Święto Starej Synagogi w Krakowie – Jom Riszon (bo w niedzielę ) Nie wiem czy rokrocznie tak jest (pierwszy raz w tym na tę okoliczność tam poszłam ) ale w tym roku zbiegło się terminem z Simchat Torah. I w rezultacie we wszystkich synagogach Krakowa miało być radośnie i tanecznie. Ale co w Starej (od wielu lat to oddział Muzeum Krakowa)? Było oprowadzanie i były wykłady a na koniec dnia koncert. „Mojsze Band” ze Słowacji, w repertuarze klezmerskim. Faktycznie, zgodnie z zapowiedzią to takie trochę neo-klezmer było. W sumie jest w tym logika. Na Słowacji Moishi (klezmerzy) znaleźli nowe brzmienie łącząc melodie klezmerskie z brzmieniem rodzimym Słowackim. Muzycy w świetle tego, że teraz Izrael walczy z atakami terrorystycznymi, zmienili w ostatniej chwili program koncertu. Oj…. wyjątkowo wybrzmiał na początku szofar… A na koniec był „Ya’aseh shalom”. I klaskanie i śpiew razem, jakoś tak w sumie wesołe. Przecież dzisiaj Simchat Torah!
Pierwszy Klezmerski festiwal na krakowskim Kazimierzu. Jedno z wydarzeń – ślub i wesele Żydowskie. W opisie, że inscenizacja – i tego się spodziewałam. A sądząc po wysokiej cenie biletu – spodziewałam się arcyciekawej i z rozmachem inscenizacji… W opisie, że z ul. Szerokiej Panna młoda jedzie do Tempel. Ale na Szerokiej nie wiedzieli nic a i w synagodze Pani (chyba z organizacji widowni) zasugerowała żeby tu poczekać i wejść bo tam się nic nie będzie działo i nie ma sensu, zwłaszcza że ona nie wie dokładnie gdzie jest start. Przy czym tłoczących się w upalnym słońcu przed wejściem widzów zaczęto wpuszczać do wnętrza „ubranego” ku zaskoczeniu wszystkich w rusztowania, minutę przed spektaklem (wydarzenie nie miało szans rozpocząć się zgodnie z planem. Opóźnienie było spore)… A sam spektakl. Aktorzy – pełen profesjonalizm i robili naprawdę co w mocy! Rabbi (Henryk Rajfer) – SUPER. Gdyby nie był aktorem to pewnie studiowałby Torah i za Rabbi robił w dowolnej gminie z sukcesem. Chciałabym zobaczyć go na deskach teatru (pewnie się do Wawy wybiorę na tę okoliczność). Para młoda (Izabela Rzeszowska i Piotr Chomik) – równie świetni. Całość – (na początek trochę kabaret, potem krótka inscenizacja ślubu i potem krótki koncert) nie mieściła się na małej przestrzeni. Może odbiór byłby inny gdyby chuppah przed synagogą była? Bo swoją drogą – jak to ślub we wnętrzu synagogi? Właściwie to sama nie wiem co myśleć o tym wydarzeniu… W każdym razie – szacunek dla aktorów!
Organizacyjnie – baaaaaaardzo dużo do nadrobienia…. Oszczędzę szczegółów, trzymając kciuki by następnym razem (jeśli taki w ogóle nastąpi) się poprawiło!
Synagoga Tempel otulona bajkowym światłem… W tym anturażu koncert „Muzyka Żydów Polskich”. I jak tytuł zapowiadał były utwory i tych bardzo znanych i tych nie znanych zupełnie, tych żyjących i tych niestety już nie. Między innymi Mordechaja Gebirtiga i Grzegorza Fitelberga i Mieczysława Wajnberga… No i cudownego klezmera krakowskiego Leopolda Kozłowskiego… A i wykonanie prima sort i w punkt w klimacie aszkenazi. Bo na skrzypcach genialny Vadim Brodski, a na klarnecie fantastycznie Piotr Lato. Ale mnie wieczór zrobiły dwa utwory. Piosenki właściwie. Marta Bizoń i „Cymes”. No… wymiata!!! A potem na bis sugestia by uśmiechnąć się bez powodu i kochać jak dziecko bez zastanawiania – bo „Życie jest piękne” (z filmu Benigniego). Hmmm…. Dla tych dwu kawałków warto było do ostatniej chwili szukać miejsca parkingowego i w ostatnich minutach przed koncertem nabyć bilet drogą kupna.
„Sigismondo” w ramach Opera Rara. Artyści (Francesca Chiejina, Kenneth Kellogg lub Pablo Bemsch – świetni) i muzyka najwyższego sortu!!! 🙂 Ale… Ja nie wiem, może przesadzam jednak myślę że Rossini i Matejko (bo mocno nie wiedzieć czemu wybrzmiał w spektaklu. Przez co baśniowe przecież libretto staje się dookreślone dla widza historycznie) razem wzięci nie mieli tak negatywnego patrzenia na Polskę (wówczas nie istniejąca na mapach) jak reżyser (Krystian Lada) tej realizacji: Król nadający się do klinicznego leczenia, dwór – banda karierowiczów i oszustów, Polacy – coś pomiędzy faszystami a idiotami. Jakoś mi – słuszna idea budowania mostów, mocno uleciała z tego spektaklu, a chyba nie takie założenie było…
Kiedyś wyciągnęłam koleżankę do opery. Mówiła, że nigdy nie była. Nie wiem czy wierzyć, ale wykazując się napoleońską przebiegłością – nie zapytałam jak jej się podobało… Ja operę, filmową, chóralną oraz symfoniczną – kocham wielce! Ale i poezją śpiewaną nie wzgardzę.
Odwdzięczyła mi się… W Krakowie od dwudziestu kilku lat Summer Jazz Festival jest organizowany. Nigdy wcześniej nie byłam. Prawdę mówiąc na żadnym jazzowym koncercie nie byłam… A tu wczoraj w piwnicznym anturażu (o jak ja daaaawno temu tu byłam…) – „Marek Bałata & Dominik Wania”. Czy mi się podobało? Zupełnie inny klimat i odbiór niż ten do którego jestem przyzwyczajona. Maestria i bardzo wysoki poziom wykonania – to wyczuwał nawet taki laik jazzowy jak ja. Ale tak naprawdę jeden moment zdecydował, że jestem na tak. Jazzowa wersja Stachury – przekonała mnie do siebie. „I oto dzień przychodzi, nowy dzień …Tylko dajcie mu czas, Dajcie czasowi czas, Bo bardzo, bardzo szkoda byłoby nas!” przekonywująco wybrzmiało w tej aranżacji!
„SYMFONIA XXX WIOSNY” – koncert jubileuszowy Piwnicy Św. Norberta w NCK. Jubileuszowy – bo piwnica okrągłe 30 lat świętuje. Było jazzująco i folkująco a wszystko grubo, poetyckimi emocjami polukrowane. Wystąpili chyba wszyscy – którzy z piwnicą związani byli przez te lata. Marek Bałata – dał mistrzowski pokaz! Toż on nawet Chopina jazzująco wyśpiewa – i cudnie to brzmi. Ach! Andrzej Róg w wersji Podhalańskiej to istna wisienka na torcie.
reżyseria i scenariusz koncertu: Andrzej Róg, Stefan Błaszczyński kierownictwo muzyczne – Stefan Błaszczyński światło i efekty multimedialne – Michał Bystrzycki nagłośnienie – Aleksander Wilk
W koncercie udział wzięli zespół Piwnicy Św. Norberta oraz zaproszeni goście:
Fajnie jest gdy bogini Fortuna i Wenus się z człowiekiem zaprzyjaźnia. Bo jakoś dziwnym trafem lubią przychodzić w parze! I nie nie! One z gołymi rękoma zwykle nie przychodzą w odwiedziny! Szczęściem i namiętnościami mają wypchane torebki i kieszenie i z zaprzyjaźnionymi się tym dzielą. To w telegraficznym skrócie „Carmina Burana” – kantata Carla Orffa. Na letniej scenie w krakowskim Ogrodzie Botanicznym wystawiona przez Operę Krakowska w ramach 24 Letniego Festiwalu Operowego.
Spektakl fantastycznie zrealizowany. Muzyka i taniec w idealnym duecie. A wszystko czule otulone światłem, które nie tylko tworzyło nastrój dla opowieści ale i wciągało w nią widownie i angażowało cały ogród muskając korony drzew i nawet do palmiarni się wśliznęło robiąc z niej zaczarowany ogród Hmmm… jedna wielka sceneria dla opowieści o tym, że ani się człowiek spodziewa a tu szczęście, sukces i namiętność niespodziewanie możne czekać za rogiem. Przecież Fortuna i Wenus tak naprawdę rządzą światem! Tak mają – cóż poradzić…
Bo w sztuce cenne niekonwencjonalne spojrzenie! Tak – jak nikt dotąd nie patrzył.
Marzą nam się ostatnio wyjazdy, plaża, słońca odrobina (osobiście preferuję wersję – zachodzące… Barwy nieba wtedy cudne a i anturaż zwykle szyty na miarę…) Wiem, wiem – oryginalnie w Neapolu, a nie w kurorcie dwie dzierlatki wkręcane są i kuszone… Ale w sumie w okoliczności pt. plaża i takie tam – milej dać się skusić. Sam wspomniany anturaż robi robotę – a co dopiero pomysły kuszących… Cała historia „Cosi fan tutte” Mozarta, stara i nudna jak świat. Niewierny/niewierna bo uległ/uległa chwili… nudy… tak czynią wszystkie/wszyscy. Tak to działa. Nad zauroczeniem nie da się zapanować. A wierność – jak konkluduje Don Alfonso na koniec – jest przereklamowana…
W odsłonie Opery Krakowskiej – opowieść mimo swojej banalności – śmieszy. A o to przecież w opera buffa idzie! Kostiumy, scenografia, światło… Cały pomysł na spektakl – wymiata!! I tyle A! W obsadzie z 13 III – S. Marszałowicz i M. Kutnik – cudowni!!!
Jeśli na afiszu jest nazwisko Michał Kutnik – to można mieć pewność, że rola będzie nie tylko fantastycznie wyśpiewana ale i świetnie zagrana aktorsko. Podobną definicję mam dedykowaną dla Pauli Maciołek. A w krakowskiej wersji „Don Pasquale” i baryton i sopran, cudnie czarują głosami i cudnie aktorsko dopełniają swoje role. No pyszny duet!
Sama opowieść, którą Donizetti snuje.. ot z szyderczym przymrużeniem oka – o kasie, intrygach, manipulowaniu i takich tam drobiazgach. To chyba była pierwsza realizacja Stuhra w operze krakowskiej. I taka trochę jak na niego – czy ja wiem… grzeczna bardzo i klasyczna. Jeszcze nie ma tych odjechanych pomysłów jakie kipią w jego „Così fan tutte” lub „Cyruliku”. Nie ma tego… hmmm… pazura i puszczenia oka do widza. Ale to pewnie dlatego mam takie wrażenie, że spektakle oglądałam w odwrotnej kolejności – ten najwcześniejszy na końcu. Scenografia iście „barokowa”, kostiumy w sumie też, całość w klasycznym ujęciu opera buffa. Tak czy tak – oprócz podziwiania umiejętności wokalnych i dykcyjnych śpiewaków, momentami nie potrafiłam też ukryć uzasadnionego scenami – śmiechu. I odosobniona w tym nie byłam. I na tym to chyba polega!
realizatorzy
Reżyseria: Jerzy Stuhr
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia: Alicja Kokosińska
Kostiumy: Maria Balcerek
Ruch sceniczny: Jacek Tomasik
Reżyseria światła: Bogumił Palewicz
Kierownictwo chóru: Jacek Mentel
Współpraca muzyczna: Paweł Szczepański
Asystenci reżysera: Bożena Walczyk-Skrzypczak, Bartosz Buława, Anna Popiel
Za pulpitem – sam Pan Dyrektor Opery Krakowskiej! W repertuarze arie operowe, operetkowe i musicale. A młodzi – dawali radę 🙂 Prowadzący – zrobili robotę! O Żdżarskim myślę, że jeszcze usłyszymy. Ale duet z „Opowieści Hoffmana” i duet z „Lakme” bardzo dobrze wypadły. Dorzucę jeszcze duet „Don Pasquale” – fajnie zaśpiewany i dobrze zrobiony aktorsko. Były w repertuarze moje ulubione utwory – ale nie powiem które to są bo akurat zaśpiewane były – hmmmm…. poprawnie 🙂