Na samiutkim krańcu południowym Izraela jest Ejlat – miasto kurort nad Morzem Czerwonym. Prace archeologiczne w tym miejscu trwają już od jakiegoś czasy ale duuuużo jeszcze do przekopania. Wiadomo jednak, że od VIII wiek pne istniała tu osada i prężnie się rozwijała głównie za przyczyną drobnej wytwórczości rzemieślniczej i handlu. W sukurs archeologii przychodzi Tanach. Jest kilka lapidarnych, ale jednak, informacji o pobycie tu Narodu Izraela w drodze z Egiptu do Ziemi Obiecanej. A potem król Dawid miasto podbił z rąk Nabatejczyków. Kolejny król – Azariadsz mocno je rozbudował. Za króla Achaza – miasto przejęli Syryjczycy. A potem Rzymianie… A potem Brytyjczycy… Czy z tych historycznych czasów jakieś ślady są w Ejlat? Nie, ale trzymamy kciuki za archeologów… 😉
Współczesny Ejlat jest kurortem nadmorskim. W 1950 roku przyjechała tu pierwsza grupa żydowskich osiedleńców i… pięknie (choć nie bez przeszkód ze strony sąsiadów…) miasto zbudowali właściwie niemal od zera! Szybko Ejlat stał się ważnym centrum konferencyjno – kulturowym. Na przykład Festiwal Jazzowy Morza Czerwonego tu się odbywa, albo Festiwal Muzyki Klasycznej lub Międzynarodowy Festiwal Muzyki Filmowej. A dla tych co poleniuchować w słońcu lubią, plaże i atrakcje dla turystów plażing preferujących – do wyboru do koloru. Można też popływać: na deskach wszelakich, obiektach pływających a i w pław. I w głąb też – bo rafy koralowe są tu ładne. Warto też w górę popatrzyć bo Ejlat słynie jako najlepsze na świecie miejsce do obserwacji migracji ptaków. A dla spragnionych rozrywki – „Kings City”, niczym z Disneylandu. W mieście działa Muzeum oraz Podwodne Obserwatorium i Park Morski w Ejlacie – ale to zostawiam na kolejne „podglądania kultur”. A! Tak za miasto na piechotkę to raczej ostrożnie… W pobliskim Parku Narodowym to jednak hieny, pantery i gepardy mieszkają – a one biegają ciut szybko jak obiadu szukają…
Uroczy kurort, świetne hotele z widokiem na… morze i trzy sąsiednie kraje: Arabia Saudyjska, Jordania i Egipt.
PS
A tak a propos, hotelu. Zatrzymałam się jednym takim, Neptun ma na imię 😊. Z wszystkich pokoi widok na morze – jak na fot widać. W restauracji przy okazji śniadania, gości mnóstwo rozmawia w różnych językach. Przy stoliku obok siebie siedzi ortodoksyjna rodzina żydowska i analogicznie religijna rodzina muzułmańska, ale też osoby nieznanej preferencji religijnej lub jej braku (bo po stroju nie widać 😉 ). Pracownicy hotelu – Żydzi, Jordańczycy, Beduini, muzułmanie nie znanego mi pochodzenia narodowego i etnicznego, przybysze z Afryki, w recepcji Ukrainka i Polka. A śniadanko – raj dla wegetarian (bo w tym hotelu jest akurat kuchnia koszerna w wersji mlecznej). Sześć wysp, a na każdej kilkadziesiąt półmisków z pysznymi różnościami. Przy jednej Pan robi omlety, przy innej inny Pan kroi na bieżąco warzywka by móc sobie skomponować własną sałatkę, Pani na bieżąco piecze gofry, z boku stanowisko kawowe i piec a z niego wyskakują cieplutkie croissanty… No taki kurort to ja uważam!



















































































































