Tag: Gruzja (Page 2 of 2)

Gruzja – Mccheta

Jednym z najstarszych miast Gruzji jest Mccheta. Dzieje tego miejsca sięgają okresu paleolitu, a w czasach antyku było tu prężnie rozwijające się miasto. Miasto znane jest jednak głównie z pewnej opowieści: Pewien pobożny żyd Elizeusz wybrał się do Jerozolimy, by bronić Jezusa. Nie zdążył. Odkupił jedynie płaszcz Jezusa i przywiózł tę relikwię do Mccheta. Jego siostra usłyszawszy o śmierci Pana, otuliła się w Jego płaszcz i z żalu zmarła. Według tradycji miała zostać w tej szacie pochowana. Na jej grobie wyrósł cedr. Gdy św. Nino przybyła na tereny Gruzji, poleciła by na tym właśnie miejscu wybudować kościół, jednak cedr nie udawało się ściąć, aż do czasu gdy święta wspomogła budujących modlitwą. Z pnia cedru wykonano kolumnę, z której zaczął wypływać cudowny sok. Tyle hagiografia.

Obecna katedra wzniesiona została w XI wieku na miejscu wcześniejszej datowanej na wiek IV. Podobno król Jerzy II – fundator, kazał architektowi obciąć rękę by nigdy już nie był on w stanie zbudować czegoś równie pięknego. I muszę przyznać – architektonicznie – cudo!! Oprócz walorów artystycznych, świątynia ta stała się miejscem kultu – zarówno relikwii szaty Chrystusa jak i św. Nino, ale także miejscem koronacji władców Gruzji i ich nekropolią. Ale nie sama katedra przyciąga do Mccheta. To miasto klimatyczne, pełne wąskich uliczek, sklepików, restauracji serwujących zupełnie nie-najgorsze dania i swojsko tu, krakowsko… może… przez dorożki? 🙂

Gruzja – Sataplia

Rezerwat przyrodniczy Sataplia w Gruzji założony został w trzydziestych latach XX wieku. Urokliwie tu. Pachnie las, szumią drzewa, wałęsają się po lesie dinozaury… Podobno odnaleziono tu pozostałości prehistorycznych gadów. Nie wiem. Patrząc na ekspozycję – szczerze wątpię, ale kłócić się nie mam zamiaru. Gdy ktoś znużony zielenią – można wejść do jednej z krasowych jaskiń. Niewielkie lecz zupełnie nieźle przygotowane do zwiedzania. Przy czym raczej należy nastawiać się anturaż Bollywood niż poważną analizę stalaktytów, stalagmitów i innych „z rodziny”. Nazwa rezerwatu wywodzi się od miodu, a precyzyjniej – jego zbierania. Tutejsze lasy obfitowały w liczne roje dzikich pszczół, których miód podobno najlepszy w Gruzji. Ogrom zieleni najlepiej widać ze szklanej platformy wiszącej nad przepaścią. Przy czym jeśli kto przywiązany do misternie ułożonej fryzury – platformę omijać! Widoki cudowne, w głowie się kręci… ale wieeeeeje huraganem!!!!

A! No i oczywiście coś dla uczuć!!! 🙂 W jednej z jaskiń jest głaz zgoła przypominający serce. Ale nie takie walentynkowo-piernikowe. On wygląda tak, jakby go żywcem z piersi jakiegoś olbrzyma wyrżnięto i chwilkę temu jeszcze pulsowało choć wyrwane. Nawet otwarte aorty dostrzec można. Ktoś to serce przebił – bo w głazie wyraźna szczelina niczym od sztyletu. Podobno należy wsunąć w nią dłoń – a wówczas… 🙂

Gruzja – Sighnaghi

Miasto, które ma najmniejszą populację w Gruzji, słynie z licznych – ślubów! Pierwsze ślady osiedleń ludzkich w tym miejscu to paleolit. W wiekach średnich słynęło pod nazwą Hereti. Obecna nazwa – Sighnaghi to dopiero XVIII wiek. Zabytków tu mizernie mało, klimatycznych zaułków też, pejzaż – taki sobie… ale dobre wino produkują (wpływ ma na to mikroklimat regionu) i podobno całkiem ciekawe dywany robią. Ale to ciut za mało by przyciągnąć turystów. Saakaszwili na fali „projektowania” Gruzji uznał, że Sighnaghi jest świetnym miejscem do zawierania związków małżeńskich i… ogłosił je miastem zakochanych. Położone na zboczu, w nocy rozświetlone bardzo, bardzo kolorowo wygląda nie najgorzej, ale żeby od razu klimat do miłosnych uniesień tu miał być? Urząd Stanu Cywilnego działa całą dobę by uszczęśliwiać na nową drogę życia, ale żeby to od razu Las Vegas? Snułam się po uliczkach miasta, pomiędzy straganami, wałęsającymi się psami, i leniwie czekającymi na wieczór mieszkańcami miasteczka, rozpaczliwie szukając czegoś co skusiłoby mnie by pozostać w mieście choć trochę dłużej. Nie znalazłam i generalnie w zachwyt nie wpadłam najmniejszy! Ale… jedzenie tu dobre (choć na restauracyjki i kawiarenki nie ma co liczyć. To raczej domowa chałturka), wino też, a na miłosne westchnienia – cóż… zawsze powinien być czas, nawet w Sighnaghi! Zatem czy jechać do gruzińskiego miasta miłości? Tak, ale wyłącznie w towarzystwie tego JEDYNEGO wówczas nawet Sighnaghi nie będzie przeszkadzało. 🙂

Gruzja – Sno

Wioska i dolina Sno. Dwa o tej samej nazwie i w tym samym miejscu, bo wioska jest bramą do doliny a dolina wioskę otula. Pozornie nie ma tu po co się zatrzymać, ale… W wiosce zachowała się forteca. To znaczy zaraz tam forteca! Wieża jedna, która obecnie jest elementem zabudowań należących do rodziny Ghuduszauri. Posiadać zabytek XVI wieczny na podwórku – fajne. Ale to mało! W tej wyjątkowej posiadłości artyzm kwitnie. Można tu bowiem pobierać nauki w trudnej sztuce snycerstwa oraz rzeźby w kamieniu. Nauk udziela słynny podobno w całej Gruzji (wypada wierzyć, że tak jest) mistrz Merab Piraniszwili. W Sno można też wpaść na herbatkę do Patriarchy Kościoła Gruzińskiego. Nawet u niego zamieszkać, bo w rezydencji działa podobno niezły hotel. Właściwie to – wioska jak wioska. Nawet cywilizacja się tu kończy – tzn. asfalt. 🙂 I w sumie dobrze, bo z wioski krok tylko do tego by obcować z cudem natury i snuć się bo ścieżynach doliny…

Gruzja – Tibilisi

Zawsze najtrudniej opowiedzieć o stolicy. Bo są duże, bo wiele w nich odsłon oraz wiele możliwości poznania. Bo zwykle mocno turystyczne i historyczne i rozrywkowe i naukowe i kulturowe itd. itp. itd. No i Tibilisi (თბილისი) nie odbiega od tego rysu. Podobno miasto założył król Wachtang Gorgasali, oczarowany pięknem okolicy i bijącymi tu gorącymi źródłami (stąd nazwa). W rzeczywistości pierwsze osiedliska w tym miejscu można datować na epokę brązu. Wspomniany król miał tu natomiast pałac i doceniał znaczenie miasta jako ośrodka handlowego, gospodarczego i politycznego. Stolicę przeniósł tutaj jego syn Daczi I. Miasto przechodziło liczne najazdy i okupacje – między innymi Arabską, Perską, Tatarskie, Rosyjską… I każda z nich odcisnęła się na wyglądzie miasta, z każdego z tych okresów widać mniej lub bardziej wyraźne ślady. I jeszcze współczesne pomysły modern… Gdybym chciała jednym słowem oddać istotę Tibilisi to chyba właściwym byłoby – mozaika. Bo te wszystkie fragmenty historycznej układanki tworzą swoisty klimat miasta. I wcale nie rywalizują! Wręcz przeciwnie pozwalają błądzącym po uliczkach miasta przenosić się mentalnie poprzez wieki, kultury… A wszystko przytulne i takie… po prostu ładne. Ja wiem, że sporo tu rzeczy od wieków „nie chcianych”, wiem że są też wykpione jak most „podpaska”. W sumie jak wszędzie – mieszkańcy mają swój gust i koncepcję własnego miasta.

Co zobaczyć w Tibilisi? No najlepiej wszystko. Oczywiście wymieniać należy twierdzę Narikala i cerkiew Metekhi i Anchiskhati z ikoną która sama się namalowała i Łaźnią Orbeliani i karawanseraj i setki rzeźb oraz pomników i kawiarenki i kamieniczki wiszące nad urwistymi brzegami wąwozów. Ale najlepiej powłóczyć się po Tibilisi. Naprawdę tu ładnie – zarówno w nocy jak i w dzień (ze wskazaniem na to pierwsze 😉 ).

Gruzja – Uplisciche

Jedno z najstarszych miast w Gruzji to Uplisciche. I jeśli ktoś wizualizuje sobie miasto we współczesnym tego słowa znaczeniu – jest w błędzie! To – było warownią na szczycie wzgórza. Trudno dostępne, wyniosłe, i wyglądało trochę… jak kopiec termitów. Całość, datowanego na ok V w. pne (oczywiście początki i pierwsze budowle, bo kompleks uzupełniany kolejnymi, był do wieków średnich), podzielona jest na trzy połączone ze sobą przestrzenie. To niezwykły mix elementów pogańskich i chrześcijańskich; w miejscu składania pogańskich ofiar z ludzi i zwierząt z czasem wzniesiono chrześcijańskie świątynie. Sacrum i profanum; tu teatr rodem z antyku, a obok sala tronowa podobno królowej Tamar, a zaraz wyżej kościół książąt. Trochę jak w życiu… kalejdoskop. Całość rozciąga się na ok 8 hektarach, mieszkało tu ponad 20 tys. osób, miasto posiadało swój system wodociągów dostarczających wodę (oprócz tego zbierano także wodę deszczową), tunele ewakuacyjne itd. itd.

Obecnie natura zaczęła już swoje „prace architektoniczne”. Rośliny wdzierają się w resztki ruin, to co wzniesione ręką człowieka powoli rozpada się ukazując czystą naturę skał… I tylko wiatr hula…

Gruzja – Wardzia

Żyć jak kret. Ani w przenośni, ani tym bardziej dosłownie – nie wyobrażam sobie. Najwyraźniej, nie mam aż tak wielkiej wyobraźni jak sądziłam… Istniało bowiem niegdyś podziemne miasto. To znaczy nie do końca podziemne… raczej wykute w skale… albo jeszcze lepiej – we wnętrzu góry. Tak, to ostatnie określenie najlepiej oddaje istotę gruzińskiej twierdzy Wardzia (ვარძია). Wzniesiona (lepiej chyba rzec – wykuta) została na przełomie XII i XIII wieku. Większość prac wykonano z inicjatywy królowej Tamar z rodu Bagratydów – jednej z najwybitniejszych władców Gruzji (na ścianie cerkwi do dziś zachował się portret królowej. Zważywszy na czas powstania – raczej wiernie ukazujący jej urodę). Gigantycznych rozmiarów twierdza, z pełną infrastrukturą, rozmieszczona na trzynastu kondygnacjach, mogła pomieścić do 60 tys. ludzi! I całe to gigantyczne „mrowisko” ukryte było całkowicie przed wzrokiem ludzkim. Dosłownie schowane we wnętrzu góry. Można było przejechać tuż obok, nie mając świadomości, że „pod ziemią” tętni życie. Cudowną koncepcję schronienia unicestwiło trzęsienie ziemi. Pod koniec XIII wieku część góry osunęła się, odkrywając misterne korytarze, sale, cerkwie, itd. Mimo tego uszczerbku w kamuflażu, miasto nadal żyło. Kres nadszedł dopiero w połowie XVI wieku w czasie najazdu Persów.

Dzisiaj – fort budzi zachwyt, zdumienie – generalnie jest efekt WOW. Do pewnego poziomu można podjechać busem, a potem już tylko „z buta”. Tarasy widokowe, mniej lub bardziej strome podejścia, pięknie dekorowana freskami cerkiew – widok cudowny. Ale najbardziej ekscytujące jest przejście zachowanymi w pełni ukrytymi korytarzami. Hmm… no ładnie, ale już wiem co czuje kret… I schody. Wszędzie setki schodów. Nierównej wysokości, szerokości, nachylenia… Spacer po tym mieście wymaga sprawności (nie powiem, że wyczynowej – ale blisko 🙂 )! Po kilkugodzinnym zwiedzaniu – bolały mnie nawet te mięśnie, o których istnieniu wie miałam pojęcia! Tak sobie, teraz myślę – ci Gruzini mieli wyjątkową kondycję!!!

Gori (Gruzja)

Zdarzyło mi się być w bardzo wielu miejscach upamiętniających wielkich tego świata. Głównie byli to muzycy, kompozytorzy, malarze, rzeźbiarz, poeci, pisarze i artyści wszelkiej proweniencji (takie miejsca lubię). Rzadziej – choć też się zdarzało – były to miejsca poświęcone wielkim politykom, przywódcom, ludziom którzy losy świata pchnęli na nowe tory… Dziwnie się jednak czuję, odwiedzając miejsca dedykowane zbrodniarzom. Gori w Gruzji do takich należy. W mieście tym urodził się Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, powszechnie znany jako Stalin. Kim był wszyscy wiedzą – nie miejsce tu by się rozwodzić nad tym jakim był człowiekiem, dlaczego takim się w którymś momencie stał i jak wiele istnień ludzkich zniszczył… Mnie zainteresowało samo miejsce. Gori – miasto, które promuje się na Stalinie. Spory budynek, a w nim pamiątki, zdjęcia (Wyselekcjonowane – takie od młodych lat, i takie z bliskimi, i takie jako władca świata, i takie pozowane jako ojca narodu i przyjaciela dzieci…), zrekonstruowany pokój w którym odpoczywał i ten w którym pracował… I osobiste pamiątki wodza. A na zewnątrz wiejski dom, w którym się urodził w rodzinie… no cóż, takiej jakich wówczas wiele było… i wagon pancerny, którym podróżował bo inaczej się bał… Strach, to swoją drogą uczucie powtarzalne w wypadku ludzi jego pokroju…

Mnie zastanawia coś innego. Mieszkańcy Gruzji i samego Gori właściwie są dumni z tego powodu że „tak wielki człowiek” urodził się właśnie tutaj… Mieszkańcy miasta mocno protestowali nawet gdy chciano usunąć pomnik Stalina stojący przed ratuszem! Widziałam całe rodziny zwiedzające ten przybytek. I wcale nie było na ich twarzach przerażenia a bardziej ciekawość i fascynacja. Jeszcze bardziej dziwili mnie turyści (Europejczycy!). Cześć przechodziła obojętnie – bo taki punkt w programie wycieczki; cześć z przerażeniem w oczach i skrajnymi emocjami… Ale byli też tacy, którzy radośnie podrygując – bawili się przednio (!), robiąc sobie na przykład „selfiki” z popiersiem Stalina, przytuleni doń lubieżnie lub strojąc idiotyczne miny…

Boże broń od zwyrodnialców, którym władza wpadła w ręce… ale też broń, od osób, którym łatwo przychodzi trywializowanie historii… Bo nie o to chodzi by rozpamiętywać. Nie o to też chodzi by zapomnieć. Ale by mieć właściwe, zdrowe patrzenie na to co było, po to by mieć roztropne patrzenie na to co będzie…

Kraków – Muzeum Narodowe, Nowy Gmach „Złote Runo – Sztuka Gruzji”

Złote runo… I od razu mamy wizualizację czegoś fantastycznego, oczekiwanego, pożądanego, cennego… Czy to tylko nasze wyobrażenia? Nasze marzenie o bezcennym skarbie, którego pożądamy? Trochę tak 😊 Ale też trochę nie 😉 Złote runo – to mityczne, było skórą złotego skrzydlatego barana Chrysomallosa. Jazon pokonał smoka i zdobył runo. To z wyprawą Argonautów kojarzyć trzeba. W sumie takie runo to nic niecodziennego było, bo skórę baranów wykorzystywano do pozyskiwania złota z rzek na przykład. Potem się suszyło i drobiny złota – hop do sakiewki 😊 Istnieje hipoteza, według której Jazon taką właśnie złotą skórę pozyskał. A precyzyjnie – pozyskał ją w historycznej krainie Kolchidzie. To tereny obecnej Gruzji. No i przez ten przydługi wstęp – mamy wyjaśnienie dlaczego „Złote runo” to tytuł czasowej wystawy, która była w Nowym Gmachu Muzeum Narodowego w Krakowie.

Faktycznie sporo eksponatów na wystawie złotych lub w złotym kolorze 😊 Ale w przeróżnych odsłonach. Bo i rzemiosło artystyczne wielce i broń piękna a groźna i stroje z tradycji utkane i mądrością rękopisy zapisane… I tak od najdawniejszych artefaktów opowieść o Gruzji się zaczyna a na sztuce XX wieku kończy. Oczywiście akcenty polskie w sztuce gruzińskiej też były. Ale to tak jest, że od wieków historia Polski i Gruzji jakoś splatały się. Ta wystawa też podtrzymuję tę tradycję – bo to praca wspólna MNK i ośrodków z Gruzji. Opowieść pięknie poprowadzili kuratorzy wystawy. Czasem czułam się jak na jakimś bazarze gdzie cudowności kupić można, czasem jak w składach kupców z drogimi przedmiotami w ofercie, czasem jakbym zaglądała do skarbca gdzie cenne przedmioty ukryte, czasem sacrum, czasem profanum… Chyba najbardziej w oko wpadło mi pokazanie zrekonstruowanej sukni królowej Tamar i tuż obok – portret jej samej. W tej samej sukni rzecz jasna! Ach i stele! Fantastycznie zostały pokazane oświetleniem, które wyciąga szczegóły z mroku. Super!

A tak w ogóle to faktycznie mentalnie przeniosłam się do Gruzji i miałam wrażenie, że znowu wędruję po bezdrożach i miastach tego cudownego kraju. Gdyby na koniec wstawy w Nowym Gmachu jeszcze serwowano jakieś pyszności z kuchni gruzińskiej dla degustacji – to już absolutnie idealnie by było 😉 😊

Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑