Miesiąc: luty 2026

Izrael – Szokeda Las

Zima w Izraelu jest bardzo kolorowa! Tu żółcienią kusi i miodem pachnie gorczyca polna, w innym miejscu kwiaty nie znanego mi gatunku i rodzaju postanowiły zbocza pagórków pokryć kilkoma odcieniami fioletu, gdzieniegdzie tylko dopuszczając mocny żółty akcent kolorystyczny. Wszędzie zielono drzewami, trawami, zbożem niedojrzałym… 

Ale najbardziej kultowe są anemony! Jest kilka miejsc, które sobie upodobały. W Lesie Szokeda na przykład kwitną na czerwono. I to kwitną stadnie! Gdzie okiem sięgnąć – anemony – i tu akurat w jednym tylko kolorze. Las Szokeda został zasadzony w 1957 roku przez mieszkańców pobliskiej moszewy (Szokeda) i Jewish National Fund. Mieszkańcy kibucu Alumim też się dołożyli. No i teraz służy urocze miejsce do spotkań, pikników, spacerów, a gdy anemony kwitną – do sesji fotograficznych też😉

Te anemony faktycznie nieziemsko wyglądają! Pod koniec lutego z okazji ich „kwietnego show” 😊 organizowany jest festiwal „Daron Adom”. Są spotkania, spacery wśród anemonów, pikniki, biegi przełajowe… Tak bardziej sportowo i eco niż muzycznie i głośno. Festiwal jest nie tylko w Lesie Szokeda, ale w kilku miejscach w rejonie Negew gdzie dywany ukwiałów się pojawiają najintensywniej w styczniu i lutym. Czasem te dywany są wieloma kolorami tkane ale w Lesie Szokeda – tylko czerwone (właściwie to karmazynowe – ale kto by się tam czepiał o odcień 😉 ). Pod koniec lutego szczególnie to pięknie wygląda bo też intensywnie żółte nagietki i chryzantemy się tu i ówdzie pojawiają.

Przyjechałam do Lasu Szokeda tuż po obfitym deszczu, który w nocy zrobił tam nową rzeczkę i małe jeziorko. Sporo anemonów nie wygrało starcia z deszczem, ale te które zachowały swoje karmazynowe sukienki, przeglądały się z tafli „jeziorka” i innych kałużach jak w lustrze, zaskoczone swoją urodą. I chyba zawstydzone troszkę jeszcze mocniej się zaczerwieniły…

PS. W 2018 z Gazy wystrzelono tu zostały zapalające balony i trochę lasu spłonęło. Na szczęście przyroda przy pomocy opiekunów miejsca szybko się odrodziła

Indie – Amber Fort

Amber Fort w Amer nad jeziorem Moata, wygląda tak jak się nazywa! A, że bursztyny generalnie lubię zwłaszcza w srebro oprawione 😉 – bliski mi jest wyjątkowo. Ale w tym wypadku nie o bursztyn idzie. Nazwa wzięła się od Ambikashwara – lokalnego imienia boga Shiwy (niedaleko ma świątynię). Fort jest kilkukondygnacyjny. Ma wydzielone części – na przykład Sala Publicznych Audiencji, Sala Prywatnych Audiencji, Pałac lustrzany lub Sukh Niwas gdzie przeciągi robią naturalną klimatyzację. Był rezydencją maharadżów Radżastanu, mieszkali tu wraz z rodzinami. To o tyle ważne, że jak który miał kilkanaście żon – to budował kilkanaście pokoi. Do tego Amber Fort ma podziemny korytarz łączący go z fortem Jaigarh. Bo jakby co – to rodzina maharadży mogła uciekać i schronić się w tym drugim forcie.

Zdobień, dekoracji, misternych dopieszczonych elementów architektonicznych – mrowie! Chyba najpiękniejsza i super kolorowa jest brama Ganesh Pol. Podobno przejście przez nią usuwa wszelkie przeszkody z życia… Może i tak – w sumie wchodziło się tędy do prywatnych pokoi władcy, a żeby to zrobić mógł taki przeciętny ktoś to faktycznie sporo przeszkód musiał pokonać… 😉 Na najwyższej kondygnacji przez ażurowo przysłonięte dekoracjami kamiennymi okna, kobiety dworu mogły zerkać co się dzieje, kto nadchodzi i takie tam. 😊 Ale gdy się do środka wejdzie – zawrotu głowy można dostać od mozaik, szklanych misternych dekoracji, luster, płaskorzeźb wykonanych w najdoskonalszych marmurach lub alabastrach, inkrustacje, kameryzacje – kto co sobie życzy i uważa, znajdzie! W jednej z sal – płaskorzeźbione dekoracje kwiatowe, przy których zwykle grupy turystą zatrzymują się. Przewodnicy zasłaniają dłonią poszczególne części kwiatu – w ten sposób prezentując, że raz przypomina słonia, raz kobrę a raz rybę.. możliwości jest chyba z siedem lub osiem. Dalej ogrody i zenany gdzie licznie kobiety mieszkały, bo i liczną grupę w pałacu maharadża miewał nałożnic, kochanek, konkubin czy jak tam kto chce. Kategorii było trochę i hierarchia ustalona. No i te pokoje dla królowych. Do każdego pokoju można było wejść z sypialni maharadży, ale trasa w drugą stronę była zabroniona. Jawna niesprawiedliwość! 😉

Izrael – Ejlat

Na samiutkim krańcu południowym Izraela jest Ejlat – miasto kurort nad Morzem Czerwonym. Prace archeologiczne w tym miejscu trwają już od jakiegoś czasy ale duuuużo jeszcze do przekopania. Wiadomo jednak, że od VIII wiek pne istniała tu osada i prężnie się rozwijała głównie za przyczyną drobnej wytwórczości rzemieślniczej i handlu. W sukurs archeologii przychodzi Tanach. Jest kilka lapidarnych, ale jednak, informacji o pobycie tu Narodu Izraela w drodze z Egiptu do Ziemi Obiecanej. A potem król Dawid miasto podbił z rąk Nabatejczyków. Kolejny król – Azariadsz mocno je rozbudował. Za króla Achaza – miasto przejęli Syryjczycy. A potem Rzymianie… A potem Brytyjczycy… Czy z tych historycznych czasów jakieś ślady są w Ejlat? Nie, ale trzymamy kciuki za archeologów… 😉

Współczesny Ejlat jest kurortem nadmorskim. W 1950 roku przyjechała tu pierwsza grupa żydowskich osiedleńców i… pięknie (choć nie bez przeszkód ze strony sąsiadów…) miasto zbudowali właściwie niemal od zera! Szybko Ejlat stał się ważnym centrum konferencyjno – kulturowym. Na przykład Festiwal Jazzowy Morza Czerwonego tu się odbywa, albo Festiwal Muzyki Klasycznej lub Międzynarodowy Festiwal Muzyki Filmowej. A dla tych co poleniuchować w słońcu lubią, plaże i atrakcje dla turystów plażing preferujących – do wyboru do koloru. Można też popływać: na deskach wszelakich, obiektach pływających a i w pław. I w głąb też – bo rafy koralowe są tu ładne. Warto też w górę popatrzyć bo Ejlat słynie jako najlepsze na świecie miejsce do obserwacji migracji ptaków. A dla spragnionych rozrywki – „Kings City”, niczym z Disneylandu. W mieście działa Muzeum oraz Podwodne Obserwatorium i Park Morski w Ejlacie – ale to zostawiam na kolejne „podglądania kultur”. A! Tak za miasto na piechotkę to raczej ostrożnie… W pobliskim Parku Narodowym to jednak hieny, pantery i gepardy mieszkają – a one biegają ciut szybko jak obiadu szukają…

Uroczy kurort, świetne hotele z widokiem na… morze i trzy sąsiednie kraje: Arabia Saudyjska, Jordania i Egipt.

PS

A tak a propos, hotelu. Zatrzymałam się jednym takim, Neptun ma na imię 😊. Z wszystkich pokoi widok na morze – jak na fot widać. W restauracji przy okazji śniadania, gości mnóstwo rozmawia w różnych językach. Przy stoliku obok siebie siedzi ortodoksyjna rodzina żydowska i analogicznie religijna rodzina muzułmańska, ale też osoby nieznanej preferencji religijnej lub jej braku (bo po stroju nie widać 😉 ). Pracownicy hotelu – Żydzi, Jordańczycy, Beduini, muzułmanie nie znanego mi pochodzenia narodowego i etnicznego, przybysze z Afryki, w recepcji Ukrainka i Polka. A śniadanko – raj dla wegetarian (bo w tym hotelu jest akurat kuchnia koszerna w wersji mlecznej). Sześć wysp, a na każdej kilkadziesiąt półmisków z pysznymi różnościami. Przy jednej Pan robi omlety, przy innej inny Pan kroi na bieżąco warzywka by móc sobie skomponować własną sałatkę, Pani na bieżąco piecze gofry, z boku stanowisko kawowe i piec a z niego wyskakują cieplutkie croissanty… No taki kurort to ja uważam!

Jordania – Al-Karak

W Al-Karak lokalizuje się prawdopodobną stolicę królestwa Moabitów – Kir-Chareszet. Skąd wiemy o tym królestwie? Ano z Tanach, a i w samej Torze wzmianka. Oczywiście nie tylko źródła pisane podpowiadają taką możliwość. Również liczne znaleziska archeologiczne na przykład słynna stela Mesza. Ale obecnie turyści przyjeżdżają tu dla obejrzenia zamku krzyżowców – jednego z największych w tym regionie. Przez samych krzyżowców nazywany był Kerak Moabitów. Wzniesiono go w XII wieku z inicjatywy Pagana Lokaja (wasala Baldwina II). Ale Pagan nie ukończył dzieła. Prace po nim kontynuował jego siostrzeniec Maurycy z Montrealu. Solidna to była twierdza! I do tego na szlaku handlowym, i na szlaku Beduinów. W konsekwencji położenie a i rozmiary zamku pozwalały na sporą kontrolę nad rejonem. W 1183 Saladyn oblegał zamek. Ale trafił akurat na czas ślubu Humhreya IV z Toronu z Izabellą I Jerozolimską. Oblężenie oblężeniem ale ślub też ważna sprawa a i jego konsumpcja chyba jeszcze ważniejsza… 😉 Pogadali jedni z drugimi i Saladyn uznał potrzebę chwili – atakował dalej, ale wszystko poza komnatą nowożeńców, żeby ci spokojnie mogli… to co tam nowożeńcy mogą a nawet powinni zrobić. 😊 Sumarycznie Saladynowi nie udało się zdobyć zamku. Baldwin IV Jerozolimski przyszedł w międzyczasie z odsieczą. Ostatecznie jakiś czas później dopiero siostrzeniec Saladyna – Sa’d Al-Din, zamek zdobył.

Dzisiaj, ruiny zamku są zupełnie nieźle zachowane. Bez trudu można wyobrazić sobie jego potęgę i przemyślą konstrukcję architektoniczną, która dawał możliwość ataku (a więc i obrony) zasadniczo z jednej strony tylko. Wnętrza też ciekawe. Wielkie stajnie, sala biesiadna (refektarz chyba można powiedzieć…) z coraz to mniejszymi drzwiami, przez które wiatr hulał robiąc naturalną klimatyzację. Dalej kuchnia i winiarnia. Ciut dalej kolejne pomieszczenia, też więzienie. Ot wszystko co w zamku potrzebne do życia.

A! Aktualnym mieszkańcem zamku jest kot. Wygląda jakby tak jakby jego rodzice do miksera wpadli – ma wszelkie kolory kocie na sobie. 😊 Ale że brązów i beży najwięcej – a ja akurat w podobnym „umaszczeniu” byłam, uznał że od tego dnia będziemy najlepszymi przyjaciółmi na świecie. Oprowadził mnie po całym zamku!

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑