do początku   |   mapa serwisu   |   kontakt  

Czytelnia » Tak sobie myślę...
flagi czy symboliczne barwy

Tak sobie myślę...

Weksylologia. To trudna nauka. Ba, samo słowo trudne! A rzecz w tym wszystkim co do drzewca się przytwierdza i z dumą nosi – flagi, sztandary, chorągwie itd. itp. Dość konkretne i sztywne reguły, przepisy, prawo… Jeśli tylko samą flagę wziąć pod uwagę to: flagę może mieć kraj, może mieć naród – i nie zawsze to ta sama. Flagi miały ziemie, a teraz mają województwa. Flagi wreszcie mają także miasta. (tak dla przypomnienia choć zapewne wszyscy wiedzą – flaga Krakowa jest biało błękitna, a flaga małopolski – biało żółto czerwona)

Wczoraj pojechałam na spacer. Tak przed siebie, bo pogoda ładna. Po drodze, jeden z przystanków – Jasna Góra. Tłumy. Na błoniach jasnogórskich rozłożone rzędy białych krzesełek. Mury klasztoru odświętnie udekorowane. Wszystko czeka na 3 maja. No właśnie – udekorowane. Wszędzie powiewały flagi Rzeczypospolitej – i to pięknie! Ale wraz z nimi wywieszone zostały biało błękitne flagi… Miasta Kraków? Moje serce rodowitej krakowianki, nie powiem,  uradowało się. Ale intencja paulinów chyba inna była. Rozumiem, że biel i błękit to kolory maryjne i w semiologii jako takie występują. Ale jedno to symbolika barw a zupełnie co innego flagi. "Nie mieszajmy myślowo dwóch różnych systemów walutowych. Nie bądźmy Peweksami". Wywieszenie dwu obok siebie flag....

więcej
 
oryginał czy kopia

Tak sobie myślę… Lepszy byle jaki oryginał niż świetna kopia. Święta służą spotkaniom w gronie rodzinnym, wśród przyjaciół ect. Też kilka takich odbyłam. Między innymi trochę niespodziewane spotkanie z dawnym znajomym, z którym widuję się bardzo rzadko. To miły, zacny, pracowity i dzięki temu też majętny człowiek. Mąż i ojciec trójki dzieci. Rozmowy płynęły przy stole o rodzinie, o tym czy kupić samochód, czy warto  (lub nie) się uczyć. Ten ostatni temat głównie z dziećmi :) W zgiełku spotkania, znaleźliśmy chwilę by pogadać na „na boku”. Wspomnienia, plotki… Mój znajomy przed wielu laty zakochany był w pewnej czarnowłosej i czarnookiej. Z jakiegoś powodu, błahostki, zastąpienia rozmowy – domysłami, związek się rozpadła. Mój znajomy ożenił się po jakim czasie z kobietą, która do złudzenia przypominała jego pierwszą miłość. Niestety jedynie wizualnie. Po latach… cóż… Wybranka okazałą się być może i miłą ale prostaczką, nie potrafiącą nadążyć za jego sposobem życia, pomysłem na nie, twórczymi inspiracjami … Problem żywcem jak z życiorysów artystów młodopolskich ;) To spotkanie uświadomiło mi prawdę bardziej uniwersalną – warto otaczać się oryginałami, tym co twórcze, niepowtarzalne i przez to wyjątkowe. Tak jest zawsze: w sztuce, w kulturze, w modzie, w technice, w motoryzacji, w muzyce, w układach społecznych, w kuchni… Generalnie w życiu. Zawsze oryginał będzie lepszy niż podróbka.. Kopia pozostanie tylko kopią, lepszą lub gorszą ale tylko kopią… To taka dość oczywista i uniwersalna prawda. I tylko zastanawiam się dlaczego wokół tak wiele – podróbek…

więcej
 
„Gość w dom Bóg w dom”

Tak sobie myślę...

„Gość w dom Bóg w dom”. W symbolice, zwłaszcza wieków średnich, zdjęte obuwie – zgodnie ze starotestamentalnym nakazem, symbolizowało obecność Boga. Szczegółów takich mnóstwo w ikonografii Bożego Narodzenia ale i np. na słynnym obrazie J. van Eycka. Zupełnie z innych powodów religijno, obyczajowo, kulturowych ale pamiętam o zzuciu obuwia przed wejściem do meczetu lub świątyni buddyjskiej. Będąc w Azji pamiętam by zsunąć obuwie ze stóp wchodząc do domu. Ale na ojczystej ziemi nieco inne zasady obowiązują.

Wciąż pokutuje nie wiedzieć czemu przekonanie, że przychodząc do kogoś w gości należy ściągnąć buty. Nie, nie zadbać o to by były czyste ale ściągnąć!  

Nic to, że kobieta w stroju wizytowym lub koktajlowym, wygląda na bosaka nazbyt „domowo” [no chyba, że taka wizualizacja bliższa raczej spotkaniem tête-à-tête, dla pozostałych gości ma być zamierzonym „komunikatem”… ;) ]. Nic to, że mężczyzna w najlepiej nawet skrojonym garniturze, gdy uzupełnia go li tylko skarpetkami, prezentuje się w sposób „niepełny”.   Nic to, że publiczne prezentowanie haluksów (opis innych „atrakcji” odpuszczę sobie i czytelnikom…) kłóci się z poczuciem estetyki. Ludzkość obuwie zrzuca u samych drzwi. Nawet opór gospodyni, świadomej tego, że skoro gości zaprasza w swoje progi, to nieskazitelnie czysta podłoga może doznać uszczerbku, nie przynosi skutku. Obuwie nie zostało zaproszone, zostaje u progu! ! Nie toleruje się zdejmowania butów, pod stolikiem w pracy, w pociągu, w samolocie, w restauracji i innych miejscach publicznych [za wyjątkiem plaży i basenu :)]. Dlaczego więc przy okazji domowych spotkań towarzyskich obowiązywać miałyby inne normy i stopy miały być pozbawiane ulubionego dla siebie towarzystwa butów?

A przecież już mistrz Wyspiański pisał „trza być w butach na weselu”! Może przy okazji narodowego czytania, warto pamiętać o naukach mistrza :)

więcej
 
Tradycja

TRADYCJA!!!

Są takie miejsc gdzie tradycja ważna jest! I wcale nie stoi to w sprzeczności do postępu, a wręcz przeciwnie – uzupełnia się i tworzy perfekcyjną całość.

Taka konkluzja przemknęła mi przez myśl w czasie inauguracji roku akademickiego, gdy patrząc na zacne grono profesorów togati, równocześnie miałam przed oczyma zdjęcia absolwentów różnych szkół wyższych, pojawiające się w sieci. Zwłaszcza jedno z nich ostatnio mnie zaskoczyło.  Osoba (znana) w todze profesorskiej. Byłam pewna, że habilitację obronił – okazało się, że licencjat. Dziwny zwyczaj ubierania w togi absolwentów (lic lub mgr) zapożyczony z kręgów anglo-saskich miesza się z naszymi rodzimymi tradycjami i wychodzi taki kogel mogel, że aż mdło. Stroje rodem z Hogwartu może i „fajne” ale czy na poważnych uczelniach w tak podniosłych chwilach jak graduacja nie warto podtrzymywać naszą rodzimą tradycję miast przebierać się za Harry’ego Pottera?

Dla przypomnienia zatem to co na każdej Uczelnia, która ubiory akademickie kultywuje wydaje się być oczywiste....

 

więcej
 
Szacunek...

Tak sobie myślę…

Odkrywając przeróżne zakątki świata, zdarza mi się bywać w świątyniach wszelakich religii, wyznań, obrządków – tych istniejących i tych byłych. Ostatnio w jednej z niewielkich buddyjskich świątyń przyciągnęła mój wzrok dziwna sytuacja. Grupa turystów (tak dla jasności – Europejczyków. Nie napiszę, z którego kraju, bo trochę wstyd) z ciekawością rozglądała się po wnętrzu świątyni i żądna „atrakcji turystycznych” fotografowała absolutnie wszystko. Przy okazji wymieniali komentarze, uwagi nie koniecznie przyciszonym głosem. To nie irytowało mnie jakość mocno zwłaszcza, że sama chwilę wcześniej rozmawiałam w progu świątyni z jednym z mnichów.  Ale… Rzeczony mnich pożegnał się ze mną i odszedł do swoich obowiązków – usiadł czekając na wiernych, którzy podchodząc oczekiwali od niego błogosławieństwa. Nagle w kolejce do mnicha zaczęli ustawiać się także wspomniani turyści. Naśladując gesty i zachowanie „tubylców” mechanicznie powtarzali je i podchodzili do odrobinkę zdziwionego ale cierpliwie znoszącego to mnicha. Po co? By zrobić sobie zdjęcie! Część z osób, które ustawiały się w kolejce do robienia sobie cyrku z religii, było obwieszone medalikami lub złotymi krzyżykami…

I tak zaczęłam się zastanawiać, jak te osoby zareagowałyby gdyby w ich kraju, ktoś podszedł do Komunii lub uczczenia jakich relikwii – tak dla zabawy, bo fajne zdjęcie potem pokaże się sąsiadom. Chyba warto pamiętać, że będąc gdzieś gościem – gospodarza szanować należy. Bo przecież gdy gospodarzem jesteśmy – szacunku, co słuszne,  oczekujemy i go wymagamy.

więcej
 
11 listopada

Tak sobie myślę...

 

Wczoraj było Narodowe Święto Niepodległości. Jak zwykle przy tej okazji spotkaliśmy się przy wspólnym stole na obiedzie z okazji Urodzin Rzeczypospolitej. Była rodzina, byli przyjaciele, była kuchnia staropolska i było wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych, narodowych i ludowych trochę też. Dzieci (przepraszam już młodzieży) przygotowali występy i prezentacje i generalnie było miło. A jak się ta tradycja świecka narodziła? Posłuchajcie…

 

Kilka dobrych lat temu odwiedziłam 10 listopada mojego brata i jego rodzinę. Dwie jego córki pochylone były nad wspólną pracą z zaangażowaniem rysując wielobarwne choinki (święta tuż, tuż – ostatecznie już 10 listopad – więc warto przygotować się zawczasu, zwłaszcza że witryny sklepów już od kilku dni połyskują świątecznie). Praca szła z tym większym zaangażowaniem, że jutro wolne i do przedszkola nie trzeba iść! Zagadnęłam. „Ale jutro mamy święto więc może na tę okazję coś namalujecie?” Dziewczęta podniosły głowę i zapytały „A jakie?”. Zdziwienie pojawiło się na twarzy mojej  i przeszło płynnie na twarz brata. Przecież chwilę temu wieszały w oknie flagę a rano brały udział w akademii ku czci recytując wiersze na okoliczność świąteczną. I wtedy uświadomiliśmy sobie, że dzieci inaczej pojmują święto. Święto jest wówczas gdy wszyscy siadają do stołu. Tak jest w Wigilię i na Wielkanoc i jak są imieniny lub urodziny… Świętowanie to spotkanie przy wspólnym stole. Burza mózgów trwała raptem kilkanaście minut. Mama i siostra, brat i bratowa, i my też zrobiliśmy szybki przegląd lodówek i … nazajutrz, 11 listopada spotkaliśmy się na uroczystym obiedzie na Urodziny Rzeczypospolitej. Była kuchnia staropolska, i kotyliony, wujek (rzeczonych dwu bratanic i siostrzeńca) wyciągną szable i orła z Katynia i ryngraf i zdjęcia i pamiątki rodzinne, by w ten sposób opowiadając o pradziadkach opowiadać dzieje Najjaśniejszej. Siostrzeniec zaśpiewał, bratanice zatańczyły i wyrecytowały, potem wspólne śpiewy… Długo i mile świętowaliśmy te Urodziny…

 

Wcześniej uświadomione już świątecznie dzieci przygotowywały dekoracje na stół. Małe biało - czerwone chorągiewki przy każdym nakryciu. Zrobiły jednak o jedną więcej. Ktoś z nas zapytał dlaczego aż dziesięć? Odpowiedź była szybka i konkretna – „Dla chomika! Niech też się poczuje Polakiem!!!!”  

 
więcej
 
Dwudziestoletni emeryci

Tak sobie myślę...

Na temat ŚDM miałam zamiar nic nie pisać. Tak wiele zostało powiedziane i tyle zacnych (i tych mniej zacnych) osób głos zabrało. Ale sprowokował mnie… Papa Francesco!

Gdy tuż przed ŚDM rozmawiałam z wieloma osobami na temat tego, co nas – mieszkańców Krakowa czeka, zwykle opinie były bardzo pozytywne i oczekujące. Zdarzały się jednak także osoby „na nie”, lub wręcz siejące defetyzm. I wcale nie myślę tu o prezydencie Krakowa, który zachęcał, by mieszkańcy na czas ŚDM opuścili miasto (tutaj powstrzymam się od komentarza, bo i cóż powiedzieć…). I nawet nie myślę o osobach, które narzekały publicznie, że nie, że nie w Krakowie, bo nie przystosowany, że „nikt krakowian nie pytał”, a potem – promowały się w TV na fali ŚDM. Najbardziej dziwiły mnie osoby młode, dwudziestoparolatkowie. Na jeden wpis z początku tygodnia w takim właśnie klimacie (że się zaczęło, że lepiej uciekać i w ogóle Armagedon) zamieszczony na Facebooku odpowiedziałam...

więcej
 
"Już nie zpomnisz mnie"
Tak sobie myślę… Dzisiaj miałam zajęcia z moimi „młodszymi ulubieńcami”  - międzywojenna muzyka filmowa. Ponadczasowe przeboje -  Bodo, Smosarska, Ordonówna,  Dymsza, Zimińska itd. Itd. I właściwie nie wiedzieć czemu byłam przekonana że takie TAKIE przeboje to przecież trzynasto – czternastolatkowie znają. I… znali! Na pierwszy ogień nauka piosenki „Ach jak przyjemnie” z niezapomnianego filmu "Zapomniana melodia". Reakcja młodzieży – znamy! To z takiej reklamy sera (nie powiem tutaj jakiego). OK. Brnę dalej „Już nie zapomnisz mnie”. I słyszę radosne: Proszę Pani to z reklamy oleju! Opadły mi ręce i pomyślałam że „załatwię” ich klasyką. Puszczam w naiwności swoje Habanerę i słyszę (ze szczerym i serdecznym uśmiechem): To z tej reklamy o płynie do podłóg? Nie próbowałam już dalej, ale pomyślałam sobie: Bogu niech będą dzięki za reklamy! Ja wiem, daleko im do wysokie sztuki, ale…  przynajmniej w ten sposób młodym ludziom bliska staje się muzyka klasyczna i szlagiery międzywojennego kina… Sama nie wiem czy to smutne czy śmieszne Zmienia nam się krajobraz kulturowy, ale czy na dobre…
więcej
 
3 maja

Tak sobie myślę

Historia uczy! To  niezaprzeczalna i niestety tak często zapominana prawda.

W 1791 roku uchwalono w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej PIERWSZĄ W EUROPIE konstytucję – bardzo nowatorską i postępową, której wprowadzenie mogło tak wiele dla Polski i Polaków uczynić! Niestety część obywateli, zaczęła szukać pomocy u obcych mocarstw i… skończyło się jak się skończyło. Przechlapane na pond sto lat… Szkoda, że wówczas ponad podziałami, nie szukano nauki w historii. Że nie przypomniano sobie o tym, że kilkaset lat wcześniej Polska będąc mocarstwem rozmawiała z innymi krajami Europy jak równy z równym, że Polska piersią swą BRONIŁA CAŁĄ EUROPĘ PRZED WROGAMI NAJEŻDŻAJĄCYMI I ATAKUJĄCYMI JEJ GRANICE!

 

Daj Boże byśmy dla Najjaśniejszej i naszych potomków, nauk historii tym razem nie przepomnieli…

 
literacko

Tak sobie myślę...

 

Lubię literaturę, zwłaszcza piękną! Można w niej (oprócz zrozumiałych zachwytów estetycznych) odnaleźć szereg prawd – tych z serii życiowych. Dlatego warto czytać!

Wczoraj nie wiedzieć czemu sięgnęłam na półkę z książkami i w ręce wpadł mi tomik Dzieł zebranych Stanisława Wyspiańskiego. Otworzyłam książkę a tam monolog Konrada. I litery z kart książki zaczęły krzyczeć:...

więcej
 
1   2   następny  >> 
 
© 2018 lucynarotter.com.pl | Tworzenie stron internetowych