Miesiąc: wrzesień 2024 (Page 4 of 16)

Azerbejdżan – Şamaxı (Szemacha)

Jak powiemy Şamaxı to w Polsce niewiele osób skojarzy Jak powiemy Szemacha – może będzie ciut lepiej, choć pewnie zbiorowego „Aaaaaa… to wiem!” też nie usłyszymy. Jak powiemy Kamachia – to zgłoszą się z wiedzą chyba tylko historycy – starożytnicy. Niewielkie miasto w Azerbejdżanie słynne głównie dzięki meczetowi. W sumie historycznie miasto miało ciut przechlapane. Ale nie nie! Nie wojny najazdy i takie tam. Po prostu co kilka a najdalej kilkadziesiąt lat trzęsienie ziemi urbanistykę nadwyrężało. Miasto jednak było bogate i często wspominane w zachowanych źródłach i odwiedzane przez podróżników, kupców, misjonarz wszelakich i takich tam –  bo na szlaku jedwabnym było a i też na kilku innych szlakach. Karmelici którzy przybyli tu w XVII wieku napisali że miasto zamieszkują głównie Persowie i Ormianie. Derwisz Mehmed Zillî w XVII wieku wspomina że było to gigantyczne miasto z wieloma meczetami, szkołami i łaźniami.

Najbardziej znaną budowlą w mieście jest meczet, który jest jednym z najstarszych, jeśli nie najstarszym w ogóle w Azerbejdżanie. Jego powstanie datuje się na połowę VIII wieku. Zaznaczyć należy, że to co zwiedzmy teraz to rekonstrukcja, ale już ustaliliśmy że trzęsienia ziemi miasta nie omijały. Rozmiarami też imponuje, bo myślę że wśród meczetów na Kaukazie – jest w pierwszej trójce. Inicjatywę budowy przypisuje się arabskiemu dowódcy Maslama ibn Abd-al Melikowi. Cały meczet jest na planie prostokąta. Podzielony na trzy sale – i ten plan mimo licznych przebudów nie został zmieniony. Chyba najwięcej innowacyjnych przeróbek architektonicznych wprowadził Józef Plośka, ale to jakoś mocno nie dziwi bo śladów polskich w Azerbejdżanie na każdym kroku, stadami się pojawiają! Więc czemu by w bryle architektonicznej meczetu ich miało nie być. Dla mnie – pięknie się wpisywały dywany. Nie dlatego że kolorowe czy misternie tkane. Ich linie biegnące równolegle do siebie stwarzały niesamowitą głębie w półcieniach i pląsających we wnętrzu światłach.

Z czego jeszcze słynie Şamaxı? Z tancerzy. To taki specyficzny rodzaj tańca i specyficzna grupa – trochę tancerzy, trochę kurtyzan, trochę potów i pieśniarzy… Po prostu tancerze Şamaxı. Tańczyły głównie kobiety (choć nie tylko podobno). Grigorij Gagarin – malarz i generał w jednym namalował kilka prac przedstawiających te tancerki i akompaniujących im muzyków, a Aleksander Duma wspomina o dwu tancerkach i jednym tancerzu wirujących w rytmie kastanietów. Ach i jeszcze szkoła tkacka i dywany! Ale dywanów akurat w całym Azerbiedżanie w bród. Tkanie to taki azerski sport narodowy 😉

Azerbejdżan – Suraxanı

Suraxanı znaczy tyle co „kopalnia bogów”. Czasem też kojarzone jest z nazwą Ātashgah czyli „ciepły dom”. I w sumie słusznie! Bo po pierwsze sporo tam szybów naftowych, która jak wiadomo od czasu do czasu płoną… Ale co ważniejsze (dla mnie😉) jest też w tym azerbejdżańskim mieście, świątynia ognia. Świątynia… I przydałoby się dookreślić jakiej religii ale właściwie to słusznym jest skupić się na samym kulcie ognia bo świątynia związana jest zarówno z zaratusztrianizmem jak i hinduizmem oraz Sikhami. Ātash znaczy ogień – faktycznie cały czas płonie na dziedzińcu w samym środku zamkowego kompleksu świątynnego. Dziedziniec, na środku ogień na ołtarzu (pierwotnie płonął w sposób naturalny dzięki złożom ropy i gazu, teraz jest podtrzymywany sztucznie) a dookoła cele dla mnichów. Tak pomyślany kompleks wzniesiony został w XVII wieku i i z przebudowami, trwał do XIX w sposób czynny i aktywny religijnie.

Pierwotnie miejsce to służyło zaratusztrianom. (choć konkuruje o palmę pierwszeństwa z hinduizmem). Zaratusztrianie czczą Atar – święty ogień, a pod jego postacią boga Ahura Mazda. W Hinduizmie, kult ognia należy wiązać z bogiem Agni. Co było pierwsze w Ātashgah? Podpowiedzą do rozwiązania zagadki mógłby być zachowany motyw trójzębu, który mocno się kojarzy z hinduizmem. Ale można go też interpretować jako zaratustriański znak: „dobrych myśli, dobrych słów i dobrych uczynków”. Z Sikhami w sumie najmniejszy problem bo ze względu na powstanie samej religii i ślady w Ātashgah – na pewno nie byli pierwszymi, którzy sprawowali tu kult. Może najbardziej zgodna będzie relacja jezuity Jacques Villotte, który napisała, że Ateshgah był czczony przez hindusów, sikhów i zaratusztrian. I już!

Na murach świątyni można znaleźć siedemnaście interesujących inskrypcji. Analiza testów (hinduskich, sikhijskie i perskich – czasem pisanych z błędami, co ciekawe) wskazuje na praktykowany kult ale i pozwoliły datować wzniesienie obecnego kompleksu na XVII wiek na miejscu znaaaaacznie wcześniejszego kultu.

Teraz, to muzeum. Czy historię miejsca się w nim czuje? Trochę tak. Ale raczej na samym dziedzińcu. Pusty, tylko na środku płomienie rywalizujące ciepłem i blaskiem ze słońcem… W kolejnych celach gabloty, makiety i prezentacje, ale częściej  naturalnej wielkości manekiny udające mnichów wszystkich związanych z miejscem religii. Jeden medytuje, innych pracuje, ot taki dzień za dniem… Ale… czasem Ātashgah ożywa, gdy pielgrzymi przyjeżdżają by niezmiennie jak przed wiekami, sprawować w tym ważnym religijnie i historycznie miejscu kultu…

Belgia – Bruksela

Czekolada zawsze nastrój poprawia! A jeśli jest potrzeba solidnej rekonstrukcji dobrego nastroju, to już tylko czekoladki belgijskie mogą zaradzić. 🙂

Pierwsze wspomnienie z Brukseli jakie zwykle przychodzi mi na myśl to właśnie czekolada. Ale nie praliny jako takie. Niedaleko rynku jest sklep z czekoladkami, a na wystawie sporych rozmiarów fontanna – w której, rzecz jasna czekolada płynie kaskadą. Tak… Bruksela w moich wspomnieniach pachnie czekoladą z tej fontanny…

Bruksela to siedziba króla i parlamentu Belgijskiego, to miasto instytucji UE i NATO, gdy odwiedza się to miasto nie sposób o tym nie pamiętać (budynki tych instytucji – zwłaszcza dwu ostatnich, kłują w oczy monumentalnymi bryłami), ale chyba przyjemniej zanurzyć się w historię i sztukę tego miasta. Sporo tu „literackich” pomników, bo i Don Kichot z Sancho Pansa dumnie na cokole się pręży wypatrując wroga, i słynni ślepcy potknęli się i o mało nie zlecą z kolumny, i jeszcze bardziej słynny Manneken pis (tak lepiej brzmi niż „siusiający chłopiec”). Chłopczyna (według legend syn królewski lub mały bohater, który uratował miasto) często odziewany jest schludnie. W 2007 roku paradował nawet w krakowskim stroju 🙂. Generalnie sporo w Brukseli gotyku i secesji – a to jedno z lepszych połączeń! Wspomnieć wystarczy Katedrę Świętego Michała i Świętej Guduli lub Kościół Notre-Dame du Sablon w Brukseli, brukselski ratusz, Grand-Place, Galeries st Hubert itd. itp. O każdym z tych obiektów osobną historię opisać można i wypada, ale… dla mnie, Bruksela i tak pachnie czekoladą z fontanny…

Bośnia i Hercegowina – Medjugorie

Oficjalne stanowisko Kościoła – chmmm… no nie wiemy… Ja też nie wiem, i właściwie nawet rozumiem powściągliwość w decyzji hierarchów.

Nie odczuwałam jakiejś wyjątkowej potrzeby odwiedzenia Medjugorie, kiedy jednak okazja się trafiła by pojechać do Bośni i Hercegowiny odwiedziłam też to miejsce. Upalnie było mocno (nawet jak na moje standardy!). Kościół w centrum miasteczka powściągliwy w wystroju i zdobieniach, wokół olbrzymie parkingi czekające na pielgrzymów lub turystów, wszechobecna chińszczyzna plastikowych pamiątek z „miejsca świętego”… Na szczęście właściwy cel, trzeba było zlokalizować dalej nieco. Szlak straganów z pamiątkami zaprowadził mnie bezbłędnie do miejsca, gdzie należało rozpocząć wspinanie się na zbocze wzgórza. Ceglaste w barwie kamienie i ziemia (dla lokalnych normalne – dla mnie było zaskakujące); wąska kręta, właściwie trudna momentami do zlokalizowania droga wiodła w górę, gdzie pamiątką i celem pielgrzymim dla wielu jest niewielka w sumie figura Maryi. Upał przerodził się w zapowiedź burzy. Ceglaste głazy wyglądały jeszcze groźniej przy ultramarynie nieba przecinanego błyskawicami… Na miejscu nie było zbyt wiele osób, właściwie nawet zupełnie głośne rozmowy nikomu by nie przeszkadzały, ale jakoś bardziej porozumiewanie się szeptem wydało się wskazane…

Kiedy wróciłam z Medjugorie, pewien miły skądinąd znajomy, zapytał mnie (sama nie wiem czy z ciekawością, czy z „uśmieszkiem”) – „i co, zobaczyłaś coś”. Zaprzeczyłam. Ale czy koniecznie trzeba widzieć…

Bułgaria – Aładźa

Monastyry wykute w skale. W Bułgarii jest ich kilka. Najbardziej znanym to Аладжа манастир (monastyr Aładźa). Jego popularność wynika zapewne z powodu bliskiej odległości od Złotych Piasków. Znudzony leżeniem na plaży turysta szuka przecież atrakcji możliwie blisko. Bo znużony, ale przecież nie na tyle by godzinami jechać do „atrakcji turystycznej”! W niemal pionowej skale wyżłobione korytarze i cele zamieszkiwali niegdyś mnisi. Przed wiekami monastyr rzeczywiście Aładźa (kolorowy). Dziś po średniowiecznych freskach niewiele zostało, a to co widać jest mizernych, choć wypłowiałym cieniem dawnej świetności. Największy rozkwit klasztor przeżywał w wiekach średnich. Choć po skalnych półkach już dawno przestali przechadzać się rozmodleni mnisi (zastąpiły ich tłumy krzyczących turystów) to całość wygląda imponująco i nierzeczywiście. Z boku u stóp skalnych półek, wiedzie przez las wąska ścieżka, prowadząca do „katakumb”. Warto tam pójść. Groty ukryte w zieleni trochę jak z filmów z Indiana Jones. I właściwie racja! Bo tutejszych waśnie grotach odnaleziono eksponaty prezentowane na wystawie w pawilonie przy wejściu.

Bułgaria – Iwanowo

Monastyry wykute w skale. W Bułgarii jest ich kilka. Najbardziej znanym to Аладжа манастир (monastyr Aładźa). Znacznie mniej turystów w klasztorze Iwanowo (Ивановски скални църкви). To jedno z najpiękniejszych miejsc jeśli ktoś zainteresowany malarstwem skalnym klasztorów Bułgarii. Monastyr datowany jest na pocz. XIII wiek. Spośród istniejących tam kiedyś ok 40 cerkwi zachowało się raptem kilka, ale i te warte odwiedzin i wspinaczki po wąskich leśnych ścieżkach. Na ścianach: Wjazd do Jerozolimy, Ostatnia Wieczerza, Zaparcie się św. Piotra… A gdy zerknie się przez okno – wzrok sięga po horyzont… a myśl ulatuje w obłoki… i cisza…

Bułgaria – Kamienny las

Oczekiwanie jest przyjemne, ale jeśli trwa zbyt długo – przestaje takie być.

Może to głupie ale taka właśnie myśl błąka mi się po głowie ostatnio… Przeglądając zdjęcia z podróży, znalazłam przypadkiem wizualizację tej prawdy. Niedaleko Warny w Bułgarii zobaczyć można kamienny las. Bloki skalne dziwacznie zastygłe w strzelistych formach wyglądają jak kikuty szumiącego niegdyś radośnie gaju, który zbyt długi oczekiwał by wybuchnąć maestrą kwiatów i zieleni… Naukowcy spierają się, czy to twór natury, czy pozostałości historyczne działań człowieka. A ja pamiętam, jak błądząc pomiędzy skalnymi tworami czułam się jak w matriksie, jakby na chwilę czas się zatrzymał. I tęsknie czekał by ruszyć szczęśliwie do przodu…

Bułgaria – Kaliakra

Tuż przy brzegu morza, tuż obok granicy z Rumunią, wisi urwistym brzegiem, nad falami niemal pochylony, bułgarski przylądek Kaliakra (czyli „piękna” – i w pełni zasługuje na taką nazwę…). To miejsce cuuudowne krajobrazowo. Szum morza, błękit nieba rywalizuje z turkusem fal, no cudo! Ale takie cudo dość traumatyczne w opowieściach bo… Gdy Turcy najechali te tereny, podobno czterdzieści dziewic (przynajmniej tak chce legenda 😉 ) rzuciło się ze skał by w ten sposób czci swej nie narazić na gwałt jakowyś. Podobno brunatno rdzawy kolor urwistych brzegów dlatego taki bo splamiony krwią dzielnych pań. Tu mi się coś nie do końca zgadza z tą krwią. Skoro się rzucały same do morza, to skąd krew spływająca po skałach? Ale co tam, z legendami nie będę dyskutowała. Przyjmuję jak leci 🙂 To zawsze fajny koloryt kulturowy jest! Na samym skraju – ruiny średniowiecznej fortecy. Bajkowe! Chyba najlepiej zachowane fragmenty kompleksu to kaplica św. Mikołaja i brama hakowa, od której wąskie i kręte schody prowadzą w dół klifu. Można nimi dojść do zupełnie niezłej restauracji z widokiem na. 🙂 Swoją drogą warownie obronne istniały tu w czasach rzymskich a i wcześniej. Takie miejsce w sumie strategiczne – aż kusi by coś takiego architektonicznie wystawić.

Nie wiem, może te skały tak kusza, może śpiew wiatru uwodzi, może fale zakręcają w głowie… ale tam albo wpaść w poetycką zadumę, albo hmmm…

Bułgaria – Nesebyr

Nadmorski kurort… To znaczy teraz! Bo w starożytności Nesebyr był nadmorską osadą. Potem w wiekach średnich urosło do miana twierdzy. Potem czasy osmańskie – aż do XIX wieku. A potem to już Bułgaria – ale w mieście ok 80 % mieszkańców to Grecy… Właściwie – co nie jest znowu aż tak bardzo częste – ślady historii miasto zachowało od najdawniejszych jego czasów. Fajnie… Są ślady hellenistyczne i jest bazylika Eleusy z VI wieku i masa kościołów z metryczką np. XIII lub XIV wieczną. Kościołów w mieście (niewielki przecież w sumie) jest naprawdę sporo. Jest Hagia Sophia z V wieku. Właściwie to ruiny bazyliki ale nawa główna dobrze zachowana daje bez trudu wyobrażenie całości. No i te z pełnego średniowiecza., Na przykład św. Paraskewy z „mozaikowo” ułożonymi cegłami wtopionymi w kamienną biel fasady. Albo o analogicznych zdobieniach – cerkiew Pantokratora. Ach! Nie wolno zapomnieć o XVIII wiecznym drewnianym wiatraku! Całe hordy turystów robią sobie foty z wiatrakiem w tle 😉 Zresztą nie sposób obok niego nie przejść idąc na starówkę. Miasto turystyczne. Zatem i turystów mrowie. Ściśle wypełniają milion ogródków kawiarnianych, uliczek ze straganami i pamiątkami typu „kurzołapy” leżakują plaży. Ot… kurort.

A samo miasto – najlepiej zwiedzać w porze złotej godziny. Mury kamienno – ceglane pięknie pozują w otulone ciepłym światłem słońca, które już zaczyna ziewać przed zaśnięciem…

Bułgaria – Pliska

Uważam, że nie ma takiego pojęcia jak – trwałe ruiny. Wiem część historyków sztuki zacznie szczerzyć zęby w moim kierunku, ale zdania nie zmienię. Nie ma. Ruina z natury rzeczy jest destrukcyjna. Zabezpieczenia wszelakie nic tu nie zmienią. W wielu zakątkach świata pojawił się w ostatnich latach nowy trend. Podnoszenie z ruin śladów historii i kultury – całkowite lub częściowe. Oczywiście z zaznaczeniem co jest tkanką historyczną a co plombą. Jednym z takich miejsc jest bułgarska Pliska. W VII wieku była centrum kultury protobułgarów. To było jedno z większych średniowiecznych miast Europy, skanalizowane, z łaźniami, bieżącą wodą itp. Zburzona w IX wieku – w XIX odkryta na nowo. Chanowie stworzyli tu spore miasto z kilkoma pałacami i Wielką Bazyliką (Bazylika Golyamata) – świątynią wzniesioną niedługo po przyjęciu przez chana Borysa I, chrześcijaństwa. Spory teren archeologiczny służy obecnie spacerom i uruchamianiu wyobraźni dla odtworzenia piękna sprzed lat… Nieprofesjonalne oko ma tu ułatwienie. Wielka Bazylika ukończona w 875 roku była w tym czasie jedną z piękniejszych i jedną z większych świątyń w Europie. Zachowały się jednak po niej jedynie niewielkie szczątki fundamentów. Kilkanaście lat temu jednak bazylika – zrekonstruowana w części, pokazuje na nowo prawdziwy ogrom przedsięwzięcia i piękno architektury. Można bez trudu wyobrazić sobie, jak wchodzi się do wnętrza wielkiej kamiennej świątyni, przy odrobinie skupieni nawet śpiewy słychać… a może tylko wiatr świszcze…

Ja wiem Pliska głownie z brandy się kojarzy. Nie znam się na takich trunkach ale podobno niczego sobie… Ale tamtejsze historyczne zakamarki też warte grzechu…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑