Na zboczach gór Arawalli kusi swoim pięknem największy kompleks świątynny dżinizmu – Ranakpur. To zespół położonych blisko siebie kilku świątyń. Największa z nich Chaumukha Mandir (świątynia czterech twarzy) wzniesiona została z białego marmuru. To labirynt blisko 30 sali, 80 kopuł nakrywa świątynię a całość podtrzymuje 1444 filary – i każdy inaczej zdobiony! Wewnątrz cztery posągi patrzą szeroko otwartymi oczyma na wiernych i zwiedzających. Ale nie wolno im spoglądać prosto w oczy! To nazbyt zuchwałe. Służba świątynna dyskretnie zwraca uwagę zbyt nachalnym turystom chcącym błyskać fleszem prosto w twarz boga. Nie zadawać cierpienia żywym istotom – to jedna z zasad dżinizmu, dlatego przed wejściem do świątyni należy zostawić nie tylko buty (co oczywiste) ale też wszystko co wykonane jest ze skóry zwierząt – paski do zegarka, portfele itp. Ta zasada na tyle restrykcyjnie jest przestrzegana, że mniszki noszą na twarzy maseczki (podobne do chirurgicznych) by przypadkiem nie połknąć jakiegoś np. komara, a miotełką zamiatają przed sobą drogę by nie nadepnąć na jakąś mrówkę. Czasem można spotkać tu owe mniszki ubrane całkowicie na biało lub mnichów ubranych – jedynie w modlitwę… Zawsze liczyć natomiast można na wszechobecne małpy – czasem fakirki. Jak na Indie bardzo tu cicho i w sumie pustawo. Można spokojnie zanurzyć się we własnych myślach… A anturaż temu służy…
Ostatnio ktoś powiedział mi, że gorące i gwarne kraje nie służą przemyśleniom i podejmowaniu życiowo ważnych decyzji. To prawda! Do takich, lepszy jest chłód północy lub filozofia dalekich krańców Azji – i w komplecie długie wieczorne rozmowy albo równie długie pomilczenie sobie.
Przypomniało mi się jednak miejsce, które w świadomości wielu jest kwintesencją rozmyślania, medytacji, przygotowywania się na nowe… PUSTYNIA. Ta, o której pomyślałam to Thar czyli Wielka Pustynia Indyjska. To taka „prawdziwa pustynia”, nie żadne kamieniste pustynie Izraela lub ilaste – Iranu. To taka pustynia, że pustynia! Jest cudowna. Idealny w barwie i konsystencji piasek przesuwa się pod stopami. Piach układa się w barchany a wiatr szybko zaciera ślady stóp intruzów, którzy swoją obecnością chcą zakłócić harmonię miejsca. Gigantyczna kula słońca wisi nad horyzontem i wieczorową porą ogniście toczy się po nim. Taki klimat, że tylko jakiegoś Lawrence brakuje (wiem, wiem! Nie ta pustynia, nie ten klimat i nie ta historia! Ale każda z pustyń, zawsze przywołują mi w pamięci ten film ;)). I to na tyle jeśli chodzi o klimat do medytacji – bo… Podobno Thar to jedna z najbardziej zaludnionych pustyń świata. Nie wiem czy tak jest ale faktycznie doświadczyłam tłumów! Najpierw przydługa droga. OK na grzbiecie wielbłąda, ale to nie jest najwygodniejszy z możliwych środków lokomocji. Bydle człapie powoli ale chybotliwie, a siodła, cóż… A potem dzikie tłumy czekające hałaśliwie na zachód słońca. Lokalni przewoźnicy nawołują i kłócą się o turystów. Ktoś gra na instrumencie niewiadomego pochodzenia (gra – to za wiele powiedziane. Raczej wydaje dźwięki.). Nawet „mój” wielbłąd miał dość i rozłożył się cielska tobołem.
Lubię pustynie wieczorową porą, ale na podejmowanie życiowych decyzji lepszy chłód północy lub krańce Azji…
Udajpur dawna stolica Mewar. Miasto założone zostało w XVI wieku przez maharanę Udaj Singha. W czasach kolonialnych nazywane było „najbardziej romantycznym punktem na kontynencie indyjskim”, lub „Wenecją Wschodu” (ostatecznie leży pomiędzy trzema jeziorami). Z obydwoma – się zgadzam! Urocze są tu i zachody i wschody słońca (zwłaszcza nad wodą…) ale i poplątane uliczki i zaułki z milionem sklepików oraz lokalnych wytwórni – hmmmm… wszystkiego. Miasto słynie co prawda z malarstwa miniaturowego na płótnie, jedwabiu i kości, ale i inne rzemiosła bez trudu się odnajdzie. No ładnie po prostu. Ale i architektonicznie miasto uwodzi swym urokiem. Otoczone było murem obronnym, z którego do dziś niewiele się zachowało, raptem jakaś brama i fragmenty wyższych fortyfikacji. Mrowie pałaców i haveli – a oprócz nich świątynie. Do świątyni Kesariya prowadzą strome wysokie schody. Ileż tam jest dekoracji, płaskorzeźb, zdobień, kwiatów porozsypywanych… Jest też świątynia Jagdish zbudowana w roku 1651 przez maharanę Dźagata Singha– chyba główna atrakcja turystyczna miasta. W środku – ciekawe figurki Wisznu wykute w czarnym kamieniu. No i budowany przez czterysta lat pałac miejski. Chyba największy w Radżasthanie. Ileż tu wieżyczek, kopuł, balkonów, wykuszy… no i koronkowo przysłonięte misternymi kamiennymi zdobieniami okna… Do pałacu wchodzi się słynną bramą Bari Pol. Tutaj władca się ważył – i rozdawał ludowi tyle złota ile na wadze mu wyszło. W interesie poddanych było zatem dbać o „dobry wygląd” maharana. Bram zresztą – pięknych, w kompleksie pałacowym generalnie nie mało. No urokliwie – i basta.
Właściwie to nie dziwię się, że Bollywood upodobało sobie Udajpur jako przestrzeń do realizacji filmów… James Bond – też tu w sumie był… Hmmm… Nadaje się!
Czasem jakieś rejony świata kojarzą mi się z zapachami. Wietnam pachnie rozgotowanym ryżem, Egipt – pyłem, Tajlandia przyprawami smażonych i grillowanych na ulicy potraw (często mięska nieznanego pochodzenia ). A Indie? Indie nie pachną. To znaczy kojarzą mi się z zapachem ale jego zdefiniowanie dalekie jest od określenia „pachnie”… Są kolorowe, gwarne, przyprawiające o zawrót głowy – ale nie pachnące! Nie znaczy to, że nie można odnaleźć komfortu ciszy, uroku otoczenia, relaksu, i… jednak zapachu kwiatów! Udajpur to jedno z bardziej znanych miast Radżastanu i podobno jedno z bardziej romantycznych miast Indii. Kilka tu miejsc i uroczych, i pachnących, i… romantycznych. Pierwsze z nich to jezioro Pićhola. Popularnością cieszą się rejsy po jeziorze. Bo i otoczenie pałacu miejskiego i szeregu rezydencji oraz hoteli, które wypełniają brzegi jeziora w przyjemny wprowadza nastrój, zwłaszcza o zachodzie słońca i rankiem. A jeśli dodamy, że jak na standardy Indii – woda w sumie czysta… To cudownie jest. Zatrzymać się można na chwilę dla rozprostowania kości na przykład w Jagmandir lub wyspie Jagniwas. To urokliwe miejsce, gdzie uszczęśliwianie małżeństwem przebiega niemal taśmowo. I nawet krokodyla mają – jakby żywcem z Fredry. Kto woli zacisze parku, winieni odwiedzić Saheliyon-ki-Bari czyli słynny ogród Dam Dworu. Kwitnąco tu i przyjemnie chłodno (fontanny uruchamiające się na dźwięk to cudowny wynalazek!) Ach, i zamknięty, strzeżony przed wzrokiem niepożądanym basen, gdzie panie zażywać przyjemności kąpieli mogły… Ogród założony został w XVIII wieku rzez Maharana Sangram Singh dla księżniczki Sahelion Ki Bari i jej dam, by w spokoju od zgiełku życia pałacowego mogły zażywać odpoczynku. Jak chcą legendy ogród zaprojektował sam Maharadża. No…, romantycznie jest…
Kocham Italię!!! No po prostu – kocham i już. Lubię włóczyć się bezdrożami Toskanii, Umbrii czy Kalabrii… Lubię wieczorową porą sączyć jakieś choćby lokalne „da tavola”… a gdy jeszcze w tle na przykład Verdi lub jakieś standardy pieśni neapolitańskich – dzieje się wtedy flow (lub jak kto woli chwila szczęśliwości )
Do Asyżu zwykle wpada się na dwie godziny i dalej w drogę. Też tak często robiłam. Ale kiedyś zdarzyło mi zamieszkać tam na chwilę. Był czas żeby połazić wąskimi krętymi uliczkami, pełnymi zaułów (i schodów!), urokliwymi zakamarkami miasteczka, przysiąść tu i ówdzie… no miło było. Punkty obowiązkowe znałam na pamięć: bazylika św. Franciszka z gigantycznym nagromadzeniem na metr kwadratowy prac Cimabue, Giotta i Pisano, bazylika św. Klary ze słynnym krzyżem San Damiano, Katedra św. Rufina z boskimi rozetami. I nie będę zapewne jakoś mocno oryginalna gdy powiem, że XIII wieczna bazylika Franciszka najbardziej mi się podoba. W dwa lata uporano się z budową kościoła dolnego, a cała reszta łącznie z klasztorem kilka lat więcej zajęła. W krypcie pod ołtarzem pochowano (przeniesiono właściwie z poprzedniego miejsca) ciało Franciszka i początkowo umieszczono w przeszklonej trumnie. A potem wiele lat już poświęcono dopieszczaniu estetycznemu wnętrza i ubieraniu go we freski przeróżne i inne takie. W 1997 roku Asyż nawiedziło bardzo mocne trzęsienie ziemi. Wiele czasu zajęły odbudowy i naprawianie szkód. Zawaliło się wtedy też sklepienie (fragment) w kościele górnym. I wiecie co? Włosi poskładali na powrót te puzzle! Trwało to kilka lat (do 2006 roku) ale poskładali…
Ale, tym razem czasu było więcej więc któregoś dnia wybrałam się na zachód słońca na Rocca Maggiore. Ależ to były kolory!!! Z wysokości wzgórza zamkowego całe kamienne miasto płonęło czerwienią, oranżami i żółcieniami zachodzącego słońca… A płomienistość wrażenia podkreślały jęzory cyprysów smaganych wiatrem… hmmm…
Innym razem, już w środku dnia poszłam na spacer do San Damiano. Zaleta tego miejsca taka – że nawet w rzeczonym środku dnia niewielu tu turystów zagląda. Sam klasztor (klasztorek właściwe) ukryty w oddali, cichy… a może zasłuchany… Do klasztoru idzie się dość sługą drogą, aleją, biegnącą przez połacie gaju oliwkowego. To był nagrzany słońcem upalny dzień. Zapach drzew oliwkowych powalał. W uszach brzmiała symfonia cykad. A gdzieś na końcu alei majaczył niemal San Damiano – nadzieja na ochłodę w upalny dzień i odpoczynek od skwaru…
To było kilka lat temu. Ale gdy dzisiaj przypominam siebie te spacery uliczkami Asyżu – jakoś tak samo w uszach mi zaczyna brzmieć:
Aniołowie przenieśli domek Maryi z Nazaretu do Loreto. Cuda, panie… cuda… nooo – nie cud. Ale też i nie legenda. W XIII wieku rodzina de Angeli zorganizowała wyprawę do Ziemi Świętej i stamtąd przywieźli dom uważany za mieszkanie Maryi. To znaczy przywieźli to co dało się rozebrać i zmontować na nowo już w samym Loreto. Z czasem nazwisko trochę się w opowieściach pozmieniało par excellence na aniołów, którzy cudownie domek przenieśli na nowe miejsce. No i mamy Santa Casa di Loreto. Sam domek jest niewielki. Z zewnątrz obłożony płaskorzeźbioną okładziną kamienną. W środku „pokoik” i „kuchenka”, a w centralnej części charakterystyczna figura Madonny Loretańskiej. W XV wieku domek „obudowany” został sporą gabarytowo bazyliką. W środku Signorelli ją pięknie freskami przyozdobił (tzn. zakrystię ). A obok bazyliki Pałac Apostolski projektu Bramantego i Pałac Iliryjski projektu Mariniego. Taki plac pełen elegancji, wyrafinowanego architektonicznego uroku… Najpiękniejszy chyba nocą, gdy delikatne światła ulic, a czasem i świece pielgrzymów, wyciągają z mroku piękno fasad.
Ach! Akcent polski. W czasie działań II wojny światowej miasto wyzwolili żołnierze II Korpusu Polskiego. Uratowali też bazylikę przed zniszczeniem pożarem. Walki były krwawe. Nieopodal na cmentarzu jest ponad tysiąc polskich grobów w których, ci co polegli w czasie walk – zostali pochowani. W samym sanktuarium natomiast, w jednej z kaplic, zobaczyć można fresk ukazujący Bitwę Warszawska.
Katedra, która się w piżamę przebrała. Jest taka we włoskim Orvieto. Pierwsze spojrzenie na rzeczoną katedrę zaskakuje. Bryła architektoniczna cała w czarno białe pasy. Potem wchodzi się do wnętrza. Też czarno biało. Światło nieco przydymione bo w oknach zamiast szyb – witraże i alabaster. Przyjemnie chłodno. Gdzieś, jakby w tle słychać chorały gregoriańskie.
Są dwa ważne powody by tu być. Pierwszy – w kaplicy na lewo od prezbiterium. W 1263 roku w pobliskiej Bolsenie miał miejsce cud. W trakcie przeistoczenia z hostii zaczęły kapać na korporał krople krwi. Skrwawiony korporał procesyjnie przeniesiono do Orvieto i tam można go zobaczyć wystawiony w cudownej roboty złotniczej relikwiarzu. Podobno była to pierwsza procesja Bożego Ciała.
Po prawej stronie od prezbiterium jest natomiast kaplica (San Brizio), którą Signorelli ozdobiła freskami. To cykl czterech kompozycji Historia Antychrysta, Raj, Piekło oraz Zmartwychwstanie ciał. Całość to gmatwanina aktów, skrótów perspektywicznych, muśnięć światłocienia…
Cała Umbria słynie ze słoneczników. Gigantyczne, nie do ogarnięcia wzrokiem ani innymi zmysłami pola kwiatów, które każdego dnia „wodzą wzrokiem” za słońcem. Na ulicach Orvieto też słonecznikowo. W sklepikach z pamiątkami właściwie wszystko jest „w słoneczniki” – ceramika, hafty, zdobienia itd. itp. Czasem nawet, wyczuwając tendencję, w słonecznikowy klimat wpisują się przechodnie.
A po lewej stronie od katedry, jak pamiętam dobre lody można kupić.
Jakiś czas temu, wyleczyłam się z rekomendowania miejsc do pozwiedzania „po drodze” (no chyba, że jestem uczestnikiem wyjazdu i mogę poopowiadać i palcem wskazać gdzie patrzyć 😉 ). Kiedyś znajomy zapytał mnie co można zobaczyć po drodze do Rzymu (jechał w interesach). Bez wahania wypaliłam – Rawenna! Wrócił. Z przejęciem dopytuję – i jak? Podobało się???? (nie spodziewając się oczywiście żadnej innej odpowiedz prócz peanów i zachwytów…) Chwila ciszy… i… „E no… kupa kamieni…” Najpierw fuknęłam! Ale zaraz potem myśl… No przecież facet nie jest ani historykiem, ani kulturoznawcą, ani historykiem sztuki, ani artystą…. Po prostu wracał z Rzymu, który generalnie i zawsze powala. A ja mu proponuję miasteczko właściwie, z budynkami z zewnątrz faktycznie takimi sobie po tym rzymskim barku. Zapytałam „A do środka któregoś kościoła wszedłeś”. „Nie… Po co???” No właśnie… Rawenna zachwyca!!!!! Zachwyca jednak wnętrzami!!!! Nie przypadkiem zostały nazwane przedsionkami raju!!!. Całe ściany, sufity, podłogi, kolumny i co tam architektura dała – a architekt zaprojektował – udekorowane mozaikami. Wielobarwne kamyczki (szlachetne, półszlachetne, płatki złota lub srebra – no różnie) ułożone jak sztuka każe – pod różnym kątem w stosunku do siebie, zachwycają już same z siebie. A gdy jakiś zabłąkany promień światła wpadnie przez okno, na ścianach pojawia się wielobarwna tęcza upstrzona migocącymi gwiazdami, które nie wiedzieć kto tu porozsypywał… I wszystko zachwyca… I San Vitale ze słynnymi procesjami cesarskimi (Justyniana i Teodory), i trzej królowie (jeden z pierwszych przedstawień – że trzech) biegnący do tronu Maryi i Dzieciatka w Sant’apollinare Nuovo, i złote rybki pływające w krypcie pod ołtarzem w kościele franciszkańskim i … i generalnie Rawenna jest niesamowita!!! Tylko trzeba zaglądnąć przez dowolnie wybrane uchylone drzwi…
Jakoś nie dziwie się, że Dante gdy go wygnali z Florencji, tu właśnie zamieszkał. Mało tego, nawet po śmierci też życzył sobie tu spoczywać. Mieszkańcy Rawenny jak lwy bronili jego prochów przed wywiezieniem przez florentczyków… Hmmm…. Widać miał rację, że wybrał Rawennę. 🙂
Niby niewielkie w sumie miasto – ale tyle piękna na metr kwadratowy… Mauzoleum Galli Placydii córki Teodozjusza I. Kojarzy się głownie ze słynną mozaiką Dobrego Pasterza. Ale… Wchodzę do środka… Otula mnie ciepły półmrok, bo światło sączy się do środka przez alabastrowe okna. W narożnikach płoną sporych rozmiarów świece. Ich płomienie wesoło (mimo, że grobowa atmosfera w sumie przecież…) migocą, mrugając zaczepnie do zwiedzających. I podniosłam, przypadkiem prawie wzrok ku górze. Nade mną lazurytowe niebo, upstrzone dziesiątkami złotych gwiazd… I w każdej z nich płomienie wesołych świec odbijały się setką iskier… A na środku blaskiem złota świecił krzyż.
Dwa baptysteria w Rawennie – ariańskie i ortodoksyjne. Budynki funkcyjnie kompatybilne. Bo i co tu nawymyślać. Na środku basem chrzcielny gdzie przez pełne zanurzenie nowo ochrzczonych do wspólnoty przyjmowano. Swoją drogą to dobry był patent. Gdy się takiego kandydata pod wodą ciut przytrzymało, i wreszcie się wynurzył, i powietrza podtopiony – łyknął, to naprawdę czuł, że go nowy duch wypełnia!! Ale nie o tym. Centralnie nad basenem, w jednym i drugim przypadku mozaikowa scena chrztu Chrystusa. I wszystko jest. Jezus w wodzie stoi. Obok św. Jan z jakąś tam miseczką. Gołębica Ducha Świętego frunie. I… jeszcze jakiś gość obok siedzi… I dziwne bo Biblia nie wspomina o nikim takim… Broda, jakiś kawałek sitowia w ręku, oparł się o naczynie, z którego woda cieknie… To personifikacja rzeki Jordan (u ortodoksów nawet podpisana). Hmmm… i nikomu to nie przeszkadzało… Taki naturalny przecież mentalnie mix. Tradycja i kultura antyku, ochrzczona nową religią i ozdobiona orientem…
Podróżować należy w dobrym towarzystwie! W mojej definicji „dobrym” oznacza ludzi, którzy w podobny sposób lubią spędzać czas. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w Rzymie. Gdy krok dzielił mnie od tego by wejść na Forum Romanum – przeżywałam niemal ekstazę (wówczas nie wiedziałam, że będzie mi dane wracać tam jak bumerang 🙂 ). To przecież miejsce, po którym stąpali starożytni! Tu można dosłownie dotknąć historii i sztuki! Dwoje moich towarzyszy jakoś mizernie podzielało ekscytację. Usiedli pod jakąś chyba oliwką i patrząc na mnie jak na lekko crazy, zapodali bym sobie połaziła w tym upale a jak mi przejdzie to – oni tu będą czekać… Zwyzywałam ich od profanów i poszłam ekscytować się kulturą!
Rzym można – a nawet należy – zwiedzać tematycznie. Na przykład „antycznie”. W sumie to nie takie proste bowiem Rzym to idealny kogel-mogel epok, religii, stylów itd. itp. Ale kilka miejsc „arcy-antycznych” i nie „przerobionych” odwiedzić należy. Antyk porozrzucany jest właściwie po całym Rzymie ale największe jego nagromadzenie „w orbicie” Koloseum. Bo i samo Koloseum i trzy fora (Romanum, Trajana i Imperiali) i trzy łuki triumfalne i kolumna Trajana. A gdybyśmy zaczęli wymieniać resztki architektury zachowane na forach! Największe nagromadzenie antyku na metr kwadratowy – to tu!
Samo Koloseum Polakom z Sienkiewicza najbardziej znane. Nasz cudowny pisarz troszkę co prawda konfabulował z tym Koloseum w „Qvo vadis”, ale co tam… Amfiteatr wzniesiono z polecenia Wespazjana. Kiedyś nazywał się Amfiteatrem Flawiuszy, obecnie – niemal nikt o tym nie pamięta. Nazwa Koloseum przykleiła się do amfiteatru z powodu stojącego tu niegdyś Kolosa Nerona. Dzisiaj o nim też niewielu wie. Ot, bywa… 🙂
Największy i najbardziej znany rynek rzymski to Forum Romanum. Kiedyś centrum życia obywatelskiego, dzisiaj miejsce do „zachwycania się” przeszłością. Tędy biegła Via Sacra. Pełno tu kiedyś było świątyń, budynków służących życiu społecznemu, handlowi itd. itp… Jeden z największych i najlepiej zachowanych fragmentów to bazylika. Specjalistom tłumaczyć nie trzeba, ale niech nazwa nie zmyli! To była taka prababcia współczesnej galerii handlowej. Tam i pohandlować można było i posądzić się i przemówić. Ta na forum to bazylika Maksencjusza jedna z późniejszych budowli tego typu i równocześnie jedna z większych. Z trójnawowej bazyliki zachowała się tylko północna część – ale i tak robi wrażenie.
A! Jeszcze trzy łuki triumfalne niemal okalające Forum – Trajana, Marka Aureliusza i Konstantyna. Chwalebne pomniki, chwalebnych cesarskich podbojów.
Tuż obok forum Trajan. Kiedyś miał to być (i był!) najpiękniejszy rynek Rzymu. Punktem centralnym była trzydziestometrowa kolumna wysławiająca czyny Trajan. W swoim czasie u jej stóp złożono prochy rzeczonego. Obecnie kolumna nadal stoi, i nadal sławi czyny cesarza, jednak na jej szczycie inny Wielki zajął miejsce. Tuż obok kolumny kiedyś wzniesione były dwie biblioteki i bazylika (takaż funkcyjnie, jak opisana wyżej!). Dzisiaj forum Trajana, bardziej chyba niż Romanum podziwiać można gównie oczyma wyobraźni…
Jak tu w ekstazę antyczną nie wpaść! Kiedyś snując się po forum wieczorna porą zastanawiałam się co sprawia, że architektura i sztuka antyku tak przyciąga. I tak trwale wyryła się w kulturze Europy. I pomyślałam, że to chyba przez akanty. Tak, te śródziemnomorskie „pokrzywy”, chwaściory których wszędzie pełno, które paskudnie bezczeszczą centra miast, urokliwe ogrody wisi i perfekcyjnie przysłaniają wszelkie wysypiska śmieci… Tak, te właśnie akantowe chwaściory. Bo przecież ich liście posłużyły jako inspiracja kapiteli korynckich (wiem, wiem to Grecja ale Rzym spopularyzował!). W pięknej róży stojącej w doskonałym wazonie każdy potrafi zobaczyć piękno. Ale jakim trzeba być artystą by piękno dostrzec na wysypisku, lub w przydrożnym rowie, w obeschniętym akantowym „wodoroście”! Dostrzec… i przekuć je w kamień!
Siedem wzgórz Rzymu: Awentyn, Kwirynał, Palatyn, Kapitol, Eskwilin, Celius, Wiminał. Część z nich popularna i „kojarząca się”; nazwy części z nich niewielu osobom coś mówią. Awentyn był kiedyś dzielnicą plebejuszy. To dzisiaj jedno z bardziej ukwieconych i urokliwych miejsc Wiecznego Miasta. Pełno tu kwitnących róż, wijących się bluszczy, szemrzących strumieni i oczek wodnych, a i palmy dumnie prężą swe pióropusze, i cytrusy uginają się pod ciężarem owoców… Z antycznych śladów zachował się tu np. ruiny term Karakali i Decjusza. I niewielkie fragmenty polichromii, ale i takie pokazują olbrzymi kunszt twórców. Zupełnie miły park Colle oppio jest na Eskwilinie. Przy czym to bardziej arboretum. Na Kapitolu zerka na Forum Romanum ukryta trochę wilczyca kapitolińska, a Marek Aureliusz dumnie od wieków pozdrawia wyciągniętą dłonią lud Rzymu.
Dzisiaj wzgórza Rzymu wchłonął – sam Rzym. Podobnie jak i inne resztki antyku, rozsiane po całym mieście. Żeby wspomnieć tylko Panteon – świątynia na Polu Marsowym poświęcona wszystkim bogom. Kiedyś ociekająca złotem, dzisiaj… już nie… Przerobiona na kościół katolicki nie zatraciła swej pierwotnej formy. Nadal w podziw wprawia kopuła z olbrzymim otworem u szczytu, który działa trochę jak reflektor punktowy w teatrze, oświetlając zakamarki świątyni promieniem słońca. Podobnie przerobione na kościół zostały termy Dioklecjana. Antyk spogląda na nas zza węgła niemal na każdym kroku. I bardzo chce byśmy go zauważyli doceniając. Bo i Brama srebrników przy Forum Boarium, i tuż obok łuk Janusa (patrona wszelkich początków), i resztki akweduktów, i fragmenty mostu na Zatybrze. Nie wolno zapomnieć o „słynnej twarzy” – Bocca do verita! Być może to pokrywa na zbiornik wodny, a może część fontanny? Z czasem zaczęła pełnić funkcję wykrywacza kłamstw. Kłamcy odgryza dłoń! Nie kłamię nigdy – ale asekuracyjnie wsunęłam jedynie palec…