Żurawniki – niewielka wieś na Ukrainie. Kilkuset mieszkańców, cerkiew – architektonicznie taka sobie. To dziwaczne ale ta niewielka wioska wchłonęła sąsiedni – Drużkopol, który tradycje i historię ma znacznie dłuższą bo sięgającą I poł XVII wieku. I właściwie trudno wyczuć o czym pisać czy o Żurawnikach czy Drużkopolu skoro to teraz jedno. Drużkopol były to dobra Drużkiewiczów. Miasteczko jeśli o narodowość mieszkańców idzie, właściwie polsko-żydowskie. W 1863 w miejscowości tej działała baza wsparcia dla powstańców. Na lokalnym cmentarzy Maria Ledóchowska wzniosła niewielki kościół. W czasie II wojny światowej hitlerowcy wymordowali mieszkańców żydowskiego pochodzenia. Zabytki – nie istnieją, zniszczone. Jedynie ta cerkiew wzniesiona na gruzach kościoła franciszkanów. I wspólna dla obu miejscowości – pamięć o zamordowanych tu w czasie rzezi, Polakach…
Miesiąc: sierpień 2024 (Page 34 of 58)
Największy na Rusi Kijowskiej był Żytomierz! Założony w IX wieku od XIV należał do Wielkiego Księstwa Litewskiego a w konsekwencji do Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jagiellończyk wzniósł tu zamek obronny, który jako jeden z nielicznych oparł się wojskom chana krymskiego Mengli Gireja. Żytomierz wiele razy był napadany, często niszczony. Najpierw Mongołowie, Tatarzy potem Kozacy, a po Konfederacji Bardzkiej, w zemście – Rosjanie.
Pierwszym zakonem, który posiadał w mieście klasztor byli dominikanie. Przybyli tu już w XIII wieku. Znacznie później szkołę i klasztor wybudowali w Żytomierzu jezuici a później pojawili się też benedyktyni i szarytki. Po reformie administracji kościelnej w 1798, miasto stało się stolicą biskupstwa, a właściwie dwu biskupstw, bo od 1799 też prawosławnego. Sporo tu sakralnych zabytków. Najważniejszą świątynią jest XVIII katedra św. Zofii, ale też i budynki i kościoły poklasztorne i cerkwie np. XIX wieczna cerkiew Przemienienia. Wnętrza kościołów – jako to na Ukrainie – puste, czasem pobielone ściany, resztki dawnego wyposażenia… Ale ile można naukładać jakichś doniczek, ozdóbek, przydasiek wszelakich, tyle ich! Miszmasz w czystej postaci. Jest też synagoga. Potężny budynek ale współczesny. Po tej starszej Synagodze Domokrążców pozostała tylko fasada przyklejona do współczesnego założenia. Warto zerknąć też na XIX wieczny pałac biskupi.
Liczne tu ślady polskie. Najważniejszy z zachowanych to chyba dom, w którym mieszkał Kraszewski, i ten w którym urodził się Jarosław Dąbrowski. No i cmentarz (trochę wygląda jak Łyczakowski), na którym mogił polskich mrowie…





Dzisiaj myślałam sporo o moim zmarłym tacie. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że w tym roku 20 lat od jego śmierci mija, a może inny powód… może bez powodu…
I tak trochę bez sensu a trochę może na temat zaczęłam błądzić myślami po salach muzeum watykańskiego. Obfituje ono w zabytki sztuki antycznej. Duża kolekcja gromadzona przez kolejnych papieży. Lubię będąc w Rzymie poszwendać się tam bo w jednym miejscu całą paleta kultur antycznych. Obok jednych eksponatów przechodzę zwykle omiatając wzrokiem, czasem poszukuję jakichś konkretnych tematów i dzieł, a innym razem to one mnie znajdują.
Grupa Laokoona stoi w niszy, wkomponowana tam perfekcyjnie jakby antyczny twórca wiedziony jakimś przeczuciem lub natchnieniem tam właśnie tę kompozycję dedykował. To opowieść jakich w antyku wiele – przekomarzanie się ludzi i bogów. Laokoon sprzeciwił się odwiecznym zwyczajom, chciał też ostrzec przed koniem trojańskim, naraził się w rezultacie na tyle mocno bogom (a zwłaszcza Apollinowi), że Laokoona jak i jego synów pożarły morskie węże. Historia tyle smutna co i powszechne znana – a mnie wciąż dziwi dlaczego ta watykańska rzeźba tak bardzo mnie przyciąga, tak bardzo zawsze trzyma mój wzrok i uwagę. I kiedyś przyszło olśnienie. To nie muskularna postura Laokoona, to nie perfekcyjna kompozycja, to nawet nie zachwyt oczywisty kunsztem greckiej rzeźby. Tak naprawdę wszystko kryje się w oczach Laokoona. On walczy. Naprężone do granic mięśnie i ścięgna. Usiłuje odepchnąć to co nieuniknione. Ale gigantyczny grymas na jego twarzy to nie ból i wysiłek walki. To cierpienie największe z możliwych. To cierpienie ojca który wie, że jego dzieci zaraz zginą, a on nic nie jest w stanie zrobić by ich ocalić. Wciąż jednak największym wysiłkiem walczy – nie o siebie, o synów! Przecież każdy prawdziwy ojciec jest wstanie zrobić wszystko by ratować własne dzieci!
Grupa Laokoona, to kwintesencja miłości rodzicielskiej. To kwintesencja OJCOSTWA…






Watykan to jeden z tych krajów, które ze względu na gabaryty, w jednej opowieści się mieszczą… Chociaż, nie! Z Watykanem jest inaczej. Tutaj można całe Państwo przejść wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia lub spędzić tu miesiące i dłużej. Większa część tych ciekawych zakątków jest za bramami, dostępna dla gości lub interesantów, ale i samo muzeum watykańskie i bazylika wystarczą by wracać tu jak bumerang.
Nad całym Watykanem góruje kopuła bazyliki św. Piotra. Buonarroti to geniusz! Nie jestem w tej opinii obiektywna ale jakoś wyjątkowo mi to nie przeszkadza. Lubię ludzi wyrazistych, przebojowych, władczych, dla których nie istnieje takie pojęcie jak „niemożliwe”, którzy mają świadomość swojej wartości – takie połączenie gentlemana z macho. A że Buonarroti zasadniczo spełnia te warunki… lubię go. Śladów jego obecności na Watykanie sporo a największy to wspomniana kopuła. W 1547 roku Michał Anioł został mianowany naczelnym architektem Bazyliki. Miał wówczas 72 lata i nie zachwycił się mocno taką nobilitacją. Już trochę mu się nie chciało, zwłaszcza że miał przejąć kierowanie budową obłożoną problemami finansowymi, konstrukcyjnymi itd. itp. Prawda, nie był łatwym szefem ale jednak udało mu się doprowadzić dzieło niemal do końca. Sam nie doczekał sklepienia „tiary świata”, jednak dzięki zrobionemu przez Buonarrotiego modelowi i rysunkom – do dziś kopuła góruje nad chrześcijańskim światem. Za murami Watykanu można spotkać także Michała Anioła – malarza (o tak znanych dziełach jak freski Sykstyny nie sposób tylko wspomnieć, a że napisano już chyba wszystko – zatem działa te należy jedynie kontemplować), oraz Michała Anioła – rzeźbiarza. Pieta Watykańska umieszczona jest po prawej stronie od wyjścia do bazyliki. Buonarroti wykonał ją mając zaledwie 24 lata! I… podpisał.
Gdy podziwiający dzieło ludzie zastanawiali się któż jest autorem i zaczęli przypisywać rzeźbę kilku znanym naówczas twórcom, Michał Anioł wyszedł naprzeciw ich oczekiwaniom i wątpliwościom i na szacie Maryi dopisał co następuje: Michelangelus Bonarotus Florentinus. Kolejnych dzieł już nie musiał podpisywać – sława go wyprzedzała.
Watykan – taki „mały kraj”… A tu zaledwie o jednym twórcy zdołałam wspomnieć… Tutaj można całe Państwo przejść wzdłuż i wszerz w ciągu jednego dnia lub spędzić tu miesiące i dłużej!









Piękne i dla Zakopanego zwłaszcza charakterystyczne zabudowania w podziw, ochy i achy turystów wszelkich wprawiają – i słusznie! Ale śmiem przypuszczać, że niewielka cześć owych turystów ma świadomość że architektoniczny styl zakopiański stworzył Stanisław Witkiewicz a nie domorosła myśl ludowych twórców. Jedną z pierwszych realizacji Witkiewicza jest Willa Oksza. Zaprojektował ją dla Korwin Kossakowskich w latach 1894-95.
Od 2006 roku Willa jest jednym z oddziałów Muzeum Tatrzańskiego (swoją drogą nie wiedziałam, że aż tyle oddziałów ma to muzeum!). Przestrzeń poświęcono sztuce XX wieku, oczywiście w mocnym akcentem sztuki zakopiańskiej w tym XX wieku. No i mnóstwo prac i opowieści o samym mistrzu Witkiewiczu. Portrety, fotografie, jakieś notatki fruwają… Ale nie, nie Witkiewicz nie jest zachłanny 😊 Miejscem wystawowym podzielił się na przykład z Rafałem Malczewskim albo Augustem Zamoyskim. Jest też trochę prac tak po prostu związanych z Zakopanem. Też plakaty promujące narciarstwo lub filmy realizowane w stolicy Tatr. A wszystko takie jakieś ciepłe… Może dlatego, że otulone drewnem ścian, a może dlatego że przez okna promienie słońca wpadały…











„Kobieta zdziczała”… Hmmm… Jak się znajdzie śmiałek, który będzie chciał oswoić to… – tytuł wystawy trzeba będzie zmienić 😉
W zakopiańskim Muzeum Tatrzańskim, oddział Willa Oksza – niecodzienna wystawa czasowa była. Katarzyna Depta-Garapich podeszła do tematu – nietuzinkowo. W sumie oszczędnie… W pierwszej z sal – cztery projekty ubiorów, ciut ciut kostiumów może nawet. Nie powiem w jednym czy drugim bez problemu chodziłabym na co dzień i od święta! Zdziczała jestem…? Nie wiem… Ale nigdy nie było dla mnie problem, by znaleźć w sobie odwagę bycia inną, wyglądania inaczej niż wszyscy wokół, samodzielnego myślenia nawet jeśli pod prąd… Ale też nigdy nie było to „na siłę” i „dla publiki”. Raczej takie dla mnie zwyczajne, normalne, naturalne… Więc zdziczała jestem…?
W drugiej sali ciemnawo. Duży ekran, na nim sfilmowany kawałek lasu. Gdzieś między krzewami przemyka postać Autorki. Nie ucieka, nie kryje się. Po prostu idzie swoją ścieżką. Na innym z ekranów – Autorka wystawy w zaprojektowanych przez siebie ubiorach, to stoi to wiruje w jakimś dziwnym tańcu chyba… chciała poczuć się każdą z kobiet o których opowiada? Usiadłam. Słucham i oglądam to co na ekranie. Zastanawiam się co ma ten las z tymi projektami ubrań? I nagle olśnienie! Przecież to jest takie proste i zarazem takie ważne! Być sobą! Tak prawdziwie. Nie grać, nie udawać, nie wchodzić w jakieś role narzucane przez kogoś lub wymyślone przez siebie samego. Nie nakładać masek – bo zawsze prędzej czy później uwierają. A jak opadną – to dopiero problem i wstyd! Więc być sobą… Móc powiedzieć o sobie „jestem…” i bez żadnego „jestem, ale… ”. Po prostu – jestem! I czuć, wiedzieć, mieć absolutną pewność przed samym sobą, że to jest prawda!
Projekty ubiorów Katarzyny Depta-Garapich inspirowane były postaciami konkretnych kobiet: Rita Sacchetto – dla której życiem był taniec i film (poszła za głosem zakochanego serca, wyszła za mąż wbrew wszelkim konwenansom i przeniosła się do obcego kraju); Maria Olska – zdolna aktorka i reżyserka pracująca na scenach teatrów lwowskich i krakowskich (i dwu aktorów miała w domu. Jeden i drugi to Tadeusz Pilarski – przy czym jeden był jej mężem, a drugi synem 😉); Maria Witkiewiczówna – żona i matka Witkiewicza (też obydwa Stanisławy…), co już niemałym wyzwaniem było, ale i rzeźbiarka choć powszechnie uznawano to za męskie zajęcie; czwarta to Katarzyna Sobczak – w bardzo tradycyjnym społeczeństwie zakopiańskim odważyła się być prawdziwą poetką. Każda z nich miała odwagę powiedzieć „jestem…” i być naprawdę.
Chyba jestem zdziczała… Mam nadzieję, że jestem zdziczała… Bo chcę być zdziczała…





Człowiek odruchowo szuka radości, zwłaszcza jak ma jej niedobór w organizmie… Wyświetlił mi się post anonsujący wydarzenia Festiwal Kultury Żydowskiej SIMCHA we Wrocławiu. To spakowałam walizeczkę i pojechałam. Jak simcha to simcha. A nuż znajdę to czego szukam…
To jeden ze starszych festiwali kultury Żydowskiej w Polsce. Tyle o nim wiedziałam jadąc.
Na miejscy okazało się – sporo wydarzeń w programie. Choć festiwal miał inną formułę niż ta którą znam z Krakowa – propozycje były OK. Kulinaria – zrobiły robotę! Zarówno wykład o koszerności Magdaleny Maślak, jak i genialnie i z uśmiechniętą energią prowadzone przez szefową kuchni Alessie di Donato warsztaty z kuchni sefardyjskiej – SUPER (a jakie smaczne i cudownie pachnące dania wyszły!!!)
Były też warsztaty odczytywania napisów na macewach (prawdę mówiąc nie doczytałam wcześniej i byłam przekonana że to będzie interpretacja symboliki a było czytanie – ale ok. Pani studentka judaistyki chyba, przygotowała się do prowadzenia warsztatu solidnie
). Spacery tematyczne – to fajny pomysł. No i hasanie taneczne co wieczór (co noc właściwie bo się kończyły po 22.00 chyba
) na dziedzińcu przed synagogą.
Każdego dnia koncert w Synagodze pod Białym Bocianem (swoją drogą pięknie odrestaurowana kilkanaście lat chyba temu). Te wydarzenia największe wzbudzały zainteresowanie, co jakoś mocno nie dziwi. Cała synagoga wypełniona po brzegi. Ale i oferta koncertowa była ciekawa, więc słuchacze myślę nie wychodzili (sądząc bo licznych bisach) zawiedzeni z koncertów.
Jeden maleńki kamyczek do ogródka muszę jednak wrzucić. Część wydarzeń (nie tylko koncertów) odbywała się we wnętrzu synagogi (czynnej przecież) lub w mykwie. I to akurat super. Wielu mężczyzn na takowe przychodziło ze swoją kipą, którą zakładali przed wejściem lub w jakimkolwiek innym nakryciu głowy. Ale… Pewnie nie każdy wiedział że nakrycie głowy powinien mieć lub może ktoś zapomniał zabrać… Szkoda, że organizatorzy nie zapewnili jakiś choć jednorazowych kip przy wejściu, tak w ramach biletu. By każdy mężczyzna obowiązek nakrycia głowy w synagodze miał szansę wypełnić…












Do Sokratesa czekającego na wyrok śmierci przychodzi Kriton. A dialog ów napisał Platon. Co znaczy być w zgodzie z samym sobą. Co znaczy być spokojnym wobec nadchodzącej śmierci. Choć wyrok wydaje się być niesprawiedliwym. Czy warto ponieść śmierć dla idei?
Obsada: Piotr Cyrwus, Jerzy Trela
Reżyseria: Dariusz Karłowicz
Zdjęcia i montaż: Dariusz Pawelec
Scenografia: Monika Wanyura-Kurosad
Kostiumy: Barbara Guzik
Charakteryzacja: Ludmiła Pilecka
Ale fajny film!
Wczoraj w kinie Sfinks w Nowej Hucie premiera była ![]()
Utrzymana w konwencji „Wielkiej ciszy” Philipa Gröninga opowieść o cystersach. Taki jeden dzień z życia za klasztornym murem. „Słuchaj, synu, nauk mistrza” w reżyserii Krzysztofa Ridana. Super opowiedziane dźwiękowo (mimo pozornej ciszy
) A dźwiękowi wtórują super kadry!
Ale fajny film!
Wczoraj w kinie Sfinks w Nowej Hucie premiera była ![]()
Utrzymana w konwencji „Wielkiej ciszy” Philipa Gröninga opowieść o cystersach. Taki jeden dzień z życia za klasztornym murem. „Słuchaj, synu, nauk mistrza” w reżyserii Krzysztofa Ridana. Super opowiedziane dźwiękowo (mimo pozornej ciszy
) A dźwiękowi wtórują super kadry!




Sypnęło w ostatnich dniach premierami
O „Kritonie” w TVP Kultura już wspomniałam, a niemal w tym samych dniach „Dialogi polskie, czyli Rozmowy prawdziwych Polaków z Gombrowiczem” w Bagateli. W obydwu przypadkach karkołomna próba przeniesienia na deski „nieteatralnego” tekstu.
Dialogi to połączenie tekstów pozornie nie do połączenia. Bo pojawia się zarówno Kitowicz jak i Gombrowicz… To spojrzenie do lustra. Spogląda Polak. Czyli kto? Co znaczy być i czuć się Polakiem… Z całym balastem historii, tradycji, kultury, religii. A może to nie jest balast? Może to tradycja i tożsamość. Kwintesencja tego kim jesteśmy?
reżyseria Mikołaj Grabowski
muzyka Zygmunt Konieczny
obsada: Wojciech Leonowicz, Urszula Grabowska Ochalik, Maciej Sajur, Izabela Kubrak, Natalia Hodurek, Ewelina Starejki, Paweł Sanakiewicz, Dariusz Starszewski, Kosma Szyman, Artur Sędzielarz