Dzień: 2024-08-26 (Page 1 of 2)

Tajlandia – Bangkok, Leżący Budda

Bangkok kojarzy mi się z niewyobrażalną plątaniną kabli wiszących nad ulicami, (choć z perspektywy okna pokoju hotelowego na siódmym piętrze miasto to wygląda bardzo współcześnie by nie rzec nowocześnie) oraz z trzema odsłonami Buddy.

Leżący Budda (วัดโพธ) to jedna z najstarszych świątyń, a na pewno największa (80 tys. m2). Najważniejszym punktem kompleksu jest, co oczywiste – posąg leżącego Buddy. Gigantyczna, ponad 40 metrowa, cała błyszcząca złotem, postać Buddy wypełnia wnętrze pawilonu. Złota tu zresztą sporo. I trudno się dziwić. W tradycji buddyjskiej jest ono uważane za symbol słońca i ognia (przy wejściu można kupić płatki złota by okleić nimi – jako ofiarę – wybraną figurę Buddy).

Nieco dalej stupy czterech królów. Wraz z sąsiadującymi z nimi mniejszymi stupami i budowlami, tworzą bajkową scenerię. Misterne, wielobarwne zdobienia wyglądają niczym domki z piernika lub stosy świątecznych ciastek, które ktoś dla lepszego efektu obsypał garściami kwiatów. Choć sceneria bajkowa i landrynkowa, same stupy to po prostu grobowce, choć są też schronieniem dla cennych posągów. Podobną funkcję, spełniają stojące w szeregu pod ścianą posągi Buddy. Zwykle w ich cokołach umieszczane są prochy zmarłych. Szeregi złotych posągów przyciągają wzrok turystów, którzy często robiąc selfie na ich tle nie mają chyba świadomość, że ordynują sobie zdjęcie na tle cmentarza.

Wędrując po zakamarkach kompleksu można posiąść sporą wiedzę na temat tajskiego masażu. Na ścianach rysunki ludzi lub bogów z zaznaczonymi na ciele newralgicznymi dla masażu punktami. Gdzieniegdzie, wśród zieleni rzeźby ukazujące sam proces masażu. Swoją drogą wygląda to ciut karkołomnie. Dwie – trzy osoby splecione w dziwacznym, ni to uścisku, ni to walce, wyglądają dla niewprawnego oka delikatnie mówiąc dość osobliwie.

Tajlandia – Bangkok, Złoty Budda

Właściwie Leżący Budda sprawia wrażenie bardziej złotego, ale to inna świątynia ze znacznie mniejszych rozmiarów figurą został nazwana „Złoty Budda” (พระพุทธมหาสุวรรณปฏิมากร). Sama świątynia wzniesiona została dopiero w latach pięćdziesiątych XX wieku, ale posąg wieleset lat starszy, ma dość ciekawą historię.

Figura datowana jest na XIII wiek, a wykonano ją ze szczerego złota. Tak, cała figura to 5,5 tony cennego kruszcu! Nie należy się dziwić, że pokrywana byłą warstwami zabezpieczającymi. Nie po to by się nie zniszczyła ale po to by ustrzec ją przed pożądliwymi spojrzeniami. Jak coś jest wielkie i ze złota to rzadko wytrzymuje kilkaset lat historii w nienaruszonym stanie. Kamuflaż okazał się na tyle skuteczny, że zapomniano o figurze na 200 lat. Dopiero w XX wieku w czasie przypadkowych prac, gdy przez nieuwagę odprysnął fragment gipsu, odkryto cenne zawartość gipsowej skorupy. Tak to często przypadek lub niezręczny pracownik, decydują o odkryciu!

Tajlandia – Bangkok, Szmaragdowy Budda

Świątynia Szmaragdowego Buddy (พระพุทธมหามณีรัตนปฏิมากร) to część kompleksu pałacowego. Tę olbrzymią rezydencję zaczęto wznosić pod koniec XVIII wieku. Obecnie monarcha nie zamieszkuje tutaj ale nadal bywa – np. podejmując głowy innych państw. Tutaj także mają miejsce kolejne koronacje, tutaj nadal znajduje się biblioteka królewska i królewski harem – przy czym ta pierwsza jest pełna książek, a ten drugi dawno już pusty. Pośród licznych budowli kompleksu wzrok przykuwa mocno pucułowata cała złota czedi. Podobno w jej wnętrzu przechowywane są prochy Buddy.

Najcenniejszym i najświętszym miejscem jest świątynia Szmaragdowego Buddy. Szmaragdowy jest tylko z nazwy. W rzeczywistości jest to figurka (bardzo niewielka) wykonana z zielonego jadeitu. Podobno cudownie została znaleziona w 1424 roku. Uderzający w stupę piorun rozłupał budowlę ukazując posąg okryty gipsową skorupą. Osłona mimo uderzenia nie uległą zniszczeniu. Dopiero po latach kolejne jej warstwy miały stopniowo odpadać by odsłonić cenne wnętrze. Figurka wywożona była systematycznie z miejsca na miejsce, aż w końcu w 1785 roku uroczyście został wniesiony do nowo zbudowanej świątyni, w której rezyduje do dzisiaj. Trzy razy do roku Szmaragdowy Budda przebiera się. Ceremonialnej zmiany odzieży dokonuje zawsze król – w lecie zakładając posągowi koronę, w porze deszczowej szaty mnicha, a w porze chłodnej – złoty szal.

I tak sobie myślę, że to kolejny dowód na odciśnięte w każdym człowieku „linie papilarne” Najwyższego. Odległe kultury, cywilizacje i religie ale my – istoty ludzkie – na pomysły wpadamy jednakowe. Patrząc na stroje Szmaragdowego Buddy przypomniały mi się sukienki Praskiego Jezulatka…

Tunezja – Ar-Rijad

Niewielka miejscowość na tunezyjskiej wyspie Djerba – Ar-Rijad (Erriadh). Przez wieki zamieszkiwała tutaj spora społeczność Żydowska. Przez spoooore wieki, bo pierwsza grupa przybyła do Ar-Rijad (wtedy to chyba bardziej Hara Sghira) około VI w.pne. Diaspora rozwijała się prężnie gospodarczo, kulturowo i religijnie, czego i śladów w Ar-Rijad wiele. Niestety obecnie wspólnota liczy zaledwie kilkadziesiąt osób… Dlaczego? Pewnie z różnych powodów, ale seria zamachów terrorystycznych (także w synagogach zginęło wielu ludzi…) nie była bez znaczenia.

Ale ślady dawnej świetności są. Na przykład – kilkanaście synagog. Najbardziej znana jest sefardyjska synagoga Al-Ghariba (co znaczy cudowna). Została wzniesiona w miejscu, w którym mieszkała (i zmarła z wyczerpania) pewna młoda Żydówka, która uciekła ratując życie i zwój Tory… Faktycznie w synagodze przechowywana jest jeden z najstarszych zwojów Tory na świecie. Legendy i fakty czasem w życiu się przeplatają. Kiedyś synagoga miała dwanaście okiem (symbol 12 pokoleń Izraela). Podobno też wmurowany był w ściany synagogi kamień przywieziony ze zburzonej świątyni jerozolimskiej. Symboliczna łączność Jerozolimy i diaspor. Wnętrze synagogi podzielone jest na dwie sąsiadujące sale. Pierwsza pięknie zdobiona misternymi niebiesko – biało – brązowo– zielonymi mozaikami. Kolorowe szyby w oknach wpuszczają promienie słoneczne barwiąc je swoimi kolorami. Efekt – bajkowy! Obok mniejsza sala z bimą. W gablotach srebrne „ślady” pielgrzymów. Łukiem zaznaczone jest też miejsce gdzie miała być odnaleziona wspomniana wyżej Żydówka i cenny skarb, który przechowała. Małe zaskoczenie doświadczyłam wchodząc do synagogi. Lokalna tradycja tutejszej diaspory – wchodzącym do środka grupom turystów, przewodnicy kazali zdjąć buty. Kiedyś było to w praktyce np. Żydów jemeńskich lub w Maroku ale przetrwało chyba tylko w Dżerbie. Uprzejmy pan rozdawał też kipy mężczyznom (co oczywiste) a kobietom (tym w krótkich szorkach i mocniejszych dekoltach) też chusty. I znowu – przewodnicy instruowali, że chustą należy zakryć… włosy. Lokalny mix kulturowy a może zachowane praktyki z przeszłości. W sumie nie istotne… 🙂 Ale zaskoczenie miałam.

Obok synagogi – budynki służące jako hotel dla potrzebujących miejsca odpoczynków pielgrzymów. Do Ar-Rijad przybywają bowiem pomiędzy Pesach a Szawuot, rzesze pielgrzymów. Powód? Szczególnie uroczyste obchody półświęta Lag ba -Omer (Święta Uczonych). To święto radości, odcinania się od tego co smutne i jedyny w tym czasie dzień, kiedy można stanąć pod chuppa i organizować imprezy. 😊

A ja się zastanawiałam dlaczego mi się tutaj tak podoba… 😉

Tunezja – Chebika

To szczęście mieć oazę – miejsce do którego się z radością jedzie, gdzie czuje się szczęśliwie, spokojnie, tak po prostu dobrze… Przez jakiś czas Berberowie mieli taką oazę Chebika w tunezyjskich górach Atlasu. W starożytności była tu rzymska osada (civitas) Ad Speculum.  Nazwa trafna! W oazie woda tworzy niesamowity klimat. Niewielkie zielono turkusowe w którym przeglądają się ugrowe skały, potem strumyk wijący się wąwozem i takie kolejne, małe „lustro” do którego wpada równie mały wodospad. A całość otulona zielenią krzewów i pióropuszami palm. Tuż obok ruiny miasteczka Chebika. Wcale nie straszą, jak wiele podobnych w różnych zakątkach świata. Wręcz przeciwnie, wydają się być szyte na miarę do jakiejś fot sesji, bo i forma i kształt i kolorystyka stapiająca się niemal całkowicie z kolorem skał. To tak trochę wygląda jakby twory architektoniczne wyłaniały się w sposób naturalny z natury. „Architektem” w tym przypadku była powódź z 1969 roku która zniszczyło wioskę. Nową wybudowano nieopodal, a mieszkańcy zajmują się głównie turystyką i oprowadzaniem przyjezdnych – tak przez stara Chebikę, potem ścieżka w górę by panoramę podziwiać, a potem w dół do oazy. W sumie mądrze, bo po spacerze w pełnym afrykańskim słońcu, na patelni zbocza góry, podwójnie docenia się przyjemny cień i chłód wody w oazie… Taka trasa do podziwiania okoliczności przyrody (i jej mocy…). 😊

Ale faktycznie pięknie tu i filmowo… Ten akurat anturaż wybrali reżyserzy „Angielskiego pacjenta” i „Nowej nadziej” gwiezdnych wojen.

Tunezja – Chenini

Takie miasto, że wiatr tylko śwista w szczelinach murów… Ale urokliwe kosmicznie! Tunezyjskie Chenini. I nie bez powodu taki epitet zaordynowałam bo jak wiele wiele wiele miejsc w Tunezji – Chenini też się reklamuje jako plan zdjęciowy „Gwiezdnych wojen”… Kiedyś było tutaj berberyjskie miasto-spichlerz. Fajnie przyklejone do zbocza wzniesienia a właściwie w większości wykute w tym zboczu. To sprzyjało ufortyfikowaniu Chenini – z założenia był to ksar. Najstarsze zabudowania datowane są na XII wiek. Właściwie to trudno nazwać to miejsce archeologicznymi pozostałościami albo zrujnowanym miastem. OK samo ksar – to historyczne, jest opustoszało (głównie z powodu problemów z wodą) ale u podnóża mieszkają nadal Berberowie (ze społeczności kilkutysięcznej pozostało około 500 osób). Głównie artyści i rolnicy. Ci drudzy, opustoszałe miejscówki czasem nadal wykorzystują jako spichlerze. Więc czy Chenini takie bardzo wyludnione? Ale wrażenie robi. Trzeba się wdrapać na górę (co przy przypiekającym słonku – taka sobie przyjemność… ) A potem widoki po horyzont! A i pozaglądać w zakamarki dawnych spichlerzy można.

Wszystko jest w kolorze ugier palony i sepia… Niby monochromatycznie a kolorowo… I w tej masie wielobarwnego brązu jeden śnieżnobiały punkt – meczet z minaretem. Niby maleńki ale przez swoją wyjątkowość barwy – pełnił funkcję swoistej latarni (no nie powiem, że morskiej ale „robotę” miał podobną 😊 ) dla przechodzących karawan.

Tunezja – Djerba

Wyspa jak malowanie! No może nie cała ale są zakątki na Djerbie gdzie malowana jest par excellence. Djerbanood to projekt zapoczątkowany w 2014 roku, który polega na zaproszeniu do pracy twórczej artystów street art z całego świata. Budynków z bielonymi ścianami sporo – wystarczyło te ściany udostępnić by zrobiło się iście kolorowo i artystycznie od setek murali. W rezultacie ulice zamieniły się w labirynt dla poszukiwaczy murali. A całość robi takie wrażenie jakiejś „komuny” artystów zmiksowanej z tradycją orientu i Afryki berberyjskiej…

Sama Djerba była podobno miejscem zamieszkania Lotofagów. Tacy ludzie żywiący się lotosami. Przez takie a nie inne menu, żyli sobie w takim trochę matrix sennym. Skąd wiemy? Bo Odyseusz spędził tu kilka chwil w trakcie swoich przygód, bo pod wpływem lokalnych potraw zapomniał po co właściwie się z domu ruszył…;) I jestem skłonna uwierzyć w opowieść. Djerba a i całą Tunezja potrafi kusić by ją zwiedzać, by sobie tu pobyć, by tak leniwie patrzeć jak w kolorowym anturażu czas przecieka powoli przez palce…

Houmt el Souk to stolica Djerby. Niewiele tam zabytków ale warto zobaczyć czternastowieczny twierdzę hiszpańską. Jest chyba najlepiej zachowaną tego typu budowlą na Djerbie. Wewnątrz ciekawe mauzolea. Historycznie – warto też zerknąć do Meninx w El Kantara. To stanowisko archeologiczne z czasów fenickich i rzymskich.

Guellala natomiast słynie z garncarstwa. Tradycja garncarstwa od starożytności jest tu pielęgnowana. Przy ulicach, jeden obok drugiego, rodzinne i działające od pokoleń garncarnie. Zobaczyć (i kupić) można fantastyczne wytwory z gliny, większe i mniejsze amfory, naczynia, bibeloty… Sam proces produkcyjny też za drobną opłatą prześledzić można na miejscu. Towarzyszy się narodzinom własnego garnka 🙂

Tunezja – El Jem

Co łączy tunezyjskie El Jem z francuskim Nimes lub Arles, albo chorwacką Puli lub włoskim Rzymem? Gigantyczne amfiteatry! Ten w Rzymie – najbardziej znany i największy bo na 70 tys. widzów. Ale tunezyjski – też niczego sobie. Ma miejsce „na pudle” z wynikiem 35 tys. widzów. Był największym amfiteatrem w Afryce. Czasem nawet nazywany jest podobnie jak rzymski jego brat – Koloseum Thysdrus. Co to amfiteatr? To takie miejsce do zaspokojenia potrzeb definiowanych rzymską dewizą „chleba i igrzysk”. Widownia w kształcie koła lub owalu a po środku arena, na której walki gladiatorów, polowania na dzikie zwierzęta i takie tam „igrzyska” ku uciesze publiki… Amfiteatr w El Jem (starożytne Thysdrus) jest trzecim wzniesionym tutaj. Miasto zasobne było to i stać ich było. Pozostałe dwa (mniejsze znacznie) zachowały się jedynie w bardzo szczątkowych fragmentach. Ten, który można obejrzeć – to nie dość że ogromny, to jeszcze w zupełnie niezłej kondycji! To faktycznie gigant. Obwód po elipsie to 427 metrów a wysokość 36 metry. Kawał architektury! Dookoła – trzy poziomy arkad. Pierwsza i najwyższa – korynckie, a środkowa kompozytowa. Zupełnie nieźle zachowała się też arena. I jeszcze jeden szczegół. To przecież Afryka – wiec bywa gorąco… 😊 Ale w amfiteatrze, upału się nie odczuwa. Nadal, mimo że budynek nadgryziony czasem, wiatr przyjemnie chłodzi spacerujących po kolejnych kondygnacjach turystów. Klimatyzację zainstalowali, zmuszając wiatr by sobie wiał na widzów. 😉 No Gordian I miał rozmach, bo to prawdopodobnie on był inicjatorem budowy. A co się tam działo? Ano to co zwykle w takich obiektach: gladiatorzy, dzikie zwierzęta, publiczne egzekucje skazańców – ot igrzyska. W VII wieku zdarzyło mu się robić za twierdzę, gdy broniła się w jego murach księżniczka berberyjska Al.-Kahina. W XVII wieku zaczęto amfiteatr wykorzystywać jako swoisty „kamieniołom” z już obrobionymi kamieniami… Z bloków kamiennych pozyskiwanych z amfiteatru powstały okoliczne zabudowania i meczet w Kairouan.

Swoją drogą czasem trudno uwierzyć, że Afryka była ważną i elitarną częścią Imperium Romanum, że Afryka była miejscem bardzo prężnie rozwijającej się diaspory Żydowskiej, że Afryka była miejscem też najprężniej rozwijającej się kultury chrześcijańskiej… Ślady wciąż są… Czasem misternie pielęgnowane i chronione przed zapomnieniem… Hmm…

A tak w ogóle to „tunezyjskie Koloseum” jest jednym z najlepiej zachowanych zabytków tego typu w Afryce i jest na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. I dobrze! 😊

Tunezja – Kairuan

Jeśli ktoś praktykujący islam mieszka bliżej Tunezji a popielgrzymować chce bo i tak ma obowiązek – to może do Kairuanu. Taka tylko drobna różnica, że ciut więcej razy niż do Mekki lub Medyny by wypełnić obowiązek nadany przez zasady religii. W samym Kairuanie dwa ważne meczety. Starszy, z metryczką VII wiek (czyli tak mniej więcej równo z założeniem samego miasta) to Wielki Meczet, inaczej nazywany Meczetem Sidi Okba. To Sidi Okba założył i miasto i tenże meczet. Przy czym tak by być precyzyjnym, to co teraz można oglądać jest dwa wieki starsze. To jeden z większych meczetów w Afryce. Można do niego wejść dziewięcioma bramami, przy czym jako że muzułmanką nie jestem – mogłam wejść tylko przez jedną z nich wyznaczoną dla niewiernych. Za bramą ogromy dziedziniec z cysterną na środku (pod dziedzińcem oczywiście 😊). Dookoła kilkaset kolumn otula dziedziniec a każda z innym kapitelem. Pewnie dlatego, że są z odzysku z budowli rzymskich, bizantyńskich i innych chrześcijańskich, co np. po symbolice widać… Sala dedykowana modlitwie też cała w kolumnach. Jest ich ponad 400. Ładne miejsce takie w klimacie przypominającym mauretańską Hiszpanię. 😊 Drugi meczet to Meczet Cyrulika (inaczej też Meczet Fryzjerów albo Zawija Sidi Sahab). Znany z dwu powodów. Po pierwsze jest tu pochowany Abu Zama el-Belawiego – przyjaciel Mahometa. Po drugie w tym meczecie (z powodu bliskości miejsca pochówku Abu Zama) dokonuje się obrzezania chłopców. Tak tuż przy grobowcu. Też trafiłam na obrzęd. Kiedyś robili to cyrulicy, teraz dokonują go lekarze, pod znieczuleniem i całkowicie bezboleśnie dla chłopców. Obrzęd jak obrzęd. Ale troszkę zirytowało mnie zachowanie turystów, którzy przez okna zaglądali by zobaczyć bardzo dokładnie obrzęd. Zaglądanie – ok, ciekawość innej kultury i religii – mogę zrozumieć, ale robienie przez okno fotografii w tak intymnym momencie – to GRYUBA przesada. Podziwiałam krewnych chłopców, że uprzejmie nie zareagowali, jedynie z niesmakiem i lekkim zdziwieniem patrzyli na „gości”…

Gdy się już miejsca sacrum zobaczyło (lub nawiedziło) warto też połazić po medynie. Gmatwanina uliczek i straganów, a większość w bielach i błękitach. W zaułkach poukrywane iście pałacowe wnętrza, czasem kryją jakieś restauracyjki, czasem można robione na miejscy dywany kupić (z których zresztą region i miasto słynie), ale tak w anturażu iście płacowych przestrzeni… Ach! No i jeszcze Baseny Aghlabidów z IX wieku. Tam przechowywano wodę dla całego miasta.

Fajne błękitno – białe miejsce…

Tunezja – Kartagina

W IX w pne Fenicjanie Kartaginę założyli. W znaczeniu – miasto (stąd zresztą nazwa – w wolnym tłumaczeniu „nowe miasto”), ale dość szybko w poważne imperium się przepoczwarzyło, bo i w miejscu mocno strategicznym politycznie i handlowo powstało. Pierwszą władczynią Kartaginy była legendarna Elissa. Była przedsiębiorczą i mądrą kobietą (czy historyczną postacią – cóż… opinie są sprzeczne), na tyle że w literaturze ją opiewano. Na przykład w Eneidzie, ale i od czasów nowożytnych często na kartach lub na scenie gości. Wojny Punickie nadszarpnęły Kartaginę (na tyle mocno, że podobno teren po zdobyciu zaorano i posypano symbolicznie solą…) ale potem jako kolonia rzymska – znowu się rozwija. W czasach Hafsydów i krzyżowców miasto miało pod górkę. Tak czy tak Kartagina była jednym z najdłużej istniejących i największych państw starożytności. A dzisiaj… Dzisiaj można pozwiedzać parki archeologiczne, ślady dawnej świetności. Na przykład ogromne termy Antoniusza. Naprawdę ogromne. Były kiedyś trzecimi co do wielkości termami w Imperium Rzymskim. Baseny z ciepłą i zimną wodą, sauny, sale gimnastyczne itd. itd. Wodę do term doprowadzał sporej wielkości akwedukt. Jest też amfiteatr, a właściwie jedynie zachowane niewielkie elementy jego, niższe poziomy gdzie trzymano np. zwierzęta przed pokazami. Nieco dalej wzgórze Byrsa a tam ślady punickiej Kartaginy. Trochę pomników, rzeźb, lapidaria… Przy wysiłku wyobraźni można zobaczyć budynki, ulice a nawet jak kto ma wyobraźnię mocniej rozbudowaną to i gwar ulic miasta usłyszeć w szumie drzew… Może po tych kamieniach chodził sam Hannibal?

« Older posts

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑