Najniebezpieczniejsze miasto świata? No królewskie miasto Sandomierz oczywiście! Toż co tydzień w każdym odcinku kogoś mordują, gwałcą, w najgorszym wypadku okradają… Tylko jakoś rower Mateusza zawsze bezpieczny… 😉
OK… miasto cudowne! Piękne, urokliwe, czarujące itd. itd. Miejsc wartych odwiedzenia mrowie! Na przykład klasztor dominikanów i kościół Jakuba. To w tym właśnie klasztorze śmierć w XIII wieku poniósł przeor Sadok i jego 49 współbraci. Pięknie to swoją drogą wyśpiewał Jacek Kowalski w „Męczennicy sandomierscy anno 1259”. W samym klasztorze późnoromańskie fragmenty architektury świetnię się zachowały. Gdy się odwiedza te mury – mimo ich przebudów, klimat wieków średnich wyraźnie czuć każdym zmysłem…
Też średniowieczna ale późniejsza nieco bazylika katedralna. Trójnawowy kościół halowy z klasycznym sklepieniem krzyżowo żebrowym. No i oczywiście z barokowym wyposażeniem pełnym roztańczonych aniołów, które podglądają przycupnięte tu i ówdzie putta. A! Najsłynniejszy kalendarz hagiograficzny „Martyrologium Romanum”. Na kolejnych dużych płótnach tłum świętych męczenników. I tak pokazanych, że… nie ma wątpliwości w jaki sposób najwymyślniejszy śmierć im została zadana… No obrazy nie pozostawiają wiele dla wyobraźni…
Kościołów i klasztorów w Sandomierzu sporo, ale nie można zapomnieć o świeckiej architekturze. A perełki tu są. Zamek królewski z metryczką z XIV wieku. Wewnątrz teraz muzeum… ale to osobna opowieść… Poza tym dom Długosza. Brama opatowska – gotycka ale zwieńczona renesansową attyką. No i dumnie stojący na środku rynku ratusz. A jak komuś spacerowanie po ulicach miasta się znudzi nieco – to można pozwiedzać podziemia. To system kupieckich piwnic i korytarzy rozciągających się pod miastem. Kiedyś były miejscem przechowywania dóbr wszelakich ale i bywały też schronieniem. Krzyżuje się tutaj kilka szlaków: cysterski, via Jagiellonica, św. Jakuba, architektury drewnianej itp.
A ja chyba najbardziej lubię Wąwóz Królowej Jadwigi. Zwłaszcza jesienią. Pięknie tam… Czasem straszno… Czasem szum liści tylko słychać… Tak głośny, że nawet myśli potrafi zagłuszyć…
Polskie Carcassonne – czyli Szydłów. OK – gabaryty mniejsze, ale porównanie zasadne w sumie. Średniowieczne, królewskie miasto. Od XIV wieku nawet zamek miało – taki zamysł miał Kazimierz Wielki (to ten od przerobienia Polski z wersji drewnianej na murowaną…). Wtedy też miasto otoczono warownymi murami. Lokalizacja korzystna a i obrotni mieszczanie oraz rzemieślnicy – Szydłów rozkwitał w oczach. A dzisiaj? Fajne, klimatyczne miejsce. Sporo śladów historii – zwłaszcza tych z wieków średnich. Też sakralnych z tego okresu. Trzy kościoły (w tym jeden w ruinie) i synagoga. Ta ostatnia dobrze zachowana – obecnie pełni funkcję muzeum. Przy czym ekspozycja… no delikatna będę i powiem że… umiarkowanie przemyślana…
Zamek… no cóż… to co się zachowało robi dobre wrażenie. Sale ekspozycyjne w Skarbczyku… to rzecz gustu. Jest też Sala Rycerska. Nieźle zrobione (choć ekspozycja jakichś „śmiesznych” narzędzi tortur – powaliła mnie…) Trochę źle trafiłam bo akurat na jakiś ślub, który miał się w środku odbyć.. i dekoracje na te okoliczność… no nie przyczyniły uroku ani architekturze ani podniośłości chwili… Ale generalnie miło do zamku zaglądnąć.
Ale jednak największe wrażenie robią (przynajmniej na mnie) ruiny kościoła i szpitala św. Ducha. Może dlatego, że już ciut zmęczona byłam po całym dniu, a może dlatego że lubię po prostu takie miejsca… ale gdy przysiadłam, na jakimś fragmencie filara chyba – kamienie nie tylko miłym chłodem mnie otuliły ale i szeptać o dawnych dziejach zaczęły… i to dość wyraźnie…
Jedno z najmniejszych liczebnie miast Polski – Wiślica. To znaczy, obecnie najmniejszych (bywają wsie mające dwa razy więcej mieszkańców). Ale… Miejsce leciwe. Wzmianki już od IX wieku. Jakieś na poły legendarne ślady Wiślan, potem Piastowie i Wiślica staje się jednym z ważniejszych ośrodków administracyjnych w Małopolsce. I tak przez kolejne wieki sinusoidalnie ale jednak wzrost i znaczenie miasta rośnie.
Najważniejszym zabytkiem miasta jest bazylika kolegiacka Narodzenia NMP. Jeden z kościołów zaordynowanych przez Kazimierza Wielkiego, w ramach jego fundacyjnych poczynań (to tak w ramach pokuty… ). To znaczy pierwsza świątynia była romańska, potem w XIII wieku rozbudowana w typie bazylikowym. Dopiero ta trzecia i zachowana do dziś to ta Kazimierzowska. Nad bocznym portalem zachowała się tablica erekcyjna z królem Kaziem w roli donatora. Co istotne prawdopodobnie już od XII wieku była tu kapituła. Początkowo nieliczna ale z czasem mocno znaczących i wpływowych kanoników Wiślica gościła. Obok kościoła dom Długosza przecież stoi – co wiele tłumaczy . We wnętrzu świątyni zachowało się kilka perełek np. gotyckie sacramentarium, słynna posadzka z orantami w krypcie, trochę bizantyjsko (bizantyński – jak kto woli ) – ruskiej polichromii, Madonna Łokietkowa w cudnym kontrapoście w ołtarzu stoi (podobno przed tą figura modlił się Łokietek o zjednoczenie ziem – czyli w sumie skuteczna), obok renesansowe epitafia kanonickie, a z najnowszych sytuacji – stalle według projektu Szyszko-Bohusza.
Jakie jest Warmińsko-Mazurskie? Piękne widoki po horyzont (bo góry nie zasłaniają 😉). Zielono we wszystkich odcieniach. I miodem wszędzie pachnie, bo na żółto pola rzepak pomalował, zapach przy okazji rozsiewając. Krowy – chodzą luzem (nawet te angielskie z rogami jak bizony). Tu i tam kozy lub barany się pasą a i nawet drób wszelakiej proweniencji chodzi sobie dostojnie gdacząc, kwacząc i w każdym innym ptasim języku gadając. A propos ptactwa – bociany to tu chyba z kilku okolicznych województw zagonili! Co słup – to gniazdo. Ale w jednej wsi (pojęcia nie mam jak się nazywa. Po prostu jechałam z punktu A do punktu B właśnie tamtędy) – to już przesadzili! 😊 Przez wieś biegną druty z prądem powieszone na słupach. To się jakoś tam fachowo nazywa – nie ważne… 😊 Na każdym słupie, a było ich pewnie ponad dwadzieścia jak nic – gniazdo. I w każdym gnieździe boćkowa rodzinka!
Bardzo pusto na drogach. Czasem miałam wrażenie, że mogę zaparkować na środku jezdni i piknik urządzić – i dopiero jak skończę jeść to jakieś auto z naprzeciwka nadjedzie! Ale jedna trasa mnie zaskoczyła na max. Jadę sobie spokojnie a tu znienacka, droga się w pas startowy dla samolotów zamieniła! Widać aut na drogach mało ale na samolot z przeciwka sunący się „nadziać” można. Tu i tam jakiś zamek krzyżacki mocarnie murami potężnymi wrósł z pejzaż, jakieś smukłe wieże kościołów protestanckich albo i katolickich, albo protestanckich przerobionych na katolickie teraz. Z synagog prawie nic nie zostało niestety… Taka historia tych ziem… Kilka niezłych muzeów i skansenów. Subiektywnie popodglądam w kolejności postach dokładniej, te które udało mi się odwiedzić😉. Generalnie dobre miejsce na wypoczynek i pozwiedzanie!
A! Jeden kamyczek do ogródka… 😊 W restauracjach – generalnie wszystkie dania ze świnki. Nawet do rosołu świnkę dorzucają… Ba! Nawet w deserze kamuflaż świnkowy – bo ciasta z galaretką… Ja się nie dziwię, że po drodze tylko pasące się bydło rogate i drób widziałam… 😉
Ot taka kraina miodem i mlekiem… i pieczonymi świnkami!😊
Po Olecku oprowadzała mnie znajoma mojego kolego. Pierwszy raz się spotkałyśmy. Stałyśmy na środku miasta. Gdy zaczęła mówić – zaczęłam się zastanawiać jak można tak ciekawie i wciągająco opowiadać o miejscu, w którym nic nie ma… Bo na pierwszy rzut oka tak jest. Ale… Na początku był zameczek. W znaczeniu myśliwski. Zaczął się rozrastać i w XVI wieku Olecko otrzymało prawa miejskie i się rozwijało jak mogło, choć cyklicznie jak nie pożary to epidemie lub wojny skutecznie ten rozwój starały się zahamować. Na ten rozwój pracowali ramie w ramie mieszkańcy miasta pochodzenia niemieckiego, polskiego i żydowskiego. I analogicznie wyznawcy protestantyzmu, katolicyzmu i judaizmu. Przy czym nie koniecznie podział grup religijny w społeczeństwie Olecka był równoznaczny z narodowym. Po tym trojakim społeczeństwie miasta niewiele dzisiaj zostało… Kamień upamiętniający miejsce w którym był cmentarz żydowski, poprzewracane mocno nagrobki na cmentarzu protestanckim… Po dawnym zameczku też śladu nie ma. W XIX wieku resztki podupadłego mocno – spłonęły. W miejscu po nim, wzniesiono budynek neogotycki. Zabytki urbanistyczne, które obecnie można zobaczyć – też głównie z XIX wieku. Ale opowieść mojej przewodniczki snuła się arcyinteresująco, gdy po zakątkach miasta łaziliśmy. Tu potok jakiś płynie leniwie i mostek czy jakaś przystań. Niby nic ale w archiwum jest fotografia z czasu II wojny światowej tego właśnie miejsca. Strasznie kiepsko skadrowana… Dopiero po pewnym czasie okazało się że jej autor chciał pokazać to co na trzecim planie było. Mury, za którymi hitlerowcy umieścili mieszkańców miasta żydowskiego pochodzenia…
Przyjechałam do Szczytna popołudniową porą, zmęczona po zwiedzaniu różnych zakątków od rana. Było pochmurnawo i zimno i pomyślałam że zerknę i jadę do hotelu bo chcę już kawę, kolację i odpocząć – i to najlepiej JUŻ! A tu… Fajne miasto! Po pierwsze jakoś tak muzycznie mi się zrobiło bo wszędzie Klenczon. Pomnik, kamień ku czci jakiś mural… Kilka kościołów, głównie protestanckich wspólnot – a same budynki głównie XIX wieczne. Ten najstarszy, ewangelicko- augsburski jest z XVIII wieku i baaaardzo zielony w środku. Zielono białe są ławki, galeria i ołtarz. Fajne wrażenie robi. Jest kilka historycznych cmentarzy. Miedzy innymi żydowski, założony na początku XIX wieku. To chyba jeden z lepiej zachowanych cmentarzy żydowskich w warmińsko-mazurskim. Przyznać trzeba że ślady po społecznościach żydowskich dość skutecznie w województwie historia zatarła…
Najważniejszym zabytkiem jest zamek krzyżowski, a właściwie jego mizerne resztki. Niewielka ruina XIV zamku fajnie w sumie jest zabezpieczona. Część zadaszona, tu i tam jakaś gablota z manekinem ubrany z imitacje średniowiecznych fatałaszków, skrzynia porzucona robi klimat, muzyka średniowieczna się sączy przez ukryty gdzieś głośnik. Nie wiem czy jakoś wyobrażam sobie Juranda ubranego w wór i z pochwą od miecza zawieszoną na sznurze na szui… Jakoś tu tak za czyściutko chyba i mało powieściowo… Ale, że Sienkiewicz rozsławił Szczytno, meldując w nim komtura, to i pomnika się doczekał tuż obok zamku.
Fajnie zagospodarowane nabrzeże jeziora Domowego Dużego (Małego też). Można posiedzieć, posączyć jakiś złoty trunek (przecież w mieście browar od XIX wieku działał 😉 ) i ponasłuchiwać. A nuż kwiaty we włosach potarga wiatr a drzewa wyszumią, że nikt na świecie nie wie że się kocham w…
„Gruszki na wierzbie”. Zwykle używałam metaforycznie. A tu wystarczyło do Kórnika przyjechać żeby poetyka wypowiedzi poszła się paść… Tam naprawdę gruszki na wierzbie rosną. To znaczy teraz takie maleńkie są, bo te stuletnie odmówiły współpracy i wywróciły się korzonkami do góry, samobójstwo popełniając w ten sposób. Arboretum kórnickie wymiata. Cudne jest. A w maju to już w ogóle. Spacerując po jego alejkach, wciąż jakoś mimochodem słyszałam tam gdzieś z tyłu głowy „Balladę majową” SDM-u…. A może dlatego, że faktycznie w głowie mi się kręciło od zapachu bzu. Ok ok.. tak poprawnie – lilaków. Jest ich tam miliom. I wszystkie pachną i fioletami oraz bielami otulają. A do tego jeszcze różaneczniki w pełnym wachlarzu kolorów. Przy czym te nie pachną. Chyba… Nie wiem bo wszędzie te bzy czuć… Początki arboretum sięgają XVIII wieku. Teofil Działyński pozwolił sobie je założyć. To znaczy on założył ogród francuski a w arboretum przekształcił go Tytus Działyński (tak przy okazji przebudowy zamku mu wyszło też z ogrodem). Obecnie chyba ponad trzy tysiące roślin tu sobie korzonki zapuszcza. Tuż obok Zamek w Kórniku mieszczący dziś muzeum i bibliotekę ale o tym innym razem. Wystarczy przejść na drugą stronę jezdni by się znaleźć nad jeziorem kórnickim. Ptaki się drą, woda szumi, jakieś „wodorosty” przybrzeżne też – cudnie!!! I promenada Szymborskiej. Ładna spacerowa trasa. W sumie to nie dziwie się, że Szymborska się poezją zajęła… Jak się od samego rana ma taaaakie widoki… Kurcze pięknie tu. No naprawdę pięknie… Centrum takie sobie. Ratusz, kościół. No – jest. Ale do Kórnika dla szumu wody, cienia drzew i świergolenia ptactwa się przyjeżdża…
Fajnie mają w tym Poznaniu… i jakie mądrości można spotkać po drodze. Takie o wiedzy i jej braku… Wybrałam się na Ostrów Tumski i Śródkę. Wyspa, jedyna która się ostała na Warcie. Już od XII-X w.p.n.e. ludziki tu sobie mieszkały. Potem w okresie piastowskim jeden z bardziej znaczących grodów Wielkopolskich. Tutaj było (zarys widać teraz zaznaczony szklanym obrysem fundamentów) palatium Mieszka. Tu Dobrawie kaplice zbudował by się żona miała gdzie modlić. W sumie to kawał grodu był. Jakieś 200 osób w nim mieszkało! Fajnie pokazuje to rezerwat archeologiczny Genius Loci ale to opowieść na inny raz. Potem wyspa była własnością biskupów poznańskich. Może dlatego taka grzecznie i w sposób elegancki poukładana architektonicznie. Z każdego punktu dookoła archikatedrę widać. Jeden ze starszych kościołów w Polsce i bodaj najstarsza katedra. Podobno tu Mieszka chrzcili. Obecna jest oczywiście gotycka z licznymi późniejszymi akcentami. W sumie fajna. Z klasycznym krzyżowo żebrowym sklepieniem, z ambitem, kaplicami wokół…
Mostem Jordana przełazi się do Śródki. W każdym chyba mieście są teraz mosty z kłódkami. Taki symbol, że on ją i ona jego i to na wieki wieków… Jakaś moda taka… Śmieszne – bo po dwu stronach mostu dwa róże klimaty mentalne. Ja nie wiem czy tak naprawdę jest. Ale Ostrów i Śródka zrobiły na mnie wrażenie takiego pomieszania dwu skrajnych światów: z jednej strony sacrum Ostrowa a z drugiej bohema Śródki. Cudnie przystrzyżone ogródki i podwórka wokół katedry a zaraz obok niedbałe ogródki kawiarniane i jakieś ni to art ni to menelowe towarzystwo leniwie się snuje. Śródka też właściwie była własnością kościelną ale teraz słabo to widać. Klasztory pozamykane. To znaczy są tam teraz szkoły, ośrodku wychowawcze i takie tam. Architektonicznie pozostałość widać, no ale to w całość artystyczną jakoś tak się płynnie wszystko komponuje. A jakie fajne murale mają… Kilka po drodze minęłam. No nie da się ich nie zauważyć… i nie tylko dlatego, że po zbóju wielkie!
O kurcze – pomyślałam (bo myślę raczej zwięźle…) – ale tu kolorowo!!! To faktycznie pierwsze wrażenie po zacumowaniu w samym centrum Poznania. Kolorowo jak w bajce. Rynek (jego najbliższe okolice zresztą też), w którą stronę by nie spojrzeć udekorowany słodkimi, kolorowymi kamieniczkami z wszystkich chyba okresów architektonicznych jaki „fabryka dała”. Takie małe (często raptem dwa okna na poziomie) cudeńka. O tyrpających się różkami koziołkach pisać nie będę – bo to jasne, ale sam przebudowany renesansowo Ratusz – wymiata! Nam się w Krakowie tylko wieże ostała, więc się tym poznańskim zachwycam – a co… Tuż obok ratusza Kamieniczki Budników zbudowane na miejscu XIII wiecznych bud śledziowych. Oczywiście kolorowiutkie. Naprzeciw Muzeum Rogalowe. Wejście sobie darowałam ale samego rogala do espresso pozwoliłam sobie. Tak w ogródku z widokiem na pręgież… Kropelki wody z fontann skrzą się urokliwie. Bo w czterech narożnikach rynku – cztery fontanny: Prozerpina od wieków porywana przez Plutona, Mars z przenikliwym spojrzeniem, Neptun w towarzystwie stworów morskich oraz urokliwy Apollo. Pomiędzy Wagą Miejską a Ratuszem jest schowana moja ulubiona – figurka właściwie – Studnia bamberki. Może nie do końca to widać na tym właśnie przykładzie – ale strój bamberski jest jednym z bardziej skomplikowanych i rozbudowanych w elementy, strojów ludowych na ziemiach polskich. Tuż obok rynku – ociekająca barokiem fara miejska. Już sama fasad w kolorze – czy ja wiem – róż chyba jakiś taki mocny dość, przechodząca płynnie w kolegium jezuickie, robi robotę. Kompleksu nie da się nie zauważyć, pomimo tego, że nie ma jakiejś fajnej perspektywy – kolor tak przykuwa uwagę, że się nie da… Wnętrze trójnawowe z niewielkim transeptem. Iluzjonistyczne klimaty, złoto, gra cieni, półmroki, klimaty, teatralność – no barocco! Ach i obecnie czterdziestotrzygłosowe organy Ladegasta! Nie wiem czy się załapię na jakiś koncert, bo to w sezonie letnim głównie dają, ale może chociaż „czarną damę” udam mi się zobaczyć… Kto wie, kto wie…