jest to co w całym kompleksie Muzeum Izraela (‏מוזיאון יִשְׂרָאֵל‎). Myślę, że jest znacznie bardziej na świecie znane, no i starsze bo założone w 1965 roku. Ma cztery podstawowe działy. Pierwszy – archeologia. To zasoby archeologiczne szeroko rozumianych ziem, w których kształtowała się historia ludu Izraela. Z ciekawszych eksponatów – kamień Piłata, stela Tel Dan, ossuarium Jeszua bar Jehosef, łaźnia Heroda itd. itd. Szczególnym miejscem tej ekspozycji jest miejsce („Sanktuarium Księgi”) prezentowania rękopisów Tory, również zwojów z Qumran i z Masady. To chyba największy zbiór zabytków związanych z szeroko rozumianą „Ziemią Świętą”. Kolejna ekspozycja – judaika. Wytwórczość rzemiosła artystycznego w Izraelu ale i w diasporach. Czegoż tu nie ma! A wszystko pokazane w spójnych opowieściach. Na przykład to co w życiu rodzinnym albo opowieść z obszaru kostiumologii – ubiorów określających tożsamość. Można zobaczyć tu na przykłada fantastyczny naszyjniki żydowskiej panny młodej z Jemenu. Inne opowieści to szlak synagog lub cykl roczny w perspektywie judaizmu. Tu piękne mozaiki, wnętrza synagog lub przedmioty potrzebne do praktyk religijnych. Następne dwa skrzydła muzeum to olbrzymia przestrzeń dedykowana sztuce oraz miejsce przeznaczone na zajęcia edukacyjne. Ach! I gigantyczna makieta Jerozolimy z czasów II świątyni. Robi wrażenie!

Przechodząc z jednego muzeum do drugiego można odpocząć w Sacher Park i Wohl Rose Park. Bo i miło i zielono, i pachnąco – w tym drugim ponad 400 odmian róż! No i spacerując parkowo można stanąć obok słynnej menory – tej tuż obok Knesetu.

Jędrzejów – Muzeum Przypkowskich

W Muzeum Przypkowskich w Jędrzejowie byłam… „dziecięciem będąc”. Pamiętam, że wtedy zrobiło na mnie niewiarygodne wrażenie. Od kilku lat miałam ochotę odwiedzić je ponownie (konieczna do szczęścia była mi fota jednego zegara świecowego…) i jakoś tak wciąż było nie po drodze. Dzisiaj uuudaaaaało się. I… nie wiem… jakoś to wspomnienie… kurcze, co mi się wtedy tak bardzo spodobało??? Nie wiem… Muzeum jest bardzo, bardzo klasycznie pomyślane. Przemiła Pani oprowadza po kolejnych pomieszczeniach mieszkania Przypkowskich. To tu, to tam zegary i inne takie – bo gospodarz zbierał, bo lubił. Jest i gabinet lekarski (gdzieś do roboty trzeba chodzić) i jadalnia i sypialnia. No taka małomiasteczkowa meta. Ładnie jest, kurzem pachnie – ot muzeum… Trochę tak jakby się podglądało kogoś w domu pod jego nieobecność. Potem kolejna część (sąsiedni budynek). Zupełnie niezła ekspozycja zegarów słonecznych. Z tego w końcu muzeum słynie – i to dość poważnie! Dobrze zrobiona wystawienniczo. Kolejne pomieszczenia umiarkowanie mnie przekonały. Niezłe eksponaty z dworów, pałacyków zebrane do kupy w kilku pomieszczeniach. W piwnicach – wystawa czasowa (nie zauważyłam opisu ale na stronie muzeum doczytałam, że to „The Magnificent Seven. Artystki i artyści z kręgu Galerii m², 2007-2020”.). No i wystawa kulinariów. Ta jest fajna! Od przepisów staropolskiej kuchni – po gary. No fajna! Tylko nie wiem czy plastikowe owocki i kiełbasy potrzebne… Ale generalnie – fajna! 😉 Po zwiedzeniu całości warto zaordynować sobie relaks w przymuzealnym ogrodzie. W jesiennym słońcu, zieleniach i brązach, połyskująca woda basenów, w których już rybek nie było (pewnie wyłowione na zimę), zatopione wśród roślinek zegary. Miło…

Całość – jeśli kto lubi zegary słoneczne lub takie klasyczne bardzo ujęcie idei muzeum, to warto zaglądnąć.

Kielce – Muzeum Narodowe w Kiecach, Dawny Pałac Biskupów Krakowskich „Wnętrza zabytkowe XVII-XVIII wieku”

Kielce… Nie potrafię sobie z tym poradzić ale mam sprzężenie zwrotne. Na dźwięk „Kielce” z automatu przypomina mi się piosenka w wykonaniu Zbyszka Raja… 😉😎

Ale tym razem muzealnie – czyli Muzeum Narodowe w Kiecach, Oddział: Dawny Pałac Biskupów Krakowskich. Aktualnie trochę w remontach i konserwacjach ale wystawy stałe w większej części działają. Jedna z nich – „Wnętrza zabytkowe XVII-XVIII wieku”. Ekspozycja bardzo klasycznie zaaranżowana. Sień górna mogąca pełnić funkcję sali koncertowej, a potem kolejne wnętrza – mniej lub bardziej wypełnione meblami, rzemiosłem artystycznym, dodajmy jeszcze kurdybany i kilka zupełnie niezłych obrazów. OK trafiłam na czas konserwatorsko/remontowy… Ale i tak – ekspozycja bardzo klasyczna wystawienniczo. Dla mnie najciekawszym elementem są fryzy oraz stropy kasetonowe i ich zdobienia. A kasetony z czterema porami roku – powaliły mnie skutecznie. W tak zwanym trzecim pokoju biskupim, gdy wzrok podniesiemy ku górze, w czterech narożnikach cztery pory roku, a każda z nich w towarzystwie roślin i zwierzaka – atrybutu. Co ciekawe atrybuty osadzone w polskim pejzażu i przyrodzie. Zmarznięta zima z puchatym kotem, jesień z winnymi gronami, dyniami i boćkami, wiosna z pękami kwiatów i perliczkami no i lato z kłosami zbóż i ptakami, które na razie nie potrafię dookreślić. Chyba tymi czterema porami roku głownie zapamiętuję tę stałą w Narodowym w Kielcach… 😁😁

Kórnik – Zamek w Kórniku

Czarnej Damy w Poznaniu jakoś nie mogłam się doczekać… No to pojechałam w odwiedziny do Białej Damy. 😉 Dom Działyńskich – bardziej znany jako zamek w Kórniku. Tam rzeczona ma ponoć rezydować. 😀 Muzeum bardzo klasyczne. Bez żadnych niemal udziwnień i nowinek wystawienniczych. Jeśli ktoś lubi takie klimaty „jakby gospodarze stąd wyszli chwilę temu” – to jest to dedykowane miejsce. Swoją drogą odjechane mieli pomysły Działyńscy przy tej przebudowie zamku. Zakątek myśliwski – „pamiątki” z podróży i wypraw jakichś, jak sama nazwa mówi – myśliwskich zapewne. Sala Mauretańska faktycznie orientem kusi. Aż dziwnie w takim wnętrzu zderzona z militariami w wydaniu mocno polskim… Ale jakoś to wszystko się komponuję. Jedyne co mnie rozbawiło to – spora swoją drogą – figura „białej damy”, stojąca w kącie tuż pod schodami. No ale z drugiej strony – Teofila z Działyńskich z ram obrazu wyłazi, niczym w moniuszkowskim „Strasznym Dworze”, równo o północy. Wtedy trochę słabo z turystami… Więc w ciągu dnia atrapa ducha robi robotę… 😅

Kraków – Muzejon jezuicki

W ostatnich latach zrobił się w Krakowie wysyp muzeów zakonnych i klasztornych. Dominikanie, cystersi, benedyktyni, misjonarze… A teraz do tego grona dołączyli jezuici! Co ważne, i co podkreślić trzeba – w zdecydowanej większości nowo otwierane przestrzenie muzealne są na najwyższym poziome muzealniczym.

Ale o samych jezuitach dzisiaj – a dokładnie o Muzejonie jezuickim. To miejsce łączy w sobie cechy muzeum i placówki edukacyjnej. Bo to nie jest sama wystawa. To opowieść (również artefaktami) o jezuitach, o ich wkładzie w tradycję, kulturę, dziedzictwo Krakowa i Małopolski. Autorzy projektu (tu między innymi dr hab. Beata Bigaj-Zwonek, prof. UIK, dr hab. Izabela Kaczmarzyk, prof. UIK, dr hab. Monika Stankiewicz-Kopeć, prof. UIK, dr hab. Stanisław Cieślak SJ, prof. UIK, dr  Krzysztof Homa SJ, dr hab. Tomasz Homa, prof. UIK) solidnie przekopali kościół i klasztor jezuitów przy Małym Rynku w Krakowie. Tak od piwnic do strychu. I poodkurzali często zakurzone wielowiekowym pyłem „ślady historii”. Z kurzy otrząśnięte, zyskały na powrót blask i miejsce w gablotach muzealnych Muzejonu. A że klasztor i kościół św. Barbary parę dobrych wieków mają – to i eksponatów się sporo uzbierało… 😊 To, że obrazy, grafiki, starodruki, rękopisy – to naturalne na wystawach zakonnych / klasztornych. To, że są błyszczące złotem monstrancje, kielichy, puszki – to też. Zwykle podziw mój wzbudzają też relikwiarze. Tutaj – jedne z kryształu górskiego – fantastyczny przykład rzemiosła artystycznego! Ale to, że autorzy wystawy gdzieś w piwnicy znajdą butelkę wina mszalnego z XIX wieku i ją w jednej z gablot umieszczą – nie spodziewałam się! Super!

Ale na mnie inny fragment wystawy zrobił wrażenie. Wernisaż, przecięcie wstęgi, goście wchodzą do środka… Jeszcze wszystkie światła nie rozbłysły, jeszcze tylko punktowo oświetlone gabloty i eksponaty we wnętrzu dawnej kaplicy… W niszy trzy manekiny prezentują stroje liturgiczne: dalmatyka, dwa ornaty, manipularz… Ale światło tak świetnie wyreżyserowało klimat – że całość wyglądała jak jakieś okno do przeszłości, jakiś kadr filmowy… Potem zaświecono światło i czar nieco prysł, ale po wernisażu jestem pewna że to subtelne i dobrze osadzone światło (wraz z sączącą się w tle muzyką) będzie na co dzień tworzyć klimat ekspozycji.  

Kraków – Muzeum Archeologiczne, „Pradzieje i wczesne średniowiecze Małopolski” „Światowid ze Zbrucza”

Dwie spójne w sumie ze sobą wystawy stałe w Muzeum Archeologicznym w Krakowie o praszczurach naszych opowiadają 😉 „Pradzieje i wczesne średniowiecze Małopolski” – ciut eksponatów jest, ale to makiety nadrabiają opowieść. Ekspozycja w sumie kostiumologiczna pokazuje jak ubierali się w kolejnych wiekach mieszkańcy Małopolski. Chyba klimat był cokolwiek inny… Ale same ubiory – piękne i dekoracyjne. W niektórych elementach mogłabym dzisiaj chodzić bez trudu. Na wystawie można to sprawdzić, czy do twarzy człowiekowi w takich fatałaszkach bo w skrzyniach i elementy ubioru i broni i narzędzi są (kopie oczywiście i rekwizyty) i można przymierzyć i do ręki wziąć sprawdzając czy taki topór to ciężki czy niekoniecznie… Na tym samym piętrze „Światowid ze Zbrucza” – robi robotę sam jeden, ale przecież co cztery głowy to nie jedna 😉 Robią wrażenie też odkryte grobowce pokazujące sposoby pochówku. Pięknie i naukowo.

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑