Miesiąc: sierpień 2024 (Page 28 of 58)

Warszawa – Muzeum Warszawy „Rzeczy warszawskie”

W Muzeum Warszawy byłam kilka lat temu na jakimś wernisażu chyba… Wtedy był dziki tłum, przemówienia i inne takie. Planowałam wtedy, że kiedyś tu przyjdę tak na spokojnie. 😊 Trochę trwało ale…

Prawdę mówiąc nie wiedziałam kompletnie, że to jest aż tak duża ekspozycja! W sumie historia muzeum to ponad sto lat więc zobowiązuje, ale z drugiej strony historia Warszawy nie była łatwa dla obiektów kultury… Ale – na kilku piętrach – tak od piwnic (trochę za bardzo czyściutkich i „lakierowanych” jak an mój gust) aż po punkt widokowy tuż pod dachem. To naprawdę zwiedzanie na dobre kilka godzin. Cała przestrzeń podzielona na tematyczne „gabinety” – a jest och wiele. W sumie to sama nie wiem co napisać… Generalnie podoba mi się! Ale tak jakoś niby jest narracja prowadzona przyczynowo – skutkowo, a równocześnie czasem zaskakujące przejścia. Fajne to, że kolejne pomieszczenia dedykowane są kolekcjom lub tematom: malarstwo, rzeźba, medalierstwo, rzemiosło artystyczne, kartografia itd. itd. Jest zatem „Gabinet syrenki”. I tu zaznaczam – jest też ta pierwotna warszawska syrenka. Nie kobieco-rybia a kobieco – ptasio – jaszczurkowata. Jest „gabinet pomników” – przy czym tu mnie niewiele zaskoczy, w ilości pomników mamy w Krakowie mistrzostwo zagwarantowane. Jest też uroczy „gabinet suwenirów” 🙂 i „gabinet opakowań” i „gabinet ubiorów” itd. itd. itd. Czy coś w sposób szczególny przykuło mi wzrok – nie (no może kolekcja fot… albo ekspozycja opakowań i pudełeczek przeróżnych). Ale ogólne wrażenie bardzo na tak!!!

Warszawa – Muzeum Warszawy „Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji”

Ostatnio znalazłam w Warszawie fajnego smoka (wersja bazyliszek 😉) No tak to już jest, że kto czego szuka – to znajduje! I w sumie nawet ciut zawiedziona byłam, że na czasowej wystawie „Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji” w Muzeum Warszawy tych stworów nie było. Ale może Bazyliszek osobnej wystawy się doczeka (takie smocze krakowskie przyzwyczajenie i sympatie… 😉 ).

A sama zwierzęca wystawa – fantastycznie opowiedziana! Zwierzaki – te większe i te maleńkie – towarzyszą nam każdego dnia, Czasem wręcz niezauważalnie. Niby ich obecność kojarzy się bardziej ze wsią, lasem, polami… a tu w mieście… A jednak! Opowieść się snuje: zwierzęta dzikie, jako towar, jako pracownicy, jako towarzysze, jako sąsiedzi… No są. Czasem to są bardzo konkretne opowieści – jak ta o śwince Lily, czasem takie normalne gdzieś na marginesie wielkomiejskiego życia, czasem nawet nie uświadomione – że jednak zwierzęce – wachlarze, etole… Czasem w wersji art. a czasem dokumentalnej foty.

Generalnie – świetna opowieść i świetny pomysł! A i wystawienniczo nieźle pomyślana z wykorzystaniem eksponatów, filmów, światła i koloru, gdzieś tam w tle dopełnia dźwięk. No fajne!

Warszawa – Muzeum Powstania Warszawskiego

Pierwszy raz w Muzeum Powstania Warszawskiego byłam sporo lat temu. Wtedy – z mooocno nieletnimi dwiema bratanicami i siostrzeńcem (teraz już najstarsza z trójki powoli zbiera się do kończenia studiów licencjackich 😉). Kolejny raz do muzeum poszłam zupełnie niedawno. Dlaczego o tym piszę? Bo często jest tak, że gdy po raz kolejny po dłuższym czasie do jakiegoś muzeum się idzie to odbiór jest bardzo różny, czasem wręcz diametralnie różny. Sama tego doświadczyłam kilka razy. Tu było inaczej. Owszem przypominałam sobie jak trójka „planktonu” z ciekawością otwierała wszystkie szuflady, zaglądała do wszystkich zakamarków i dopytuje o wszystkie możliwe szczegóły (tak mieli w każdym muzeum, które odwiedzaliśmy 😊 ). Ale równocześnie przychodziły mi te same myśli do głowy. O honorze, o desperacji, o wartości jaką jest wolność…

Muzeum otwarto jakieś dwadzieścia lat temu na Woli w budynku dawnej elektrowni tramwajowej. Wchodząc, rozpoczynamy trasę, labirynt pamięci… Takie kartki z kalendarza (w całym muzeum są do zerwania, jedna po drugiej, znaczą ślady i podpowiadają co dalej), które od godziny „W”, krok po kroku o powstaniu opowiadają. Najpierw okupacja i przygotowania w konspiracji do walki. Potem – wybucha powstanie. W „kinie” Palladium kroniki z powstania, takie realizowane pod ostrzałem dokumenty na niemych lecz krzyczących kliszach filmowych. A potem… ci co przeżyli… Nie od razu żyli w glorii chwały bohaterów. Ich zdjęcia i wywiady nakręcone z powstańcami – już jako mocno starszymi świadkami historii. Często zaskakująco znane twarze! Mira Zimińska – Sygetyńska, Danuta Szaflarska, Marek Edelman, Symcha Rotem, Alina Janowska, Leon Niemczyk, Andrzej Łapicki, Henryk Chmielewski, Irena Kwiatkowska, itd. itd…

Z całej ekspozycji, na mnie – duże wrażenie robi samolot. To znaczy samolot jak samolot, ale światło migocące od kręcących się śmigieł i warkot maszyny… To robi nastrój lekkiego niepokoju, może ciut strachu nawet… Zwłaszcza gdy zaraz potem widzi się film o zrujnowanej Warszawie.

W którymś momencie zwiedzania pomyślałam sobie, kurcze jakoś tak chaotycznie… Nie wiem, w którą stronę iść, co już widziałam, co jeszcze nie, którędy trasa prowadzi, zwłaszcza że ludzi mrowie i czasem przeciskać się muszę… A potem weszłam do podziemi. Tam – „kanał”. Można kawałek przejść. Ciasnawo i trzeba iść pochylonym (nawet przy moim 155 cm wzrostu), i w którymś momencie ciemno i trochę poczułam się niepewnie… I wtedy myśl kolejna mi się uknuła. Dobrze, że zwiedzający tak troszkę błądzą po ekspozycji. Może wtedy lepiej zrozumieć można też tych, którzy szli kanałami, ratując życie? A może też tych, którzy walczyli w labiryncie ruin Warszawy…

Warszawa – Pałac w Wilanowie

Byłam w Muzeum Pałac w Wilanowie. Hmmmm…. Kolejne sale – jak to we wnętrzach pałacowych. Eksponatów sporo jest czym ekspozycję robić. Klasyka w dobrym stylu, choć opisy – albo niedokładne (np. szkoła Rubensa podpisana jako Rubens) albo ich nie ma. Za to pracownicy… Weszliśmy ze znajomymi ciut przed wyznaczonym czasem – 14.40. Pani w kasie tłumaczyła, że się musimy pośpieszyć by wejść przed 15.00 i równocześnie wszystko robiła by sprzedaż biletów dla pięciu osób trwała jak najdłużej. W kolejnych salach, kolejne osoby poganiały nas, że już się zamyka (muzeum zamykane jest o 16.00!). Gaszono nam światło w salach, które zwiedzaliśmy zanim zdążyliśmy wyjść. Kilka Pań wprost wyganiało nas z wystawy – bo już zamykają… Komentarze, że nie przychodzi się tak późno też były. Dwu młodych pracowników stara się być dla nas miłymi ale zostają głośno i to przy nas skarceni przez pracowników z większym doświadczeniem że się z odwiedzającymi spoufalają i przeszkadzają w przepędzaniu nas do kolejnych sal… Część ekspozycji – zamknięto nam przed nosem, choć czas by ją zobaczyć był. No ale już się zamyka… Ze sklepu muzealnego zostaliśmy wyproszeni choć było jeszcze przed 16.00. Zaczęło padać. Stojąc w bramie zamawiam taksówkę. Przyjedzie za 25 minut. Ok Chcemy wejść do kawiarni na kawę by tam poczekać. Ale przekroczyliśmy już granicę bramy… Strażnicy nie wpuszczają nas z powrotem, choć mówimy że do kawiarni, która swoją drogą jest czynna teoretycznie jeszcze kilka godzin… I nic to ze pada… Nie wiem czy chcę tam pojechać kolejny raz… A na pewno nie prędko. Może jak pracownicy jakieś szkolenie przejdą… Ale musi być solidne!

Warszawa – Narodowa Galeria Sztuki Zachęta „Miejsca, których nie miałem zamiaru zobaczyć”

Na początek nauka –najpierw sprawdzić jakie są wystawy… Nie sprawdziłam – i załapałam się na zmianę ekspozycji. 😁 Zobaczyć (nomen omen) można było tylko jedną – „Miejsca, których nie miałem zamiaru zobaczyć” Radka Szlagi. Nie zawsze potrafię znaleźć sens w sztuce najnowszej. Może dlatego, że jako semiolog kultury zbyt wielką wagę przykładam do warstwy znaczeniowej; dzielę włos na czworo szukając sensu przekazu tajemnego lub zupełnie jasnego kodu zakorzenionego w kulturze… A artysta XXI wieku czasem skupia się na samych jeno emocjach wywołanych kształtem lub barwą (nie wspominam nawet o kuriozalnych sytuacjach, w których twórca hojną dłonią obdarza swoje prace całą serią znaków i symboli – lecz używa ich bez świadomości i celowości!).

„Miejsca, których nie miałem zamiaru zobaczyć” mile mnie zaskoczyły. Jest w nich jakiś dialog między tym co stare i współczesne. Akt tworzenia: świata, natury, człowieczeństwa, przy czym trudno dookreślić, w którym kierunku akt twórczy następuję. Formy, które następują po sobie zaczynają wpisywać się w narrację historii, kultur, relacji. Może coś zaczynam „rozumieć”, może współczesny artyzm czasem posługuje się językiem dawnych znaków… 🥰

Warszawa – Narodowa Galeria Sztuki Zachęta „Anna Siekierska Chwasty i ludzie”

Zachęta, a dokładniej „Miejsce Projektów Zachęty” – niewielka galeria (parter i piwniczka), taki project room. Do marca 2020 można było tam zobaczyć „Anna Siekierska Chwasty i ludzie”. Założeniem ekspozycji: podejście człowieka do natury… piękno nieużytków w mieście… i takie tam ekoklimaty. Czy się udało tę myśl pokazać – sama nie wiem… Ekspozycyjnie – fragmenty przemawiają do mnie. Ale kompleksowo, jako cała wystawa – umiarkowanie… Przestrzeń wystawiennicza – niewielka, ale miałam wrażenie, że Autorka skupiona na własnej kompozycji nie zauważa entourage wnętrza, który nie zawsze atrakcyjnie dopełniał całość, a momentami był nawet niezbyt atrakcyjną konkurencją dla prezentowanych instalacji…

Warszawa – Narodowa Galeria Sztuki Zachęta „Kobiety żyją dla miłości”

„Kobiety żyją dla miłości”… Możliwe…

Fotografia, rzeźba, grafika – to przestrzenie artystycznych realizacji Teresy Gierzyńskiej. I trochę tak pomyślana jest wystawa, która ślizga się na granicy różnych dyscyplin. Punk ciężkości jednak – dla mnie – leży po stronie fotografii, która tu jest dominantą. To często jest fotograficzny zapis performance, eksperymentowanie z nowym podejściem do fotografii, mieszanie elementów kultury masowej i tak zwanej elitarnej. To też sprzeciwianie się stereotypom, łamanie zero jedynkowego postrzegania, ale z przekazem wymagającym wysiłku intelektualnego. Hmmm… sztuka, która wymaga od widza myślenia!

Warszawa – Zamek Królewski, „Apartamenty królewskie”; „Pokoje prezydentów II RP i władz na uchodźstwie”

Co jest super fajne w Zamku królewskim w Warszawie? Uśmiech pracowników! Przecież tam dzikie tłumy turystów przewalają się każdego dnia… To może być jednak czasem męczące… Ale już w kasach zza szyb uśmiech pań ich wita i cierpliwe wyjaśnianie co na jakiej trasie można zobaczyć. Potem analogicznie w kolejnych salach panie i panowie uśmiechniętym spojrzeniem witają zwiedzających. No miłe to po prostu! A i przydatne 😊 Bo w ofercie wystaw stałych jest dwanaście pięknych ekspozycji. To nie jest tak, że są jakoś bardzo mocno wydzielone. Często przenikają się ze sobą, jedna przechodzi w drugą, kilka jest na jednej trasie… Zatem podpowiedzi pracowników – w cenie 😊

Karkołomnym i chyba niepotrzebnym zabiegiem byłoby poukładanie kolejnych ekspozycji przyczynowo skutkowo. Choć trochę tak jest. Dwie z nich dla mnie są spójne, choć nie usytuowane bezpośrednio po sobie. Najpierw „Apartamenty królewskie”. No WOW!!! Najpierw apartamenty „służbowe” 😉 W Sali rady zbierał się pierwszy stały rząd polski: król i 18 senatorów oraz 18 posłów. A potem ociekająca złotem i czerwienią Sala Tronowa i równie mocno kipiąca złotem – balowa. Wszystkie wyglądają imponująco – i co ważne – we wnętrzach można zobaczyć nieliczne zachowane artefakty które II wojnę przetrwały.  A jak król popracował to przenosił się na relaks do prywatnych pokoi. Zielony pokój Stanisława Augusta i Żółty pokój, który robił za jadalnię. W tym żółtym – odbywały się słynne obiady czwartkowe 😊 Dla mnie – najpiękniejsza jest zaprojektowana prze Fontanę, sypialnia. Cisowe boazerie, przytulna kolorystyka, filiżanka kawy (lub herbaty bardziej sądząc po kształcie filiżanki. Ale ja fanką kawy jestem więc… 😉 ). Noooo w takiej pewnie miałabym sny iście królewskie! 😊

Ekspozycja, która dla mnie jest spójna z królewską to „Pokoje prezydentów II RP i władz na uchodźstwie”. W sumie takie kontinuum „Szefów” Polski 😊. W 1918 roku Zamek najpierw został oddany Naczelnikowi Państwa – Józefowi Piłsudskiemu a potem prezydentom. W sumie od Wojciechowskiego począwszy bo Narutowicz zbyt krótko był prezydentem i urządzić się nie zdążył. No i tak mamy kolejne gabinety i biurka tych, którzy przy owych biurkach decydowali o dość ważnych kwestiach w tym kraju… Niektóre z biurek, zupełnie niezły klimat do pracy twórczej sprawiają. Aż przy takim usiadłoby się, jakąś książkę popełniło, albo ot – scenariusz jaki… 😊

Trasa królewska, audio przewodnik albo żywy przewodnik prowadzi po kolejnych salach, kolejnych ekspozycjach… Jest pięknie, zachwycająco… Czasem ocieka złotem, czasem błyszczy zwierciadłami, czasem pojawiają się jakieś „stopklatki” z dawno słuchanych lekcji historii… I dopiero na spokojnie, gdy się myślą do Zamku wraca, opowieść zaczyna się układać w ciąg historii. Bo Zamek Królewski w Warszawie – historię Polski opowiada pięknie!  

Turcja – Yanartaş, „Ognie Chimery”

Turecka Yanartaş – Płonące Skały – Ognie Chimery – Góra Chimery… W Iliadzie była opowieść o stworze ziejącym ogniem – Chimerze. To taki trochę wąż a trochę lew a trochę kozioł, a całość – z umiejętnością ziania ogniem. Taka grecka wersja smoka wawelskiego 😉 A jeśli weźmiemy pod uwagę sposób w jaki Bellerofont zgładził Chimerę – to może być grecką wersją zarówno smoka wawelskiego jak i tego od św. Jerzego 😊 😊  Skąd się opowieść o Chimerze wzięła? Pliniusz Starszy opierając się na tekstach wcześniejszych, uważał że Chimera żyje gdzieś w Yanartaş niedaleko starożytnego miasta Olimp. Są tu pokłady metanu, który przez naturalne otwory w ziemi ulatniając się płonie sporymi płomieniami na powierzchni skał. Widok to niecodzienny! Po skałach ślizgają się czerwonawo-żółte płomienie ogni… To musiało uruchamiać wyobraźnię! W sumie to nadal uruchamia wyobraźnię taki widok… Właściwie to się nie dziwię, że świątynię Hefajstosa na  „płonącym zboczu” wzgórza zbudowano. Blisko miał do roboty 😊

Żeby ogniki (teraz to faktycznie ogniki wielkości ogniska ale kiedyś ogień strzelał tak wysokimi płomieniami, że za latarnię morską robiły) zobaczyć, wieczorową lub nawet nocną porą warto się wybrać. Przy czym żeby dotrzeć na miejsce należy iść niezbyt stromą drogą w górę. Niezbyt stroma – fakt, ale bardzo niewygodna. Bo to różnej wysokości kamienne stopnie. Czasem dość wysokie. Przy moim 155 cm wzrostu, czasem i półmetrowej wysokości stopnie nie były przyjemną trasą ani do wchodzenia ani do schodzenia. Ale i tak wlazłam. 😊 Na miejscu sporo turystów. Część po prostu odpoczywała przysiadłszy na dowolnie wybranym głazie. Inni biegali szukając najpiękniejszych płomieni dla utrwalenia ich na fotach. Jeszcze inni na ognikach smażyli pianki nadziane na patyki. Ktoś nawet chciał mnie taką poczęstować, nawet już na kij nabitą. 😊 Z uśmiechem podziękowałam. A co jak to jednak Chimera spod skały ogniem oddycha… ? Odwaga ma swoje granice!

Warszawa – Zamek Królewski „Galeria Lanckorońskich”, „Pokoje matejkowskie” [NOWY POST]

Książę Jan Lubomirski – Lanckoroński, z okazji świąt Bożego Naradzenia udzielił wywiadu, w którym podzielił się wiedzą na temat kolędy „Bóg się rodzi”. Znają ją w Polsce wszyscy i śpiewana jest chętnie i głośno. Utwór ten został napisany dla… jego przodka a precyzyjniej dla Elżbiety z Czartoryskich Lubomirskiej, a tekst z ostatniej zwrotki „dom nasz i majętność całą i wszystkie wioski z miastami” odnosił się do majątku Lubomirskich – Łańcut i okolice… Z czasem Lubomirscy podzielili się tą prywatną kolędą i stała się świątecznym przebojem – a o tym, że prywatną domową była już nikt dzisiaj nie pamięta…

Lubomirscy, Lanckorońscy, Czartoryscy… Chyba mają w tradycji rodowej dzielić się ze społeczeństwie dobrami kultury. 😊 Taka rodzinna tradycja widać. Bo na przykład w Zamku Królewskim w Warszawie jest wystawa stała „Galeria Lanckorońskich”. Głównie są to dary prof. Karoliny Lanckorońskiej. Perełek tam sporo! Rembrandt na przykład. A dokładnie „Dziewczyna w ramie obrazu” i „Uczony przy pulpicie”. Ciekawie pomyślana ekspozycja tych obrazów swoją drogą. Zdjęcia rentgenowskie pomagają w zrozumieniu piękna płócien. A i płaskorzeźbiona wersja ułatwiająca życie osobom niedowidzącym i niewidomy – świetny pomysł. Jest też „Adam i Ewa” Cranacha St. i trochę portretów rodzinnych, które wyszły spod pędzla wielkich artystów nurtów artystycznych wszelakich. Pokolenia rodu Lubomirskich zbierały kolekcję a teraz podziwiać dzieła można w zamkowych salach.

Tuż obok inna stała wystawa też ze znanym nazwiskiem w nazwie – „Pokoje matejkowskie”. Ta stała wystawa mieści się głównie w części zamku, która powstała w trakcie XVII wiecznej przebudowy, a dokładnie te pomieszczenia były przeznaczone dla królewiąt. Taki pokój dziecięcy w wersji królewskiej. Potem pomieszkiwały tu siostry wizytki, a jeszcze potem rezydowali senatorowie. A w konsekwencji umieszczono tu kilka olbrzymich (i takich mniejszych szkiców też.. 😊 ) płócien mistrza Jana. „Stefan Batory pod Pskowem” i „Rejtan – upadek Polski” a potem też „Konstytucja 3 Maja” oraz „Otrucie księcia Janusza”. Robią wrażenie! I nie dziwię się, że wrażenie robiły też na współczesnym Matejce. I sama nie wiem dlaczego. Kompozycja, szczegóły, mimika i gesty postaci, barwy, rysunek, światłocień… Chyba nie… Dla mnie to tematy. Precyzyjnie wybierane opowieści, kadry z historii Polski ale opowiedziane takimi emocjami, że…! Ech… Robi wrażenie, porusza te emocje, do myślenia zmusza…  

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑