Miesiąc: wrzesień 2024 (Page 3 of 16)

Armenia – Selim przełęcz

Czasem należy się na chwilę zatrzymać, by móc spojrzeć na całokształt – tak na spokojnie…

Góry służą temu, a te o których myślę to Armeński Kaukaz. Urokliwych zakątków tam całe mrowie ale w jednej z przełęczy oprócz cudownych widoków jeszcze jeden powód by przystanąć. Karawanseraj to rodzaj zajazdu, gdzie w podróżni, pielgrzymi, kupcy i persony wszelkiej proweniencji mogły odnaleźć bezpieczne schronienie i zatrzymać się na trzy dni. W karawanseraj zwykle było także miejsce „zakwaterowania” dla koni, wielbłądów lub prowadzonego bydła. Można było przy okazji pohandlować, wymienić doświadczenie, informacje – taki przystanek w drodze. Ten w przełęczy Selim to najlepiej zachowany budynek tego typu w Armenii. Wybudowany został w 1332 roku. To typ trzynawowy, gdzie do głównej nawy wprowadzano zwierzęta a boczne przeznaczone były dla ludzi. Zasadą było by karawanseraj budować mniej więcej co 40 kilometrów. W tym wypadku myślę, że jeszcze jeden powód przesądził. Jaki tu pejzaaaaaaaż!!!!!

Armenia – Sewan

Sewan ( Սևան լիճ) – największe w Armenii i jedno z najwyżej położonych w ogóle jezior świata. Ładnie tu… ryb – kilka gatunków ale rybaków już nie ma. Rośliny wokół trochę, ale bez fajerwerków wyjątkowości. I tylko sama tafla jeziora błękitna a właściwie błękitno szara. OK może nie ma cudownej barwy, ale jak lśni! Niestety decyzje prominentów zasiadających u władzy odcisnęły tu mocne i niekoniecznie dobre piętno. Gdy Stalin zdecydował zabawić się naturą i „nawodnić nieurodzajne tereny” – wody jeziora mocno obniżyły się i właściwie było o krok i to niewielki od katastrofy! Jezioro uratowano ale i tak poziom wody nadal się powoli obniża…To największe i najpiękniejsze jezioro na Kaukazie (a na pewno w Armenii)… tylko, że jakoś tak smutno, i mocno tego piękna trzeba szukać. Chyba jedynie sterczący na wysokim brzegu „czarny klasztor” prowokuje do założenia okularów historii i dostrzeżenia wokół piękna minionych wieków…

Armenia – Sewanawank

Aszota – córka pierwszego króla Armenii wzniosła tu klasztor. Miała gust kobieta, bo urokliwym miejscem Sewanawank jest bez wątpienia. Klasztor wniesiony na niewielkim wzgórzu (celowo piszę – wzgórzu, bo pierwotnie klasztor był zbudowany na wyspie, ale gdy Stalin nakazał upuścić wody z jeziora – zabudowania znalazły się na półwyspie. Najbezpieczniej zatem chyba napisać – wzgórze), otulony z każdej strony niemal wodami jeziora. Błękit wody i nieba stanowi fantastyczne tło dla odbijającej się w błękicie bryle kościoła z czarnego tufu wulkanicznego. Stąd też nazwa – Czarny Klasztor. Może dlatego, że mocno na uboczu, a może przez dwuznacznie brzmiącą nazwę – klasztor ten przez dłuższy czas był miejscem, w którym niepoprawnie prowadzący się mnisi mieli szansę na „przemyślenie życia”… W kompleksie klasztornym, dwie świątynie (kiedyś było więcej). To kościół Matki Bożej oraz kościół Świętych Apostołów. W tym drugim zobaczyć można niecodzienne chaczkary. A to dlatego, że z zielonego kamienia – andezytu lub z niecodzienną ikonografią – jak ten, na którym widać Jezusa o iście mongolskich rysach i z włosami splecionymi w warkocze.

Ale najprzyjemniej usiąść na jakimś kamieniu, ciut wyżej, nad świątyniami i pogapić się w błękit wody… Sama nie wiem, jak przebywanie tu można było traktować jako karę…

Armenia – Tatew

W Armenii „orlich” monastyrów sporo. Jednym z nich jest Tatew. Do niedawna nie do zdobycia – a przynajmniej dość trudny. W sensie dosłownym! Kręta, wąska droga przez głęboki wąwóz, na wysokie wzgórze… Generalnie pod górkę. Zmieniło się to w 2010 roku gdy została zrealizowana idea kolejki, którą wyjechać można niemal pod sam klasztor. Pierwsze zabudowania kompleksu datowane są na IX wiek, choć tradycja tego miejsca sięga wiele wieków wcześniej. Miejsce pod świątynię i zabudowania klasztorne nie zostało wybrane przypadkowo. Poza tym, że urokliwe i co nie bez znaczenia – trudno dostępne, to jeszcze jest to prawdopodobne miejsce pochówku św. Eustachego, ucznia św. Tadeusza Judy. W wiekach średnich monastyr kwitł. W bibliotece klasztornej przechowywano w latach prosperity, 10 tys. manuskryptów! W świątyni przechowywano między innymi relikwiarz krzyża świętego tzw. krzyż Babneński. Prowadzona była tutaj także szkoła artystyczna, w której adepci przez kilka lat uczyli się malowania miniatur, fresków, oprawy ksiąg itp. Monastyr był kilkakrotnie niszczony i to nie zawsze za przyczyną człowieka. Czasem było to normalne, zwyczajne trzęsienie ziemi… I nawet tańcząca kolumna nie pomogła! To ok. 8 metrowa kolumna, która nadal stoi na placu przed świątynią. Zbudowana z niewielkich kamieni, w taki sposób, że zaczyna się poruszać gdy ziemia drży (od zbliżających się ruchów tektonicznych lub zbliżającej się jazdy wojsk nieprzyjacielskich). Obecnie monastyr jest odbudowywany. Zarówno materialnie jak i duchowo… Powoli zaczyna być nie tylko atrakcja turystyczną ale na powrót centrum artystyczno – religijnym. Co daj Boże 🙂

Armenia – Wagharszapat

Wagharszapat (dawniej Eczmiadzyn) to jedno z najstarszych miast Armenii, a na pewno miejsce, gdzie można odnaleźć najstarszy Armeński kościół. Kościół – Matkę zaczęto wznosić już w 301 roku a dwa lata później kościół już istniał i działał (obecny budynek to efekt przebudowy z V wieku). Według tradycji miejsce pod wzniesienie świątyni wskazał Grzegorzowi Oświecicielowi sam Chrystus (a przynajmniej nazwa o tym świadczy). Świątynia i przyległe zabudowania stały się siedzibą biskupa i patriarchów Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Stały się też ośrodkiem naukowym i szkolnym. W wiekach kolejnych kompleks stawał się coraz bardziej rozbudowany. Pojawiły się klasztory (najpierw Rypsymy potem kolejny – Gajany).

Miasto podzieliło losy tamtejszych ziem. Najpierw Turcy potem Mongołowie i Tatarzy, a na „deser” Rosja i jeszcze raz Turcy. Swoją drogą Eczmiadzyn to taka trochę nasza Częstochowa tyle, że znacznie późniejsza. Tutaj też – wielka bitwa pod Sardarapatem – i Turcy zmuszeni do odwrotu. Obecnie Kościół i cały kompleks to narodowa świętość Ormian zwłaszcza, że przechowywane są tutaj takie pamiątki jak włócznia Longina. Podobno przywiózł ją tutaj sam Tadeusz Juda!

Armenia – Zorac Karer

Miejsca tajemnicze, zagadkowe, które prowokują do zadawania pytań… Takim jest niewątpliwie Zorac Karer (śpiewające kamienie) – takie armeńskie Stoneheng. Tyle tylko, że to ormiańskie jest o wiele starsze od swojego angielskiego (i bardziej medialnego) krewniaka. Datowane są najczęściej i co najmniej na około 7 500 lat. Cały kompleks to 223 ustawione na sztorc głazy, z których w 84 wywiercone zostały okrągłe otwory o średnicy ok 5 cm. Część z nich ustawionych jest w okręgu, reszta pozornie rozrzucona wokół. Kamienny krąg był obiektem zainteresowań już od wieków średnich, badania na szeroką skalę przeprowadzono jednak dopiero w latach 80-tych XX wieku (badania kontynuowane są właściwie do dzisiaj). I co z nich wyszło? Że: albo to jest pogańska świątynia ormiańskiego boga słońca Ari; albo obserwatorium astronomiczne, albo osada otoczona kamienną palisadą, albo nekropolia… No łatwo nie jest. Każdy szuka niepodważalnych dowodów rzecz jasna. Tyle że, np. okrągłe otwory w skałach dla jednych są ułatwieniem przy transporcie a dla innych są dowodem na obserwatorium (ustawione są tak, że można przez nie obserwować w odpowiednie dni roku planety i gwiazdy). I bądź tu człowieku mądry. 🙂

Czy takie miejsca jak to mają jakąś magię? Nie wiem. Ale gdy zdarzyło mi się tam kiedyś być, zmęczona przysiadłam na jakimś kamieniu – tak by ogarnąć wzrokiem, znaleźć ciekawy kadr itp. Nieopodal kręciła się jakaś para, jakby wyczekująco. Myślałam, że chcą sobie zrobić w tym miejscu zdjęcie. Ale nie! Pan zainteresowany tym, że siedzę na kamolku, zapytał czy w tym właśnie miejscu jest jakaś moc i czy czuję jej działanie i energię płynącą z ziemi. Nie czułam nic oprócz przyjemności odpoczynku, czym mocno zniechęciłam moich rozmówców. Ludzie szukają czasem mocy nie tam gdzie ona naprawdę jest… Czy to znaczy, że Zorac Kater nie ma magii? Oczywiście, że ma!!!! Gdy wieczorem słońce chyli się nad horyzontem i ciepłym światłem otula wszystko dokoła, a wiatr wygwizduje swoją melodię w kamiennym kręgu – jest magia…

Austria – Wiedeń

„Wiedeńska krew”… albo nie… „Nad pięknym modrym Dunajem”… a może „Zemsta nietoperza”, „Czarodziejski flet” albo nie, nie… raczej „Marsz Radeckiego”, „Symfonia G-dur – Z uderzeniem kotła”, „IX Symfonia”, „Sonata księżycowa”, … a może na poważnie – „Requiem”!

Właściwie nie wiem z czym Wiedeń mi się kojarzy – chyba po prostu z cudowną muzyką, Straussa (dowolnie wybranego!), Beethovena, Mozarta, Haydn’a. A może to tylko CK przyzwyczajenia rodowitej krakowianki 🙂, w każdym razie w Wiedniu nie sposób, nie „bywać”. Moja babcia jeździła do Wiednia na zakupy, dziadek opowiadał często jak obstalował sobie tam frak, a ja czasem spaceruję ulicami miasta, które teraz już nieco inny ma anturaż, nieco inny „przekrój społeczny”, nieco inną kolorystykę ulicy i… wspominam opowieści dziadka.

Chyba to naturalne, że krakowianie czują się tu jak u siebie. Przecież Wiedeń w XIX wieku stał się swoistym wzorem urbanistyki i architektury dla Budapesztu, Lwowa czy właśnie Krakowa (wiem, w tym ostatnim przypadku dalekie to echa, ale jednak echa). Miasto jest cudownym kalejdoskopem sacrum i profanum przeplatających się ze sobą epok i styli. Z jednej strony gotycki Stephansdom, obok barokowy Karlskirche a nieco dalej XIX wieczny Votivkirche. Towarzyszą im monumentalne pałace Augartenpalais, Schloss Schönbrunn, Palais Kinsky lub majestatycznemu Hofburgowi. Dla miłośników zieleni miłym będzie Schonbrunn, Kahlenberg, Donaupark, Stadtpark, Beethovenpark, itd. Generalnie, parków ci tutaj dostatek! Wiedeń to nie jest miasto na jedną opowieść. Zatopię się więc w „Opowieściach lasku wiedeńskiego”, planując kolejne wiedeńskie spacery 🙂

Azerbejdżan – Błotne wulkany

W Azerbejdżanie jest 1/3 wszystkich wulkanów błotnych świata! Tak fajnie mają. Fajnie – bo to i ciekawe zjawisko, i błotko lecznicze i regeneracyjne dla organizmu ludzkiego (jeśli się je dozuje a nie do błota przypadkiem i na wieki wpadnie…) i atrakcja turystyczna jak malowanie! Par excellence „malowanie”, bo krajobraz trochę jak księżycowy, trochę jak z jakiegoś filmu fantasy… Przy wulkanie Qılınc, mnie się kadry z „Seksmisji” zwizualizowały 😊 Myślę, że scenograf tutaj mógł spokojnie sfotografować peeejzaż i do kopuły – atrapy, na plan filmu przenieść 😊 😊 A tak w ogóle to chyba moje skojarzenia fantasy są słusznemu skoro wulkany błotne Azerbejdżanu mają taką samą strukturę jak analogiczne twory na Marsie…

Ale o samych wulkanach. Słowo wulkan kojarzy mi się z górą. Te błotne – to w większości raczej wypryski lub kałuże, które bulgocą i wypluwają błotko. Czasem oprócz błotka też ropę. Są oczywiście też takie wulkany pełną gębą jak Wulkan Gotur Dag, który ma 150 m albo Wulkan Ayranteken plujący też ogniem żywym. Istnieje również odmiana podwodnych wulkanów błotnych, których jest około 140 w Morzu Kaspijskim. Te na powierzchni odcinają się kolorystycznie od ugrowego otoczenia, a ich kolor zależny od tego co im się ulewa. Pierwsze zapiski o atrakcji jaką są błotne wulkany mamy z IX wieku, z prac podróżnika, geografa i historyka w jednym – Abu al-Hasana Ali ibn al-Husajna al-Masudiego. Potem pojawiają się systematycznie w dokumentach z różnych epok. Od XIX wieku zaczęto się niemi zajmować programowo i naukowo.

Kilka lat temu został otwarty Palçıq Vulkanları Turizm Kompleksinin. Komfortowo turysta może zobaczyć osiem wzniesień wulkanicznych ale i zażyć kąpieli błotnych i zwiedzić niewielką ekspozycje szkieletów zwierzęcych i zwierząt spreparowanych. Tu akurat nie bardzo rozumiem związek bo część tych zwierzaków nigdy na tych terenach nie występowała. Mówiąc „na tych terenach” mam nie na myśli nie tylko Azerbejdżan ale i Eurazję.. Ale ekspozycyjnie wystawa bardzo ok. W innym budynku – minerały. Może niezbyt obfite ilością ale zupełnie dobrze pokazane. A! I błoto w gustownej butelce można kupić „na zaś” dla zadania sobie urody 😉

Azerbejdżan – Gabala (Kabalaka)

Gabala albo jak kto woli Kabalaka – w każdym razie archeologiczna poważna miejscówka w Azerbejdżanie. To ruiny warowni, która od IV wieku pne ważnym ośrodkiem była, a i prawdopodobnie – stolicą Albanii Kaukaskiej. Rzymianie, Persowie, Gruzini też próbowali raz za razem tu rezydować – z różnym skutkiem.

Zwiedzanie tego stanowiska archeologicznego jest poważnym wyzwaniem. Albo wycieczka na cały dzień albo wspomóc się można samochodowym przemieszczaniem od jednego punktur do drugiego – a jest ich kilka. Salbir (III wieku p.n.e. do XII wieku p.n.e.), w tym miejscu odkryto sporo artefaktów świadczących o wadze miejsca na jedwabnym szlaku handlowym. Gala – to część średniowiecznego zamku. Zachowały się fragmenty murów warowni. Jeśli tak imponująco i mocarnie wyglądają resztki to jak musiał wyglądać cały mur!! Rzymski amfiteatr też jest – z I wieku. Część stanowisk, jest zadaszonych, zabezpieczonych (na przykład wspomniany Salbir). Widać kolejne warstwy archeologiczne. Trochę piwnic, jakieś naczynia, kości… Do kompleksu należy też Centrum archeologiczne, gdzie niewielka wystawa. Przede wszystkim prowadzone tam są wykłady, spotkania, też prace konserwatorskie i badania archeologiczne i historyczne. A same wykopaliska… pięknie otulone naturą w kolorach… hmmm… ciepłych ale nie takich bajkowych. Szłam  spory kawałek drogą wśród pól przyschniętych mocno o tej porze roku. Jakiś las dalej i chyba też jakaś rzeka lub wspomnienie po niej… Słońce mocno grzało. Może te kolory sepii i ugru zamiast szumiącej zielenią trawy, może cisza wokół (bo tłumów turystów nie było żadnych), może kolory tak jakoś zaskakująco dobrane do błękitu nieba. Nie wiem… ale czułam się jakbym zaraz miała znaleźć jakiś portal, bramę do innego wymiaru. A potem nagle zobaczyłam gigantyczne dwa fragmenty bramy murów miejskich Kabalaka…

PS

A gdy łaziłam po ruinach – pod nogi mi wlazły kwiatki w kolorze mojej sukienki 😉 Ha! 

Azerbejdżan – Park Narodowy Qobustan

Niewiarygodne to miejsce ten Park Narodowy Qobustan! Najpierw muzeum – takie sobie w sumie… Jakieś makiety, trochę grafik, rysunków, nawet kilka artefaktów jest. Ale potrzebne dla zrozumienia co się za chwilę w realu zobaczy! A realu – trasa biegnie tak od skały do skały, od groty do groty a w tam – około 6 tys. prehistorycznych, wyrytych na skalnych ścianach petroglifów! Ludzie przy swoich zajęciach, czasem ustawieni w jakimś dziwnym tanecznych szeregu, czasem w jakichś na poły magicznych sytuacjach… Zwierzęta przeróżne, byki, osły… czasem się na nie poluje, czasem luzem łażą… Najstarsze datowane są chyba na kilkadziesiąt tysięcy lat pne! Oprócz samych petroglifów znaleziono tu miejsca pochówku ale też zwyczajnie zamieszkałe groty. Oczywiście te dzieła narastały przez kolejne setki i tysiące lat! Nie tworzył je jeden prehistoryczny artysta 😉 Widać po zmieniającej się formie, tematyce i takich tam. Ale niezaprzeczalnie pokazują jakie dwie kultury bliskie człowiekowi były od najdawniejszych czasów. Jakie dwie kultury są kwintesencją człowieczeństwa. To kultura artystyczna i religijna. Magiczno-kultowej funkcji wyobrażeń nie jest potrzebny artyzm – a jednak jest. Artyzmowi nie są potrzebna odniesienia religijne – a jednak są. Czyli w sumie kusi by zmodyfikować stare rzymskie „chleba i igrzysk” na „kultury artystycznej i religijnej”! A propos „stare rzymskie”. Jest też ślad późniejszy: IMP DOMITIANO CEZAR ŚREDNI GERMAŃSKI, LVCIVS IVLIVS MAXIMVS CENTVRIO LEG XII FVL To odnaleziona w miejscu najdalej wysuniętym na wschód inskrypcja rzymska.

A! Muzyczny akcent 😉 Nieopodal wejścia do rezerwatu jest śpiewający głaz. Uderza się w mniejsze a ten wielki zaczyna wydawać dźwięki 😊

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑