do początku   |   mapa serwisu   |   kontakt  

Czytelnia » Tak sobie myślę...
przyjaciele

Tak sobie myślę jak mocno i szybko zmieniają się semantycznie słowa. I jak bardzo zaczynamy niektórych nadużywać! Ostatnio często słyszę „Poznaj proszę, to mój przyjaciel” „To moja przyjaciółka”. No miło ale… Z jednej strony nadużywamy tego określenia szafując nim na prawo i lewo. To trochę momentami brzmi jak szyderstwo, kpina, w najlepszym wypadku żart… Wszyscy dokoła to przyjaciele! Nawet jeśli spotkaliście się raz w życiu i zamieniliście cztery zdania! A z drugiej strony – określenie przyjaciel/przyjaźń zaczyna mieć nie wiedzieć czemu dookreślenia erotyczne. Tłumaczyć trzeba, by być dobrze zrozumianym, że po prostu tylko się przyjaźnimy… tylko(!) Jakby przyjaźń to było – tylko!! Określenie „jesteśmy w związku” jest jasne i zrozumiałe, a „jesteśmy przyjaciółmi” już ma całą gamę odcieni. Dziwne…

A istnieje przecież gradacja (przy okazji sposobność do powiększenia zasobu słownictwa – jak ulał  :) )...

więcej
 
noworocznie

Fajne teksty Julek artykułował !!!! :) 
Zapytanym - odpowiadać wprost i szczerze.
Chcąc wiedzieć - zapytać, licząc na analogiczną odpowiedź
hmmmm..... Brzmi jak postanowienie noworoczne... Biorę :) 

 

 
rozmowy telefoniczne

„Nie chcę przeszkadzać…”, „Dzwonię tylko by…”. Od takich słów często zaczyna się rozmowa telefoniczna. I tym samy sugeruje, że dzwoniąca osoba chce możliwie jak najszybciej rozmowę skończyć. To taktowne niechybnie ale… Skoro odebrałam, to znaczy że nie przeszkadzasz. Jakaś dziwna obawa się pojawiła, że zadzwonienie jest naruszaniem miru Sama jej czasem ulegam… kiedyś kilkanaście razy podnosiłam telefon by zadzwonić do pewnego człeka po bardzo ciężkim dniu jakiego doświadczyłam… ale jakaś natrętna myśl jak mucha brzęczała mi nad uchem - może się narzucam…  Nie wiem czy tak jest ale efekt to milczący telefon. Bo skoro każdy boi się naruszyć ten osławiony i chyba źle pojmowany „święty spokój”… Kiedyś wymyślono telefony anonsujące odwiedziny. Dzwoniło się by zapytać czy mogę wpaść na chwilę w odwiedziny (oczywiście, gdy zostało się kiedyś ten pierwszy raz do domu już zaproszonym... :) ), lub na dłuższe się umówić. PIĘKNE CZASY!! Gdy chcieliśmy się odwiedzać, rozmawiać o sprawach ważnych i tych nieistotnych, po prostu być razem w swoim wzajemnym towarzystwie, wypić wspólnie kawę lub przekąsić coś…

I to nie jest tak, że jestem zwolenniczką wielogodzinnych plot uskutecznianych telefonicznie. Ale telefon by pogadać "z piętnaście minut" o niczym, o tym jak minął dzień lub co się miłego lub niemiłego wydarzyło – fajny jest. A wśród przyjaciół, i osób jeszcze bliższych sobie, chyba powinien być naturalny.

Więc „nie przeszkadzasz”. Skoro odebrałam to znaczy, że chcę z Tobą rozmawiać i jest to dla mnie miłe i chcę żebyś mi „poprzeszkadzał” :)

więcej
 
tak sobie myślę - szczęście

Tak sobie myślę… SZCZĘŚCIE… ostatnio ktoś drugi już raz (zapewne nie oczekując analitycznej odpowiedzi, a raczej zdawkowego „jest OK”) zapytał mnie czy jestem szczęśliwa… Coś tam odrzekłam, ale po chwili myśl – szczęśliwa…. Czym właściwie jest szczęście. Chyba dla każdego czymś innym - definicji szczęścia milion. Dla kogoś, zabezpieczenie materialne, dla innych zdrowie, dla jeszcze innych rodzina, pokój, realizacja pasji i marzeń, podróże i poznawanie świata, kariera zawodowa, tytuły i stopnie… To wszystko jest ważne i bardzo OK. I po trosze na szczęście się składa. Dla mnie – szczęściem są chwile, spędzane z kimś z kim chce je spędzać i kto chce je spędzać ze mną. Szczęściem jest chyba ta WZAJEMNOŚĆ ODCZUĆ… Takie drobnostki – uśmiech, uścisk, spacer, całus, wspólna kolacja lub jakiś lunch bądż hotelowe śniadanie, wspólna praca, wspólny „relaksing” i reset systemu :), troskliwość okazywana w drobnych gestach itd. Ale chyba najistotniejsze w tym...

więcej
 
światy równoległe

Nigdy nie dzieliłam schizofrenicznie życia na równoległe światy (np. życie zawodowe i prywatne). Wydaje mi się to mocną stratą czasu i energii. Nie uważam, że wszyscy muszą mnie kochać i nie wszystkich kochać musze ja ale też nie widzę powodu by alienować się od osób, które lubię tylko dlatego, że współpracujemy na jakimś zawodowym poziomie. Nie mam problemu z tym, że ludzie pracujący ze sobą dzielą wspólnie również czas wolny, emocje, uczucia, relaks, ważne lub mniej istotne wydarzenia życia…

Gdyby to było złe, korpo-molochy zabroniłyby organizowania wyjazdów integracyjnych ;)

W ostatnich dniach od kilku przypadkowych osób usłyszałam, różnymi słowy rzucone konkluzje, że „u siebie w pracy to ja…” i tu padało dookreślenie izolowania i zamykania się. Nie wiem może to słuszne, może nie. Może asekuracyjne i zachowawcze, a może to efekt jakichś doświadczeń życiowych – różnie bywa. Ale tak sobie myślę: trudno żyć w światach równoległych… Przecież w takim wypadku tylko w jednym jest się sobą. W innych zakłada się maski… A jeśli tych równoległych światów jest więcej niż dwa? Co wówczas gdy się zapomni, która maska jest do której przestrzeni życiowej i nie daj Boże pomyli? To strasznie utrudnia życie. Nie łatwiej być sobą w jednym ale w całości swoim świecie? I być z tymi, których się oczekuje i przez których jest się oczekiwanym – tak po prostu i o każdej porze, a nie w ograniczeniu określonego sztucznie świata. czy konwenansów

więcej
 
Sporo słów „kocham” ale mało miłości

Bardzo uważająco wysyłam sms-owe serducha. Serduchowe oczka czy buziaki zresztą też. Raptem do kilku osób, do których naprawdę coś tam czuję emocjonalnego.

Tak sobie myślę, współczesny świat mocno strywializował słowo KOCHAM. Wyznanie rzuca się w słowotoku, równie dobrze jak „klasyczny przerywnik”, „fajnie” lub inne modne słówko. Kocha się barszcz czerwony lub zielone oliwki, kocha się pogodę, muzykę, podróże… Dorzućmy jeszcze emotikony i serca wysyłane na potęgę i wszystkim - w smsach, emailach itp.  nie zważając na to, że to bardzo mocny przekaz i mogą być zbyt dosłownie zrozumiany. Dopóki to tylko taki PR – OK, choć uważam, że zrobił się nazbyt powszechny, ale co wówczas gdy obdarowana lawiną serduch osoba, nie uświadamia sobie trywialności przekazu i zaczyna być ofiarą igrania sobie z uczuć… I nie myślę tu a sytuacji celowego manipulowania uczuciami drugiej osoby – tak dla rozrywki, osiągnięcia jakiegoś  zysku lub ukrycia jakiejś tajemnicy – to niegodne i podłe działania. Myślę o sytuacjach zwyczajnego nieskorelowania intencji nadawcy i odbiorcy, nie wstrzelenia się w kod semantyczny. W języku polskim (a i w języku symboli też) jest całe mnóstwo określeń typu lubić, adorować, cenić, ekscytować się, lubować się, padać na kolana, szaleć, uwielbiać, obdarzać sympatią, pociągać, napawać się, rozkoszować itd. itp. itd. Trochę zapomniane a przecież też mają pozytywną i wielostopniową emocjonalność ale nie są aż taką bombą. Czerwone serca i kocham – powinno mieć wyjątkowe brzmienie, wyjątkową dedykację, i wyjątkowy anturaż.

Bo co w sytuacji gdy będzie się chciało powiedzieć komuś tak naprawdę lub tak naprawdę usłyszeć - KOCHAM…

więcej
 
flagi czy symboliczne barwy

Tak sobie myślę...

Weksylologia. To trudna nauka. Ba, samo słowo trudne! A rzecz w tym wszystkim co do drzewca się przytwierdza i z dumą nosi – flagi, sztandary, chorągwie itd. itp. Dość konkretne i sztywne reguły, przepisy, prawo… Jeśli tylko samą flagę wziąć pod uwagę to: flagę może mieć kraj, może mieć naród – i nie zawsze to ta sama. Flagi miały ziemie, a teraz mają województwa. Flagi wreszcie mają także miasta. (tak dla przypomnienia choć zapewne wszyscy wiedzą – flaga Krakowa jest biało błękitna, a flaga małopolski – biało żółto czerwona)

Wczoraj pojechałam na spacer. Tak przed siebie, bo pogoda ładna. Po drodze, jeden z przystanków – Jasna Góra. Tłumy. Na błoniach jasnogórskich rozłożone rzędy białych krzesełek. Mury klasztoru odświętnie udekorowane. Wszystko czeka na 3 maja. No właśnie – udekorowane. Wszędzie powiewały flagi Rzeczypospolitej – i to pięknie! Ale wraz z nimi wywieszone zostały biało błękitne flagi… Miasta Kraków? Moje serce rodowitej krakowianki, nie powiem,  uradowało się. Ale intencja paulinów chyba inna była. Rozumiem, że biel i błękit to kolory maryjne i w semiologii jako takie występują. Ale jedno to symbolika barw a zupełnie co innego flagi. "Nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych. Nie bądźmy Peweksami". Wywieszenie dwu obok siebie flag....


więcej
 
oryginał czy kopia

Tak sobie myślę… Lepszy byle jaki oryginał niż świetna kopia. Święta służą spotkaniom w gronie rodzinnym, wśród przyjaciół ect. Też kilka takich odbyłam. Między innymi trochę niespodziewane spotkanie z dawnym znajomym, z którym widuję się bardzo rzadko. To miły, zacny, pracowity i dzięki temu też majętny człowiek. Mąż i ojciec trójki dzieci. Rozmowy płynęły przy stole o rodzinie, o tym czy kupić samochód, czy warto  (lub nie) się uczyć. Ten ostatni temat głównie z dziećmi :) W zgiełku spotkania, znaleźliśmy chwilę by pogadać na „na boku”. Wspomnienia, plotki… Mój znajomy przed wielu laty zakochany był w pewnej czarnowłosej i czarnookiej. Z jakiegoś powodu, błahostki, zastąpienia rozmowy – domysłami, związek się rozpadła. Mój znajomy ożenił się po jakim czasie z kobietą, która do złudzenia przypominała jego pierwszą miłość. Niestety jedynie wizualnie. Po latach… cóż… Wybranka okazałą się być może i miłą ale prostaczką, nie potrafiącą nadążyć za jego sposobem życia, pomysłem na nie, twórczymi inspiracjami … Problem żywcem jak z życiorysów artystów młodopolskich ;) To spotkanie uświadomiło mi prawdę bardziej uniwersalną – warto otaczać się oryginałami, tym co twórcze, niepowtarzalne i przez to wyjątkowe. Tak jest zawsze: w sztuce, w kulturze, w modzie, w technice, w motoryzacji, w muzyce, w układach społecznych, w kuchni… Generalnie w życiu. Zawsze oryginał będzie lepszy niż podróbka.. Kopia pozostanie tylko kopią, lepszą lub gorszą ale tylko kopią… To taka dość oczywista i uniwersalna prawda. I tylko zastanawiam się dlaczego wokół tak wiele – podróbek…

więcej
 
„Gość w dom Bóg w dom”

Tak sobie myślę...

„Gość w dom Bóg w dom”. W symbolice, zwłaszcza wieków średnich, zdjęte obuwie – zgodnie ze starotestamentalnym nakazem, symbolizowało obecność Boga. Szczegółów takich mnóstwo w ikonografii Bożego Narodzenia ale i np. na słynnym obrazie J. van Eycka. Zupełnie z innych powodów religijno, obyczajowo, kulturowych ale pamiętam o zzuciu obuwia przed wejściem do meczetu lub świątyni buddyjskiej. Będąc w Azji pamiętam by zsunąć obuwie ze stóp wchodząc do domu. Ale na ojczystej ziemi nieco inne zasady obowiązują.

Wciąż pokutuje nie wiedzieć czemu przekonanie, że przychodząc do kogoś w gości należy ściągnąć buty. Nie, nie zadbać o to by były czyste ale ściągnąć!  

Nic to, że kobieta w stroju wizytowym lub koktajlowym, wygląda na bosaka nazbyt „domowo” [no chyba, że taka wizualizacja bliższa raczej spotkaniem tête-à-tête, dla pozostałych gości ma być zamierzonym „komunikatem”… ;) ]. Nic to, że mężczyzna w najlepiej nawet skrojonym garniturze, gdy uzupełnia go li tylko skarpetkami, prezentuje się w sposób „niepełny”.   Nic to, że publiczne prezentowanie haluksów (opis innych „atrakcji” odpuszczę sobie i czytelnikom…) kłóci się z poczuciem estetyki. Ludzkość obuwie zrzuca u samych drzwi. Nawet opór gospodyni, świadomej tego, że skoro gości zaprasza w swoje progi, to nieskazitelnie czysta podłoga może doznać uszczerbku, nie przynosi skutku. Obuwie nie zostało zaproszone, zostaje u progu! ! Nie toleruje się zdejmowania butów, pod stolikiem w pracy, w pociągu, w samolocie, w restauracji i innych miejscach publicznych [za wyjątkiem plaży i basenu :)]. Dlaczego więc przy okazji domowych spotkań towarzyskich obowiązywać miałyby inne normy i stopy miały być pozbawiane ulubionego dla siebie towarzystwa butów?

A przecież już mistrz Wyspiański pisał „trza być w butach na weselu”! Może przy okazji narodowego czytania, warto pamiętać o naukach mistrza :)

więcej
 
Tradycja

TRADYCJA!!!

Są takie miejsc gdzie tradycja ważna jest! I wcale nie stoi to w sprzeczności do postępu, a wręcz przeciwnie – uzupełnia się i tworzy perfekcyjną całość.

Taka konkluzja przemknęła mi przez myśl w czasie inauguracji roku akademickiego, gdy patrząc na zacne grono profesorów togati, równocześnie miałam przed oczyma zdjęcia absolwentów różnych szkół wyższych, pojawiające się w sieci. Zwłaszcza jedno z nich ostatnio mnie zaskoczyło.  Osoba (znana) w todze profesorskiej. Byłam pewna, że habilitację obronił – okazało się, że licencjat. Dziwny zwyczaj ubierania w togi absolwentów (lic lub mgr) zapożyczony z kręgów anglo-saskich miesza się z naszymi rodzimymi tradycjami i wychodzi taki kogel mogel, że aż mdło. Stroje rodem z Hogwartu może i „fajne” ale czy na poważnych uczelniach w tak podniosłych chwilach jak graduacja nie warto podtrzymywać naszą rodzimą tradycję miast przebierać się za Harry’ego Pottera?

Dla przypomnienia zatem to co na każdej Uczelnia, która ubiory akademickie kultywuje wydaje się być oczywiste....

 

więcej
 
1   2   następny  >> 
 
© 2020 lucynarotter.com.pl | Tworzenie stron internetowych