Dzień: 2024-08-18 (Page 1 of 5)

Toruń – Ruiny zamku krzyżackiego

Są smoki, które z jakiegoś nieznanego powodu znikają… (niezmiennie podtrzymuję, że w zeszłym roku widziałam uroczą i dużą figurę Bazyliszka nieopodal Karowej w Wawie). Są takie, które od 50 lat pozują do sesji fot u stóp Wawelu. Są też takie które wiosenną porą wyłażą z ukrycia i łypią okiem albo wpadają w odwiedziny do mieszkających nieopodal mieszczan. Tak miał smok toruński. 😊 W kancelarii miejskiej do niedawna podobno była relacja z połowy XVIII wieku, w której aż dwu światków potwierdzało, że gada widziało i basta! Ja im wierzę… 😉 Świadkowie plątali się w określeniu smoczego koloru. Świadkowa dokładnie opisała kolory, świadek – uznał. że smok był czarny. Ten którego teraz można w Toruniu odwiedzić – bardzo pięknie smoczo kolorowy i połyskujący w słonku. Tylko biedaczysko zamknięty w klatce na kłódkę olbrzymią. A tak milutko i czule spoziera błękitnymi oczętami…

Jak smok to i jakiś zamek by się przydał na przykład. Toruński gad pojawił się nieopodal zamku krzyżackiego. Przy czym smoka się nie przestraszyłam – bo generalnie lubię. 😊 Za to zamku – troszkę tak… 😉 To znaczy ruiny zamku – ok. Dobrze oznaczone. Tabliczki informują, że tu komtur a tu cele zakonników a tam kapitularz itd. itd. Całość przyzwoicie zachowana. Za to podziemia… hmmm… Izba tortur, która jakby to powiedzieć… trochę Halloween trąci, nawet jakieś pojękiwania słychać i uchylające się kryptki z których szkieleciki wyłażą… potem kolejne sale gdzie beczki i butelki z trunkiem jakimś zacnym pewnie, w kolejnych manekiny poprzebierane w stroje udające fatałaszki z epoki i poustawiane tak że istnieje podejrzenie iż te beczki z wprawą opróżniły… Na koniec makieta zamku w otoczeniu świecących plastikowych tulipanów…. Tak że tak….

Ale o zamku. To pierwsza bodaj warownia krzyżacka na ziemiach chełmińskich. Zbudowana została w XIII wieku ale modernizowana do XIV. W połowie XV wieku (1454 r.), Krzyżacy zostali „poproszeni o opuszczenie zamku”. 😉Jakoś mieszkańcom Torunia ich towarzystwo przestało odpowiadać. Zamek szybko zaczął popadać w ruinę a mieszkańcy mocno się do tego i celowo (po zdobyciu warowni) przyczynili. W 1966 zaczęły się porządki i prace archeologiczne. Obecnie zamek wpisany jest na światową listę UNESCO.

Tyniec – Muzeum w Tyńcu „W klasztornej aptece”

Wystawy prezentowane w Muzeum w Tyńcu, mogę polecać w ciemno! Wystawienniczo i merytorycznie – chapeau bas! I tym razem też… „W klasztornej aptece”. Niewielka sala ekspozycyjna na parterze. Wchodzę. Otula mnie cudowny zapach suszonych ziół… No kurcze… Jako deklarowana wiedźma (taka od wiedzieć! 😎 ) myślę – no u siebie jestem! Zostaje!

Faktycznie na wystawie mnóstwo suszonych specjałów, które w zielnikach, infirmeriach oraz aptekach klasztornych pojawiały się od wieków średnich. W sumie w kuchniach też, bo to i zdrowe i smaczne 🙂 . Wystawa opowiada o zgłębianiu wiedzy medycznej w klasztornych – za murem klasztoru, ale i o prowadzonej zorganizowanej i profesjonalnej opiece medycznej dla ludności.

Jest co oczywiste zaułek Hildegardy z Bingen, i poważne księgi medyczne i ziołolecznicze traktaty, mnóstwo naczynek i narzędzi do sporządzania mikstur, trochę rycin… Aż dziw, że na tak małej przestrzeni wystawienniczej tyle eksponatów. I wcale nie ma wrażenia stłoczenia. No pięknie i pachnąco!

Warszawa – Muzeum Archidiecezjalne „Sacrum profanum”

By pójść do Muzeum Archidiecezjalnym w Warszawie kusiła mnie czasowa ale od stałej zacznę. Muzeum założono w 30 latach XX wieku, przy czym do obecnej siedziby przeniesiono zbiory w 1980 r. Spora kolekcja i to nie tylko „sacraliów”, i to z najwyższej półki. Dürer, Bassano, Wyspiański, Pankiewicz, Malczewski, Beksiński – sporo… Nienajgorsze też rzemiosło artystyczne. Całość na trzech poziomach, przy czym w części są przestrzenie dla wystaw czasowych. Na poziomie -1 – sztuka sakralna, na poziomie 1 – meble, rzemiosło, pamiątki, właściwie wszystko co mają…

Sporo tu niestety niedociągnięć wystawienniczych. Obiekty w większości przypadków nie są opisane – a przecież do muzeum chadzają nie tylko specjaliści w dziedzinie… Oświetlenie woła o pomstę do nieba! Problem zwłaszcza z obrazami olejnymi, ale i szkło odbija nieprofesjonalnie ustawione światło. Rezultat – obiekty (świetne przecież) za nic obejrzeć w pełnej krasie nie idzie! Jakaś narracja zapewne jest – ale mocno skomplikowana. 😉 Faktycznie sacrum z profanum zmiksowało się idaelnie… Część eksponatów chyba przypadkowo ktoś powiesił tak a nie inaczej… Sąsiedztwo kaloryfera, tło w postaci szybu windy, dziury w ścianie, czajnik walający się w przestrzeni wystawowej, rozwalające się krzesła… to tak trochę norma w każdej z sali. Jeśli dołożymy do tego kompletny chaos i nagromadzenie eksponatów trochę bez składu i ładu – to w rezultacie wystawiennicza mizeria…

Warszawa – Muzeum Archidiecezjalne „Jerzy Tchórzewski. Inne spojrzenie. Prace z kolekcji prywatnych”

„Jerzy Tchórzewski. Inne spojrzenie. Prace z kolekcji prywatnych”. Pretekstem – 20 rocznica śmierci artysty. Jego prace równocześnie wystawiane są w Kordegardzie i w Warszawie – taka koncepcja dwugłosu. To fajna myśl. Sacrum i profanum, przy czym profanum (a dokładniej tematy erotyczne) w Kordegardzie, a sacrum w Warszawie (głównie tematy duchowość, wiara). Tchórzewski ze swoim malarstwem tak trochę pomiędzy surrealizmem a abstrakcją, z niedopowiedzeniem, z narracją prowadzoną nie wprost, doskonale uruchamia emocje. Ten moment zaskoczenie, gdy widz nieświadomy tego na co patrzy, nagle odkrywa figuratywne przedstawienie i szepcze – pieta…

Wystawienniczo – jak w całym muzeum – mizernie. Porozrzucane krzesła, dziury w ścianie, kable pozwijane w kokony tak centralnie pomiędzy ikonami, porzucone elementy czajników… szkoda. Bo prace naprawdę niezłe a ekspozycyjnie kompletnie nieprofesjonalnie…

Warszawa – Muzeum Azji i Pacyfiku „Barwy holi”

Niebawem kolejna czasowa się pojawi w warszawskim Muzeum Azji i Pacyfiku (i zapowiada się pysznie! 😊 ) więc tak wspominkowo jedna z czasowych, które się już zakończyły jakiś czas temu. Super kolorowa wystawa „Barwy holi”. Tak na pograniczu Indii i Nepalu było kiedyś Mithili. Tam właśnie kobiety stworzyły specyficzną formę malarską – malarstwo mithilskie. Początkowo na ścianach domów a z czasem też na papierze. Mocne intensywne barwy, charakterystyczny kontur jakby poruszony albo z cieniem oraz trzy główne odmiany form: barwny (bharni), kaćni (linearny) i godna (tatuażowy) – to właściwie główne cechy.

Muzeum Azji i Pacyfiku ma szczęście posiadać jedną z największych na świecie kolekcji tych obrazów – czym się w trakcje wystawy pięknie pochwaliło! Można było obejrzeć same prace ale i proces ich tworzenia, barwniki, narzędzia malarskie. Tu i tam pojawiały się i znikały na podłodze wizualizacje wzorów, jakby subtelnie sugerując kierunek zwiedzania. Delikatna muzyka, jakiś nienachalne dźwięki… można coś dotknąć, powąchać… Wszystkie zmysły zaangażowane! Więc powiedzieć, że ta wystawa pyszną była – chyba nadużyciem nie jest 😊 Choć chyba lepiej – ociekającą barwami!

Warszawa – Muzeum Archidiecezjalne „Psalmy – wystawa ikon”

„Psalmy – wystaw ikon”. Jeśli ktoś spodziewa się klasycznych wschodnich ikon – to nie tutaj. Ale jeśli ktoś chciałby zobaczyć niezły kawałek sztuki inspirowanej starotestamentalnymi Psalmami – to właściwe miejsce! Wystawa jest pokłosiem XI Międzynarodowych Warsztatów Ikonopisów w Nowicy. Prace – czasem mocno osadzony w tradycji bizantyjskiej/bizantyńskiej ( 😉 ), czasem z bardzo nowatorskim podejściem do ikonopisarstwa, zawsze jednak mocno prowokują do modlitwy, a przynajmniej zadumy…

Wystawienniczo – jak w całym muzeum – kaszana. Porozrzucane krzesła, dziury w ścianie, kable pozwijane w kokony tak centralnie pomiędzy ikonami, porzucone elementy czajników… szkoda. Bo prace naprawdę niezłe a ekspozycyjnie – ma się wrażenie jakby się przypadkiem do składziku weszło…

Warszawa – Galeria ART

Przechodziłam tamtędy wiele razy. Fasada – zawsze przykuwała moją uwagę. Galeria ART – prowadzona przez Okręg Warszawski Związku Polskich Artystów Plastyków. Tym razem – weszłam. To kompleks galerii pod wspólnym adresem. Przestronne przestrzenie wystawowe. Cisza głucha prawie. Z jednej strony sprzyja kontaktowi z dziełem malarskim – z drugiej aż kłuła w uszy. I każdy stukot obcasa było słychać jak werble. Załapałam się na dwie wystawy. Tak rzutem na taśmę bo w ostatnim dniu. Marek Kotarba „Kotarbany underground”. Prace, które łączą połyskującą biel porcelany z intensywną w barwie warstwą malarską. Takie łączenie form i struktur. Interesujące, intrygujące… Na parterze – Marek Dzienkiewicz „Malarstwo”. Trochę form abstrakcyjnych, trochę kompozycji opowiedzianych – jak np. mój ulubiony Dzienkiewicza – „Koncert”. I tu faktycznie troszkę brakowało mi dopełnienia jakiegoś dźwiękiem. Nawet telewizor niemo wyświetlał film z wernisażu. Ale może cisza lepiej sprzyja myślom i decyzjom – którą pracę nabyć drogą kupna. 😊

Warszawa – Muzeum Azji i Pacyfiku „Podróże na Wschód”

Ale mi się cymes trafił! Ja wiedziałam, że po Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie dobrych wystaw można się spodziewać ale nie wiedziałam, że aż tak dobrych! 😊 Kilka lat temu byłam w tym muzeum ostatnio. Wówczas trafiłam na zmianę ekspozycji stałej – i była tylko mała sala „strefa dźwięku”. Aktualnie jest jedną z części wystawy stałej „Podróże na Wschód”. Ale nadal to dźwięk prowadzi widza od samego początku wystawy. Najpierw kraje arabskie potem Mongolia, wyspy Indonezji, Kazachstan, Afganistan… W sumie to pięć części: Azja Południowo – Zachodnia, Azja Centralna, Mongolia, Indonezja i ostatnia część to już wspomniana (i odwiedzona przeze mnie kiedyś tam 😉 ) Strefa dźwięku. W kolejnych częściach zmienia się muzyka, która sączy się gdzieś delikatnie w tle. Wchodzimy do sali, nieco ciemnej, w której eksponaty niczym w teatrze podświetlone wybornie i wydaje się, że to już koniec wystawy a tu nagle gdzieś z boku jakieś inne dźwięki kuszą by zaglądnąć zza węgła i zobaczyć, że tam jest przejście do kolejnej azjatyckiej opowieści. Azja Poł-Zach jest niewielka – kilka gablot, płynnie przechodzi w Azję Centralną, gdzie na środku suk a w nim jak to na bazarze – różności! Od koni począwszy a na biżuterii skończywszy 😊 W części mongolskiej na środku jurta, aż kusi by przysiąść i odpocząć nieco. A w części indonezyjskiej – pendhapo. To ciekawie pomyślana aranżacja, która nie tylko rozłamuje klasykę ekspozycyjną gablot ale i ciekawie focusuje widza. Nie ma wątpliwości gdzie „się jest” i jakie kultury się ogląda. Fantastyczne stroje z regionów, piękna biżuteria i rzemiosło, troszkę broni, sporo instrumentów. No pięknie!

Czy znalazłam jakieś minusy? W sumie nie, choć może… zabrakło mi opowieści o azjatyckich zakątkach, które mi osobiście są dość bliskie 😊 Ale żeby o całej Azji i Pacyfiku opowiedzieć choćby pobieżne – muzeum musiałoby być dziesięć razy większe (czego i życzę!). Choć i tak mam nadzieję, że ekspozycja będzie się rozrastała o nowe przestrzenie wystawowe i pojawią się również te zakątki, na które czekam 😊 Na teraz – pięć plus.

Warszawa – Muzeum Azji i Pacyfiku „Strefa dźwięku”

Do głowy by mi nie przyszło, że smoki takie muzykalne są!!! A tu jednak. 😊 Na wystawie w warszawskim Muzeum Azji i Pacyfiku – królują! Choć tak naprawdę wystawa jest o muzyce, dźwiękach, śpiewie, tańcu. I wszystko w perspektywie Azji – co zrozumiałe. Niewielka sala. Przyjemny półmrok. Sączą się dźwięki. Wirują tancerki. W gablotach stado instrumentów, których nazw nie bardzo nawet potrafię wypowiedzieć. No i na większości z nich motyw smoczy. Fajne… ostatecznie śpiew i umiejętność tworzenia muzyki to przywilej człowieka (właściwie to niewielkiej grupy ludzi – ale… ). Pewnie smoki mają tak samo…

Muzeum Azji i Pacyfiku pamiętam sprzed kilku laty. Byłam tam na organizowanej przez nie konferencji kostiumologicznej. Miło wspominam – zarówno konferencję jak i zwiedzaną wówczas wystawę. Aktualnie przygotowywana jest nowa i zobaczyć można tylko te niewielką ekspozycję „Strefa dźwięków”. Ale i dla niej (w oczekiwaniu na otwarcie tej nowej 😊 ) warto muzeum odwiedzić.

Warszawa – Muzeum Bazyliszka

Hmmm… W Warszawie jest Muzeum bazyliszka! I… Właściwie to wszystko co miłe na ten temat. To znaczy fajnie, że powstało bo Warszawiacy o swoim smoku mizerniej jakoś pamiętają. Ale to „muzeum” jakby to powiedzieć żeby tylko trochę, obrazić…. trzy pomieszczenia (czwarte to sklep z minerałami), w których figury rodem z lunaparku chyba, prehistorycznych zwierząt i legendarnych stworów. W większości pojęcia nie mam co mających wspólnego z bazyliszkiem lub jakimkolwiek innym smokiem. W szafkach smutno stoją pojedyncze figury gadów, rodem ze sklepu z azjatyckimi pamiątkami. O bazyliszku – w ostatniej sali. Klatka. W niej „Bazyli” siedzi i pilnuje półszlachetnych minerałów. Przy klatce skamieniały manekin nieletniego mocno chłopca. Choć pewnie nie od smoczego wzroku. Może tak dla rozrywki – ostatecznie na tej wystawie siedzi na stałe…

Sam pomysł muzeum smoczego – fantastyczny!!! (taka podpowiedź dla włodarzy innych smoczych miast a jest ich w samej Polsce dwadzieścia kilka). Ale… Jakby to ładnie…. Lubię odwiedzać muzea do których mam ochotę przyjść ponownie… Do tego nie chcę… I jeszcze jedno. Ja wiem – w dobie gdy powstają „akademie pieroga” gdzie się „garmażerkę” sprzedaje, trudno się dziwić wykorzystaniu niekonwencjonalnemu różnych słów. Tak z umiarkowaną zgodnością z ich definicją. Zastanawiam się jednak co obecnie mieści się w definicji „muzeum”. Ktoś kto skuszony nazwą wchodzi – spodziewa się przecież określonego produktu.

« Older posts

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑