Autor: Lucyna Maria Rotter (Page 11 of 86)

Albania – Sazan

Miasto Duchów…. Och…. Brzmi poetycko i straszno ale albański Sazan to tak zwyczajnie opuszczone przez żołnierzy i ich rodziny miasto, które zbudowane było strategicznie ale z wodą problem dał radę rozwojowi skutecznie. To takie miejsce strategiczne wojskowo od zawsze, bo i w wojny napoleońskie i Grecy i Włosi i Albańczycy w sumie też widzieli to taki właśnie potencjał. Było też tutaj więzienie dla politycznych. A teraz – Sazan stał się Miastem Duchów – czyli atrakcją turystyczną. To znaczy jest to nadal teren wojskowy i teoretycznie niedostępny dla cywilów ale w okresie letnim zasadniczo zawitać można. Teraz faktycznie wiatr w opuszczonych budynkach hula. Port. Potem idzie się kamienistą drogą, między krzaczorami, po prawej i lewej porozrzucane mrowie bunkrów wyglądających jak betonowe przerośnięte grzybki w trawie. A potem jakieś bloki, szkoła, i inne pozostałości świecą oczodołami opuszczonych pomieszczeń. Szaro – zielono… i tak jakoś błękit morza gdzieś w dole zakłóca ten szary nastrój…

Albania – Tirana

Bardzo… hmmm…. nowe miasto. Tirana. To znaczy w XVII wieku powstało – ale to współczesne – nowe. W 1920 została Tirana uznana za stolicę Albanii, i wówczas zaczął się właściwy rozwój miasta. Nieco chaotyczna zabudowa jest obecnie jakoś kanalizowana by nadać miastu ciekawszą koncepcję urbanistyczną. Jeśli ktoś chciałby pozwiedzać… to…. Jakieś trzy cztery miejsca. XIX wieczny grobowiec Kaplana Paszy – czyli niewielka arkadowa konstrukcja. Meczet Ethema Beja pięknie polichromowany wewnątrz i na fasadach no i ewentualnie Bunkier-Art. – bunkier w czasów zimnej wojny zaaranżowany wystawienniczo. W sumie ciekawy ale nie do końca kontrolowany przepływ turystów i brak wentylacji powoduje, że zwiedza się bunkier w tłumie i zaduchu – a szkoda bo ciekawie pomyślana opowieść.

Czy miasto interesujące? Umiarkowanie. Ale jak stolicy nie odwiedzić goszcząc w jakim kraju. No nie uchodzi ! 😊

Andora – Soldeu

Niespełna 470 km2 powierzchni. Maleństwo! Państwo graniczące z Francją i Hiszpanią. Gdyby zerknąć w głąb historii raz do jednych, raz do drugich sąsiadów im było bliżej – różnie bywało. Zbytków próżno tu szukać. Nie znaczy, że ich w ogóle nie ma ale… … zwykle zamknięte 😉 Przynajmniej ja tak trafiłam. Mowa o kościołach. Metryczka leciwa bo romańskie. Na przykład Sant Joan w Canillo z przełomu XI i XII wieku w klasycznym stylu lombardzkim. Wnętrze bogate i piękne podobno, ale jak już wspomniałam… 😉

Dzisiaj Andora to głównie miejsca turystyczne związane ze sportami zimowymi. Na nartach nie jeżdżę, wszelkie sporty zimowe obce mi są, więc wiele na ten temat napisać nie mogę. Ale jeśli ktoś po śnieżnych szaleństwach, bardzo już spragnion zwiedzania, to może ewentualnie odwiedzić muzeum motoryzacji w Soldeu, a żeby być precyzyjnym – muzeum motocykli. I jeśli chodzi o wspomnienia z Andory, to… tyle. 🙂

Armenia – Aparan, alfabet

Około 400 roku, mnich Masropow Masztocow zdecydował, że Ormianom alfabet przydałby się bezwzględnie aby myśl ulotną zakląć w słowo pisane na wieki. A że wykształconym był – usiadł pomyślał i wymyślił. Szydercy mawiają, że w chwili desperacji twórczej mnich rzucił miską makaronu o ścianę i powstały w ten sposób „deseń” stał się dlań inspiracją dla projektowania litwer. W rzeczywistości alfabet ormiański wzorowany jest na grece. Podobieństwa zresztą mocno widać. Cały alfabet tworzy trzydzieści dziewięć liter (początkowo było ich nieco mniej). Oczywiście powodem i koniecznością wyższą dla Masztocowa była chęć przekładu Biblii – czego zresztą dokonał.

Ormianie dumni są ze swojego alfabetu, jak sądzę. W wielu miejscach można zobaczyć mniejsze lub większe „alfabety”. Ten najbardziej spektakularny i najczęściej odwiedzany prze turystów pomnik alfabetu (właściwie muzeum alfabetu, galeria pod gołym niebem) i jego twórcy jest nieopodal trasy wiodącej do na wzgórze Ara, niedaleko miasta Aparan. Potocznie nazywany jest parkiem alfabetu (ԱՅԲՈԻԲՆՆԻ ԱՅԳԻ). Dwumetrowej wysokości litery porozrzucane z wprawą, wrastają jakby spod ziemi. Nie zabrakło rzecz jasna pomnika samego twórcy. Całość tworzy zupełnie niezłą kompozycję przestrzenną. A wokół pustka jak okiem sięgnąć. Barwa kamiennych liter cudownie scala się z kolorystyką ziemi, skał… Natura daje barwny i panoramiczny anturaż dla dzieła rąk ludzkich…

Armenia – Ararat

„Ale Bóg, pamiętając o Noem, o wszystkich istotach żywych i o wszystkich zwierzętach, które z nim były w arce, sprawił, że powiał wiatr nad całą ziemią i wody zaczęły opadać. Zamknęły się bowiem zbiorniki Wielkiej Otchłani tak, że deszcz przestał padać z nieba. Wody ustępowały z ziemi powoli, lecz nieustannie, i po upływie stu pięćdziesięciu dni się obniżyły. Miesiąca siódmego, siedemnastego dnia miesiąca arka osiadła na górach Ararat” (Rodz 8.1-4). No tak – zgodnie z tekstem Tory, tam właśnie „zacumowała” na trwałym lądzie arka Noego po ustąpieniu wód potopu. To pasmo o dwu szczytach: Małym i Wielkim Ararat. Obydwa szczyty pokrywa czapa lodowca. Ten większy wulkaniczny stożek posiada wysokość względną większą niż Mont Everest. Ararat to przede wszystkim jednak góra symbol. Dla wyznawców judaizmu i chrześcijaństwa – symbol wypełniani się obietnic Boga. Dla Ormian – symbol niepodległej wolnej i wielkiej Armenii. Podnóża Araratu to rdzenne tereny Ormian. Tutaj kształtowała się ich historia, państwowość, kultura itd. O tę ziemie walczyli od… zawsze. Pewna znajoma młoda ormianka, mieszkanka Erywania, kiedyś w przypływie szczerości przyznała się, że gdy wstaje rano, otwiera okno i widzi Ararat ma ochotę ze wzruszenia śpiewać głośno hymn Armenii. To dziwne – by nie powiedzieć ironiczne. Najświętszy symbol Ormian obecnie leży na terenie Turcji, widać go jednak nawet ze stolicy Armenii. U stóp Araratu po ludobójstwie Ormian w 1915 dokonanym przez Turków, mieszkają już niemal tylko Turcy i Kurdowie, a Ormianie nadal tęsknie spoglądają za zachodnią granice w kierunku pojawiającego się czasem spomiędzy mgieł szczytu Ararat. Nazwa góry wzięła się od imienia bóstwa Ary – opiekuna śmierci i odrodzenia. Może coś w tym jest…

Armenia – Erywań

Stolice zwykle są piękne… Zwykle tak jest… Erywań, nie wpisuję się jednak w tę tendencję. Ale nawet tutaj jest kilka miejsc, przy których warto się zatrzymać (dosłownie – kilka!). Kaskady. Gigantyczna konstrukcja – ni to schody, ni ogrody wiszące. Taka instalacja wielkogabarytowa. Dziwna, nieskończona (na szczycie miał być szklany pawilon muzealny) ale ukwiecona. Jako zamysł parkowy – powstała na początku wieku ale zaczęto ją realizować dopiero w latach siedemdziesiątych jako pomnik „radzieckiej Armenii”. Zupełnie dobrze na tle tych ukwieconych kaskad prezentują się rubaszne rzeźby Fernanda Botero. 🙂 Drugie miejsce to „twierdza jaskółki” – Cicernakaberd. Gigantyczna wzbijająca się w niebo iglica i nieustannie płonący ogień, upamiętniają ludobójstwo Ormian dokonane w 1915.

I trzecie punkt na mapie miasta – fabryka słynnego brandy Ararat. Miejsce można zwiedzić, zapoznać się z historią i produkcją, zdegustować profesjonalnie podany trunek, zakupić jeśli wola… A mnie tam wzruszyły: akcent polski (wśród wybitnych osób odwiedzających to miejsce znalazł się także Maestro Penderecki) i muzyczny zapis ampułkami z brandy. Co prawda „wino, kobiety i śpiew” ale w miejsce wina być może i inny trunek zasadny być może… By pozostać w klimacie muzyki – zupełnie miłe miejsce w Erywaniu to dom-muzeum Chaczaturiana. 🙂

Armenia – Garni

Twierdza w Garni. W II w.p.n.e. istniała tu twierdza cyklopowa (według wierzeń autorstwo takich twierdz przypisuje się cyklopom). Niewiele z niej zostało. Potem letni pałac królewski. Ale to co dzisiaj przyciąga turystów, gapiów, badaczy, podróżników i włóczykijów wszelakiej proweniencji, to zbudowana tu w I w. n.e. bazaltowa świątynia poświęcona Mitrze – bogu słońca, opiekunowi umów i lojalności. Mitra utożsamiany był czasem z Apollem – może dlatego tuż obok wzgórza świątynnego zobaczyć można gigantyczne skalne organy (zwane też Symfonią) – ostatecznie Apollo muzyką się parał 🙂. Perski Mitra zrodził się ze skały, Indyjski Mitra – niczym muzyka, łagodził obyczaje. Tym samym wszystko, układa się w jakąś całość. Prawie jakby na dowód tej pokrętnej logiki – w świętym świętych, często lokalni muzycy dają koncerty na duduku (lokalna odmiana fletu prostego).

Świątynia w Garni historią swoją sięga I wieku ale sama bryła architektoniczna została odbudowana z pozostałości w połowie XX wieku. To jedyny odbudowany budynek w kompleksie. Z pozostałych zachowały się jedynie niewielkie fragmenty (np. łaźni z „infrastrukturą” podgrzewającą wodę i podgrzewanymi podłogami) lub same fundamenty. Wokół mnóstwo klombów, równo przystrzyżonej trawy… A gdy się przycupnie gdzieś na powalonej czasem kolumnie to można usłyszeć przebijający się przez gwar turystów, śpiew wiatru…

Armenia – Geghard

Życie jest pełne paradoksów. 🙂 O uczuciach i emocjach trudno się mówi. Na to, że druga strona się domyśli – też trudno liczyć… A tu na świecie chyba najwięcej miejsc, w których w mniej lub bardziej magiczny sposób można zapewnić sobie szczęście w miłości…

Jednym z nich jest ormiańskie Geghard. To kompleks klasztorny wybudowany na miejscu pogańskiej świątyni tak zwanego „świętego źródła”. Samo źródło „ochrzczone” nadal wypływa w jednej z części kościoła. Cały XIII – wieczny (ten obecny, bo pierwsze zabudowania to IV wiek) kompleks świątynno-klasztorny przyklejony jest do skały, łączy się z grotami i z nich się wyłania, w nie przechodzi… takie panteistyczne połączenie natury i dzieła rąk ludzkich. Poszczególne wnętrza kościołów i zabudowań klasztornych stanowią swoisty labirynt, gdzie za każdym rogiem odkrywa się kolejne pomieszczenie jeszcze piękniejsze i jeszcze bardziej kuszące by wejść. Wzrok przykuwają wszechobecne dekoracje rzeźbiarskie. Groźne zwierzęta, wijące się rośliny, geometryczne „zawijasy”. Na szczytach kopuł, otwory wpuszczają promienie słońca, które ślizgają się po ciemnych wnętrzach. Wszędzie słychać delikatny szmer wody bijącej ze źródła i ta cudowna akustyka!!! Słuchać każdy szept – i modlitwy i zachwytu i wzruszeń. Nie zdołałam się oprzeć, rozglądając się ukradkiem czy nikogo w pobliżu nie ma zanuciłam Panis Angelicus (to jednak kościół więc – sacrum wypadało zachować) Miałam szczęście, Geghard zwiedzałam niemal sama…

W świątyni przechowywana miała być włócznia Longina, którą przebito bok Zbawiciela. Przywieźć ją tu miał apostoł Juda Tadeusz. W sumie wszystko układa się w logiczną całość. Skoro miejsce ma zapewniać szczęście w miłości, a Juda Tadeusz jest patronem od spraw beznadziejnych to… 🙂 Geghard słynęło swoją drogą z wielu cennych relikwii, nie tylko włóczni. Przechowywano to na przykład relikwie apostoła Andrzeja. Wszystkie cenne, strzeżone tu pamiątki były o tyle wartościowe co też tajemnicze i owiane legendami (jak samo miejsce zresztą).

Przy wejściu do kompleksu są wyżłobione w zboczu niezbyt głębokie nisze. Należy wrzucić do nich kamień. Jeśli nie wypadnie i pozostanie w środku – szczęście i spełnienie marzeń gwarantowane! Rzuciłam, nie spadł – zobaczymy…

Armenia – Hachpat

Ja wiem. Wszystkiego na raz nie da się odnowić i zabezpieczyć przed popadaniem w ruinę. Ja wiem, że jakiegoś wyboru zawsze trzeba dokonać. Ale też wiem, że zawsze znajdą się takie miejsca jak armeński klasztor w Hachpat, gdzie przychodzi się i po chwili trochę żal, że to nie właśnie to miejsce zostało wybrane jako pierwsze do podniesienia z upadku jaki zgotowały mu wieki i zakręty historii. Przez wieki bowiem (a pierwsze śladu istnienia tu klasztoru to IV wiek, choć zabudowania, które cieszą oko to – X) przechowywano tu wszystko co piśmiennictwo ormiańskie stworzyło. To najcenniejsze bogactwo – myśl ludzką spisaną na kartach, potrafiono perfekcyjnie zabezpieczać przez zagrożeniem np. rabunku. Na przykład kryjąc cenne zapiski w sprytnie spreparowanych „skrytkach” pod podłogą lub w okolicznych jaskiniach. Cenny tu jest jeden z chaczkarów – XIII wieczny, z wymalowaną i reliefowo zaznaczoną pasyjką na krzyżu. Barwiony kwasem karminowym czyli czerwcem polskim (barwnikiem pozyskiwanym z milutkich robalków) zachował do dzisiaj czerwonawą kolorystykę. Jak to w armeńskich klasztorach, dość ciemne kamienne mury już dawno straciły polichromowane zdobienia, jednak sama bryła architektoniczna klasztornych zabudowań w zachwyt niekłamany wprawia. Zarówno największy z kościołów – Krzyża Świętego, jak i refektarz, biblioteka i kolejne pomieszczenia – tworzą arcywciągający i kuszący pięknem zespół przyklejonych niemal do zbocza wniesienia budowli.

Wiem to kwestia podejmowania wyborów ale smutno, że miejsce które chroniło to co najcenniejsze dla każdego narodu – myśl, wiedzę i historię, nadal czeka cierpliwie by go potomni otoczyli ochroną…

Armenia – Noratus

Gdzie jest najwięcej na świecie chaczkarów na metr kwadratowy? Odpowiedź brzmi – w ormiańskim Noratus. Wioska niewielka ale cmentarz gigantyczny (jak na tamtejsze warunki!). I dziwny trochę bo właściwie to cmentarz cmentarzy. Miejsce pochówku istniało tu od wieków średnich ale to nie jest aż tak wyjątkowe. Na cmentarz w Noratus zaczęto zwozić Chaczkary z miejsc, które miały przestać istnieć lub zapomniane chyliły się ku zniknięciu… Chaczkary – stele z wyrytymi, ozdobnymi znakami krzyża, to element mocno wpisany w ormiańskie dziedzictwo kulturowe. Być może dlatego wiele razy stawały się obiektem ataków. Niszczone tak dla zasady. Na cmentarzu w Noratus znalazły spokojność. Leżą lub stoją, grupami lub w samotności, te z IX wieku obok zupełnie współczesnych. Chaczkary nie należy wiązać li tylko z nagrobkami, choć często stanowią ich zwieńczenie. W tym jednak miejscu nagrobki i krzyże splotły się jedno. Cmentarz nie tyko dla ludzi ale także dla tradycji… A może nie! Może to miejsce pamięci!

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑