Miesiąc: sierpień 2024 (Page 33 of 58)

Poznań – Teatr Wielki im. St. Moniuszki w Poznaniu „Halka”

Zaczyna się od modnego w ostatnim czasie (choć praktykowanego od co najmniej lat 60-tych XX w) chóralnym śpiewie z widowni. Garnitury, muszki i te rzeczy 🙂 jak to w operze… Ale potem. Scenografia i kostiumy – odjechały mocno. 🙂 Myślę, że Moniuszko mocno by się zdziwił widząc postaci swej sztuki w wersji coś pomiędzy zombie – dzikim plemieniem z odległej prehistorii a rogatym kłębowiskiem z czeluści. Ok rozumiem nawet zastąpienie kontuszy przez fraki. Ale ci rogaci górale… hmm… To nawet jest niezła koncepcja ale chyba nie koniecznie do tej opery… To trochę tak, że albo fajnie się ogląda albo fajnie się słucha. Obie rzeczy na raz połączyć cokolwiek karkołomnym jest przedsięwzięciem. A już gdy rogaty Jontek śpiewa „pochwalony” – to rozdwojenie jaźni murowane!!! No i ja się pytam – gdzie u diabła (nomen omen ;)) podział się mazur!!!

Trochę poprzestawiane elementy i kolejność; kompletnie inna przestrzeń i osadzenie kulturowe. Jeśli ktoś ma ochotę na klasykę opery polskiej w kontekście szlachecko góralskim – to nie tu. Jeśli natomiast ktoś chce kompletnie niekonwencjonalne ujęcie reżysersko scenograficzno kostiumowy i właściwe niezłe efekty światła – to Poznań jest ok. 🙂

kierownictwo muzyczne: Gabriel Chmura

reżyseria: Paweł Passini

scenografia: Zuzanna Srebrna

choreografia: Weronika Pelczyńska

projekcje wideo: Maria Porzyc

reżyseria świateł: Przemysław Sieraczyński

kierownictwo chóru: Mariusz Otto

obsada spektaklu premierowego: Magdalena Molendowska, Paweł Skałuba, Bartłomiej Misiuda, Rafał Korpik, Magdalena Wilczyńska-Goś, Andrzej Ogórkiewicz, Bartłomiej Szczeszek, Sebastian Radecki, Jarosław Gwoździk, Romuald Piechocki, Krzysztof Napierała i inni

Poznań – Filharmonia Poznańska „Te Deum”

Wstyd się przyznać ale pierwszy raz byłam na koncercie w poznańskiej Auli Uniwersyteckiej UAM. No wnętrze robi wrażenie!!!

A wczorajszy (21 V) koncert – szyty na miarę! „Te Deum” (i Kurpińskiego i Haydna… no i Laudate Mozarta tak pomiędzy też ) Całość pod batutą Łukasza Borowicza. Fantastyczne wykonanie!!! Możliwość posłuchania na żywo – to była bardzo, bardzo miła niespodzianka…

Publiczność dopisała – co mnie jakoś mocno nie dziwi… Wszyściutkie miejsca (te możliwe do zajęcia) zajęte były! A jak miło było usłyszeć brawa, którymi nagrodzono gromko artystów. Tego mi brakuje w streamingach. Ta cisza pustej sali po spektaklu/koncercie niesamowicie dołuje i kłuje w uszy. Aplauz jest jednak integralną częścią spektaklu/koncertu. Wczoraj była całość i fantastyczny koncert (w niekonwencjonalnym układzie bo chór „fruwał” nad muzykami, a pierwszy skrzypek wędrował sobie by usłyszeć jednak co śpiewa solistka zza pleksi – takie czasy… ) doskonale poprowadzony przez Borowicza. No i Magdalena Stefaniak – ta to ma kawał głosu !

Warszawa – Teatr Wielki Opera Narodowa „Traviata”

Opowieść o dziewczynie, która zapomniała, że nie wolno się zakochać bo to prędzej czy później źle się kończy. „Traviata” Verdiego o czym jest – wiadomo, ale ta realizacja w Operze Narodowej w Warszawie opowiedziana została faktycznie w scenerii nocnego klubu… z całym pakietem jego „atrakcji” i z całym wachlarzem barwnych osób odwiedzających takie miejsca. 😊 😊 Scenografia a bardziej chyba nawet kostiumy nie pozostawiają cienia wątpliwości.. W sumie niby ok. Na początku niemal wizualizowały mi się kadry z „Moulin Rouge” Luhrmanna. W sumie opowieść podobna… W obsadzie 10 maja – właściwie całą robotę zrobiła (wyśpiewała) Ruslana Koval. Dobry głos, dobrze aktorsko zagrana rola! Choć nawet ona czasem zagłuszana była ciut, skrzypieniem ruchomej sceny…

Warszawa – 22 Festiwal „Sinfonia Varsovia swojemu miastu”

22 Festiwal „Sinfonia Varsovia swojemu miastu” został zainaugurowany!!! 😊

Fajnie ma ta Warszawa… Dostaje festiwal muzyczny od fantastycznych muzyków. Właściwie więcej niż festiwal bo przez najbliższe dni koncerty i warsztaty „Moje ciało – moje miejsce – moja muzyka”. A sam koncert inauguracyjny? Super! Lekki, letni repertuar, doskonałe wykonanie, dyrygent – zrobił show, całość pod czujnym okiem Dyrektora Sinfonii, który ciepłym głosem rozpoczął – i… niech się dzieje festiwalowo dla Warszawy (przy czym goście z różnych zakątków Polski też się załapali 😊)

Wykonawcy:

Kwartet saksofonowy:

Paweł Gusnar – saksofon sopranowy

Oskar Rzążewski – saksofon altowy

Krzysztof Koszowski – saksofon tenorowy

Wojciech Chałupka – saksofon barytonowy

Sinfonia Varsovia

Aleksandar Marković – dyrygent

Mariusz Gradowski – prowadzenie koncertu

Program:

Claude Debussy – Preludium do „Popołudnia Fauna”

Arthur Honegger – Pacific 231

Philip Glass – Koncert na kwartet saksofonowy i orkiestrę

Maurice Ravel – Bolero

Ukraina – Berdyczów

Znam kilka osób, dla których powiedzenie „pisz pan na Berdyczów” wymyślone zostało! Niedawno dowiedziałam się, że owo znane powiedzenie nie oznacza „i tak mnie nie znajdziesz”, tylko wręcz przeciwnie. W Berdyczowie bywało się przynajmniej raz w roku więc istniała nadzieja, że korespondencja adresata dopadnie. Niezależnie jednak od kontekstu doczekać się na odpowiedź „z Berdyczowa” to przedsięwzięcie graniczące z cudem!

O samym mieście jednak. Berdyczów był jednym z prywatnych miast Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Należał ongiś do wojewody kijowskiego Janusza Tyszkiewicza. Ze względu na położenie i stację kolejową stał się ważnym centrum przemysłowo – handlowym. Od XVIII wieku organizowano tu (na mocy przywileju) aż dziesięć jarmarków rocznie. Nie sposób było nie być w Berdyczowie choć raz na rok jeśli ktoś handlem i „interesami” się parał.

Berdyczów był także ośrodkiem religijnym. Łaskami słynącym obrazem Matki Boskiej Berdyczowskiej opiekowali się karmelici w słynnym klasztorze nazywanym Fortecą Najświętszej Marii Panny (karmelici utrzymywali tu załogę a całość była naprawdę twierdzą). I faktycznie jak forteca wygląda do dziś. Tutaj prowadzona była także szkoła, drukarnia, szpital itp. Choć mocno zniszczony (klasztor podzielił los większości kościołów za naszą wschodnią granicą. Tutaj mieściło się między innymi więzienie a budynek poddawany był celowej i planowej dewastacji) nadal budzi zachwyt. W Berdyczowie byłam dobrych kilka lat temu. Karmelici wówczas powrócili do klasztoru i prowadzili prace remontowe na dużą skale. Czynna była tylko niewielka, niemal nie wyposażona kaplica. Cała reszta to jedna wielka „fabryka”. I jak zwykle (albo – jak często) gdy podróżuję po Ukrainie zrobiło mi się smutno. Taka perła barokowej architektury, taka perła historii, taka perła polskości i tak zniszczona, zbrukana i zbezczeszczona… Gdy pierwsze emocje opadły, i zaczęłam się snuć pomiędzy rusztowaniami, trochę jak w matrix przeniosłam się kilka setek lat wstecz. I prawie usłyszałam gwar kupiecki, szepty modlitw, wystrzały armat… Mam nadzieję, że klasztor dziś już odnowiony oczy cieszy. I mam też nadzieję, że nie zamurowano „tajemnego przejścia” do XVIII wiecznego Berdyczowa, które gdzieś tam w klasztorze jest…

Berdyczów też jest ważnym miejscem na mapie chasydyzmu. Tutaj pracował słynny Lewi Icchak z Berdyczowa. Tutaj jest też jego ohel bo w Berdyczowie zmarł w 1810 roku. Fajny był z niego cadyk! Uczył że super fajnie jest być Żydem i wypełniać nakazy Tory. Uważał też że w każdym człowieku jest jakieś dobro. Małe, większe, duże – ale jest. Lubił śpiewać (to jeden z powodów dla których lubię chasydyzm! 🙂 ) i najwyraźniej robił to dobrze bo na przykład powszechnie znane Got fun Awrom lub śpiewane na Hawdalę A Dudele – jemu się przypisuje. No i poza wszystkim – wybitnym uczonym był. I radosnym też. To czasem na szczęście idzie w parze…

Ukraina – Biała Cerkiew, Aleksandria

Dawne miasto królewskie – Biała Cerkiew. Początki miasta sięgają IX wieku. Kiedyś należało do Rusi Kijowskiej, Księstwa Litewskiego, potem jeszcze do województwa kijowskiego Korony… Po tutejszym zamku śladów właściwie nie ma, a imponujący musiał stanowić widok, skoro aż czterema rondlami otoczony był i głęboką fosą. Trzy zwodzone bramy i dwadzieścia pięć armat, nie licząc moździerzy broniło do niego dostępu. W Białej Cerkwi są za to do dziś dwie synagogi, kilka cerkwi i kościołów i… aż dwa pałace Branickich – zimowy i letni. Ten zimowy, XVII-wieczny – w 1917 mocno zniszczony został. Ten letni – w XVIII wieku wzniósł Franciszek Ksawery Branicki dla swej żony Aleksandry. Pałac otacza cudowny park zwany Aleksandrią. Fantastyczne miejsce! Uniesienie było powodem jego powstania i emocje (by nie rzec, że uczucie) tu się wyczuwa. W lecie pełne zieleni, ciszy, ćwierkotu ptaków, szumu wody… Gdzieniegdzie jakiś pomnik się czai, albo resztki budynków (tak im wyszło, że resztki lub takie celowe – od początku zbudowane jako resztki) w tle wspomniany pałac… Można się cudownie zagubić. 🙂 Dzisiaj ktoś mi przypomniał, że dobrze jest się czasem zresetować – w górach, nad morzem, w parku… To prawda… przypomniał mi się szum morza, świst wiatru w górach, szelest drzew… przypomniało mi się kilka miejsc… przypomniała mi się Aleksandria…

Ukraina – Kijów, Ławra Peczerska

Z wielkim sentymentem wspominam pobyt w Kijowie. A spośród wielu miłych chwil tam spędzonych, szczególnie – odwiedziny w Peczerskiej Ławrze na zaproszenie pewnego diaka, który zresztą służył oprowadzaniem po całym kompleksie. Pierwsze ślady Ławry to XI wiek i działalność misyjna mnichów Antoniego i Teodozjusza. Drugi ihumen – Teodozjusz wprowadził tu regułę studycką. Bardzo szybko miejsce zasłynęło cudami ale i jako ośrodek naukowy i dziejopisarski. Tutaj powstał Latopis Nestora a sam kronikarz spoczywa w podziemiach. Obecny wygląd zabudowań Ławry Peczerskiej to czysty, kapiący złotem i ozdobami wszelakimi barok! Ależ błyszczą w słońcu złote kopuł i wieżyczki! I wszędzie pachnie cudownie kadzidłem… To cudo architektoniczne powstało z inicjatywy bp. Piotra Mohyła ale oczywiście rozbudowa trwała przez XVII i XVIII wiek. Powstał wtedy sobór, cerkwie i zabudowania monastyru. W 1990 Ławra i sobór Sofijski został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Obecnie – górna ławra – to głównie obiekty muzealne służące raczej jako obiekty turystyczne niż sakralne (choć ta druga funkcja nadal istnie). To między innymi cerkwie nadbramne (Trójcy oraz Wszystkich Świętych), cerkiew refektarzowa, cerkiew domowa itd. Dolna Ławra – to bliskie i dalekie pieczary – a tam naziemne i podziemne cerkwie. Tam życie monastyczne trwa.

Ale największe wrażenie robią podziemia Ławry! Drogę oświetla jedynie świeca, którą się zapala przy wejściu i zabiera ze sobą. Na dole też jedyne światło to świece i lamki oliwne. I klimatycznie i duchowo trochę i tak straszno też. W podziemiach ikony – to jasne, jakieś cerkiewki – no też, no i mnóstwo zmarłych, którzy wcale nie kryją się w zamkniętych szczelnie sarkofagach. Trumny są przeszklone, kości położone luzem w wykutych niszach… Po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do mroku ale i do widoku ludzkich szczątków zerkających niewidzącymi oczyma zza każdego węgła. I… za którymś zakrętem w wykutej niszy… Łypnęło na mnie oko. Ale takie zupełnie żywe!!! Matko kochana jak się wystraszyłam! Żywego a nie martwego!!! Okazało się, że niektórzy mnisi za zgodą przełożonego mogą czasowo przebywać w tych katakumbach cmentarnych na szczególnej modlitwie, medytacji… jakoś tak. No… Chyba bogobojny mnich pojęcia nie miał, że łypnięciem oka o zawał mnie prawie przyprawił. Dalej pogrążony w medytacji – myślę, że nie zanotował nawet w świadomości moich odwiedzin…

Ukraina – Odessa

Odessa – wizualnie dla mnie, to taki Wiedeń wschodu. Pokręcone dzieje miała. Osada portowa grecka (właściwie dwie sąsiadujące osady), która przechodziła z rąk do rąk. Należała między innymi do Gotów, Hunów, Awarów, Madziarów, potem była częścią Rzeczypospolitej Obojga Narowów, potem Turcy i Rosja itd.

Odessa to miasto filmów. Oczywiście pierwsze skrzypce grają Schody Potiomkinowskie, ale dla mnie Odessa to „Deja Vu” i genialny Jerzy Stuhr. To jeden z filmów, które zawsze poprawiają mi nastrój, ale też to jeden z filmów, który rozbawić może tylko słowiańską duszę. 🙂 Bo i Odessa jako scena – nadaje się i szyta na miarę! Architektura głównie XIX wieczna, secesyjno-eklektyczna, monumentalna, wyniosła, z rozmachem. Cudownie wygląda Pasaż. To nie galeria handlowa – to istny salon! Imponująco prezentuje się też Teatr Opery i Baletu. Właściwe na każdej ulicy w centrum historycznym zobaczyć można fantastyczne fasady kamienic, miejskich pałaców, cerkwi, kościołów, synagog itd. tutaj wszystko tchnie Europą i to na najwyższym poziomie i równocześnie wszystko tchnie słowiańskim wschodem! Taki dziwaczny mix.

W Odessie jest monastyr czarnomorski. Tam, pierwszy i jak dotąd ostatni raz widziałam mniszkę wielkiej schimy. Przygarbiona starowinka szła gdzieś podpierając się laską. Zupełnie nie zauważyła, że jej kukulion i analobos pobrudził się woskiem kapiących świec. Zupełnie nie zauważała właściwie całego świata wokół. Ludzie mijając ją zwalniali nieco kroku, ale nie witali się, nie zagadywali. Jedynie z szacunkiem patrzyli. A ona, ciepło uśmiechała się do własnych myśli i gdzieś sunęła postukując cichutko laską. A wokół w monastyrze wrzało! Tam biegali mnisi z taczkami – bo coś trzeba wyremontować, mniszka przepasana fartuchem pędziła do kuchni, jakiś mnich wyganiał za pomocą solidnego kija duchy nieczyste z jakiegoś chłopca (młodzieniec wyraźnie wyglądał na osobę niepełnosprawną intelektualnie…), tutaj przysiadły jakieś pobożne kobiety czekając na błogosławieństwo, tam mężczyźni prowadzą głośne i ożywione rozmowy – ot, normalny dzień z życia monastyru! I ta mniszka, jakby już nie z tego świata…

W Odessie synagog było wiele. Dzisiaj są trzy zaledwie. Najbardziej reprezentacyjna chyba była Synagoga Brodzka (czasem nazywana też Starą). Na szczęście przetrwała. Budynek XIX wieczny a zbudowana była dla społeczności reformowanych Żydów. Nazwa – do pierwszego jej chazana i rabina Blumentala z Brodów. W czasach radzieckich – wiadomo, pod górkę… Ale w 1996 na Rosz ha-Szana – znowu zabrzmiał w synagodze szofar! A teraz odrestaurowana służy społeczności. Jest tu wszystko co potrzebne: mykwa, sala modlitw z Aron ha-kodesz i z bima, biura gminy a nawet zaczyna się jesziwa konstytuować powoli.

Ot cała Odessa… Raz słychać szofar, raz dzwony kościelne a raz chór cerkiewny…

Ukraina – Humań, Park Zofiówka

„Romantyczność” nie jedno ma oblicze. Czasem to kolacja na dachu kamienicy w świetle księżyca, jakiś drobiazg ofiarowany bez powodu, czasem wieczorny spacer brzegiem morza a czasem wizualizuje się tak jak Zofiówka w Humaniu. W 1796 roku ten piękny krajobrazowy park założył Stanisław Szczęsny Potocki dla swej ukochanej żony i nazwał go jej imieniem. Wiem, niektórzy sugerują, że to prezent od zdrajcy dla ladacznicy, ale ja wolę myśleć o Zofiówce jako romantycznym uniesieniu… W każdym razie to przedsięwzięcie, które pochłonęło gigantyczne sumy, stało się jednym z cudowniejszych założeń parkowych Europy. 180 hektarów sentymentalnego parku – pełnego urokliwych grot, wodospadów (największy ma 14 metrów!), zakamarków, zerkających zza rozłożystych liści rzeźb…

Park trudne koleje losu doświadczył. Potoccy krótko się nim cieszyli. Przejął go car Mikołaj I, który nie grzesząc gustem (nawet tym kiepskim a co dopiero o dobrym wspomnieć) zaczął park „ozdabiać”. Potem czasy radzieckie i zniszczenia wojenne. Ale jakby na przekór zakrętom historii to natura odegrała się na parku potockiego paskudnie. W 1979 roku mroźna i bezśnieżna zima a potem śnieżna wiosna dokonały gigantycznego zniszczenia.

Co prawda odnowiono park przywracając mu w pierwotne piękno: wspaniałe rośliny (ponad trzy tysiące gatunków), stadka dzikich gęsi lub kaczek, luzem spacerujące konie… Pięknie jest – ale nie wiem czy nadal romantycznie… 😉

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑