Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 22 of 86)

Hiszpania – Pampeluna

Pampeluna jest jednym z bardziej kalejdoskopowych miast Hiszpanii – tak myślę. Z jednej strony starożytność z drugiej nowoczesność a po środku ślady wszystkich możliwych epok i styli. Widać też scalenie w jeden organizm miejski osobnych trzech dzielnic, które przecież jednak historycznie były osobnymi jednostkami. Niby scalenie w XV wieku się stało – ale i tak się wyczuwa różnice pomiędzy burgos Navarrería, Saint Sernin i Saint Nicholas. A dodajmy do tego jeszcze późniejsze i zupełnie nowe tereny np. Rochapea, Milagrosa i Chantrea …

Miasto założone zostało jako garnizon wojsk cesarstwa rzymskiego. Potem kilka epizodów, na przykład z Wizygotami lub Maurami. Karol Wielki otoczył murami Pampelunę. W IX wieku powstało królestwo Nawarry a Pampeluna stała się jego stolicą. Tak było do XVI wieku kiedy to królestwo połączone zostało z Kastylią.

Gdy spaceruje się ulicami Pampeluny trudno oprzeć się wrażeniu takiego historycznego kalejdoskopu. Tu mocarna i górująca cytadela z XVI wieku, tu jakoś barokowy portal, tam klasycystyczny budynek Palacio de Navara, a ówdzie całkiem współczesna rzeźba pomnikowa. Wracając do cytadeli – tak naprawdę trudno ją datować bo w sumie średniowieczne umocnienia miasta były przebudowane i ulepszane XVI, XVII i XVIII wieku. Dzisiaj są po prostu atrakcją turystyczną i miejscem spacerowym dla mieszkańców.

Wspomniałam że ślady historii miasta widać – ale ślady społeczności żydowskiej (od X wieku mieszkańców miasta) zostały zniszczone. Tak się potoczyła historia Żydów Sefardyjskich w Hiszpanii… Ale wiadomo gdzie ich szukać jak przekonuje pewna Pani Doktor zajmująca się badaniami nad kulturą Żydów Hiszpańskich. Może badania archeologiczne pozwolą odkryć na przykład ślady mykwy pampeluńskiej i miasto zyska pełen wachlarz śladów historii miasta i tradycji kultur, społeczności które je kształtowały.

Tak czy tak – po Pampelunie miło się spaceruje. Zarówno po wąskich momentami i klimatycznych uliczkach jak i szerokich nowoczesnych arteriach. Choć…. Czasem trzeba iść szyyyyyybko i uważająco iść by się na jakiś róg lub kopyto bycze nie „nadziać” 😊 W Pampelunie w ramach obchodów Sanfermines – święta ku czci patrona miasta św. Fermina, urządza się słynne encierro czyli gonitwę byków. Ulicami w kierunku areny, przepędza się stado byków. Przed nim biegną śmiałkowie, w nadziei i przekonaniu że potrafią biegać szybciej niż byki… Wszyscy uprawnieni do tego biegu ubrani powinni być na biało i mieć zawiązane czerwone chustki. 😊 Ulice biegu zostają wyznaczona poprzez solidne przegrody – przez to byki wiedzą gdzie trasa i gdzie meta. Ludziom też się przydają bo jest się za co schować gdy sił nie stanie. Na arenie – już klasyczna corrida. Ale Sanfermines to nie tylko byki, to fiesta z tańcami i śpiewem na ulicach, muzyką, fajerwerkami, pysznym jedzonkiem, przemarszem Gigantes itd. itd., która trwa w całym mieście ponad tydzień!

Hiszpania – Plasencia

U stóp Sierra de Gredos leży urokliwe miasteczko Plasencia. Najpierw byli tam Celtowie potem Rzymianie (zachował się akwedukt) i Arabowie (zachował się mur obronny) ale więcej informacji dopiero od XII wieku kiedy to 1186 sam król Alfons VIII podbił miasto potem nadał prawa i herb i generalnie skazał na sukces i rozwój. W mieście w XV wieku założono pierwszy na terenie Extremadury uniwersytet! Plasencia jak większość miasteczek w Hiszpanii – urokliwe! Kręte wąskie uliczki, pałacyki, romantyczne zaułki… i pachnąco i kwitnąco – są tu aż dwa ogrody botaniczne. Na rynku ratusz – co naturalne, nad ratuszem – wieża, co też naturalne ale na wieżę wdrapała się Abuelo Mayorga i co godzinę uderza z wprawą w dzwon. Najciekawsze miejsce w mieście to katedra – a właściwie dwie. Obrażone obróciły się do siebie tyłem. Z daleka wyglądają na jedną całość architektoniczną, jednak pierwsza powstała w XIII/XIV a druga w XV/XVI wieku. W tej młodszej zobaczyć można gigantyczny ołtarz – ma 23 m. wysokości oraz 17 m. szerokości. W tej starszej za to olbrzymi XIII-wieczny posąg Matki Boskiej Przebaczenia.

Jeśli kto odważny to może odwiedzić miasto w czerwcu. Ku uciesze wszystkich gapiów lokalnych i przyjezdnych, wąskimi uliczkami ganiają przepędzane byki…A jak się już spod rogów i kopyt ucieknie to na spokojnie w lokalnej restauracyjce można przekąsić świeżo przyrządzone danie z żab w salsa verde lub jaszczurek (taki lokalny specjał 😁 ).

Hiszpania – Puerto de Ibañeta

To co łączy Hiszpanię i Francję? Kilka możliwości przychodzi mi do głowy… Jedną z nich jest – Puerto de Ibañeta. I nie tylko dlatego, że leży na pograniczu tych dwu krajów. Puerto de Ibañeta jest oczywiście na terenie Hiszpanii ale tutaj zbiegały się dwie trasy pielgrzymkowe francuskich szlaków do Santiago di Compostela. W wiekach średnich była tutaj pustelnia, potem też klasztor, kościół Salwatora i szpital dla pielgrzymów. Kompleks był przez pewien czas własnością klasztoru Leyre. Nazywano go wtedy kaplicą Karola lub kaplicą Rolanda. Do dzisiaj niemal nic się nie zachowało. Drobne archeologiczne pozostałości po zabudowaniach. Obecny kościół jest bardzo współczesny ale na miejscu tego historycznego. Dzisiaj najbardziej przyciąga chyba pomnik Rolanda (Roldana). Kamienna stela na lekkim wzniesieniu, z imieniem i datami.

Sam Roland? Hrabia frankijski, który zginął w walkach z plemionami baskijskimi w przełęczy Roncesvalles. W 778 roku wracał z wyprawy na Saracenów ale skończył żywot w Puerto de Ibañeta. Stąd i miejsce steli – zasadne. Kiedyś był jeszcze do steli przytwierdzony miecz i dwa kiścienie – ale zniknęły… 😊 Miecz też był zasadny – to słynny Durandal. Rycerz dostał go od samego Karola Wielkiego (anioł miał mu to podpowiedzieć). Inne legendy głoszą, że miecz należał wcześniej do Hektora – tego z Troi. Jak chce „Pień o Rolandzie” (zachowała się w siedmiu rękopisach ale fragmentarycznych) w mieczu były ukryte relikwie: ząb św. Piotra, skrawek szaty Maryi, krew św. Bazylego i włos św. Dionizego. W sumie poważne wsparcie! Podobno przed śmiercią Roland chciał miecz zniszczyć by nie dostał się ręce niepowołane. Ale efektem było tylko to, że wykuł nim przypadkowo przełęcz. A miecz jak widać i tak ze steli ktoś sobie „pożyczył”. 😉

A tak w ogóle to jest tu pięknie! Dymiące szczyty i lasy, wokół powalająca zieleń i parawanowo odsłaniające się kolejne pasma gór…

Hiszpania – Salamanca

W Hiszpanii nie ma brzydkich miejsc… To już kiedyś wyartykułowałam werbalnie, chyba – a teraz śmiem powtórzyć. 😊 A wśród tych urokliwych miejsc, których mrowie – Salamanca myślę jest w niekwestionowanej czołówce. Jak to zwykle tam bywa metryczka z – przed naszej ery. A potem raz w rękach Maurów a raz w rękach chrześcijan. I tak na zakładkę, 😊 W XIII wieku Alfons IX założył w Salamance uniwersytet, który z powodzeniem rywalizował z największymi! To chyba jeden z najstarszych w Hiszpanii. A ileż kościołów i klasztorów tu wyrosło! Aż dwie katedry. A co! 😉 Starsza romańska, młodsza – gotycka. Nieopodal klasztor dominikanów z genialną po prostu fasadą. Kościołów tu naprawdę sporo. I przy każdym bractwo… W Wielki Tydzień te właśnie wychodzą na ulice miasta w słynnych procesjach. Wtedy świece, feretrony, muzyka, gwar przeplatany z modlitwami, werble, jedna procesja w białych inna czerwonych strojach, tam jeszcze jakieś inne błękity i granaty, zwykle w kapturach naciągniętych na głowy i twarze . Semana Santa – konfratrzy celebrują Pasję. Taki spektakl…

W Salamance spędziłam kiedyś tam, kilka dni. Chłonęłam zabytki, biegałam po kościołach, zaułkach, galeriach i wreszcie wieczorem spektakularnie padłam… Słońce czerwienią zachodu czule otulało mury kościołów, pałacyków, rezydencji, mostów… a ja sobie siedziałam na jakimś kawałku trawnika, gorąc dnia spłukując kieliszkiem zimnego białego wina… Dookoła też siedzieli pojedynczo i grupkami młodzi ludzie (uniwersyteckie miasto przecież), ale tak jakoś niegwarno było. Tak jakoś wszystko wtulało się w to zachodzące słońce. Wtedy poczułam tak po prostu i zwyczajnie, że… to piękne miejsce jest…

Hiszpania – Toro

W Hiszpanii nie ma brzydkich miejsc! To jest ustalone i tego się należy trzymać ! 😊 Takie Toro na przykład. Założył je Don García w 899 roku, jako miasto obronne. Do dzisiaj widać ślady obronnego charakteru miasta. W sumie maleństwo ale i tak warto przyjechać z jednego powodu – niesamowita romańska kolegiata Santa María la Mayor. Całe stare miasto otula ją jak wachlarz (taki układ urbanistyczny). Kolegiatę zaczęto budować ok 1170 roku – skończono w XIII wieku. To jeszcze romanizm ale troszeczkę i nieśmiało już zaczyna brzmieć gotykiem to tu to tam… Fantastyczna cimborrios del Duerona skrzyżowaniu nawy i transeptu, genialne portale – zwłaszcza Pórtico de la Majestad, ale pozostałe dwa równie porywające, z tłumem aniołów, świętych oraz… muzyków. 😉 We wnętrzu – perełka XVI wiecznego malarstwa – Virgen de la mosca.

A! Toro słynie też z fantastycznych czerwonych win… 😊 Już sam król Alfons IX doceniał trunek mawiając że Tengo un Toro que me da vino y un León que me lo bebe. 😊

Hiszpania – Valencia

Nazwa Valencia podobno pochodzi od słowa „silny”. Ale dla mnie jest też zwyczajnie magiczna … Miasto, które potrafi zaczarować. A najlepsze jest to, że nie wiem co w niej takiego magicznego… Piękne plaże gdzie ogniście słońce chyli się ku zachodowi (może dlatego organizują tutaj Święto Ognia, w marcu chyba), na każdej ulicy drzewka pomarańczowe (choć na Tomatina pomidorami się obrzucają a nie pomarańczami… 😊) ale tak naprawdę każdy zaułek miasta jest magiczny… Tuż za rogiem średniowiecze w czystej formie, przechodzi niespodziewanie w strojny barok, a ten w imponujące art. deco. Zaś tuż obok budynki rodem chyba z XXII wieku. Milion kontrastów. Może to jest takie pociągające. To co kontrastowe, nietuzinkowe, nieoczywiste i odmienne – jest najbardziej interesujące bo potrafi zaskakiwać.

Valencia założona była jako kolonia rzymska w 138 r. pne. Kilka wieków później znalazła się pod panowaniem arabskim na trochę (z kilkuletnią przerwą gdy Cydowi udało się Valencię odbić). W XIII wieku muzułmańskich mieszkańców miasta zaczęli wypierać chrześcijańscy mieszczanie. To był proces długotrwały. Do dzisiaj ślady obydwu społeczności można znaleźć (tej drugiej co oczywiste znacznie więcej). Niestety nie przetrwało wiele śladów po trzeciej społeczności – Żydowskiej. Po wyrzuceniu Żydów z Hiszpanii ślady kultury próbowano skutecznie zatacierać.

Miejsc wartych zobaczenia sporo. Mnóstwo pięknych kościołów (ale to osobna opowieść). Jest też arena korridy – niczym rzymskie Koloseum, Zwłaszcza wieczorem wygląda urokliwie. Kilka placów – na przykład Plaza de la Reina tuż przy katedrze, Plaza del Ayuntamiento lub Plaza Redonda – to istne salony! A skoro o rynkach mowa – El Mecado Central. Chyba jeden z najstarszych w Europie placów targowych bo podobno od XIV weku działa ale budynek targu jest z początku XX a wygląda jak mauretański pałac. Jest trochę gotyku. Na przykład giełda jedwabiu albo brama (do miasta prowadziło dwanaście bram) na którą – Torres de Serranos – wspięłam się, i uważam to za jeden z życiowych sukcesów! 😊

Ach! I kuchnia super! Jakaś knajpka śniadaniowa, w której pani po pierwszej wizycie pamiętała co podać i witał się jak „stara znajoma”. Ale bruschettę podawała genialną. I nie sposób nie spróbować paella z czymkolwiek kto tam co lubi. Wciąż pamiętam jak pomysły przy niej się rodziły zapisywane na papierowym obrusie w jakimś barze…

Hiszpania – Valencia, Ciudad de las Artes y las Ciencias

Czy można przenieść się w przyszłość na chwilę….? Zerknąć co czeka za rogiem… Nie wiem… Choć czasem myślę, że tak. Wystarczy zwizualizować sobie to czego bardzo bardzo chcemy. Proste… Podobno… Ale są miejsca gdzie wysiłek patrzenia w przyszłość jest ułatwiony. 😊 Na przykład Ciudad de las Artes y las Ciencias w Valencii. Futurystyczny kompleks, myśl architektoniczna rodem z science fiction. Powstał w 1998 roku i nadal niezmiennie zachwyca, ogromem ale i połączeniem kreatywnej koncepcji architektonicznej z otulającą ją naturą. Santiago Calatrva miał niesamowitą wyobraźnie! Całość trochę przypomina okręt, trochę statek kosmiczny, a trochę twór organiczny, jakieś wnętrze gigantycznego wieloryba…. Oceanarium (największe w Europie!), delfinarium, planetarium, agora, ogromne przestrzenie muzealne i koncertowe oraz takie które dedykowane są na eventy. Fantastyczna jest sala kinowa – to gigantyczne oko. Na zewnątrz wygląda jak łypiąca tuż spod tafli wody olbrzymia żabka. 😊 Warto odwiedzić to miejsce w czerwcu gdy odbywa się Festival de las Arts. Oj mocno muzycznie wtedy. 😊

Dla mnie jednak najbardziej urokliwy jest Umbracle. Kameralne miejsca na urocze wręcz romantyczne spacery w cieniu palm i przy akompaniamencie przekrzykujących się turkawek i papug…

Hiszpania – Valencia, El Cabanyal

Jest taka dzielnica w Walencji – El Cabanyal. To dawna osada rybacka, zupełnie niedawno (nie bez oporu mieszkańców…) włączona do miasta. Bajeczne miejsce, magiczne… 😊 Zakochać się można – a już na pewno w głowie się może zakręcić od kolorów urokliwych kamieniczek, kwitnącego jaśminu i zapachu pomarańczy. Wcale się nie dziwię, że dzielnica stała się ulubionym miejscem dla lokalnej bohemy. Wydarzenia teatralne, festiwale, koncerty ale i takie zwyczajnie artystyczne „pomalowanie” ulic. Czuć w powietrzu art! Ale to bardzo dobrze harmonizuje z zabytkowymi czasem a na pewno ugruntowanymi lokalną tradycją – zdobieniami z wzorzystych kafelek. Wcale się nie dziwię, że tutaj tworzył Joaquina Sorolli (upamiętniony zresztą gustownym pomnikiem). Perfekcyjnie pokazywał promienie słońca, złote światło, iskrzące się diamenty na falach, złoty piasek… Bo i plaże – genialne w kolorach! Zwłaszcza złota godzina robi robotę. W przewodnikach można przeczytać że dzielnica słynie z dań z ryb i owoców morza. Tak… Ale śniadanie w wersji cortado i bagietki z czymś tam, podawane w towarzystwie gwaru rozmów „lokalsów” w jakiejś maleńkiej knajpce – to dopiero cudo jest !

Hiszpania – Valencia, ogrody i parki

Hiszpańska koncepcja zimy jest GENIALNA!!! A ta w Valencii – szczególnie. 😊 Środek zimy, generalnie człowiek na mróz i śnieżyce nastawiony – a tu słonko, zielono i kwitnąco! A że Walencja cudnych ogrodów ma sporo (plus fantastyczna plaża) – taką koncepcję zimy uważam za idealną!

„Ogrody królewskie” są nieopodal starej i zabytkowej części miasta. Tak po drugiej stronie dawnego koryta rzeki. Koncepcja ogrodu to sąsiadujące ze sobą przestrzenie. W każdej centralnym punktem jest fontanna albo pawilon albo choć kompozycja z rzeźbą w centrum. Na przykład „Przebudzenie” albo „Dziewczyna z dzbanem”. Pięknie, uroczo, niemal romantycznie… Są też stada papużek i innych kolorowych ptaków (co ich nie znam z imienia, ale drą się na wyścigi z papugami 😉). No i cuuuuudowne rozarium! W klombach koliście ułożonych, róże przeróżnych odmian uroczo kuszą zapachem, kolorem i…. dźwiękiem – bo w centralnej części fontanna muzyczna.

Inny – naaaaajdłużysz z ogrodów, założony został w starym korycie rzeki Turia. W 1957 roku rzekę przekierowano w inne miejsce (za karę po powodzi… ) A w korycie jakiś czas później powstał 120-hektarowy ogród. To interesujące miejsce. Tak jak w „Ogrodach Królewskich” czuje się zefirek romantyzmu (w tych klimatach konkurencję mają tylko w postaci „Ogrodów Monforte”), tak w „Ogrodach Turia” czuć jakąś magię. Może dlatego, że twórca ogrodu, Ricardo Bofilla inspirował się ogrodami arabskimi? Park ma dwanaście części. W każdej nieco inny klimat i przeznaczenie – od przestrzeni dedykowanej dla sportu, przez rekreacyjne klimaty do terenów wręcz artystycznych (np. „muzyczne” Palau).

A gdy dodamy do tego milion palm wszelakich w cały mieście i dwa razy więcej cytrusowych drzewek uginających się pod ciężarem pomarańczy, mandarynek i cytryn… Hmmm…. Świetna koncepcja zimy!

Hiszpania – Valencia, plaże i porty

Nie lubię się opalać, pływać nie potrafię, ale plaże bardzo lubię! Przewrotność… nie byłam oczywiście na wszystkich plażach świata. Na kilku chciałabym w najbliższej przyszłości być… 😉 Ale jest kilka zupełnie ładnych, po których już zdarzyło mi się łazić. Czasem wspominam te spacery z przyjemnością – czasem nie. Czasem tylko przywołuję ładne kadry, takie stopklatki które wbiły mi się w pamięć, zwłaszcza jeśli to rejon świata który zwyczajnie z plaż słynie. Do takich myślę należą plaże Walencji. Podobno najpiękniejsze w tamtym rejonie. Jest ich kilka. De la Malvarrosa – to taka miejska plaża. Piasek drobniutki i żółty, błękit fal (i flagi na brzegu…), promenada, dziesiątki knajpek, barów i innych takich. Jest też Playa el Saler z białym piaskiem i sosnami rosnącymi na wydmach i dzika de La Devesa. Na północ od portu – de las Arenas itd. itd. A właśnie! Spacerowo atrakcyjny jest też sam port. Jeden z „najruchliwszych” portów w Europie. Tu co chwilę coś płynie w te lub we w te. 😊 Towarowe lub turystyczne olbrzymy, ekskluzywne jachty, małe łajby… Początki portu sięgają końca XV wieku kiedy to król Ferdynand pozwolił tu wybudować drewniany pomost. Z tego pomostu, mostu właściwie – port rozbudowywał się i rozrastał i dwieście lat później nawet dostał przywileje handlowe z suwerennymi państwami. Port wydawać by się mogło mało fajne miejsce do łażenia. Ale… Jest część historyczna (tam turystyczne statki cumują i odpływają na krótsze lub dłuższe wypady), są sterczące w niebo żurawie, są mariny dla jachtów, których maszty wygrywają dziwną melodię poruszane wiatrem… I to wszystko pięknie wygląda gdy zachodzące słońce pluska się w falach portowych…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑