Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 25 of 88)

Hiszpania – Valencia, El Cabanyal

Jest taka dzielnica w Walencji – El Cabanyal. To dawna osada rybacka, zupełnie niedawno (nie bez oporu mieszkańców…) włączona do miasta. Bajeczne miejsce, magiczne… 😊 Zakochać się można – a już na pewno w głowie się może zakręcić od kolorów urokliwych kamieniczek, kwitnącego jaśminu i zapachu pomarańczy. Wcale się nie dziwię, że dzielnica stała się ulubionym miejscem dla lokalnej bohemy. Wydarzenia teatralne, festiwale, koncerty ale i takie zwyczajnie artystyczne „pomalowanie” ulic. Czuć w powietrzu art! Ale to bardzo dobrze harmonizuje z zabytkowymi czasem a na pewno ugruntowanymi lokalną tradycją – zdobieniami z wzorzystych kafelek. Wcale się nie dziwię, że tutaj tworzył Joaquina Sorolli (upamiętniony zresztą gustownym pomnikiem). Perfekcyjnie pokazywał promienie słońca, złote światło, iskrzące się diamenty na falach, złoty piasek… Bo i plaże – genialne w kolorach! Zwłaszcza złota godzina robi robotę. W przewodnikach można przeczytać że dzielnica słynie z dań z ryb i owoców morza. Tak… Ale śniadanie w wersji cortado i bagietki z czymś tam, podawane w towarzystwie gwaru rozmów „lokalsów” w jakiejś maleńkiej knajpce – to dopiero cudo jest !

Hiszpania – Valencia, ogrody i parki

Hiszpańska koncepcja zimy jest GENIALNA!!! A ta w Valencii – szczególnie. 😊 Środek zimy, generalnie człowiek na mróz i śnieżyce nastawiony – a tu słonko, zielono i kwitnąco! A że Walencja cudnych ogrodów ma sporo (plus fantastyczna plaża) – taką koncepcję zimy uważam za idealną!

„Ogrody królewskie” są nieopodal starej i zabytkowej części miasta. Tak po drugiej stronie dawnego koryta rzeki. Koncepcja ogrodu to sąsiadujące ze sobą przestrzenie. W każdej centralnym punktem jest fontanna albo pawilon albo choć kompozycja z rzeźbą w centrum. Na przykład „Przebudzenie” albo „Dziewczyna z dzbanem”. Pięknie, uroczo, niemal romantycznie… Są też stada papużek i innych kolorowych ptaków (co ich nie znam z imienia, ale drą się na wyścigi z papugami 😉). No i cuuuuudowne rozarium! W klombach koliście ułożonych, róże przeróżnych odmian uroczo kuszą zapachem, kolorem i…. dźwiękiem – bo w centralnej części fontanna muzyczna.

Inny – naaaaajdłużysz z ogrodów, założony został w starym korycie rzeki Turia. W 1957 roku rzekę przekierowano w inne miejsce (za karę po powodzi… ) A w korycie jakiś czas później powstał 120-hektarowy ogród. To interesujące miejsce. Tak jak w „Ogrodach Królewskich” czuje się zefirek romantyzmu (w tych klimatach konkurencję mają tylko w postaci „Ogrodów Monforte”), tak w „Ogrodach Turia” czuć jakąś magię. Może dlatego, że twórca ogrodu, Ricardo Bofilla inspirował się ogrodami arabskimi? Park ma dwanaście części. W każdej nieco inny klimat i przeznaczenie – od przestrzeni dedykowanej dla sportu, przez rekreacyjne klimaty do terenów wręcz artystycznych (np. „muzyczne” Palau).

A gdy dodamy do tego milion palm wszelakich w cały mieście i dwa razy więcej cytrusowych drzewek uginających się pod ciężarem pomarańczy, mandarynek i cytryn… Hmmm…. Świetna koncepcja zimy!

Hiszpania – Valencia, plaże i porty

Nie lubię się opalać, pływać nie potrafię, ale plaże bardzo lubię! Przewrotność… nie byłam oczywiście na wszystkich plażach świata. Na kilku chciałabym w najbliższej przyszłości być… 😉 Ale jest kilka zupełnie ładnych, po których już zdarzyło mi się łazić. Czasem wspominam te spacery z przyjemnością – czasem nie. Czasem tylko przywołuję ładne kadry, takie stopklatki które wbiły mi się w pamięć, zwłaszcza jeśli to rejon świata który zwyczajnie z plaż słynie. Do takich myślę należą plaże Walencji. Podobno najpiękniejsze w tamtym rejonie. Jest ich kilka. De la Malvarrosa – to taka miejska plaża. Piasek drobniutki i żółty, błękit fal (i flagi na brzegu…), promenada, dziesiątki knajpek, barów i innych takich. Jest też Playa el Saler z białym piaskiem i sosnami rosnącymi na wydmach i dzika de La Devesa. Na północ od portu – de las Arenas itd. itd. A właśnie! Spacerowo atrakcyjny jest też sam port. Jeden z „najruchliwszych” portów w Europie. Tu co chwilę coś płynie w te lub we w te. 😊 Towarowe lub turystyczne olbrzymy, ekskluzywne jachty, małe łajby… Początki portu sięgają końca XV wieku kiedy to król Ferdynand pozwolił tu wybudować drewniany pomost. Z tego pomostu, mostu właściwie – port rozbudowywał się i rozrastał i dwieście lat później nawet dostał przywileje handlowe z suwerennymi państwami. Port wydawać by się mogło mało fajne miejsce do łażenia. Ale… Jest część historyczna (tam turystyczne statki cumują i odpływają na krótsze lub dłuższe wypady), są sterczące w niebo żurawie, są mariny dla jachtów, których maszty wygrywają dziwną melodię poruszane wiatrem… I to wszystko pięknie wygląda gdy zachodzące słońce pluska się w falach portowych…

Hiszpania – Valencia, sacralnie

Spacer „sacrum” po Valencii może mieć kilka tras. Była tutaj duża społeczność żydowska. Zabytków zostało niewiele ale nadal działają synagogi (np. ortodoksyjne i konserwatywna) a społeczność prężnie się rozwija. Zarówno w mieście jak i w jego okolicy również ślady historyczne kultury sefardyjskiej znaleźć można. Szkoda, że przewodnik który oprowadzał mnie kilka lat temu po mieście nie miał o tym żadnego pojęcia. W Valencii przez wiele wieków rozwijała się też tradycja arabska. Muzułmanie podbili Valencię w VIII wieku. Również idąc szlakiem tej religii ślady historii odnaleźć w mieście można.

Ale tym razem „podglądanie subiektywne” tradycji katolickiej – której szukać specjalnie nie trzeba bo wypełnia całe miasto. Piękny gotyk lub barok kościołów i innych zabytków sakralnych kuszą by je odwiedzać i podziwiać kunszt i artyzm. Zdecydowanie numer jeden to katedra czyli La Seu de Valencia. Głównie gotycka, choć tak naprawdę znaleźć tu można bez trudu i romanizm i renesans i barok i co tam kto chce. 😊 Bryła architektoniczna – monumentalna ale 70-metrowa dzwonnica chyba najbardziej przykuwa wzrok. A potem też dostrzega się kopułę i renesansową Obra Nova, jest też Capilla de San Jordi, w której podobno po zdobyciu miasta przez wojska chrześcijańskie odprawiono pierwszą mszę (miał tu być wówczas meczet). I z którejkolwiek strony do katedry by się nie podeszło to coś nowego i pięknego architektonicznie dostrzec można. Ale najsłynniejsze miejsce w katedrze to XIV wieczna Capilla del Santo Cáliz, w której jest przechowywany Święty Graal. Ten w Valencii to czarka z agatu (potem ozdobiona złotem) która możliwe, że faktycznie powstała w I wieku. Według popularnej legendy św. Wawrzyniec przywiózł w III wieku z Jerozolimy ów kielich, który służył Jezusowi w trakcie ostatnie wieczerzy a potem też do którego zebrano krew Jezusa. Graal w różnych miejscach w Hiszpanii był przechowywany i strzeżony aż wreszcie w 1436 trafił do Valencii – no i jest do dziś. Tak na marginesie tylko warto zaznaczyć, że kielich z Valencii nie zawsze nazywany Graalem bywa. Pomiędzy katedrą a fontanną Turia, jest Basilica de la Virge dels Desamparats – kościół Matki Bożej Opuszczonej. Za przyczyną wicekróla Oropesy kościół został wzniesiony w XVII wieku. Co w środku ciekawego? Ano freski w kopule autorstwa Palomino, gdzie mrowie świętych i anioły stadami fruwające w otwartym niebie widać. W ołtarzu – figura Marii Opuszczonej. Przez sukienki (skądinąd bardzo ładnej roboty snycerskiej i złotniczej) przypomina mi nieco loretańską z daleka. Bliżej przyjrzawszy się – pomylić nie sposób. 😊 Jest też Iglesia de Santa Catalina (po przeciwnej stronie katedry niż Virge dels Desamparats). W środku bardzo ascetyczny ale dzwonnica na zewnątrz – robi efekt WOW! Podobnie ascetyczne jest wnętrze posiada Iglesia de San Juan del Hospital. Aż się ma wrażenie przeniesienia w wieki średnie. Jedynie ażurowa kaplica św. Barbary wyciąga zwiedzającego z wieków średnich i wrzuca w sam środek czasów nowożytnych. Dokładnie odwrotnie jest w Iglesia de los Santos Juanes – gdzie efekt WOW robi barokowa polichromia i wystój wnętrza a nie fasada.

Tak naprawdę w Valencii obiektów sakralnych jest na kilka dni zwiedzania. A jeśli trasy sacrum różnych religii chcemy pozwiedzać to i na intensywny tydzień wystarczy. 😊 No i dobrze że w niektórych obiektach, zielone i ukwiecone wirydarze, placyki, zaułki, krużganki… Przy ciepełku hiszpańskim to cenny dodatek do doświadczania historii w przemodlone kamienie zaklętej!

Indie – Agra, Czerwony fort

Delikatna biel czule otulona mocnym ramieniem rudawej czerwieni. Takie połączone odległe światy w harmonijnym duecie, które wyrosło na granicy lasu (tak można przetłumaczyć pierwotną nazwę Agra)… Pałac, który stał się więzieniem dla Szahdżahana, który mógł tylko patrzyć stąd na grobowiec swojej miłości – Tadż Mahal. W sumie słabo, bo zamknął go tam jego własny syn, przy okazji roztrwaniając nie mały majątek imperium na bezsensowne walki…

Tysiące robotników wznosiło około 500 budowli, które składały się na szesnastowieczny Czerwony Fort w Arze. Przy czym tę nazwę Fort zyskał po przebudowę w II poł XVI w. Faktycznie czerwony – to znaczy z czerwonego piaskowca więc taki trochę między ochrą a sjeną paloną, ale niech będzie że „czerwony” 😉. W środku – białe marmury pięknie kontrastują na tle czerwieni murów zewnętrznych. Wyrafinowana koncepcja z makijażem mozaik, kameryzacji, złoceń. Jak to w fortach Radżastanu – trudno się skupić na jakimś konkretnym zakątku. Jest fantastyczny, chyba jeden z najpiękniejszych w Indiach – perłowy meczet; są niesamowite pałace – pałac luster na przykład, cudowne relaksacyjne ogrody, pawilony z salami do audiencji. Tu był słynny pawi tron z mnóstwem rubinów, szmaragdów, brylantów i ze słynnym diament „Koh-i-noor”, który każdemu właścicielowi przynosił sporo… nieszczęść. Od popadania w obłęd i choroby do podtruwania i takich tam atrakcji. Trudno było wejść do fortu bez zaproszenia, choć w sumie strażników nie było… Podobno z jednej strony – pomiędzy murami wśród zasadzonych tam dżunglowatych roślinek spacerowały tygrysy, a z drugiej strony w fosie pływały sobie krokodyle. Jedne i drugie gotowe serdecznie powitać nieproszonych gości.

Fort, jak to fort – trochę przeszedł… Gdzieś tam nawet widać te burze… Ale mnie i tak uwiódł dziwnym pięknem. I proszę nie pytać dlaczego. Nie wiem… Po prostu – bo tak! 😉

Indie – Agra, Tadż Mahal

Świątynia Miłości – Tadż Mahal… No ja nie wiem czy to akurat dobra koncepcja świątynią miłości nazywać grobowiec… Z miłością kojarzy mi się raczej erupcja emocji, namiętności, rozkwit tego co nowe, ekscytujące, mimo wszelkich nie i tak pociągające, kuszące… Z grobowcem, mauzoleum czy inna tam mogiła – raczej słabo… Ale jak kto tam woli tak ma! Tadż Mahal w Agrze wzniósł Szahdżahan dla swojej ukochanej, choć podobno nienachalnej urody już wtedy żony Mumtas Mahal. Zmarła przy porodzie czternastego bodaj dziecka. Ja nie wiem jak to z tą miłością było. Podobno Mumtas na łożu śmierci nakazała mężowi by nigdy się więcej nie ożenił, zaopiekował dziećmi i wzniósł monument upamiętniający ją samą… Karnie posłuchał… To mi wygląda na despotkę a nie zakochaną kobietę ale co ja o gustach będę… 😉 Gust architektoniczny natomiast Szahdżahan bez wątpienia miał! Zaangażował ponad 20 tys. robotników, robota trwała dwadzieścia dwa lata (1632–1654) – ale jest! To kompleks czterech budynków. Najbardziej rozpoznawalny to oczywiście główny, porażający wprost bielą budynek mauzoleum. Wewnątrz ascetyczny w sumie, na zewnątrz – koronkowy. Po prawej i lewej stronie – meczet oraz bliźniaczo wyglądający – dawny budynek gościnny. No i całość uzupełnia brama oraz ogród – symbol raju. To nie tylko cudo architektoniczne. To architektura, która symbolami wchodzi w dialog z mistyką, religijnością, duchowością… Nawet zdobiące całość szlachetne i półszlachetne kamienie nie są przypadkowe. To głęboko przemyślana mistyczna opowieść zaklęta w kamień…

A! Podobno kolor mauzoleum zmienia się w ciągu doby (pod wpływem słońca) tak samo jak zmieniały się nastroje Mumtas… 😉

Indie – Bikaner

Ostatnio jakoś zaczęło mi brakować gwaru… Takiego zwyczajnego zgiełku ulicy. Ale nie takiej taktownego, wysublimowanego zgiełku ulic europejskich. Mnie brakuje muzyki ulic Azji. Nie wiem czy Indie są najgłośniejszym krajem świata ale w czołówce na pewno zajmują znaczące miejsce. 😉 Bikaner… Hmmm… W XV wieku była tam jeszcze pustynia. Wtedy Rao Bika założył miasto. Bikaner rozwijał się pod rządami klanu a potem przeszedł w ręce Mogołów. Zaczęły pojawiać się forty, pałace, haveli, i przede wszystkich handel, który napędzał to wszystko. No rozkwit nieprzerwany! (tzn. z małymi zakrętami…).

Ale tam cudownie gwarnie jest !!! To jedno z tych miejsc gdzie elementem koniecznym wyposażenia pojazdu jest klakson. Cała reszta elementów konstrukcyjnych jest alternatywna. 😉 A ile nawoływań, przekrzykiwania. Toż jest to jeden z bardziej znanych ośrodków tkackich. A co się utka to i sprzedać wypada. 😊 Handlują tu też wielbłądami. Chyba jakoś na początku roku jest organizowany w Bikaner słynny targ. Jest tu nawet muzeum wielbłądzie!

Ech… pojeździłoby się jakąś rikszą czy innym obiektem jeżdżącym, schrupało bhujia, ponasłuchiwało melodię ulicy… A potem w ciszy jakiejś haveli posłuchać szumu wody w fontannie…

Indie – Chittaur Fort

Chittaur Fort – jeden z fortów w Radżastanie. Wzniesiony został w VIII wieku. Przez jakiś czas był nawet stolicą Mewar. Z fortem cokolwiek romantyczna historia się wiąże. Zdobył go w 1303 roku sułtan Dheli – Alauddin Childżi, a to dlatego że chciał posiąść słynącą z urody księżniczkę Padmini. Umiarkowanie mu się udało, bo księżniczka wolała popełnić (uzasadnione kulturowo i zarazem rytualne) samobójstwo. Taka Indyjska wersja naszej Wandy co Niemca nie chciała. Tyle że Padmini się spaliła a nie utopiła. Ponad 200 lat później sytuacja się powtórzyła – tyle że dżohar (jaubar) popełniło wówczas 13 tys. kobiet.

Cały kompleks jest ogromny. To blisko 300 hektarów – największy fort w Indiach. Ale turystów w sumie niezbyt wielu. Chyba więcej odwiedzających mieszkańców Indii, niż obcokrajowców. W forcie – świątynia Kalika Mata do której niezmiennie pielgrzymują pobożni hindusi, ogromna wieża Vijay Stambh z genealogią władców fortu, kilka pałaców np. Rani Padmini lub Rana Kumbha. Generalnie jest się gdzie błąkać godzinami…

A! I drobnostka… Wiem. Obecność małpiatych różnej proweniencji w Indiach nie jest jakimś wyjątkowym wydarzeniem – ale mieszkanki tego Fortu – szczególnie miłe i życzliwe się okazały. 😉 Może dlatego, że turystów niewielu – i nie nauczyły się jeszcze ich zaczepiać paskudnie. 😅

Indie – Delhi

Ostatnio skomentowałam fotę kolegi. Taka fajna fota z jakiegoś zakątka Indii. „Wiesz – chaos trochę… ”. Odpowiedź poszła natychmiast „Takie są … Indie!!!”. Pełna zgoda! Takie są Indie. 😊 Zwłaszcza dla takiego ktosia jak ja, który odbiera i zapamiętuje to co dookoła nie tylko przez obraz ale i zapach, dźwięk, dotyk… No są… Ale…

Delhi to jedno z bardziej hałaśliwych miast Indii. 24 h na dobę – klaksony „na full”, muzyka, głośne rozmowy, nawoływanie, śmiechy, modlitwy wszelkich możliwych religii i wyznań itd. itd. itd. Wszędobylskie, wdzierające się bezczelnie, wszelkie kolory świata i wszelkie jego zapachy… Trudno się dziwić w sumie. Tu miasto na mieście się wznosi i z niego kiełkuje, wyrasta. Na gruncie jednego wyrastało kolejne, ślady poprzednika wykwitały, przedzierały się nieśmiało jakby zawstydzone trochę nowym ale mające świadomość swojego znaczenia. Są zabytki sprzed wieków, bo jest kompleks Qutub, XVII wieczny Wielki meczet zwany piątkowym, czerwony fort z tego samego wieku… Ale też z historią zupełnie świeżą. Na przykład Brama Indii zbudowana przez Ludwina Lutyensa dla upamiętnienia żołnierzy indyjskich którzy polegli w trakcie I wojny światowej. Albo ogromna Bahaistyczna Świątynia Lotosu która robi wrażenie nie tylko formą architektoniczną ale i mocno odcinającą się od pejzażu Indii bielą. Najbardziej (przynajmniej dla mnie – bo faceta ceniłam bardzo) emocjonującym miejscem jest Raj Ghat i miejsce pamięci Mahatmy Gandhiego.

Ech…. kalejdoskop przedziwny historii. I tak od VIII wieku (a i chyba wcześniejsze też ślady).

A co z tym chaosem, hałasem, zgiełkiem… No niby jest… Ale w tym młynie, gdzieś ktoś przysnął na chodniku w cieniu, zmęczony upałem; ktoś zagłębił się tak w swoich myślach, że świat mu się zatrzymał; czyściciel uszu z uwagą skupia się na swojej robocie (precyzja tu ważna! ); kobieta jakaś sprzedaje bransoletki na kostki i zamyślona pobrzękuje cichutko dzwoneczkami biżuteryjnymi; cisza otula Vir Bhumi…

Chaos, zgiełk… a w nim cisza, zatrzymanie się na chwilę… Indie przedziwne jednak są…

Indie – Deshnok

Świątynia szczurów w Deshnok niedaleko Bikaneru to dość wyjątkowe miejsce. To świątynia hinduska gdzie szczury nogi podkładają. Są ich tutaj setki. Łażą po ścianach, pełno ich na korytarzach i dziedzińcach… Nie boją się ani pobożnych pielgrzymów, ani zdziwionych i zainteresowanych turystów. Z gracją kosztują wodę wystawioną tu i tam w okrągłych misach, lub degustują pozostawiane dla nich kąski. Czasem po prostu leniwie prezentują się, lub biegną gdzieś w swoich sprawach. Skąd się wzięły? W świątyni czczona jest Karni Mata – to jedno z wcieleń bogini Durgi. Urodziła się 1387 w niewielkiej wiosce. Była ascetką, słynęła z mądrości i dobroczynności. Dokonywała licznych cudów. Gdy utonął jej syn (niektórzy twierdzą, że siostrzeniec) – chciała przywrócić go do życia. Młodzieniec odrodził się jednak już pod postacią – szczura! Potomkowie Karni Maty (a jest ich w okolicy sporo) do dzisiaj wierzą, że po śmierci odrodzą się pod postacią szczura i zamieszkają w świątyni. Warto wypatrywać białego szczura – to ponoć wcielenie samej bogini. W sumie taki rodzinny interes…

Bardzo tu różowo. Nie do końca uważam ten kolor, więc czułam się trochę jak w landrynkowym domku dla lalek. To znaczy, czułabym się gdyby nie dodatkowa atrakcja w postaci wspomnianych wyżej zwierzaków. Dla jasności – szczur to szczur. Zwierzę jak każde inne, a i czasem nawet futerko ma ładne… Wiem, zarazy roznoszą i generalnie, choć inteligentne, nie cieszą się wyjątkową estyma. Ale sam ich widok nie był dyskomfortowy. Dokuczliwy okazał się wszechobecny smród! Przy czym trudno było stwierdzić co intensywniejsze smród szczurów, czy smród gołębi, których tu niewiele mniej niż gryzoni. Tak czy tak – wyjątkowe to miejsce.

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑