Miesiąc: sierpień 2024 (Page 9 of 58)

Portugalia – Obidos

Prezent ślubny królowej Portugalii Izabeli Aragońskiej. Taki tam mały – miasteczko Obidos. Pełne jest nie tylko dumy z powodu bycia prezentem ślubnym (kolejne królowe też dostawały to miasto w prezencie. Taki prezent przechodni 😃 ), ale i urokliwych zaułków, wąskich uliczek, cudownie malowanych kamienic, ukwieconych podwórzy… Zachowały się mury obronne, po których można swoją droga połazić. Główna brama prowadząca do miasta – Porta da Vila, zdobna jest pięknie w azulejo, a za nią przenieść się można w czasy przeszłe… Faktycznie w mieście nie ma wielkich reklam, widocznych na balkonach anten satelitarnych, nawet asfalt trudno uświadczyć. Nad całością góruje mauretański zamek (to on tak zachwycił królową). W miasteczku, niewielkim przecież wzniesiono aż czternaście kościołów. Na tyle ich dużo, że w jednym zrobiono księgarnię (!)…. W innym – Santa Maria – miał miejsce ślub królewski 10-letniego wówczas króla Alfonsa V. Obidos Warto odwiedzić w marcu. Nie tylko dlatego, że nie ma wówczas rzeki turystów. W marcu w Obidos odbywa się Festiwal Czekolady!!! 😁🍩🍫🍰 Mistrzowie z całego świata zjeżdżają i swój kunszt eksponują. 🥳 Można zakosztować w czekoladowej filiżance (kieliszku właściwie) słynnej wiśniowej nalewki – ginjinha. A kto skuszony klimatem i czekoladą zapragnie zostać (tak kilka miesięcy) to załapie się też na Festiwal Średniowiecza gdy całe miasto zamienia się na epoki z wiekami średnimi. No ładnie… I słodko…

Portugalia – Porto

Jedno z miast w Europie, które potrafią wciągnąć… Dla mnie – Porto. Chętnie pojechałabym tam znowu… Tam się naprawdę w głowie kręci… Wiem, Porto głównie kojarzy się z przednim, wzmacnianym i cokolwiek słodkim winem o tej samej nazwie… Ale o zawrót głowy może przyprawić nie tylko trunek. Tłoczno tam. Zwłaszcza w dzielnicy Ribeira. Tak bardzo, że nawet kamieniczki ciasno obok siebie ściśnięte stoją. Jedna obok drugiej. Tak jakby im było ciut za ciasno… Gąszcz wijących się uliczek, mnóstwo aut (dla tamtejszych kierowców przepisy drogowe są daleko posuniętą sugestią…), kościoły, które kapią złotem (w Igreja de Santa Clara – to już z tym złotem przesadzili…), budynki połyskujące błękitem azulejos… A no i słynny dwupoziomowy most Don Luis (przy lęku wysokości – uważać!) zaprojektowany przez ucznia Eiffela. Sam mistrz zresztą też zaprojektowała w Porto most – Maria Pia. I jeszcze lokalny Hogwart. Czyli księgarnia Livraria Lello. Dla tych co kochają książki – to raj i zaczarowana kraina w jednym…

Cudowne miasto, zwłaszcza gdy oświetlają go promienie zachodzącego słońca, które wpadają też przypadkiem trochę, a może celowo – do kieliszka z czerwonym trunkiem sączonym gdzieś w uroczej kawiarence…

Portugalia – Tomar

Śpiąca królewna czekała na swego wybawcę i księcia zarazem, sto długich lat… Wyobrażaliście sobie kiedyś jak wyglądał jej zamek? Ja tak. Nie wiedziałam jednak wówczas, że takie miejsce naprawdę istnieje. 🙂 Portugalskie Tomar, to miasteczko jakich wiele w tym regionie. Pobielone domy, wąskie uliczki, sennie i cicho (chyba, że jakaś festa akurat 🙂 ). Jest tu jednak coś wyjątkowego – Klasztor Zakonu Chrystusa. Tam klasztor… Zamczysko bajkowe! Za zasługi podczas rekonkwisty, Alfons I Zdobywca, nadał te ziemie i fundację zakonowi templariuszy, a by być precyzyjnym bratu Gualdimo Palsa. Klasztor wzniesiono w 1162 roku. Stał się niemal natychmiast główną siedzibą templariuszy a po ich podstępnym i dość podłym w sumie rozwiązaniu, przeszedł (dzięki sprytnemu manewrowi króla Dionizego) w ręce Zakonu Rycerzy Chrystusa.

Kompleks nie zachował swojego XII – wiecznego wyglądu. Rozbudowany mocno został w czasie kolejnego z prosperity – w XV wieku, a cały klasztor zyskał manueliński sznyt. Zaczęły pojawiać się między innymi coraz to większe i ozdobniejsze krużganki (np. Claustro do Cemitério lub Claustro da Lavagem).

Cały kompleks – nie wiem czy bardziej wygląda baśniowo, czy bardziej tajemniczo… Ściany, okna (także to najsłynniejsze w klasztorze!), portale – oplecione są kamiennymi linami, wijącym się kamiennym bluszczem, ze wsporników zerkają jakieś zaklęte w kamień postaci, wszędzie pełno sterczyn, kwiatonów… Można tu błądzić zakamarkami, korytarzami, krużgankami – przez całe godziny, z lubością gubiąc się w tym cudownym labiryncie. Bez trudu uwierzę, że gdzieś tu ukryty jest skarb templariuszy… 🙂 A już na pewno uwierzę, że tak właśnie wyglądał zamek wspomnianej królewny! 🙂

Rosja – Carskie Sioło

W Rosji wszystko jest большой, a właściwie „najbalszoje”. Jak pałac to największy, jak złocenia – to kapiące od przepychu i bogactwa (że człowieka oczy bolą od blasku i po trzech dniach chętnie popatrzyłby na jaki kawał nieociosanego drewna 🙂 ), jak park – to dzikie hektary z bezpośrednim dostępem do morza (że bez trudu zgubić się można na tydzień), jak bale…

Gdy Piotr I rozpoczął budowę Petersburga, niemal równocześnie zaczął go otaczać wieńcem letnich rezydencji. Rezydencji tam… Pałaców! Jednym z nich było ulubione przez carycę Katarzynę Carskie Sioło. Robi wrażenie. Cały w błękicie i bieli. Komnaty kapią od złota (użyto setki kilogramów kruszcu na pozłotę sztukaterii), najlepsi rzeźbiarze, malarze i sztukatorzy stadnie ruszyli, by gustom carycy sprostać. Ach i perła w koronie – bursztynowa komnata! Pałac otula subtelnie romantyczny park z mnóstwem oczek wodnych i jeziorek. Przepych doskonały! A jakie tu bale bywały! Caryca Elżbieta z nich słynęła… Znała się na dobrym jedzeniu i je preferowała (kuchnia była zawsze w gotowości bowiem caryca nie trzymała się sztywno godzin posiłków. Obiad w środku nocy nie był niczym nadzwyczajnym). Inne atrakcje balów tu organizowanych skromnie przemilczę… Do dzisiaj gości i turystów wita u wrót orkiestra dęta (tak na oko dorabiający sobie emeryci, ale jak uda im się trafić z repertuarem – co nie jest znowu takie częste, bo przyzwyczajenie drugą naturą – to miło może być). Największa sala balowa ma ok 800 m2, kilkaset luster, 50 żyrandoli, A gdy wyobraźnią niesieni usłyszymy szelest sukien, szept rozmów, dźwięki walca (wolę tango ale to nie ten klimat), wirujące pary, wszystko otoczone delikatną mgłą dobrych perfum… Kiedyś bale bywały. 😉

Rosja – Nowogród Wielki

Według kronik Nestora Nowogród założony został przez jedno z plemion Słowian – zatem gigantyczna historia! Uważa się, że powstanie Nowogrodu stało się początkiem Rosji. Kniaź Ruryk, Księstwo Kijowskie, Księstwo Włodzimierskie, Księstwo Litewskie, Ziemie Korony, właściwie przez całą swoją historię, ziemie te były jednak z kimś połączone, od kogoś zależne lub związane np. lennie. Mimo to Nowogród był jedną z pierwszych demokracji i świetnie się z tym miał, aż do momentu gdy Iwan Groźny wyrżnął demokrację i mieszkańców w pień.

Kilka ciekawych miejsc historia tu ocaliła. Nade wszystko sobór sofijski. Z pierwocin drewnianej cerkwi nic nie zostało, ale z okresu XI wieku – piękne wyobrażenie Konstantyna i św. Heleny. Śladem XII-wiecznym są słynne drzwi płockie. Wykonano je w Magdeburgu na zamówienie biskupa płockiego Aleksandra. Jak znalazły się w Nowogrodzie Wielkim – hmmm któż odgadnie… pewnie tak jak większość zabytków, które „dostawały nóg i”… Dzisiaj w Płocku oglądać można kopię, oryginał zaś w Nowogrodzie. Tak czy tak, na drzwiach zobaczymy kwatery ze scenami historii zbawienia, ale i portret dostojnego fundatora. Imponująco wygląda też Kreml nowogrodzki. Nie jest taki bajeczny, landrynkowy i disneyowski jak ten w Moskwie. Nowogródzki jest budowlą poważną, stateczną, budzącą respekt i podziw. Ach, jeszcze jeden z najstarszych monastyrów – XI wieczny monastyr Jarosława Mądrego.

I jeszcze istotny szczegół praktyczny. Jeśli ktoś lubi swój samochód – to raczej niech nim nie jedzie do Nowogrodu. Drogi bywają tam dość umownie asfaltowe…

Rumunia – Agapia

Agapia to jeden z bardziej ukwieconych monastyrów jakie w Rumunii odwiedziłam. I chyba słusznie – przecież Agapia znaczy miłość!

Przyjechałam w dość pochmurny i deszczowy dzień. Parking, droga do klasztoru, buro i nijako. I… zaraz za bramą – zaatakowały mnie kolory. Tych kwiatów wszędzie było morze. Niby takie normalne, balkonowe, jakieś pelargonie itp. ale w takiej masie – zrobiły robotę. 🙂 W sumie to trochę się nie dziwię, mieszka tu ok. 400 mniszek. Czymś muszą się zajmować a uprawa kwiatów – to nie najgorsze z zajęć.

Monastyr ma metryczkę XVII wieczną (nieopodal jest drugi monastyr wspomniany już w XIV wieku ale odbudowany od zera w XX). Fundacji dokonał hetman Gavriil Coci jako miejsce dedykowane mnichom. W XIX wieku klasztor zamieniono na żeński. W XIX też został przebudowany mocno po zawieruchach historycznych. Centralnym punktem zabudowań monastyru jest cerkiew Świętych Archaniołów Michała i Gabriela. W środku freski autorstwa Nicolae Grigorescu, przy czym mnie nie powaliły na kolana. No może leciutko ugięły… i to też na bardzo krótką chwilkę.

Rumunia – Dragomirna

Różne rankingi bywają: najwyższy kościół świata, najstarsza świątynia, największa świątynia, itd. itp. itd. A czy jest ranking na najwęższy kościół? Nie wiem, ale mam kandydata do co najmniej pierwszej trójki. Obronny monastyr Dragomirna w Rumunii. To znaczy nie cały monastyr, a jedynie sama cerkiew Zesłania Ducha Świętego, która niczym iglica na samym środku kompleksu się wznosi. Konsekrowana była 1609 roku. Smukła, wysoka i cudownie zdobiona ornamentami iście wschodnio brzmiących misternych dekoracji. Wygląda jak elegancka mniszka, która w pasie przewiązała habit sznurem. Tak dosłownie, bo w połowie wysokości elewację oplata kamienny, dekoracyjny motyw sznura – dość wyjątkowy jak na teren Bukowiny. Sam monastyr ufundował metropolita Anastasie Crimca – a przynajmniej pierwszą niewielką cerkiew zbudowaną na cmentarzu. Kilkadziesiąt lat później monastyr rozrósł się do wersji obronnej, co okazało się mizernie skuteczną obroną. Monastyr zdobyły wojska kozackie, potem też polskie, a na koniec tatarskie… Obecnie w monastyrze mieszkają i pracują mniszki. Zwykle nie wchodzą w drogę turystom, zajmując się swoimi pracami lub medytacją. Przypadkiem snując się po monastyrze zerknęłam przez jakieś okno czy wykusz i gdzieś na dole przyuważyłam grupę mniszek, w milczeniu krzątających się przy „obróbce” bakłażanów, 😃😍 Zapatrzyłam się przez chwilę, nie zdając sobie sprawę, że trochę się gapię bezwstydnie. Jedna z sióstr podniosła wzrok, zlokalizowała mnie, uśmiechnęła z pobłażaniem i sympatią… Cofnęłam się zmieszana, jakby ktoś mnie przyłapał na podglądaniu… Bezpieczniej i taktowniej poobserwować „kamienną mniszkę”. 😁

Rumunia – Jassy

Rumuńskie (właściwie mołdawskie) Jassy warto odwiedzić. Rozwija się prężnie co najmniej od XIV wieku, a przynajmniej z tego czasu najstarsze zapisy się zachowały. Mający tu wpływy Turcy, by ograniczyć rozwój, zabraniali wznoszenia warowni. Ale, że potrzeba matką wynalazków – włodarze mołdawscy wznieśli tu niemało warownych – monastyrów… W rezultacie monastyrów i cerkwi w mieście i jego okolicy mrowie. Z czasem ufortyfikowane w sumie Jassy, stało się stolicą mołdawskiego hospodarstwa.

Najważniejszym zabytkiem miasta jest sobór Paraskewy. To eklektyczna świątynia o wyraźnych wpływach włoskich i austro-węgierskich. W październiku mają tu miejsce uroczystości ku czci patronki. Zjeżdżają na nie tłumy wiernych, ale też ciekawskich turystów.

XVII – wieczna Cerkiew Trzech Hierarchów (Bazylego Wielkiego, Grzegorza Teologa i Jana Złotoustego) to koronkowa robota. Dosłownie koronkowa. Całe ściany pokrywają cudowne, misterne wzory – geometryczne, roślinne szlaczki zaklętych w kamień koronek. To mix wpływów ormiańskich, gruzińskich, perskich, rosyjskich… Wnętrze nie ustępuję niczym dekoracjom zewnętrznym. Ikonostas z marmuru z Carrary, mozaikowe ikony – no cudownie. Fundujący cerkiew Hospodar mołdawski Vasile Lupu, zadbał też by obok była szkoła i monastyr i drukarnia.

Warto wspomnieć też o niewielkim cmentarzu ormiańskim, gdzie dość niecodziennie pomyślane zostały epitafia. Zdobione są wykutymi w kamieniu wklęsłymi motywami (kwiaty, czaszki itp). Gdy deszcz popada, we wklęsłościach gromadzi się woda. Rezultat tego taki, że cmentarz chętnie odwiedzają ptaki, korzystając z tych swoistych wodopojów. Gdy kiedyś przysiadłam na chwilkę wsłuchując się w szum drzew i ciszę tego miejsca, zaskoczył mnie ten widok. A myśl pomknęła do najbardziej znanej mozaiki Rawenny – gołębie pijący ze źródła wody żywej… Eschatologicznie było…

Fantastycznie wygląda też cerkiew Jerzego i cerkiew Mikołaja, i Sawy – też ładna. I synagoga niebrzydka z XVII wieku ale z XX-wieczną srebrząca się kopułą. Trudno opisywać każdą z kilkudziesięciu świątyń, dlatego konkluzja jedynie. Jassy ładne i warte tego by się po nim posnuć 🙂

Rumunia – Kaczyka

Niezależnie w jak dalekie zakątki świata zdarzy mi się podróżować – ślady polskie jakoś pojawiają się w krajobrazie kulturowym. 🙂 Czasem usłyszę język polski (choćby jedno wyuczone zdanie) czasem jakaś rzeźba, obraz, most, budynek autorstwa rodaka. A czasem tak jak w rumuńskim Kaczyka, całe miasteczko właściwie polskie. W 1782 roku cesarz Józef II wydał polecenie poszukiwania soli kamiennej na Bukowinie. Prace rozpoczęto między innymi w dolinie Kaczyka. Znaleziono i niebawem ruszyło wydobycie. W 1792 roku sprowadzono tu do pracy kilka rodzin górniczych z podkrakowskiej Bochni. Na początku XIX wieku kopalnia miała już trzy szyby! Wrastała też liczba Polaków pracujących w kopalni (także na kierowniczych stanowiskach) mocno przyczyniając się rozwoju kopalni. Samą kopalnię można dzisiaj zwiedzać. Niebawem powstał Dom Polski i parafia.

Miasto przestało być „polskie” po II wojenni światowej, gdy Polaków repatriowano. Przy czym chyba nie do końca. Przyjechałam do Kaczyka. Miasteczko jak miasteczko – fajerwerków brak. Idę pozwiedzać kościół (projektu Talowskiego, p.w. Wniebowzięcia). W ołtarzu głównym – Częstochowska. Akurat było sprzątanie kościoła. Wśród krzątających się także proboszcz. Przyuważył obcą. Zdiagnozował – Polka. I nieco łamaną polszczyzną przywitał się ze mną i z automatu pobłogosławił. Jak się potem okazało były to jedyne trzy zdania, które znał po polsku – ale bardzo miłe wrażenie pozostało! 🙂

Rumunia – Negrești-Oaș

Negrești-Oaș – niewielkie w sumie miasto w Rumunii. Co w nim fajnego? Ano założony w 1966 roku skansen. Właściwie to skansen kultury regionu Oaș. Na niewielkiej przestrzeni budynki (też niewiele ich w sumie). Sam skansen dość trudno w ogóle znaleźć. Ale… Jak już się trafi to malowniczo i pachnąco jest. 😊 Skansen jest nad rzeką Tur, co dodatkowo malowniczości sprzyja. Przestrzeń pomyślana została tak by odtworzyć wieś utrzymana w realiach kulturowych regionu. Są chaty i zabudowania gospodarskie z Racşa, Moişeni i Negresti (XVIII-XIX wiek), jest świątynia z początku XVII wieku ze wsi Lechinţa, jest młyn i destylarnia – obydwie działające (to znaczy zobaczyć można jak to działo…). A gdy się trafi na wiosnę to pachnie kwitnącymi jabłoniami, a gdy latem – to skoszonym sianem, a jesienią szeleszczą kolorowe liście pod nogami. I niebiesko jest. Dość dosłownie. Wiele pomieszczeń siwką pomalowanych. Ale tak jakoś mocno intensywną w barwie.

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑