do początku   |   mapa serwisu   |   kontakt  

Czytelnia » Poznawanie świata
Portugalia - Nazare

Jeśli ktoś preferuje umiarkowane upały i przyjemny powiew świeżej bryzy od morza to Portugalia jest jak szyta na miarę.

Jedna z nadmorskich miejscowości, gdzie plaże piaszczyste, morze kuszące błękitem i fale wprost dla surferów stworzone to Nazare. A i kultura rybacka uchowała się tu jakoś. Bez trudu można kupić świeże ryby lub owoce morza prosto z kutra, bez trudu można zobaczyć rybaków zajętych pracą a ubranych w tradycyjne stroje. Tak trochę się czas zatrzymał.  

Nazwa miasteczka bardziej kojarzy się z Ziemią Święto niż Portugalią i… właściwie słusznie. Podobno w IV wieku pewien mnich przyniósł prosto z Nazaretu posążek Maryi i przekazał go do klasztoru w Meridzie. Do niewielkiej miejscowości Pederneira figurka trafiła cztery wieki później za sprawą pewnego mnicha, który zdecydował się nieopodal miejscowości pędzić żywot pustelnika. Dzięki cudownym wydarzeniom (między innymi ocaleniu życia w czasie polowania rycerzowi Dom Fuas Roupinho – dzisiaj w tym miejscu jest małą kapliczka bo figurka Madonny przeniesiona do wielkiej świątyni została) figurkę zaczęto darzyć szczególnym kultem. Zaczęli przybywać pątnicy, by wymodlić cud... Zaczęli pojawiać się donatorzy wznosząc coraz to okazalsze świątynie dla Madonny… Kult i sława cudownej figurki była na tyle mocna, że dawną nazwę miejscowości – Pederneira, zmieniono na Nazare. ...

więcej
 
Rumunia - malowane cerkwie

Malowane cerkwie Bukowiny. Według tradycji sam tylko Stefan Wielki miał ufundować aż 40 cerkwi– co bitwa, to cerkiew jako wotum. Obecnie jest ich kilkanaście, z czego aż osiem wpisanych na listę UNESCO. Różnie one malowane. Czasem zachowała się cała polichromia i na zewnątrz i od środka, czasem tylko cienie dawnej świetności. Najbardziej kolorowa jest chyba cerkiew w monastyrze Voroneț. Na przykład całą zachodnią ścianę ozdabia gigantyczna scena Sądu Ostatecznego, gdzie aż roi się od aniołów i przebrzydłych diabłów toczących batalię o każdą ludzką duszę. Równie chyba kolorowy monastyr w Humurului. Obronny charakter monastyrów najlepiej zachował się w Sucevița. Opasłe mury obronne i z basztami osłaniają cenny skarb malowanej cerkwi. Pośród malowideł najbardziej przykuwa uwagę drabina cnót według św. Jana Klimaka z symbolicznie ukazanymi cnotami koniecznymi do zbawienia. Instrukcja dla ćwiczących się w doskonałości mnichów… W tym monastyrze najbardziej jednak utkwił mi w pamięci jednostajny dźwięk kołatek a zaraz potem wtórujące mu dzwony. Swoisty duet nawołujący mnichów do modlitwy.   

więcej
 
Rumunia - Săpânța

Pierwsze wrażenie z Rumunii? Kwieciście, kolorowo, wzorzyście… Właściwie takie obrazki rodem z bajki – dowolnie wybranej. A przynajmniej takie wrażenie odnosi się podróżując bezdrożami Rumuńskiej Maramures, Bukowiny oraz Mołdawii. Przemierzając je, każdej chwili za oknem samochodu przesuwają się urocze domy - malowane, rzeźbione, zdobione kwiatami, a prowadzą do nich zdobne bramy. Nawet jeśli domy bardzo ubożuchne – gdzieś dalej od tras uczęszczanych – to przynajmniej ukwiecone ogródkiem.

Generalnie miło i radośnie i kolorowo i wesoło. A dowód? Uprzejmie proszę! Tam nawet cmentarze są wesołe. Sztandarowym przykładem jest cmentarz w Săpânța (ale i te nie turystyczne też są kolorowe) gdzie ludowy twórca Stan Ioan Pătraş zapoczątkował dość osobliwą tradycję radosnych nagrobków, gdzie ze swadą i humorem upamiętniani są zmarli. Imiona, nazwiska daty – to normalne. Ale na nagrobkach są także wypisane ich zawody. I to niezależnie od tego czy ktoś parał się szlachetnym zawodem kołodzieja lub szwaczki czy też mniej szlachetnym, ale najstarszym zawodem świata. Czasem też wspomniany jest sposób zejścia z tego świata. Odwiedzający Săpânța zaglądają zwykle tylko na wesoły cmentarz i jadą dalej. A wystarczy przejść główną (i jedyną większą) drogę biegnącą przez wieś, wjechać pomiędzy zabudowania, by ulica sama doprowadzała do uroczego monastyru. Wiem, świeżo wybudowany (właściwie jeszcze nie skończony), żaden zabytek, ale wpisuje się w ogólną tendencję – opływa kwiatami. A gdy dodamy do tego szum drzew, i zapach igliwia i ćwierkot ptaków to… jest kwieciście, kolorowo, wzorzyście jest!

więcej
 
Słowacja - Košice

Słowacja gotykiem stoi! A największy kościół gotycki tego kraju można podziwiać w Koszycach. To Dóm sv. Alžbety (katedra św. Elżbiety). Wznosić zaczęto ją pod koniec XIV wieku, ukończono na początku XVI. Zbudowana na planie krzyża łacińskiego, pięcionawowa bazylika zwieńczona kilkoma wieżami. Największy zachwyt wzbudza jednak dach. Czy w słoneczną pogodę, czy oświetlony nocną porą, wygląda jak łuska gigantycznej jaszczury, która skryła się pomiędzy sterczynami i kwiatonami zdobiącymi bryłę świątyni. Ach! I jeszcze portale z dziesiątkami tłoczących się biblijnych postaci, i jeszcze rzygacze… Podobno jeden z nich to portret (niektórzy uważają, że zaklęta w kamień) zła żona kamieniarza. A w środku też pięknie. Cudownie zachowane gotyckie ołtarze (to nie częste, bowiem kościoły gotyckie często poddawano barokizacji) i fantastyczna ambona, koronkowe schody prowadzące na chór, fragmenty spore polichromii, w promienistej mandorli Niewiasta. Warto też odwiedzić kryptę Franciszka II Rakoczego, węgierskiego bohatera, którego szczątki pochowano w 1906 roku w ojczystej ziemi, a dokładniej w krypcie kościoła koszyckiego.

Najważniejsze budowle miasta wznoszone były jak w większości miast słowackich – przy ul. Hlavnej. W Koszycach też. Tuż obok katedry przycupnęła kaplica średniowieczna św. Michała, XIV wieczna Urbanowa Wieża, ale i XVII wieczny kościół jezuitów, i eklektyczny gmach Teatru Państwowego, a na końcu ulicy muzeum (niewiele dobrego na temat ekspozycji można powiedzieć więc przemilczę…). A jeśli kto ciekaw czasów minionych, ...

więcej
 
Słowenia - Piran

Piran jest perłą wybrzeża Słowenii. A że perła - to i tłoczno zwłaszcza w sezonie – to naturalne… Tak, naturalne wszędzie z wyjątkiem Piranu. Tutaj (mimo najazdu turystów) w środku sezonu znaleźć można takie zaułki gdzie zaszyć się można z książką, a towarzystwa dotrzymują jedynie koty.

Piran pamięta czasy Rzymskie i to czuć, widać i słychać. Słychać nie tylko dlatego że w j. włoskim porozumiewanie się jest równie naturalne i oczywiste co w j. słoweńskim. Tutaj wszędzie sączy się muzyka – głównie utwory urodzonego w tym mieście słynnego skrzypka i kompozytora włoskiego Giuseppe Tartiniego. Nie sposób też nie wspomnieć o słynnej „wenecjance”  - czerwonej uroczej kamienicy która wprost kwintesencją weneckiego gotyku jest.

Sporo tu kościołów. Dźwięk ich dzwonów to urocza muzyka miasta. Najważniejsza i chyba największa świątynia poświęcona została „smokobójcy” – św. Jerzemu. To dla odmiany czysty włoski renesans. Nawet kampanila obok spora stoi (wysoka na 47 m.) prawie jak w Wenecji… 

więcej
 
Szwajcaria - Genewa

Genewa głównie z ONZ i Czerwonym Krzyżem się kojarzy – i słusznie. Trochę jeszcze z zegarkami. Choć sądzę, że wiedza o najstarszej istniejącej manufakturze zegarków nie jest arcypowszechna na świecie. Może kosmopolityczny nastrój Genewy sprawia, że nie jest to miasto z pierwszej dziesiątki najchętniej odwiedzanych przez turystów. Urokliwych i nastrojowych zakątków próżno tu szukać, ale jeśli ktoś ma upodobanie w protestanckiej surowości i nowoczesnym brzmieniu to Genewa jest miastem skrojonym dlań na miarę. Wszędzie schludnie, z matematyczną dokładnością, monumentalnie – jak dla mnie trochę przytłaczająco… Ale,… pomnik reformacji warto zobaczyć. Ma już ponad 100 lat. Wzniesiono go z dwu powodów: 400-lecia urodzin Jana Kalwina i 350-lecia Akademii Genewskiej (którą zresztą Kalwin założył). W centralnej części gigantyczne postacie Farela, Kalwina, Beze’a i Knoxa, ale i Lutra i Zwinglego z boku znaleźć można. Jest też polski akcent. Jan Łaski – wybitny działacz i propagator ruchów reformatorskich, humanista, pisarz i dyplomata, sekretarz królewski. Miło, że doceniony został wśród największych...

więcej
 
Tajlandia - Bangkok Leżący Budda

Bangkok kojarzy mi się z niewyobrażalną plątaniną kabli wiszących nad ulicami, (choć z perspektywy okna pokoju hotelowego na siódmym piętrze miasto to wygląda bardzo współcześnie by nie rzec nowocześnie) oraz z trzema odsłonami Buddy.

 

Odsłona pierwsza: Leżący Budda (วัดโพธ) to jedna z najstarszych świątyń, a na pewno największa (80 tys. m2).Najważniejszym punktem kompleksu jest, co oczywiste – posąg leżącego Buddy. Gigantyczna, ponad 40 metrowa, cała błyszcząca złotem, postać Buddy wypełnia wnętrze pawilonu. Złota tu zresztą sporo. I trudno się dziwić. W tradycji buddyjskiej jest ono uważane za symbol słońca i ognia (przy wejściu można kupić płatki złota by okleić nimi - jako ofiarę - wybraną figurę Buddy).

Nieco dalej stupy (czedi) czterech królów. Wraz z sąsiadującymi z nimi mniejszymi stupami i budowlami, tworzą bajkową scenerię. Misterne, wielobarwne zdobienia wyglądają niczym domki z piernika lub stosy świątecznych ciastek, które ktoś dla lepszego efektu obsypał garściami kwiatów. Choć sceneria bajkowa i landrynkowa, same stupy to po prostu grobowce, choć są też schronieniem dla cennych posągów. Podobną funkcję...

więcej
 
Tajlandia - Bangkok Złoty Budda

Odsłona druga: Właściwie Leżący Budda sprawia wrażenie bardziej złotego, ale to inna świątynia ze znacznie mniejszych rozmiarów figurą został nazwana „Złoty Budda” (พระพุทธมหาสุวรรณปฏิมากร).  Sama świątynia wzniesiona została dopiero w latach pięćdziesiątych XX wieku, ale posąg wieleset lat starszy, ma dość ciekawą historię.

Figura datowana jest na XIII wiek, a wykonano ją ze szczerego złota. Tak, cała figura to 5,5 tony cennego kruszcu! Nie należy się dziwić, że pokrywana byłą warstwami zabezpieczającymi. Nie po to by się nie zniszczyła ale po to by ustrzec ją przed pożądliwymi spojrzeniami. Jak coś jest wielkie i ze złota to rzadko wytrzymuje kilkaset lat historii w nienaruszonym stanie. Kamuflaż okazał się na tyle skuteczny, że zapomniano o figurze na 200 lat. Dopiero w XX wieku w czasie przypadkowych prac, gdy przez nieuwagę odprysnął fragment gipsu, odkryto cenne zawartość gipsowej skorupy. Tak to często przypadek lub niezręczny pracownik, decydują o odkryciu!

więcej
 
Tajlandia - Bangkok Szmaragdowy Budda

Odsłona trzecia: Świątynia Szmaragdowego Buddy (พระพุทธมหามณีรัตนปฏิมากร) to część kompleksu pałacowego. Tę olbrzymią rezydencję zaczęto wznosić pod koniec XVIII wieku. Obecnie monarcha nie zamieszkuje tutaj ale nadal bywa – np. podejmując głowy innych państw. Tutaj także mają miejsce kolejne koronacje, tutaj nadal znajduje się biblioteka królewska i królewski harem – przy czym ta pierwsza jest pełna książek, a ten drugi dawno już pusty. Pośród licznych budowli kompleksu wzrok przykuwa mocno pucułowata całą złota czedi. Podobno w jej wnętrzu przechowywane są prochy Buddy. 

Najcenniejszym i najświętszym miejscem jest świątynia Szmaragdowego Buddy. Szmaragdowy jest tylko z nazwy. W rzeczywistości jest to figurka (bardzo niewielka w porównaniu z poprzednio wspominanymi) wykonana z zielonego jadeitu. Podobno cudownie została znaleziona w 1424 roku. Uderzający w stupę piorun rozłupał budowlę ukazując posąg okryty gipsową skorupą. Osłona mimo uderzenia nie uległą zniszczeniu. Dopiero po latach kolejne warstwy osłony miały stopniowo odpadać by odsłonić cenne wnętrze. Figurka wywożona była systematycznie z miejsca na miejsce, aż w końcu w 1785 roku uroczyście został wniesiony do nowo zbudowanej świątyni w której rezyduje do dzisiaj. Trzy razy do roku Szmaragdowy Budda przebiera się. Ceremonialnej zmiany odzieży dokonuje zawsze król – w lecie zakładając posągowi koronę, w porze deszczowej szaty mnicha, a w porze chłodnej – złoty szal.

I tak sobie myślę, że to kolejny dowód na odciśnięte w każdym człowieku „linie papilarne Pana Boga”. Odległe kultury, cywilizacje i religie ale my – istoty ludzkie - na pomysły wpadamy jednakowe. Patrząc na stroje Szmaragdowego Buddy przypomniały mi się sukienki Praskiego Jezulatka…  

więcej
 
Ukraina - Berdyczów

Znam kilka osób, dla których powiedzenie „pisz pan na Berdyczów” wymyślone zostało! Niedawno dowiedziałam się, że owo znane powiedzenie nie oznacza „i tak mnie nie znajdziesz”, tylko wręcz przeciwnie. W Berdyczowie bywało się przynajmniej raz w roku więc istniała nadzieja, że korespondencja adresata dopadnie. Niezależnie jednak od kontekstu doczekać się na odpowiedź „z Berdyczowa” to przedsięwzięcie graniczące z cudem!

O samym mieście jednak. Berdyczów był jednym z prywatnych miast Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Należał ongiś do wojewody kijowskiego Janusza Tyszkiewicza. Ze względu na położenie i stację kolejową stał się ważnym centrum przemysłowo – handlowym. Od XVIII wieku organizowano tu (na mocy przywileju) aż dziesięć jarmarków rocznie. Nie sposób było nie być w Berdyczowie choć raz na rok jeśli ktoś handlem i „interesami” się parał.

Berdyczów był także ośrodkiem religijnym. Łaskami słynącym obrazem Matki Boskiej Berdyczowskiej opiekowali się karmelici w słynnym klasztorze nazywanym Fortecą Najświętszej Marii Panny (karmelici utrzymywali tu załogę a całość była naprawdę twierdzą). I faktycznie jak forteca wygląda do dziś. Tutaj prowadzona była także szkoła, drukarnia, szpital itp. Choć mocno zniszczony (klasztor podzielił los większości kościołów za naszą wschodnią granicą. Tutaj mieściło się między innymi więzienie a budynek poddawany był celowej i planowej dewastacji) nadal budzi zachwyt. W Berdyczowie byłam dobrych kilka lat temu...

więcej
 
<<  poprzedni  1   2   3   4   5   następny  >> 
 
© 2017 lucynarotter.com.pl | Tworzenie stron internetowych