Rotter L., „Dźwiękami zapisane” Instrumenty muzyczne w symbolice [w:] Symbol – znak – przesłanie. Wytwory rąk ludzkich, red. J. Marecki, L. Rotter, Kraków 2012, s. 173 – 188.
Miesiąc: sierpień 2024 (Page 13 of 58)
Rotter L., Przemiany w formie habitów i nakryć głowy na przykładzie wybranych wspólnot żyjących według reguły św. Klary [w:] Symbol – znak – przesłanie. Barwy i kształty, red. J. Marecki, L. Rotter, Kraków 2012, s. 87 – 100.
Rotter L., Umieranie i rodzenie się do nowego życia. Obrzędy – zwyczaje – symbole, „Rocznik Wydziału Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego”, nr 1:2017, s. 23 – 29.
Rotter L., Funkcja semantyczna stroju na przykładzie portretów i fotografii ziemian polskich [w:] Symbol znak rytuał. Krajobraz semantyczny wsi i miast, red. J. Marecki, L. Rotter, Kraków 2016, s. 175 – 194.
Narodowe Muzeum Archeologiczne Aten (Εθνικό Αρχαιολογικό Μουσείο) jest jednym z większych w Grecji. Trudno się dziwić. To taki kraj, że gdzie się łopatę wbije – to zabytek można wygrzebać…
Pierwsze – powstało w 1829 roku a w sześćdziesiąt lat później stał budynek w którym zbiory się mieszczą do dzisiaj. We wnętrzach – prehistoria i antyk. I same perełki! Neolit i epoka brązu a potem Mykeny, Cyklady, Egipt no i oczywiście Grecja. Sporo też perełek, żeby wymienić choćby Złota Maskę Agamemnona, posag Afrodyty z Panem i Erosem lub freski z Santorini. A wszystko w przestronnych salach wystawowych, taka klasyka muzealna. Nie wiem czy jadąc do współczesnej Grecji można „poczuć” na każdym kroku tę antyczną. To różnie bywa… Ale w tym muzeum – tak. A jeśli dodamy do tego zasobną bibliotekę – to jeśli kto sztukę i kulturę antyku ma ochotę postudiować i pozgłębiać, to – Wellcome!












„Instalacja dla Bilbao”… Ta praca Jenny Holzer w Muzeum Guggenheima w Bilbao najdłużej mnie zatrzymała… Stałam i parzyłam na strugi czerwonych i błękitnych liter, które układały się w zdania, w emocje z którymi tęskniąca osoba musi sobie jakoś poradzić… A potem ogromny labirynt czasu Richarda Serra, w którym czułam się na zmianę klaustrofobicznie duszona albo zagubiona. I cała koncepcja architektoniczna, która jest kosmiczna.
Samo muzeum powstało za sprawą fundacji Salomona Guggenheima. Po długich negocjacjach, pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku – powstał budynek muzeum, który sam w sobie jest już poważnym dziełem sztuki dla którego warto odwiedzić to miejsce. Chyba bardziej jest spektakularny niż bliźniacze muzeum tej samej fundacji w Nowym Yorku. A środku? Kolekcja niczego sobie sztuki współczesnej. Nie przeładowane eksponatami olbrzymie przestrzenie wystawiennicze dają możliwość (mimo tłumów zwiedzających) obcować z dziełem. A jest ich trochę. Są tulipany Koonsa i „pajęcza” Maman Bourgeoisa, i Kokoschka, i Miro, i Warhol, i płótna abstrakcjonistów i ekspresjonistów, itd itd itd… godzinami można błądzić po labiryncie sztuki…














O ileż tam fatałaszków było! W bydgoskim Muzeum Okręgowym – wystawa czasowa „Od princeski do New Look. Ubiory damskie z kolekcji Adama Leja”. Na dwu piętrach, moda damska tak od końca XIX wieku do połowy XX. Ciekawie opowiedziana wystawa. Chronologicznie – to jasne bo aż kusi by tak opowiedzieć. Ale w wędrówce przez kolejne dziesięciolecia, pokazano zarówno odzież wierzchnią jak i „niewymowną”, projekty bardzo znanych Domów Mody i projektantów (np. Jeanne Lanvin lub Charles Frederick Worth) jak i tych mniej, biżuterię, akcesoria modowe, buty, ale też stroje dedykowane na przykład na plażę lub na okoliczność większych wydarzeń w życiu, większych wyjść wieczornych lub chęci uprawiania sportu. Czasem uzupełnieniem jest fotografia z epoki w tle, czasem nienachalnie zaaranżowane wnętrze, delikatnie muzyka się sączy i otula całość na przykład charlestonem. Całość dobrze dopełnia ekspozycja światła. Dobrze, że takie wystawy się dzieją. Historia ubioru to przecież lustro przemian obyczajowych, społecznych, mentalnych nawet politycznych. Często strój nie jest przypadkiem ani fanaberią ulegania modzie. Może być znakiem, manifestem, buntem… Na bydgoskiej wystawie pokazane zostały głównie przemiany modowe i estetyczne na przestrzeni ok 60 lat. I dodać warto – pięknie pokazane, pięknymi artefaktami ![]()















Kiedyś był tu budynek zarządu Młynów Rothera (znowu ta literówka…
) obecnie jest to „Dom Leona Wyczółkowskiego”. W Bydgoskim Muzeum Okręgowym – spora kolekcja pracy i pamiątek po malarzu. Sam Wyczółkowski właściwie sprowokował to by w Bydgoszczy jego muzeum powstało. W 1922 roku przekazał sporą kolekcję sztuki wschodniej do Poznania a w zamian dostał dworek pod Bydgoszczą. Po śmierci malarza sporo jego prac trafiło do miasta, po wojnie II – kolejne i… Zadziało się muzeum! Sama ekspozycja pomyślana jest bardzo klasycznie, ale pięknie. To taki mieszczański dom. Ale dom artysty! Wiszą jakieś zdjęcia, zgaszona fajka, filiżanki w kredensie… Wszędzie ślady artystycznych uniesień, prawie czuć zapach terpentyny i oleju lnianego a tam podeschnięty werniks wieńczy dzieło. Opowieść zaklętą na płótnie. I światło zza uchylonych lekko, przypadkiem chyba, zasłon muska martwą naturę, prawie jak na płótnach Mistrza…









Sztetl żydowski w Chmielniku sięga swymi początkami XVII wieku. Wtedy na mocy przywileju osiedlili się tutaj Żydzi (prawdopodobnie o korzeniach sefardyjskich). Hmmm… natura nie lubi pustki, przestrzeń miejska chyba też… Bo przybywający do miasta Żydzi zaczęli zamieszkiwać w domach wypędzonych stąd wcześniej arian… Synagoga wzniesiona została w kolejnym wieku. Budynek w czasie II wojny światowej podzielił los wielu podobnych. Hitlerowcy zdewastowali wnętrze i ogołocone mury przeznaczyli na magazyn. Prace renowacyjne rozpoczęto dopiero w 2008 roku. We wnętrzu niemal nic się nie zachowało. Fragmenty polichromii, jakieś drobiazgi rzemiosła artystycznego. I w oparciu o tak nieliczne artefakty – powstało niesamowite wnętrze muzealno-wystawowe „Świętokrzyski sztetl”. Całość koncepcji opiera się o dwie przestrzenie – światło i cień. W Sali modlitw na środku, tam gdzie kiedyś przed laty faktycznie stała – jest bima. Ale odrealniona, nierzeczywista, szklana. Przez nią przenikają promienie światła, refleksy wspomnień, błyski obrazów minionych lat, zaklęte na kliszy fotograficznej twarze i historie… Z czasów gdy miasto harmonijnie tworzyły dwie religie, dwa narody, dwie kultury… Poza wnętrzem synagogi na dziedzińcu, wypchnięty celowo za nawias – cień. Budynek mroczny, pusty, trochę przerażający gdy zauważy się, że na ścianach nazwiska i imiona tych, którzy zostali zamordowani… Zamiast podłogi – kamienne wysypisko. Trzeba uważać by się nie potknąć w cieniu… O taki cień naprawdę trzeba uważać by się nigdy nie potknąć…
I znowu wychodzi na to, że światło i cień – cuda potrafią czynić…










Dwór inaczej zwany „Kałamarz” to siedziba główna Muzeum w Chrzanowie im. Ireny i Mieczysława Mazarakich. W połowie XIX wieku rodzina Loewenfeldów, budynek zaadoptowała tak by mógł służyć jako rodzinna rezydencja
Rodzina Loewenfeldów religijnie była patchworkowa. Z pochodzenia byli Żydami. Część – judaizm praktykowała, część była raczej tyko kulturowo związana z judaizmem, ktoś tam konwertował na katolicyzm, inna osoba na któryś protestantyzm… Co nie przeszkadzało im wcale wspólnie zasiadać do stołu i wspólne dzieła (kulturowe, społeczne i biznesowe) prowadzić. Może dlatego podobnie wygląda stała wystawa w „Kałamarzu” – osiem pięknych opowieści – pięknie wystawienniczo opowiedzianych.
Jest ekspozycja geologiczna, na której skały, minerały, kamolki wszelakie, z których część chętnie oprawiłabym jakoś gustownie przerabiając na biżuterię 😉 W tej samej przestrzeni wystawowej, spójna narracyjnie wystawa archeologiczna. W latach sześćdziesiątych XX wieku, pracownicy muzeum brali udział w okolicznych wykopaliskach a efekty tych badań – na wystawię leżą. W jednej gablocie nawet dość dosłownie… bo pełen szkielet ludzki niczym w sarkofagu spoczywa.
Dwie wystawy poświęcone kulturze i tradycji regionu. Chrzanów na przestrzeni wieków przechodził z rąk do rąk a były to często ręce szlacheckie. Stąd i pas kontuszowy i zbroja rycerska… ale i dary kolatorów dla chrzanowskiej parafii – np. XVII wieczny kielich mszalny lub misternej roboty krzyż z przedstawieniami drogi krzyżowej na rewersie. Mieszkańcy – wiedli natomiast życie proste i pracowite. Stąd i kołowrotek i stragan gdzie pohandlować w dzień targowy można… Ale też sklep, gdzie szwarc, mydło i powidło było do kupienia 😊 No i przedmioty związane z lokalnymi rzemieślnikami zrzeszonymi w cechy.
Kolejne ekspozycje poświęcone tym którzy założyli muzeum i tym którzy byli ostatnimi właścicielami dworku. Gabinet osobliwości pokazuje wszelkie pasje i zainteresowania dwojga nauczycieli – małżonków Ireny i Mieczysława Mazarakich, którzy muzeum założyli. Czegóż tam nie ma! Jajo bocianie, jakieś gniazdo, filiżanka ładna (a nawet kilka 😉 ), naczynko cynowe… A wszystkie „przydajki” misternie opisane i skatalogowane! Dwie sale kolejne dedykowane rodzinie Loewenfeldów. W „saloniku biedermeier” pamiątki rodzinne. Portret Róży z Asher Loewenfeld, zdjęcia dzieci w wieku wczesnym ale też śmiesznie pozowana fota wszystkich czterech synów wraz z ich małżeńskimi połówkami. Urocze meble, lustra, filiżanka w witrynce, bukiet ktoś na stoliku postawił… Ot salonik w którym pani domu, a pan domu pewnie i też odpoczywali, gości przyjmowali… Na piętrze sala dedykowana judaikom. Wygląda prawie jak synagoga! Bo parochetem zaaranżowany nieco na Aron Ha-kodesz na ścianie wisi, tuż obok bima a na pulpicie – Sefer Tora z chrzanowskiej synagogi, zmieszczonej nie tak znowu dawno… Przygotowana tak jakby zaraz miała być parsza czytana… Dookoła gabloty a w nich przedmioty które do świętowania się przydają jak ulał. Kilkanaście besaminek misternie zdobionych, piękne chanukije na oliwę i na świece, i XVII wieczne naczynie na etrog z Naumburgu. Ja nie wiem czy celowy to był zamysł ekspozycyjny, czy też przypadkiem tak wyszło – ale wyszło fajnie!
Fantastycznie pomyślana ekspozycja. Choć miejsca niewiele – wszystko spójnie i ciekawie opowiedziane. Ale… Z pewnego źródła wiem… że miejsca wystawowego niebawem ciut więcej będzie! 😊


















