Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 4 of 89)

Valletta (Malta) – MUŻA

Fajna nazwa – Muża. To po maltańsku tyle co inspiracja. Ale też jest to akronim który można rozwinąć jako Narodowe Muzeum Sztuki. Budynek, w którym muzeum się mieści w maltańskim Valletta powstał w II połowie XVI wieku. Wiele modernizacji, wzlotów i upadków budynek zaliczył, aż na początku XX wieku padł pomysł, że się na siedzibę Muzeum Sztuki będzie nadawał jak ulał. A że Vincenzo Bonello zaczął tworzyć kolekcję – więc i było z czego muzeum zrobić. Przy czym to nie było tak że w 1920 roku postanowili i tak już było. Przepychanek i przenosin trochę było aż do 2018, kiedy na powrót muzeum osiadło w pałacu Auberge. Przy czym muzeum otwarte zostało oficjalnie w 1974 roku ale w innej lokalizacji – pałacu admiralicji.

No i mamy muzeum. Na kilku piętrach dzieła poukładane w opowieści. Obrazy, rzeźby i rzemiosło artystyczne. Całość podzielono na cztery części: „Sztuka Śródziemnomorska” – gdzie głównie średniowiecze i renesans oraz wpływy trendów europejskich które docierały na Maltę , „Europa” – to sztuka XVI – XVIII gdy na Malcie jest już i rządzi nią Zakon Joannitów , „Empire” – w XIX wieku Malta jest częścią Imperium Brytyjskiego w sztuce artystów maltańskich mocne wpływy orientalne też się pojawiają oraz „Artysta” – tu indywidualiści, artyści XX wieku szukający swoich dróg kreowania sztuki. Jak już człowiek wie, że są takie cztery części – to się nawet domyśli gdzie się jedna kończy a kolejna zaczyna… 😉 Ekspozycyjnie – właściwie klasyka muzealnicza. Niewiele sal zaskoczyło mnie pomysłowością. W Jednej lub drugiej dwupoziomowa ekspozycja i eksponaty można też z góry obejrzeć. W kilku miejscach lustra lub porównywalne eksponaty współistniejące ze sobą. Ale zaskoczenia nie było. Klasyka. Czy warto wiec miejsce odwiedzić – tak. Jeśli ktoś szuka dobrej ale klasycznej roboty muzealniczej – tak.

Zachodniopomorskie – Gąski [NOWY POST]

Maleńka miejscowość o uroczej nazwie – Gąski 😊 I do tego cała jest na terenie Koszalińskiego Parku Nadmorskiego! Właściwie cała miejscowość to jeden wielki teren wypoczynkowy. Mnóstwo kwater prywatnych, pensjonatów, nawet pałac do zakwaterowania mają 😊 Taki prawdziwy z XIX wieku ale obecnie przerobiony na hotel. A wokół cudny park z równie cudnymi bukami i tulipanowcem (nie wiedziałam że się tak nazywa – ale Internety pomogły 😊 )  Z XIX wieku jest też latarnia morska wraz z zabudowaniami mieszkalnymi latarnika. Można się na nią wspiąć i z góry popatrzeć na fale i na starą osadę Damiczów, która się w modną letniskową miejscówkę zamieniła.

PS

Przeglądając archiwum fot z różnych zakątków świata, otworzyłam ten pt. „Gąski Zachodniopomorskie” Choć w Gąskach byłam tylko raz, lata temu – duuużo było w tym folderze zdjęć. Na nich na przykład dwie małe dziewuszki, które teraz są poważnymi studentkami… 😊 Och wzruszyłam się wielce, ale fot Wam nie pokażę 😉 Zachód słońca nad morzem musi Wam wystarczyć! 😊 😊

Bułgaria – Madara

Narodowy Rezerwat Historyczno – Archeologiczny w Madarze. Właściwie to Rezerwat jest tuż obok tej wioski ale co tam… 😊 Faktycznie sporo tam historii bo od neolitu począwszy, potem osady trackie i willa rzymska, a ze średniowiecza – w ofercie kościoły, klasztory… No i crème de la crème – Jeździec Madary. Datowany jest na przełom VII i VIII wieku, czyli za panowania chana Tervela. Płaskorzeźba sporych rozmiarów wyrzeźbiona została ponad 20 metrów nad ziemią, na ścianie niemal pionowego klifu. Jeździec wbija włócznię w lwa. Z tyłu biegnie pies, nad głową jeźdźca frunie ptak. Czy rzeźba powstała w osadzeniu kultury trackiej czy bułgarskie – trudno orzec. Może to któryś z bogów lub herosów, a może po prostu chan Tervel. W latach 20-tych XX wieku poniżej zagadkowego reliefu odnaleziono pozostałości miejsca kultu, prawdopodobnie boga Tangry. Choć są też hipotezy sugerujące powstanie  tego kompleksu w pierwszych wiekach chrześcijaństwa na tych terenach. Spory kompleks składający się z wielu budynków, pałaców i świątyń możliwe, że wzniesiony przez Omurtaga. U podnóża skał jest też Jaskinia Nimfy – ale to miejsce związane jest z kultem bóstw trackich. Znaleziono tam figurki i tabliczki wotywne dedykowane trzem nimfom, Zeusowi, Heraklesowi, Kybele itd.

Nieopodal, zachowały się cztery fragmenty tekstów wyrytych w skale. Pierwszy mówi o traktacie zawartym pomiędzy Bułgarami a cesarzem Justynianem,  kolejny o opodatkowaniu w złocie, potem o Omurtagu i ostatni o tym jak Omurtag składa ofiarę bogu Tangra.

Jeździec ważny jest wielce! Nie tylko jest order jego imienia w Bułgarii ale i nawet na monetę euro wjechał 😉

Izrael – Szokeda Las

Zima w Izraelu jest bardzo kolorowa! Tu żółcienią kusi i miodem pachnie gorczyca polna, w innym miejscu kwiaty nie znanego mi gatunku i rodzaju postanowiły zbocza pagórków pokryć kilkoma odcieniami fioletu, gdzieniegdzie tylko dopuszczając mocny żółty akcent kolorystyczny. Wszędzie zielono drzewami, trawami, zbożem niedojrzałym… 

Ale najbardziej kultowe są anemony! Jest kilka miejsc, które sobie upodobały. W Lesie Szokeda na przykład kwitną na czerwono. I to kwitną stadnie! Gdzie okiem sięgnąć – anemony – i tu akurat w jednym tylko kolorze. Las Szokeda został zasadzony w 1957 roku przez mieszkańców pobliskiej moszewy (Szokeda) i Jewish National Fund. Mieszkańcy kibucu Alumim też się dołożyli. No i teraz służy urocze miejsce do spotkań, pikników, spacerów, a gdy anemony kwitną – do sesji fotograficznych też😉

Te anemony faktycznie nieziemsko wyglądają! Pod koniec lutego z okazji ich „kwietnego show” 😊 organizowany jest festiwal „Daron Adom”. Są spotkania, spacery wśród anemonów, pikniki, biegi przełajowe… Tak bardziej sportowo i eco niż muzycznie i głośno. Festiwal jest nie tylko w Lesie Szokeda, ale w kilku miejscach w rejonie Negew gdzie dywany ukwiałów się pojawiają najintensywniej w styczniu i lutym. Czasem te dywany są wieloma kolorami tkane ale w Lesie Szokeda – tylko czerwone (właściwie to karmazynowe – ale kto by się tam czepiał o odcień 😉 ). Pod koniec lutego szczególnie to pięknie wygląda bo też intensywnie żółte nagietki i chryzantemy się tu i ówdzie pojawiają.

Przyjechałam do Lasu Szokeda tuż po obfitym deszczu, który w nocy zrobił tam nową rzeczkę i małe jeziorko. Sporo anemonów nie wygrało starcia z deszczem, ale te które zachowały swoje karmazynowe sukienki, przeglądały się z tafli „jeziorka” i innych kałużach jak w lustrze, zaskoczone swoją urodą. I chyba zawstydzone troszkę jeszcze mocniej się zaczerwieniły…

PS. W 2018 z Gazy wystrzelono tu zostały zapalające balony i trochę lasu spłonęło. Na szczęście przyroda przy pomocy opiekunów miejsca szybko się odrodziła

Indie – Amber Fort

Amber Fort w Amer nad jeziorem Moata, wygląda tak jak się nazywa! A, że bursztyny generalnie lubię zwłaszcza w srebro oprawione 😉 – bliski mi jest wyjątkowo. Ale w tym wypadku nie o bursztyn idzie. Nazwa wzięła się od Ambikashwara – lokalnego imienia boga Shiwy (niedaleko ma świątynię). Fort jest kilkukondygnacyjny. Ma wydzielone części – na przykład Sala Publicznych Audiencji, Sala Prywatnych Audiencji, Pałac lustrzany lub Sukh Niwas gdzie przeciągi robią naturalną klimatyzację. Był rezydencją maharadżów Radżastanu, mieszkali tu wraz z rodzinami. To o tyle ważne, że jak który miał kilkanaście żon – to budował kilkanaście pokoi. Do tego Amber Fort ma podziemny korytarz łączący go z fortem Jaigarh. Bo jakby co – to rodzina maharadży mogła uciekać i schronić się w tym drugim forcie.

Zdobień, dekoracji, misternych dopieszczonych elementów architektonicznych – mrowie! Chyba najpiękniejsza i super kolorowa jest brama Ganesh Pol. Podobno przejście przez nią usuwa wszelkie przeszkody z życia… Może i tak – w sumie wchodziło się tędy do prywatnych pokoi władcy, a żeby to zrobić mógł taki przeciętny ktoś to faktycznie sporo przeszkód musiał pokonać… 😉 Na najwyższej kondygnacji przez ażurowo przysłonięte dekoracjami kamiennymi okna, kobiety dworu mogły zerkać co się dzieje, kto nadchodzi i takie tam. 😊 Ale gdy się do środka wejdzie – zawrotu głowy można dostać od mozaik, szklanych misternych dekoracji, luster, płaskorzeźb wykonanych w najdoskonalszych marmurach lub alabastrach, inkrustacje, kameryzacje – kto co sobie życzy i uważa, znajdzie! W jednej z sal – płaskorzeźbione dekoracje kwiatowe, przy których zwykle grupy turystą zatrzymują się. Przewodnicy zasłaniają dłonią poszczególne części kwiatu – w ten sposób prezentując, że raz przypomina słonia, raz kobrę a raz rybę.. możliwości jest chyba z siedem lub osiem. Dalej ogrody i zenany gdzie licznie kobiety mieszkały, bo i liczną grupę w pałacu maharadża miewał nałożnic, kochanek, konkubin czy jak tam kto chce. Kategorii było trochę i hierarchia ustalona. No i te pokoje dla królowych. Do każdego pokoju można było wejść z sypialni maharadży, ale trasa w drugą stronę była zabroniona. Jawna niesprawiedliwość! 😉

Izrael – Ejlat

Na samiutkim krańcu południowym Izraela jest Ejlat – miasto kurort nad Morzem Czerwonym. Prace archeologiczne w tym miejscu trwają już od jakiegoś czasy ale duuuużo jeszcze do przekopania. Wiadomo jednak, że od VIII wiek pne istniała tu osada i prężnie się rozwijała głównie za przyczyną drobnej wytwórczości rzemieślniczej i handlu. W sukurs archeologii przychodzi Tanach. Jest kilka lapidarnych, ale jednak, informacji o pobycie tu Narodu Izraela w drodze z Egiptu do Ziemi Obiecanej. A potem król Dawid miasto podbił z rąk Nabatejczyków. Kolejny król – Azariadsz mocno je rozbudował. Za króla Achaza – miasto przejęli Syryjczycy. A potem Rzymianie… A potem Brytyjczycy… Czy z tych historycznych czasów jakieś ślady są w Ejlat? Nie, ale trzymamy kciuki za archeologów… 😉

Współczesny Ejlat jest kurortem nadmorskim. W 1950 roku przyjechała tu pierwsza grupa żydowskich osiedleńców i… pięknie (choć nie bez przeszkód ze strony sąsiadów…) miasto zbudowali właściwie niemal od zera! Szybko Ejlat stał się ważnym centrum konferencyjno – kulturowym. Na przykład Festiwal Jazzowy Morza Czerwonego tu się odbywa, albo Festiwal Muzyki Klasycznej lub Międzynarodowy Festiwal Muzyki Filmowej. A dla tych co poleniuchować w słońcu lubią, plaże i atrakcje dla turystów plażing preferujących – do wyboru do koloru. Można też popływać: na deskach wszelakich, obiektach pływających a i w pław. I w głąb też – bo rafy koralowe są tu ładne. Warto też w górę popatrzyć bo Ejlat słynie jako najlepsze na świecie miejsce do obserwacji migracji ptaków. A dla spragnionych rozrywki – „Kings City”, niczym z Disneylandu. W mieście działa Muzeum oraz Podwodne Obserwatorium i Park Morski w Ejlacie – ale to zostawiam na kolejne „podglądania kultur”. A! Tak za miasto na piechotkę to raczej ostrożnie… W pobliskim Parku Narodowym to jednak hieny, pantery i gepardy mieszkają – a one biegają ciut szybko jak obiadu szukają…

Uroczy kurort, świetne hotele z widokiem na… morze i trzy sąsiednie kraje: Arabia Saudyjska, Jordania i Egipt.

PS

A tak a propos, hotelu. Zatrzymałam się jednym takim, Neptun ma na imię 😊. Z wszystkich pokoi widok na morze – jak na fot widać. W restauracji przy okazji śniadania, gości mnóstwo rozmawia w różnych językach. Przy stoliku obok siebie siedzi ortodoksyjna rodzina żydowska i analogicznie religijna rodzina muzułmańska, ale też osoby nieznanej preferencji religijnej lub jej braku (bo po stroju nie widać 😉 ). Pracownicy hotelu – Żydzi, Jordańczycy, Beduini, muzułmanie nie znanego mi pochodzenia narodowego i etnicznego, przybysze z Afryki, w recepcji Ukrainka i Polka. A śniadanko – raj dla wegetarian (bo w tym hotelu jest akurat kuchnia koszerna w wersji mlecznej). Sześć wysp, a na każdej kilkadziesiąt półmisków z pysznymi różnościami. Przy jednej Pan robi omlety, przy innej inny Pan kroi na bieżąco warzywka by móc sobie skomponować własną sałatkę, Pani na bieżąco piecze gofry, z boku stanowisko kawowe i piec a z niego wyskakują cieplutkie croissanty… No taki kurort to ja uważam!

Jordania – Al-Karak

W Al-Karak lokalizuje się prawdopodobną stolicę królestwa Moabitów – Kir-Chareszet. Skąd wiemy o tym królestwie? Ano z Tanach, a i w samej Torze wzmianka. Oczywiście nie tylko źródła pisane podpowiadają taką możliwość. Również liczne znaleziska archeologiczne na przykład słynna stela Mesza. Ale obecnie turyści przyjeżdżają tu dla obejrzenia zamku krzyżowców – jednego z największych w tym regionie. Przez samych krzyżowców nazywany był Kerak Moabitów. Wzniesiono go w XII wieku z inicjatywy Pagana Lokaja (wasala Baldwina II). Ale Pagan nie ukończył dzieła. Prace po nim kontynuował jego siostrzeniec Maurycy z Montrealu. Solidna to była twierdza! I do tego na szlaku handlowym, i na szlaku Beduinów. W konsekwencji położenie a i rozmiary zamku pozwalały na sporą kontrolę nad rejonem. W 1183 Saladyn oblegał zamek. Ale trafił akurat na czas ślubu Humhreya IV z Toronu z Izabellą I Jerozolimską. Oblężenie oblężeniem ale ślub też ważna sprawa a i jego konsumpcja chyba jeszcze ważniejsza… 😉 Pogadali jedni z drugimi i Saladyn uznał potrzebę chwili – atakował dalej, ale wszystko poza komnatą nowożeńców, żeby ci spokojnie mogli… to co tam nowożeńcy mogą a nawet powinni zrobić. 😊 Sumarycznie Saladynowi nie udało się zdobyć zamku. Baldwin IV Jerozolimski przyszedł w międzyczasie z odsieczą. Ostatecznie jakiś czas później dopiero siostrzeniec Saladyna – Sa’d Al-Din, zamek zdobył.

Dzisiaj, ruiny zamku są zupełnie nieźle zachowane. Bez trudu można wyobrazić sobie jego potęgę i przemyślą konstrukcję architektoniczną, która dawał możliwość ataku (a więc i obrony) zasadniczo z jednej strony tylko. Wnętrza też ciekawe. Wielkie stajnie, sala biesiadna (refektarz chyba można powiedzieć…) z coraz to mniejszymi drzwiami, przez które wiatr hulał robiąc naturalną klimatyzację. Dalej kuchnia i winiarnia. Ciut dalej kolejne pomieszczenia, też więzienie. Ot wszystko co w zamku potrzebne do życia.

A! Aktualnym mieszkańcem zamku jest kot. Wygląda jakby tak jakby jego rodzice do miksera wpadli – ma wszelkie kolory kocie na sobie. 😊 Ale że brązów i beży najwięcej – a ja akurat w podobnym „umaszczeniu” byłam, uznał że od tego dnia będziemy najlepszymi przyjaciółmi na świecie. Oprowadził mnie po całym zamku!

Mazowieckie – Warszawa Las Kabacki

Warszawa w sumie mocno zielona jest. Ale żeby tego doświadczyć to trzeba pozwiedzać nieco odleglejsze dzielnica od samego centrum. Na przykład taki Las Kabacki na Ursynowie (i kawałek tego lasu na Wilanów się też załapał). Rezerwat i park, który nazwę wziął od włączonej z czasem do miasta wsi Kabaty. To taki „pański teren” bo las należał do Sobieskich, Branickich, Potockich, Lubomirskich… Kawał pięknego terenu wiec się nie dziwię. W 1938 roku stał się własnością miasta. Obecnie jest największym tego typu kompleksem lewobrzeżnej Warszawy.

Pięknie tam! Drzewa szumią, trawy im wtórują a czasem basem pociągnie jakiś większy zwietrz albo sopranami ptaszki zaćwiergolą. Nawet zimowy kożuszek nie jest przeszkodą w ręcz zachętą do spaceru gdy śnieg skrzy się promieniach słońca i lodowe sopelki wiszą na gałęziach drzew i krzewów niczym drogocenna biżuteria. To takie miejsce nie tylko do popodglądania przyrody. Bo są też miejsca wyznaczone na biwakowanie i zrobieni sobie grilla… I właściwie minusowe temperatury i śnieg dookoła wcale temu nie przeszkadza co widziałam na własne oczęta!

Pozwiedzać tak historycznie też jest co! Na przykład drewniana leśniczówka z końca XIX wieku. Teraz jest tam małe „leśniczówkowe” muzeum. A że zachowana bardzo dobrze to i stała się planem filmowym w którymś odcinku „07 z głoś się” i „Klanu”!

Warszawa to taka już jest, że co krok ślady i rany po powstaniach, po II wojnie i po czasach komunizmu… W Lesie Kabackim też. Są mogiły powstańcze i późniejsze – żołnierzy AK z oddziału „Grzymały”[ walczących tu w Powstaniu Warszawskim . Tablica upamiętnia masowe egzekucje jakie dokonali tu Niemcy w czasie II wojny na ludności polskiej i żydowskiemu.

Do rezerwatu przylega Park Kultury w Powsinie. Ale nie wiem czy tam z kulturą coś po drodze bo głownie są tam miejsca dla uprawiania sportu więc z kulturą fizyczną chyba jedynie. Chociaż nie! Jest też muszla koncertowa! No i słynny dąb Hetman – pomnik przyrody.

Warto też odwiedzić przylegający do Lasu Kabackiego Ogród Botaniczny PAN. Ale on najpiękniejszy na wiosnę podobno… Wiec mam powód by pójść ponownie! I na kolejne subiektywne podglądanie… 😉

Inspiracje modowe tym co dalekie”. cz. 12 „Nigeria”

Ina kwana. Ka leƙa cikin tufafin Najeriya

Termin
26 stycznia 2026 r., godz. 16.45–18.15

Miejsce
ul. Franciszkańska 1, Kraków, UPJPII
sala 211b (II piętro)

Wstęp wolny i wskazany

Maroko jest super kolorowe! A stroje? No też, bo kolorowa jest kultura berberyjska. Teraz dominują kaftany, dżellaby… Te ostatnie stały się prawie kultowe!. No i super ważne, różnorakie nakrycia głowy. A do tego zdobienia srebrem, koralikami… zwłaszcza czerwonymi i niebieskimi. Bo niebieski kolor ważny jest! A jak się ma taki koloru oczy… to ho ho ho!

Zapraszamy w strojach inspirowanych tytułem spotkania. Na koniec – atrakcja. Na wybieg modowy zaprosimy wszystkich, którzy zechcą zaprezentować swoje pomysły modowe.

Fot. Grzegorz Finowski

oprac. graf. Justyna Kastelik

Warszawa – Opera Narodowa „La Boheme”

„La Boheme” Pucciniego w Operze Narodowej w Warszawie. Muzycznie – uczta bezapelacyjna! Trafiłam na Gabrielę Legun (Mimi) i Davide Giusti (Rodolfo). No kaaaawł głosów mają! A w duecie brzmią idealnie. Do tego ruch sceniczny obydwojga też fantastyczny. Właściwie wszyscy śpiewacy nie tylko wyśpiewali ale i świetnie aktorsko zagrali swoje role. Było przyjemnością niekłamaną ich oglądać i słuchać.

Scenografia i kostiumy – ciut mnie zaskoczyły. Pierwsze sceny na rusztowaniu. I nie, nie! Nie jest to squad lub pomieszkiwanie pod mostem. To podtrzymujące wielki neon rusztowanie, na którym śpiewacy z trudem się mieszczą w kolejnych scenach. W Operze Narodowej podobny zabieg – śpiewanie z „pięter scenografii” widziałam już w „Czarodziejskim flecie”. Ale tam było to trafione w dziesiątkę i świetnie zrobiło robotę… W Cyganerii… hmmm….  Jakoś też trudno mi było uwierzyć że to mieszkalna miejscówka. Potem scenografia się zmienia w kierunku kadrów żywcem z „Moulin Rouge” lub „Lata dwudzieste… lata trzydzieste”. Jest lepiej! Drugi akt za to sceneria rodem z The Day After Tomorrowalbo innego katastroficznego filmu o zagładzie cywilizacji. Neon smętnie wbił się w zaspy śniegu… Ponuro… knajpa to raczej melina. A słaniający się na nogach w drugim planie ćpun lub alkoholik (stawiam na to pierwsze) – to jak dla mnie ciut za dużo…   Nie wiem czy zamysłem Pucciniego było osadzenie opowieści w realiach półświatka artystycznego czy skrajnej patologii – ale w Warszawskiej wersji scenografia i kostiumy podpowiadają to drugie….

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑