Miesiąc: sierpień 2024 (Page 7 of 58)

Malta – San Ġiljan

Miłość dopada nas zwykle niespodziewanie i w całkowicie zaskakującym, miejscu, czasie, sposobie, osobie… No i zwykle nasze życie stawia na głowie. 🙂 Tak ma… 🙂

A w San Ġiljan ma na tę okoliczność pomnik i to taki który jej naturę w sposób perfekcyjny pokazuje. 🙂 Bo Richard England pomyślał rzeźbę tak – że litery są odwrócone i stoją na głowie. 🙂 Dopiero gdy słoneczny dzień i fale morza spokojne – napis odbija się w połyskującej lazurowej wodzie… Kwintesencja miłości…

No ale San Ġiljan na Malcie to nie tylko ten jeden pomnik! Nazwa miasta od świętego o tym samym imieniu – patrona podróżników szukających gościny ale i myśliwych. Dlatego w ramach obchodów ku czci patrona miasta urządza się zawody strzelnicze. Choć bardziej spektakularny wydaje mi się inny zwyczaj związany z tym dniem. Po śliskiej długiej belce umieszczonej nad wodą zatoki, śmiałkowie usiłują przejść by zerwać flagę zawieszoną na końcu…

Co przyciąga turystów? Kilka rzeczy. Jeśli ktoś lubi architekturę „modern” – to dwa najwyższe budynki na Malcie: Mercury Tower (121 m) i starsza nieco a równocześnie też niższa Portomaso Business Tower (97,5 m). Miasto (przy czym początkowo była to po prosu miejscowość portowa) istnieje od XVII wieku więc nieco starsze zabytki też znaleźć można bez trudu większego. Jednym z bardziej reprezentacyjnych budynków w mieście jest secesyjny Balluta Buildings. Taki apartamentowiec luksusowy z początku XX wieku. Konkurencją w atrakcyjności architektonicznej dla niego jest Pałac Spinola. Datowany na XVII wiek a potem przebudowany w XVIII. Przeznaczenie miał różne. Najpierw – rezydencja rycerza maltańskiego Paolo Rafel Spinola, potem pełnił funkcję szpitala, potem przytułku dla bezdomnych, potem siedziby muzeum, a teraz jest tu siedziba PAM. Za to jednym z najstarszych budynków w mieście jest wieża św. Jerzego, datowana na XVII wiek. To wieża strażnicza wybudowana w miejsce wcześniejszego, średniowiecznego posterunku fortyfikacyjnego. Jest też kilka kościołów i klasztorów ale te nie są jakoś mocno porywające architektonicznie ani wystrojem wnętrza.

A jak już człowiek połaził i pozwiedzał to gdzieś nad brzegiem Zatoki Spinola lub Zatoki Balluta przysiąść można w którejś z urokliwych kafejek lub restauracji, albo zwyczajnie usiąść na brzegu i pogapić się na fale morskie… Może akurat litery z pomnika Englanda się odbiją i zaskoczy nas niespodzianie „LOVE”. 😉

Malta – Qrendi

Błękitna Grota na Malcie. To znaczy generalnie – jest błękitna i lazurowa gdy pogoda cudna. Ale gdy pochmurno i wieje – to bardziej w ultramarynach, szarościach i brązach. Grota skonstruowana jest przez naturę tak, że kolor wody odbija się w ścianach całej groty. Więc jak błękitny – no to grota błękitna. Jak woda w innym kolorze – to jak wyżej. 😊 Niezmiennie jednak – piękna! I tak naprawdę to nie jedna grota a szereg, grot, które u wybrzeży Malty fale morskie we współpracy z kamienistą linią brzegową zrobiły. Z wody wyzierają nie tylko błękity i lazury. Przez krystaliczną toń widać oranże, fiolety, turkusy, żółcienie, zielenie. Bajka! Nie dziwi fakt, że takie kolory kuszą by ponurkować. Zwłaszcza, że pod wodą można przypadkiem lub celowo natknąć się na wrak – na przykład Umm El Faroud, tankowca który po uszkodzeniu wybuchem został w 1998 roku zatopiony i robi za sztuczną rafę.

Tan naprawdę trudno zawyrokować czy Błękitna Grota z grotami pomniejszymi należy do miejscowości Qrendi czy Zurrieq. Te dwie – odwiecznie prowadzą spór terytorialny o te skały. Sąd przyznał rację Qrendi – ale spór co do zasady umiarkowanie to zniwelowało.

A jak się popatrzy w morze – to widać maleńką wysepkę Filfla. W czasach prehistorycznych, prawdopodobnie był tak celebrowany lokalny kult. Potem w XIII wieku wniesiono tam niewielką kapliczkę, którą trzęsienie ziemi w XIX wieku obróciło w perzynę. Teraz – osiedliły się tam ptaki, a władze Malty zapewniły im święty spokój ustanawiając na wysepce ptasi rezerwat. Podobno Filfla powstała na skutek wrzucenia przez anioły do morza, kawałka wioski. Wioskę taki spotkał paskudny los bowiem mieszkańcy byli cokolwiek rozwiąźli w sposobie życia… Bywa… 😊 Teraz tam ptaszki mieszkają. 😊

Malta – Valetta

Najbardziej południowa stolica europejska? Valetta oczywiście! Bo najbardziej na południe wysunięta jest. I właściwie to poważna stolica jest bo większość mieszkańców kraju w stolicy mieszka 😉 Inna sprawa że to piękna kwintesencja Malty. Jest tu wszystko czym wypada się zachwycić 😊 Miasto zbudowali w połowie XVI wieku Joannici, jak większość tego co na Malcie jest. Tak precyzyjnie decyzję o budowie miasta jako strategicznego punktu podjął mistrz zakonu Jean Parisot de La Valette. No i miasto rozbudowywało się systematycznie za rządów tego i kolejnych mistrzów Rycerskiego Zakonu Szpitalników św. Jana.

Teraz – kusi by je pozwiedzać już z dala cuuuudowną panoramą. Miasto w kolorze ugier palony ze sterczącymi kopułami i wieżami perfekcyjnie kontrastuje z mocnym błękitem nieba i wody. A jak się już dotrze – to po pierwsze można kościoły pozwiedzać. Mnóstwo ich jest co jakoś mocno nie dziwi. Do punktów obowiązkowych należy bezsprzecznie konkatedra św. Jana. Dla mnie – przede wszystkim dlatego że tam w oratorium Caravaggio jest !! Budowa kościoła ukończona została w 1577 roku. W pięć lat wzniesiony! Potem oczywiście kilka przebudówek i dobudówek było. To czysty manieryzm. Wnętrze ocieka złotem! W wystroju wnętrza – głównie opowieści o św. Janie. Są też kaplice dla wszystkich ośmiu języków zakonu. Do zakonu wstępowali rycerze z różnych zakątków. W celach administracyjnych i komunikacyjnych zatem podzielono zakon na grupy językowe – stąd nazwa. Każda z kaplic języków zachwyca i cudeńka najwyższej sztuki prezentuje. No ale Oratorium. To tutaj jest olbrzymie płótno Michelangelo Caravaggia „Ścięcie św. Jana Chrzciciela”. Fantastyczne dzieło! To jedyny obraz na którym mistrz postawił swoją sygnaturę na froncie (w strudze krwi płynącej z szyi Jana). W tym właśnie oratorium, przed tym właśnie obrazem miało miejsce wydalenie Caravaggia z Malty… Ale o mistrzu kiedy indziej bo to niewiarygodnie barwna postać. Warto zaglądać też do zachwycającego wnętrzem kościoła św. Pawła Rozbitka.

A jak komuś się zwiedzanie kościołów znudzi to może w zajeździe się zatrzymać 😉 To znaczy kiedyś tak było. W mieście jest pięć zajazdów rycerskich. Piękne i majestatyczne ale obecnie najczęściej są budynkami rządowymi lub administracyjnymi. Za to parki służą przyjemnym chłodem. Na przykład Górne ogrody Barrakka. Jest tam między innymi replika uroczej rzeźby Sciortino – Les Gavroches. A jak ktoś ma szczęście albo celowo o konkretnej godzinie przyjdzie to na zmianę warty i wystrzały armatnie się może załapać. A potem… pogapić się w błękit fal…

Maroko – Casablanca

Casablanca dzięki Casablance zasłynęła. 😉 To znaczy miasto w Maroku – dzięki filmowi. Melodramat z 1942. Och wszyscy z wypiekami oglądali Humphrey’a Bogarta  i Ingrid Bergman; ich miłość i walkę uczucia ze szlachetnością… W efekcie każdy chciał (nadal chce!) odwiedzić słynne „Rick’s Café Americain”  w Casablance – szulernie i podły bar, który Bogart prowadził. Czy istniała ta knajpa? Nie, film został nagrany niemal w całości w studiach filmowych. Ale miejscówka o tej nazwie w Casablance oczywiście jest 😊 Na okrągło leci tam film i fot z gwiazdami kina mnóstwo. I w sumie to chyba taka sama „sceniczna” atmosfera jak na planie… 😊

Oki… Casablanka nie tylko filmem stoi! 😊 W VII w. p.n.e. zasiedlali się tu Berberowie. Fenicjanie zbudowali port, potem przejęli teren Rzymianie. Potem była tu zgodnie z zachowanymi zapisami archiwalnymi berberyjska osada Anfa należąca do królestwa Barghawata. Możliwe, że od hebrajskiego anaph – ענף nazwa pochodzi choć hipotez wiele. Tak czy tak do XIX wieku taka nazwa funkcjonowała. Gdy Mohammed ben Abdallah odbudował miasto po zniszczeniach trzęsieniem ziemi – nazwał je Białym Domem (ad-Dār al-Bayḍāʾ). No i mamy Casablankę. Miasto ważne strategicznie więc przechodziło z rąk do rąk, bo Berberom odhaczyli je Sunnici, a potem podbój portugalski i hiszpański, potem też Brytyjczycy i na koniec Francuzi.  

Najwięcej w mieście meczetów. Zwłaszcza ten jedne, stanowi atrakcję turystyczną. Meczet Hassana II jest jednym z największych na świecie, a na pewno w pierwszej piętnastce się utrzymuje. Sam minaret jest na 60 pięter a na czubku ma laser, który świeci w stronę Mekki! Meczet jest na 200 metrów długi, zdobiony przepysznie marmurami i drewnem najszlachetniejszym i do tego…. z rozkładanym dachem. Aż 56 żyrandoli oświetla wnętrze. Do środka ze 25 tys. osób wejdzie jak nic, a dookoła na placach pewnie jakieś trzy razy większy tłum się zmieści. Oczywiście nie sam meczet składa się na kompleks. Są i madrasa i hammamy i sale konferencyjne, i biblioteka, ogrody z mnóstwem fontann… Ot taki marokański Licheń 😉

Są też kościoły chrześcijańskie w mieście. I wcale nie są pochowane gdzieś, niewidoczne… Katedra Najświętszego Serca, zbudowana na początku XX wieku w stylu art. deco, dumnie sterczy białymi wielkimi wieżami. To znaczy… Katedrą jest przysłowiową, bo siedzibą biskupią nigdy nie była… Ale kawał pięknej architektury z niej! Albo inny kościół ciut tylko później zbudowany – Notre-Dame de Lourdes.

Społeczność Żydów głownie Sefardyjskich w Casablance leciwą ma historię jak samo miasto. Ale w XVIII wieku wzniesiona została podobno najstarsza synagoga w mieście. Nie przetrwała. Trzęsienie ziemi ja kompletnie zniszczyło, jak zresztą sporą część miasta. Wielu Żydów Marokańskich z głębi kraju, zaczęło się osiedlać w mieście w XIX wieku, przyczyniając się nierzadko do urbanistycznego rozwoju miasta. Na przykład kultowy budynek Levy-Bendayan projektu Mariusa Boyera. Spora część społeczności zrobiła aliję ale nadal w Casablance Żydzi mieszkają, są czynne synagogi, na przykład ascetyczna i elegancka w wystroju synagoga Ettedgui albo bardzo ładna – Beth-El z połowy XX wieku z witrażami inspirowanymi malarstwem Chagalla. Działa też Muzeum Judaizmu Maroka. Ale to na osobną opowieść… 😊

Maroko – Essaouira

Błękitne Essaouira w Maroku. Faktycznie błękit tam dominujący. I fale, i niebo i odrzwia domów… Miasto ma wielowiekową tradycję. Osadnictwo było tutaj już w 5 wieku pne. A że to dogodne miejsce portowe, fort założyli tutaj Portugalczycy w XVI wieku (stąd nazwa miasta). Ale obecne miasto to raczej echo XVIII wiecznej urbanistyki. Kilkanaście lat trwałą budowa miasta, które miało spełniać najnowocześniejsze naówczas założenia. Brama wita gdy się do portu zawinie. Na niej trzy symbole trzech religii: judaizmu (Gwiazda Dawida), chrześcijaństwa (muszla Jakubowa) i islamu (półksiężyc). Bo każdy kto tu wchodzi jest gościem i nikt prześladowany być nie może. Samo miasto faktycznie mozaiką narodową i religijną było od początku. Osieli się tu kupcy Żydowscy i Arabscy i Francuzi i Portugalczycy i Berberowie… Mahommet III szczególnie zachęcał społeczność Żydowską do zamieszkania w mieście i pracy nad rozwojem handlu. W XX wieku przemiany polityczne i gospodarcze spowodowały zmianę w strukturach narodowościowych miasta. Sporo mieszkańców wyjechało np. do nowopowstałego państwa Izrael. Essaouira nadal handlem żyje – ale… jest sporo rzemieślników i handlarzy – tylko że to grupy ukierunkowane na turystę. Sklepy, sklepiki, stragany, zakamarki, zaułki… A ile tam zakątków gdzie rzemieślnicy ze złota i srebra cudeńka dłubią. 😊 A jakie hamesz ładne im wychodzą mmm… (nabyłam drogą kupna – bo i same do mnie chciały przyjść, ale to osobna historia… 😉 ). Choć przyznać trzeba, że medyna w Essaouira jest bardzo geometrycznie rozplanowana i zgubić się tutaj nie sposób. A zgubić się przecież fajnie jest czasem… 😊

Maroko – Fez, Mellah

Dzielnica Fes el-Jdid w marokańskim Fezie – powstała w XII ale Żydowska Dzielnica – Mellah na tym terenie została wydzielona w wieku XV. Sama nazwa (tak z czasem zaczęto generalnie nazywać dzielnice żydowskie) wywodzi się od słonego źródła albo składu soli. Fajna jest legenda. 😊 Za panowania Merynidów, władca zakochał się w pięknej Żydówce. Zgodnie ze zwyczajem, pragnął ofiarować jej coś, zanim zaprosi ją by przeniosła się do pałacu. Poprosiła by jej krewni i bliscy mogli zamieszkać nieopodal bram pałacowych. I tak powstał najstarszy w Maroku Mellah czyli Dzielnica Żydowska. 😊 Myślałam, że widziałam już w różnych zakątkach świata wąskie i kolorowe uliczki… Ale te w fezkim Mellah dostają żółtą koszulkę lidera! Wystarczy wyciągnąć ręce na prawo i lewo by dotknąć ścian budynków po obu stronach ulicy. A mury? Kolorowe! Ok… widać mocno ząb czasu… Ale i widać prace, remonty, naprawy. Czasem patrzyłam na te zabiegi z szerzej otwartymi oczyma… Tak z zasadami ochrony zabytków i konserwacją nie zawsze im po drodze… 😉 Ale generalnie – dzieje się. 😊 Oczywiście są też szerokie ulice z ozdobnymi bardzo luksusowymi domami, z balkonami, dekoracjami, okiennicami itd. itd. I sporo sklepików. Ale nie takich dla turystów. Są dedykowane raczej dla mieszkańców.

Jednym z zabytków Mellah w Fezie jest synagoga Ibn Danana. Datowana na XVII wiek a ufundował ją zamożny kupiec Ait Ishaq. Wejście prosto z ulicy, bez mocno ozdobnej i rzucającej się w oczy fasady. Niewielki korytarz i wchodzi się do środka. Wnętrze – jest w zaskakujących intensywnych kolorach. Posadzka biało zielona a filary w kolorze morza. 😊 Sporo też tych kolorów w zdobieniach na ścianach. Z sufitu zwisa sporo lamp. Aron ha-kodesz z ciepłego, pięknie zdobionego drewna. Naprzeciw podniesienie z balustradą gdzie zasiadali zasłużeni dla gminy oraz z boku – bima z kutym baldachimem. Na balkonie – babieniec, a w piwnicach – mykwa. Ot – wszystko co potrzeba. 😊 Starszą – a właściwie najstarszą w Maroku – z czasów panowania Marynidów (choć obecny budynek to też z XVII w.), jest synagoga Al Fassiyine. Ta synagoga była uważna za dom modlitwy dla rdzennych żydów marokańskich (ta pierwsza bliższa była żydom sefardyjskim).

W Mellah byłam dość wcześnie. Jeszcze nie było gwaru ulic. Może i lepiej bo przeciskać się przez tak wąąąąąskie uliczki graniczyłoby z cudem. 😊 Czasem jednak ktoś się wyłonił zza bramy, albo szedł gdzieś zaspany trochę – ale i tak w moim kierunku „leciało” miłe shalom i szeroki uśmiech. 😊 Fajnie…

Maroko – Fez, rzemieśliczy

Fez rzemiosłem słynie! A sława rozległa i szeroko znana bo i rzemiosł kilka się w Fezie rozwinęło i nadal kwitnie. Najbardziej chyba znane ze „spektakularnych” fotografii robionych zwykle dość szybko – jest przemysł garbarski. Dlaczego szybko? Ano można zwiedzić garbarnie, nabyć drogą kupna zupełnie ładne produkty typu kurtka, torebka lub pantofle, ale… Przy wejściu do obiektu mili gospodarze witają przybyszów rozdając gałązki mięty. Przydają się… Mięta pachnie jakoś tam, raczej mocnawo. Nie zabija to w pełni smrodu garbowanych skór… ale coś tam pomaga by pierwszy szok opanować. Produkcja jest taka jak przed wiekami. Najpierw skóry się moczy w białawo wyglądającym płynie (to mieszanka fekaliów różnych – głównie krowiego moczu i odchodów gołębich oraz palonego wapna). Potem skóry się barwi w naturalnych barwnikach i suszy na słońcu. A potem już się z nich cudeńka robi. Przy takim procesie produkcyjnym – zapach nie dziwi jakoś mocno. Ale widok na kadzie z farbowanymi skórami – iście malarski! Garbarnie istnieją w Fezie od założenia miasta. Są trzy największe a wśród nich najbardziej znana chyba Chouara – największa i chyba najstarsza. Podobno nieprzerwanie działa od XII wieku. Równie leciwa jest podobno garbarnia Sidi Moussa. Która starsza – któż wie..

W Fezie farbuje się nie tylko skóry. Tkaniny również. Na miejscu tkane z farbowanych w najcudowniejsze kolory świata szale, chusty. Och… w raju byłam! Ile tam było szali i jak upinać na włosach je można najprzeróżniej w najwymyślniejsze formy… Ważne miejsce zajmuje też garncarstwo. Wypala się naczynia, misternie je maluje, zdobi srebrem albo czym tam fantazja podpowie… Produkcję od zera czyli od gliny urobionej można obserwować. A że zapach gliny ceramicznej przywodzi mi na myśl moje Liceum Plastyczne… Miły zapach wspomnień… Potem wypalanie i zdobienie – no i można nabyć gustowny tadżin albo piękny kielich kiduszowy. To znaczy… Nie muszę dodawać, że rzemieślników Fezu wsparłam nabywając? 😉

Maroko – Marrakesz, ogrody

Dookoła uuuuupał…. Żar leje się z nieba sowicie… Kiepsko? Niekoniecznie! I nie tylko dlatego, że co do zasady ciepełko lubię. 😉 Wystarczy schronić się w życzliwym cieniu drzew, posłuchać szmeru wody płynącej w fontannie, orzeźwić się sokiem wyciśniętym z zerwanej dopiero co soczystej i słodkiej pomarańczy… Takie cuda w Marrakeszu! 😊 Naprawdę cuda. Miasto jest pełne zgiełku nawoływań itd. To przecież jeden wielki plac handlowy poprzetykany zakładami rzemieślniczymi. No ale choćby ktoś nie wiem jak swoją robotę lubił to od czasu do czasu musi wyzerować. I…. W Marrakeszu wystarczy wejść do któregoś z ogrodów. Człowiek przenosi się natychmiast do świata równoległego. Cisza, spokój, chłód – miejsce do zrelaksowania się – szyte na miarę! A i inspiracje twórcze łatwo znaleźć, procesy kreatywnego myślenia się uruchamiają. Nie dziwię się ani troszkę że Marrakesz przyciągał też artystów: pisarzy, malarzy. Gdzie znaleźć lepsze miejsce do spotkania muzy ? I Matisse i Delacroix i Majorelle wielu innych było tego zdania! Ten ostatni – założył jeden z ogrodów. Myślę, że jeden z bardziej urokliwych. Ogród tworzył około czterdziestu lat ! Z czasem założenie ogrodowe ciut podupadło ale Yvesa Saint Laurenta przywrócił go do dawnej świetności. Najstarszym ogrodem w Marrakeszu jest natomiast Agdal. Ma jakieś 800 lat! Równie leciwy jest ogród Menara. Ja lubię Sekretny Ogród. W sumie żaden on sekretny. Wiadomo gdzie jest, wejść można bez problemu, zapadni i pułapek brak ale… Jest w środku miasta. Zaczął budowę w XVI wieku Moulay Abd-Allah, ale sto lat później całość została zniszczona. W wieku XIX kaid al-Hajj Abd-Allah U-Bihi przejął teren i rozpoczął odradzanie rezydencji i ogrodu ale… otruli go herbatą… Ogród dostawał kolejnych właścicieli ale kwitnący nie był 😊 . Dopiero w 2006 roku prace konserwatorskie pozwoliły odkryć na nowo jego piękno. Wchodzi się do niego prosto ze zgiełku ulicy. Najpierw otula nas zieleń i kolory egzotycznych roślin. Dosłownie otulają bo ławeczki są spowite wiciami, gałęziami, listowiem wszelakim. Potem – część ogrodu islamska. Pawilon, altana, fontanny, strumień wody, drzewa pomarańczowe i cytrynowe, rozmaryn, róże damasceńskie… Chyba też przez chwilę czułam zapach jaśminu…

Maroko – Volubilis

Słonecznie, cieplutko, afrykańsko… Zwłaszcza na otwartej przestrzeni jakim są stanowiska archeologiczne… A ja ZMARZŁAM!!! 😊 I to solidnie! 😊 Z kocykiem się nie rozstawałam na krok! Za to foty bardzo ciepłe wyszły w kolorze, bo poranne słońce ślicznie pieściło promieniami ruiny marokańskiego Volubilis.

Miasto było takie trochę berberyjskie, trochę rzymskie, trochę żydowskie. A ponad wszelką wątpliwość – piękne. Rozwijało się od III w pne, a że w okolicach żyzne tereny to i potencjał był. Oliwki rosły, owoce dawały, z tych na przykład oliwa, z oliwy monety, z monet dobrobyt, z dobrobytu piękne budowle cudownymi mozaikami zdobione i tak przez około 700 lat się żyło w Volubilis miło. Właściwie w sposób naturalny upadło, gdy mieszkańcy zaczęli się przeprowadzać do Fezu. Potem poważne trzęsienie ziemi w XVIII wieku a w międzyczasie znacznie poważniejsze destrukcyjnie eksploatowanie kamienia który decyzją władców Maroka posłużył do budowy Meknes…

Badania archeologiczne i konserwatorskie rozpoczęli w pierwszej połowie Francuzi. W sumie zajmowali te tereny. Jaki był powód i sposób – to już zupełnie inne historia, ale prace archeologiczne prowadzili i to całkiem długo. Od początku XX wieku za to prace prowadzą w połączonych siłach Anglicy i Marokańczycy, ale dzieje się to już w obiekcie wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. A prace było i jest gdzie prowadzić bo miasto miewało ponad 40 hektarów powierzchni!

Co te prace dały w konsekwencji dla zwiedzających? A no sporo w sumie. Handlowano głównie oliwą – zatem tłocznie się zachowały. Odkryto niemal kompletnych tłoczni blisko sześćdziesiąt! W centralnej części miasta – bazylika. Wiem, wiem większości osób kojarzy się z kościołem – ale te starożytne to były takie… hmmm… krakowska Galeria Kazimierz 😉 Pohandlować, spotkać się, spędzić relaksacyjnie trochę czas, przemówić publicznie w sumie też ot takie budynek użyteczności publicznej. Ta w Volubilis miała rozmach. Ponad 40 m. długości, piękne kolumny, nisze dedykowane na spotkani i rozmowy biznesowe a całość fantastycznie i z wyczuciem piękna dekorowana. Tuż obok – świątynia kapitolińska. Po trzynastu stopniach wchodziło się do świątyni dedykowanej boskiemu małżeństwu: Junonie i Jowiszowi (i Minerwie też). To oczywiście nie była jedyna świątynia. W mieście było ich co najmniej sześć. Oprócz tego też miejsca dedykowane społeczności żydowskiej (społeczność Żydowska żyła tutaj od III w. Zachowały się inskrypcje w j. hebrajskim i greckim i lampy z motywem menory. Właściwie to zabytki starożytne znalezione na terenach najbardziej wysuniętych na południowy zachód ), a gdy pojawiła się gmina chrześcijańska – też, a gdy pojawiała się społeczność muzułmańska – też… W sumie to powtarzalny schemat w większości miast, gdziekolwiek by nie były: coś dla ciała i coś dla ducha. Mozaiki zachowały się głównie w pozostałościach willi – na przykład w domu Orfeusza lub Domu Atlety. Skąd nazwy – ano od tych mozaik. Ten pierwszy to największy budynek mieszkalny w mieści. A mozaika grającego Orfeusza – niczego sobie! O zasobności portfela właściciela domu zdecydowanie świadczy. Są też akcenty… Jakby to powiedzieć… bezpruderyjne 😉 I nie myślę tu o kąpieli Wenius, która jak to w kąpieli – nagawa ciut. W Domu Psa jest płaskorzeźba hmmm… meritum męskości 😉 I to takie niebagatelnej wielkości meritum! Podobno kobiety które pogłaszczą czule rzeźbę zapewnią sobie szczęście i powiedzenie w miłości. Po stanie zużycia rzeźby sądząc – myślę że wiele kobiet będzie miało szczęści! 😊 Kiedyś – panie siadały na rzeczonej rzeźnie by w ten sposób zapewnić sobie płodność. Tak naprawdę kamienny fallus najprawdopodobniej był kierunkowskazem do domu… gdzie… zawodowo rozdaje się miłość 😊

A tak w ogóle to pięknie tam jest, szaroniebieskie kamienie, tu i tam kolorowe mozaiki, piękne akcenty kwiatowej lekko fioletowej i śnieżnobiałej bieli (te białe cudnie pachną!), a całość czule otulona ciepłymi (w barwie! 😉) promieniami słońca.  

Monako

Chciałam zacząć, że Monako jest bajkowe. Ale po chwili namysłu, wycofałam się z tej opinii. Ono jest ekskluzywne, czasem wytworne, królewskie (rodu Grimaldich), jachtowe, często ociekające blichtrem – ale bajkowe chyba niekoniecznie.

Spośród sześciu dzielnic Monako, najbardziej znane jest Monte Carlo. Tutaj w najsłynniejszym kasyno, można w ciągu chwili fortunę wygrać lub fortunę przegrać (przy czym znacznie częściej ta druga opcja się zdarza, nie wiedzieć czemu 😉 ). Do Monte Carlo przyciąga też ryk silników samochodowych F1. O czym warto pamiętać – będąc amatorem tej pierwszej atrakcji, warto krawat lub wieczorową suknię zabrać; dla tej drugiej, dress code nie jest obowiązujący. W sumie mocno tu kwiatowo i ogrodowo, a widok na zatokę z dziesiątkami „wypasionych” jachtów miłym dla oka widokiem jest. Cóż się dziwić, duże jest nagromadzenie milionerów na metr kwadratowy.

A! I jeszcze z jednego powodu w Monako jest miło. Też upodobali sobie biel i czerwień na fladze – tyle, że w odwrotnej kolejności. 😉

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑