Miesiąc: wrzesień 2024 (Page 9 of 16)

Grecja – Osios Lukas

Najpiękniejsze mozaiki średniowiecza są w greckim Osios Lukas. No wiem, subiektywne to… ale ostatecznie – subiektywnie podglądam kultury świata 😉 . Osios Lukas to monastyr prawosławny z X wieku założony przez bł. Łukasza ze Stiri – stąd też nazwa. W założonym przez siebie monastyrze znalazł on zresztą miejsce wiecznego spoczynku. Z czasem miejsce pochówku uznano za cudami słynące. Podobno z doczesnych szczątków bł. Łukasza unosiła się przyjemna woń i działy się cuda uzdrowień. Monastyr urokliwy, z mnóstwem zakamarków, aż kuszących by oddać się kontemplacji. W kompleksie są dwie świątynie. Katholikon datowany jest na 1011 rok. Powstał ok. 50 lat później niż sam monastyr. To kamienno – ceglana cerkiew na planie ośmiobocznym. Generalnie zdobiony jest mozaikami, jednak po trzęsieniu ziemi w XVII wieki, te które uległy zniszczeni zastąpiono freskami. Ale i te zachowane mozaiki robią robotę. Cudownie migocą milionem złotych skier. Niemal ożywiają sceny biblijne, które autor „odmalował” na sklepieniu. To moim zdaniem jedne z piękniejszych z tego okresu i z tego kręgu kulturowego. Druga cerkiew dedykowana Theotokos jest najstarszym budynkiem monastyru. To chyba jedyna z tego okresu zachowana świątynia w Grecji kontynentalnej. Pomimo, że jest to zabytek z listy UNESCO, jest tu możliwie cicho i pusto. I to piękno tego miejsca… cykady, blask mozaik, woń kadzideł… cudnie…

Grecja – Pantaleimonas

Był taki święty – Pantaleimon miał na imię. Lekarz – altruista, który się nie bał nowatorskich metod. Kiedyś był bardzo znanym świętym. Teraz ciut mniej. Ale w Grecji sporo śladów jego kultu w krajobrazie kulturowym istnieje nadal. Na przykład – wioska Pantaleimonas. Podobno założyli ja w XIV wieku pasterze. I właściwie do niedawna zupełnie nie była znana. Takie zapomniane miejsce, gdzie czas się zatrzymał… To znaczy w założeniu takie było – dopóki jego nienaruszony przemianami historyczny klimat nie zaczął turystów przyciągać. Domy – (tu czuwa teraz konserwator by swego charakteru nie zatraciła wioska) kamienne z drewnianymi belkami chroniącymi całość przed trzęsieniami ziemi. Kamienne też kręte uliczki. Całość zatopiona w zieleni. Giiiigantyczny platan w samym centrum. Ale jak turyści to i sklepy z milionem drobiazgów, które nikomu do szczęścia nie są potrzebne ale i tak je turyści kupują hurtem, i restauracyjki – może mniej leniwe jak na standardy greckie ale przecież turystom dedykowane, itd. itp. … W samym centrum (nieopodal tego platanu 😉) – cerkiew pod wezwaniem wspomnianego świętego. Stąd nazwa całej miejscowości zresztą. I słusznie – bo to patron lekarzy i chronił przed chorobą, a w wiosce zaczęto się poważnie osiedlać (tak mniej więcej w XVIII w.) by uchronić się przed zarazą, która wokół szalał.

Ot, takie idylliczne miejsce na ziemi, gdzie można smacznie zjeść, dobrych rzeczy się napić, i przyjemnie ponudzić…

Grecja – Perama

Perama to urokliwe greckie miasteczko. Takie z serii sennie, leniwie, miło, plażowo. I właściwie to powodu by nie było pisać o nim gdyby kilkadziesiąt lat temu nie odkryto tu jaskini. Podobno jest jedną z największych w Grecji. Nie jestem jakimś zapalonym grotołazem ale w kilku jaskiniach w różnych zakątkach świata byłam. Zwykle formy skalne wyciągnięte światłem (czasem cudnie a czasem na granicy kiczu…). Tu na trasie turystycznej – oczywiście też. Ale bez nachalnej ingerencji, bez narzucania się. To taka trasa gdzie można niespiesznie kontemplować twory natury. Ociekające od wieków z jaskiniowego sklepienia sople stalaktytów… Sterczące prężnie stalagmity… Czasem łączące się w kamiennym uścisku w stalagnaty. Chłód otula… I nie ma zasadniczo jakichś baaardzo spektakularnych zakamarków, utworzonych ku uciesze turystów opowieści, podziemnych jezior, rzek lub ogrodów… Tu jest tak… nudnoładnie…

Grecja – Riwiera Olimpijska

Czy plaża może być fajna? Hmm… Grecka tak! Do takich zaliczam Riwierę Olimpijską (choć z grecka raczej wypadałoby powiedzieć paralia a nie riwiera). To żadna kraina geograficzna, raczej określenie z branży turystycznej. A co tam ładnego? Plaża jak plaża, morze też, generalnie w dzień ciepło i tłoczno… Wokół mnóstwo kawiarenek, restauracji a i Zorbę jest gdzie zatańczyć. Ale – być podglądanym przez Zeusa i cały szwadron bogów olimpijskich – to nie byle co. 😅 Znad brzegu morza można zobaczyć Olimp, a przy dobrej pogodzie nawet tron Zeusa 😁. Błękit morza i okolic (jeśli się znajdzie coś mniej turystycznego) poraża pięknem. Wieczorami pejzaż przybiera całą paletę odcieni od żółcieni przez oranże do głębokich czerwieni i burgundów… Wtedy chyba plaża jest najpiękniejsza. Niemal pusto, zachodzące słońce maluje morze, kamienie i drzewa… i wystarczy tylko kieliszek wina, może kawałek dobrego greckiego sera… i można snuć rozmowy czekając, aż czerwienie zachodzącego słońca zastąpi poświata bladego księżyca…

Grecja – Saloniki

Saloniki (lub jak kto woli wcześniejszą nazwę – Tesaloniki). To taki trochę mix wielokulturowy, wielonarodowy, wieloreligijny… Pewnie też dlatego pretensje do „posiadania” Salonik ma co najmniej kilka narodów.

Miasto założone zostało w IV wieku p.n.e. przez króla Kassandra w miejscu równie strategicznym co urokliwym. Nie dziwi więc, że na przestrzeni wieków ważną rolę miasto pełniło (ze stołeczną włącznie). Było macedońskie, potem rzymskie, potem należało do Bizancjum, Imperium Osmańskiego, no i Grecji, a nawet miało epizod stolicy królestwa i potem cesarstwa Tesaloniki. Podbijane przez Arabów, Normanów, Turków… Generalnie – działo się…

Jak na tak bogatą historię (a może właśnie prze to…) niewiele w sumie zachowało się zabytków. Do tych najważniejszych zaliczyć można Białą Wieżę (to z czasów osmańskich), Łuk i mauzoleum Galeriusza (to z czasów rzymskich), może jeszcze bazylika Dymitra… Inne zabytki trzeba wyłuskiwać z przestrzeni miejskiej jak w korcu maku. Co oczywiście uroku samemu miastu – tak dla jasności – nie odbiera.

A teraz – to nie tylko miejsce turystyczne o bogatej historii. To również ważne centrum naukowe, akademickie i artystyczne. Czyli warto odwiedzić – niezależnie od tego czy przy okazji kongresu, wystawy czy tak po prostu by zobaczyć, że to ładne miasto jest.

Grecja – Dolina Tembi

Wielu ludzi widzi to co chce zobaczyć (choć rzeczywistość i prawda jest skrajnie różna od tego „patrzenia”). Znam też takich, którzy wydaje się, że patrzą – ale tak bardzo nic nie dostrzegają…

Kiedyś, tak trochę po drodze z Tesalii do Macedonii, zatrzymałam się na chwilę by odwiedzić Paraskewę – świętą od oczu. Aktualnie przebywa w Grecji w uroczej Dolinie Tembi. Naprawdę jest tam uroczo! Tutaj w źródlanej wodzie przyjmowała kąpiele Afrodyta przed spotkaniem ze swoim kochankiem Adonisem. Kiedyś była tu świątynia Apollina, który w tej właśnie dolinie zakochał się w nimfie Dafne. Dzisiaj także jest tu świątynia i trochę też z historią miłosną się wiąże. Święta Paraskewa oślepiła się by w ten sposób uniknąć ożenku z mężczyzną, którego wybrali jej rodzice. W sumie wychodzi na to, że Dolina Tembi to dziwne miejsce gdzie bogowie i ludzie mocno utrudniają sobie bardzo proste sprawy… Wróćmy jednak do Paraskewy. Żeby odwiedzić dedykowaną jej cerkiew, wzniesioną w miejscu gdzie według tradycji żyła (właściwie cerkiew wykuta jest w skale), należy przejść przez dość długi wąski most i krętymi kamiennymi schodami dochodzi się do sanktuarium. Sama cerkiew jest maleńka. Większość elementów wystroju, także ikonostas, wykonane są z drewna oliwkowego. Tak trochę – bałagan, ale za to pięknie pachnie kadzidłem i drewnem. Są tu cudowne źródła. Aż dwa! Jedno ukryte wśród oliwek to miejsce kąpieli Afrodyty. Woda z tego źródła podobno zapewnia szczęśliwą miłość. Drugie źródło bije w grocie. Trzeba przejść wąskimi korytarzami i zaczerpnąć ze źródła Dafne. Podobno woda z tego źródła wpływa dobroczynnie na wzrok. Dorzućmy jeszcze Paraskewę – patronkę od oczu (podobno za jej przyczyną polepsza się wzrok – i oczu, i duszy). Hmm… Niezły tercet!

Gruzja – Ananuri

Książęta Aragwi wyraźnie mieli niezły gust skoro takie twierdze sobie ordynowali jak ta w gruzińskiej Ananuri. To znaczy zamek był tu od XIII wieku ale to co widać teraz to efekt działań XVII wiecznych. Zamek wiele przeszedł, napadów i ataków zbrojnych aż do roku 1739, kiedy mury fortecy były świadkami rzezi jakiej dokonał na rodzinie Eristawi z Aragwi – Eristawi Szansze z Kasani. A wszystko przez jakieś drobne ale przez lata niewyprostowane niesnaski rodzinne… Zresztą zamek podzielił los mieszkańców – został podpalony. Potem jeszcze bunty chłopskie zrobiły swoje i na koniec stacjonujące wojska rosyjskie… Jak na takie burzliwe dzieje zupełnie nieźle się jednak trzyma. W centralnej części zamku – dwie świątynie min. bazylika Sioni p.w. Zaśnięcia Maryi Panny i Chrystusa, z pięknie i symbolicznie zdobioną fasadą (tak prawdę mówiąc znacznie atrakcyjniejsza jest na zewnątrz niż w środku) między innymi motywem drzewa życia. Z pomieszczeń mieszkalnych, też stosunkowo sporo zostało, ale i tak raczej wyobraźnia jest potrzebna by uświadomić sobie piękno twierdzy.

Zamek właściwie nie jest jakoś bardzo wielki ale cudownie położony z widokiem na zbiornik Żinwalskiego i rzekę Aragwi. Do tego natura, która wdziera się powoli i skutecznie w przestrzeń architektury, tworząc dekorację z konarów, gałęzi, korzeni, pnączy… urokliwie…

Gruzja – Batumi

Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o herbacianych polach Batumi ( ბათუმი)! Głównie z piosenki. 😉 Kiedyś śpiewały Filipinki teraz cover wyśpiewuje (udanie zresztą) Natalia Lesz. Tak jak to bywa z miejscami znanymi z piosenek lub filmów – pól herbacianych w okolicach Batumi dzisiaj niewiele. Ale na placu Pigalle też kasztanów nie ma. Wszystko w Batumi kieszonkowe. Lotnisko wielkości średniej jadalni, samoloty lądują niemal na falach morza bo pas startowy sięga brzegu, w zoo kilkanaście zwierzaków (licząc wraz z gołębiami, które wpadły w odwiedziny) itd. itd. itd. Ale… ładnie tu! I właściwie nie dziwię się, że miasto to tak popularne jest dla spędzania wolnego czasu.

Osada w tym miejscu istniała już w czasach rzymskich (podobno tutaj znaleziono złote runo!). Sama nazwa natomiast po raz pierwszy pojawia się w XI wieku. Zabytki – głównie eklektyczne, trochę współczesnych realizacji architektonicznych ale klimatycznie. Ciekawostką jest fontanna, z której płynęła czacza (taki ichniejszy bimber). Tyle że wystarczyło na jeden dzień bo kolejka do zwiedzania ustawiła się taaaak – z Batumi po granicę turecką. I sporo akcentów z serii romantic. To jakaś rzeźba zakochanych nieszczęśliwie, to rzeźba zakochanych szczęśliwie, to jakieś putto przysiadło zmęczone (jak tyle tych zakochanych musi ogarnąć, to kiedyś odpocząć trzeba!). Tylko ta plaża… Piękna! Ale kamoli….!!!! Z „plażingu” wraca się z sińcami. 🙂

Gruzja – bezdroża

Każdy kraj ma swoje „perły” kulturowe, historyczne, krajobrazowe, artystyczne – w każdym razie miejsca, które zobaczyć trzeba i basta. Ale czasem warto też przyjrzeć się bezdrożom. Przejeżdżając z jednego miejsca na drugie wiele osób przysypia w podróży dla zregenerowania sił. A szkoda! Bezdroża kryją wiele ciekawostek i smaczków. Na przykład dwukolorowa rzeka. Dosłownie dwukolorowa. A by być precyzyjnym czarno – biała. Aragwi – bo o niej mowa łączy w sobie nurty dwu potoków Białej Aragwi i Czarnej Aragwi. W miejscu, w którym się łączą, rzeka jest z prawej strony biała, a z lewej czarna. Można też coś przekąsić. Przydrożne stragany oferują głównie słodkości: lokalny miód (podobno najlepszy na świecie 🙂 ), czurczchele czyli orzechy nawlekane na sznurek i otoczone mazią z winogronowego syropu, cukru i maki kukurydzianej w kolorach – jakie „fabryka dała” 😉. Mogą być też wykonane z owej masy okrągłe cieniutkie, serwetkowante niemal placki – tklapi. Te przysmaki są wszechobecne. Czurczchele w smaku przypomina połączenie sparzonych orzechów z misiami żelowymi, zaś tklapi smakuje jak serwetka. Dla bardziej głodnych – w słoikach marynowane… wszystko. I coś co naprawdę przypadło mi do gustu (i wyglądało na najbezpieczniejsze dla zdrowia) to nazuki. Rodzaj drożdżowego chlebka z cynamonem i rodzynkami. Bezdroża bywają normalnie – atrakcyjne. 🙂

Gruzja – Bodbe

Czy cuda się zdarzają? Nie wiem… Pewnie tak… Pewnie nie każdemu… Pewnie nie od razu… Pewnie tylko na chwilę…

W dolinie rzeki Alazani wśród wysokich, rosłych cyprysów jest monastyr św. Jerzego w Bodbe. Tam podobno cuda się zdarzają taśmowo… Właściwie to cały kompleks – bo jest cerkiew i monastyr i dzwonnica i uprawy, ogrody wokół. Urokliwe miejsce. Monastyr miał być wzniesiony na życzenie św. Nino, która zresztą dożyła tu swoich lat i została pochowana. To taki prezent dla świętej za uzdrowienie królewskiej małżonki. Przy czym historia działa się w IV wieku. Obecne zabudowania to wiek IX i mocne przebudowy w XVII i wznoszenie na nowo po zniszczeniach. Ze względu na grób św. Nino, Bodbe stało się szybko miejscem pielgrzymek i miejscem cudów. Podobno każdy kto z przekonaniem o coś prosi – otrzymuję. Jest tam też ikona. Taka trochę jak częstochowska, ale tę pocięli lekarze w czasach radzieckich gdy monastyr był przerobiony na szpital a ikona miała być (jak jedna z desek) częścią stołu operacyjnego. No i co oczywiste – jest też cudowne źródełko św. Nino.

Hmmmm… Naprawdę jest tu cudownie! Zwłaszcza gdy usiądzie się na zielonych tarasach tuż obok cerkwi i ucieknie wzrokiem gdzieś tam daleko gdzie widok na Kaukaz.

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑