Kategoria: Subiektywnie podglądane kultury świata (Page 8 of 32)

Egipt – Luksor świątynia

Luksor jako miasto – to część starożytnych Teb. Nazwa znaczy tyle co „miasto pałaców”. Przykleiła się choć powstała nie dlatego, że pałaców mrowie a dlatego że arabscy najeźdźcy w VII w. świątynie tak zidentyfikowali…  Właściwie to trudno Luksor nazwać miastem historycznym – to jedno wielkie muzeum! I to w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. W samym mieście i najbliższym jego sąsiedztwie świątyń, stanowisk archeologicznych, zabytków wszelakich – ho ho ho albo i więcej 😊

Na przykład taka świątynia narodzin Amona w Luksorze. Amenhotep III zaczął ją budować, ale że założenie było z rozmachem dopiero Ramzes II zakończył dzieło. Najpierw aleja sfinksów i sześć budowli wykorzystywanych w trakcie obchodów świąt, potem dwa obeliski (przy czym w Luksorze tylko teraz jeden bo drugi do Paryża wywieźli… 😊 ) oraz sześć posągów, między innymi Ramzesa i Nefertari. I przez olbrzymie pylony zdobione reliefowymi scenami zwycięstwa Ramzesa nad Hetytami – wchodzi się kompleksu świątynnego. A potem to układ jak w każdej (prawie) świątyni egipskiej, kolejne dziedzińce jeden Ramzesa, drugi Amenhotepa itd. Przy czym na przykład – na ruinach części poświęconej Hatszepsut, zbudowano meczet Abu al-Haggag, a w kaplicy dedykowanej bogini Mut był kiedyś kościół chrześcijański…

To ważna świątynia była. Możliwe, że koronowani tutaj byli kolejni władcy. Ileż trików architekci tu zastosowali by monumentalnie i wyjątkowo wyglądała! W czasach starożytnego Egiptu, gdy świątynia była czynna, sprawowany był tu kult boga Amona, jego boskiej żony Mut i ich równie boskiego syna Chonsu. W trakcie najważniejszych obchodów w roku, posąg Amona był przewożony Nilem do świątyni w Karnaku gdzie był oficjalny posąg Mut. Ten rytuał „spotkania małżonków” miał zapewniać płodność i dobrobyt – zwłaszcza faraonowi. A może ta świątynia w ogóle była wzniesiona dla ubóstwienia faraona…

Ale dla mnie to taka świątynia „miłości małżeńskiej”. Nie bez przyczyny przecież poświęcona dwojgu boskich małżonków Amona i Mut 😉 Mają urocze posagi (lubię je, ładne po prostu są) w kanonie tronującym (siedzącym), i zupełnie przypadkiem twarze bogów przypominają twarze innej pary małżonków ale królewskich – Tutenchamona i Anchesenamun…

Egipt – Pustynia Arabska

Wyjść na pustynię… Zagubić się we własnych myślach i ciszy, i przestrzeni, i samotności… Prawie prawda. Pustynia wbrew pozorom i powszechnej opinii żyje i to hucznie. Pustynia Arabska – północno-wschodnia cześć Sahary, też. Przynależy terytorialnie do Egiptu. Piaszczysta, taka jak z bajki, porośnięta roślinnością kserofilną (ludzkim językiem – kaktusy), zamieszkała przez sporo żyjątek, którym wysokie temperatury nie straszne. Piękna! Od wieków zamieszkiwana też przez ludzi. Beduini – koczowniczy lud pustynny. Wolni, wojowniczy, dumni ale i gościnni ludzie. Pustynia od zawsze była ich domem. Zajmowali się głównie hodowlą wielbłądów, owiec lub kóz, przemieszczając się wraz ze swoimi stadami w poszukiwaniu czegoś zielonego i nadającego się na pastwisko. Do dzisiaj starają się nie poddawać rygorom posiadania dokumentów lub konieczności edukacji.

Z czasem Beduini w wyobrażeniach Europejczyków stali się niesamowitym, dumnym tajemniczym ludem, strzegącym jakichś odwiecznych tajemnic… Filmy i literatura spopularyzowały ten obraz. Może dlatego obecnie Beduini często żyją z turystów. Organizowane są wycieczki pod tytułem „odwiedź wioskę Beduinów”. Wycieczka na wielbłądach, jeepach i kładach itp., fatamorgana na zamówienie 😉, drobny posiłek w wiosce „przypadkowo” napotkanej na bezdrożach pustynnych 😉. W sumie fajnie. Kiedyś zaprosiłam na taką wycieczkę grupę, którą opiekowałam się w Egipcie. Miło było. Ale w którymś momencie uszkodzona chłodnica w kładzie lekko poparzyła jedna z uczestniczek. Nic groźnego. Ale natychmiast, na środku pustyni, znalazł się lód (taki do drinków) by zrobić okład. I wyszło przy okazji, że posiłki do wioski przywozi catering – tyle, że podjeżdża do wioski (jak nic stacjonarnej i „turystycznej” a nie koczowniczej) na skróty z drugiej strony. 🙂 Czy to źle – OCZYWIŚCIE, ŻE NIE! Atrakcje turystyczne rządzą się swoimi prawami! Turysta płaci – turysta ma!

Ale jeśli ktoś chce zobaczyć prawdziwą pustynię i być może spotkać rdzennych mieszkańców, którzy jeszcze gdzieś tam żyją na ukochanej pustyni, musi bardziej się wysilić. A właściwie nie. Wysilać się nie musi. Musi zachwycić się pustynią. I uznając jej potęgę i władze – zakochać się w niej bez pamięci…

Egipt – Sakkara

Egipt kojarzy się z piramidami, a piramidy – z Giza. I słusznie, bo Giza jest cudowne! Ale Egipt nie jedną piramidą słynie. Sakkara to kolejne miejsce, które wspomnieć należy myśląc o sepulkralnej architekturze Egiptu. Tutaj miejsce swoje znalazł podobno pierwszy władca tego kraju. Najsłynniejszą budowlą jest piramida schodkowa Dżesera – jeden z lepiej tam zachowanych grobowców. I znowu, piramidy kojarzą się najczęściej z tymi stożkowymi z Giza. W Sakkarze jest ich „prototyp” – piramida, która wygląda trochę jak wielowarstwowy tort. Tutaj też odnaleziono słynną tablicę z Sakkary a na niej spis władców i hymn na cześć Ozyrysa. W Sakkarze zobaczyć można jedną z najstarszych mastab, a także świątynie Totiego itd. itd. A największa zaleta tego miejsca? Jest cicho, spokojnie i w porównaniu z innymi miejscami turystycznymi w Egipcie, pusto. Tutaj można poczuć i zobaczyć nekropolię otuloną pozorną ciszą pustyni…

Egipt – Święta Katarzyna

U stóp góry Synaj wzniesiono klasztor… To jeden z najstarszych działających chrześcijański klasztor na świecie. Według tradycji – w tym właśnie miejscu Mojżeszowi ukazał się Ha.szem w krzewie ognistym. Krzew faktycznie rośnie na terenie kompleksu, pilnie strzeżony przez mnichów. I trudno się dziwić… Turystów mrowie. Każdy chciałby uszczknąć choć listek… Sam płonący krzew – cóż… Istnieje kilka wyjaśnień tego zjawiska. Jedna z hipotez podaje, że wrażenie ognia sprawiły roje robaczków świętojańskich, które przysiadły o zmroku na krzewie, rozświetlając go. Inna wersja wytłumaczenia płonącego krzewu to dyptam jesionolistny. Roślina ta wydziela duże ilości olejku eterycznego pachnącego cytryną i cynamonem. W ściśle określonych warunkach, przy dużej temperaturze powietrza, możliwy jest samozapłon tych olejków. Tak czy tak – mnisi strzegą rosnący w monastyrze krzew! Czasami dość bezwzględnie…

W tym właśnie miejscu poleciła wznieść cesarzowa Helena kaplicę. Klasztor powstał w VI wieku z inicjatywy Justyniana I i na rozkaz jego otoczony też został mocarnymi murami. Gdy ok X wieku, odkryto relikwie św. Katarzyny, pojawił się kolejny powód by pielgrzymki ruszyły tu tłumnie. Według tradycji ciało męczennicy aniołowie pochowali na pobliskiej górze Katarzyny, a mnisi pobożnie przenieśli je do monastyru. W tym samym czasie wzniesiono w obrębie kompleksu niewielki meczet. To zapewne jeden z powodów dla których monastyr mocno od muzułmanów nie ucierpiał. Na terenie monastyru jest też studnia Mojżesza, kościół Przemienienia, troszkę dalej Domek Czaszek (kaplica udekorowana czaszkami i piszczelami zakonników zmarłych), bazylika Katarzyny no i oczywiście biblioteka ze sporą ilością manuskryptów, między innymi Kodeksem Synajskim. Czy ja wiem czy mi się tam podobało… To znaczy miejsce piękne!!! Ale tłum przeciskających się turystów (to mi nie przeszkadza – tak to działa w znanych i turystycznych miejscach) i pokrzykiwanie mnichów. Sama nie wiem którzy więcej zamieszania robili…

Estonia – Narwa

„Koniec świata”. Świat ich kilka posiada co najmniej. Jednym z nich jest Estońska Narwa, a dokładniej twierdza w Narwi. Z jej murów widać już po drugiej stronie rzeki Rosję (tam swoją drogą też twierdza stoi wzniesiona przez Iwana II).Taki przyczółek Europy z widokiem na…

Twierdza w Narwi wzniesiona został już w XIII wieku ale jej obecny wygląd to liczne przebudowy. I Duńczycy, i Krzyżacy, i Szwedzi tu swoje „trzy grosze” wnieśli i w rezultacie zupełnie solidna „internarodowa ;)” budowla powstała i oczy cieszy. Twierdza w Narwi zwana zamkiem Hermana, kwitnie obecnie i oferuje sporo nie tylko wielbicielom fortyfikacji, historykom czy architektom ale właściwie każdemu zbłąkanemu turyście. W ramach biletu dostaje się monetę, którą można wykorzystać do zapłaty za oferowane w zamku pamiątki lub ją samą zabrać na pamiątkę. A w zamku, jak to w zamkach bywało, spotkać można całą rzeszę rzemieślników (wszyscy w strojach z epoki): kowala, tkaczkę, koronczarkę, cieślę itd. itp. A do tego wąskie korytarze, labirynt komnat – można się historycznie zagubić…

Ale drobna rysa jest. Właściwie nie taka drobna bo pomnik solidnych rozmiarów. U stóp warowni bowiem, ze wzniesioną ręką we władczym geście stoi ni mniej ni więcej tylko towarzysz Lenin… Ja wiem, w Narwi więcej Rosjan mieszka niż Estończyków, ale – tak zgrzyta trochę… chyba…

Francja – Avignon

Avignon pachnie lawendą! Znane od czasów rzymskich ale rozsławione za przyczyną – papieży. Przez kilkaset lat formalnie były to dobra papieski (papież Klemens VI kupił je od Joanny I Sycylijskiej). Bardziej powszechne skojarzenie to jednak niewola Awiniońska i rezydujący tu antypapieże. Ot, zakręty historii… Dzisiaj olbrzymi zamek – pałac papieski, nadal stoi. Można go zwiedzać – choć bardziej imponująco wygląda jego bryła, niż pustawe mocno komnaty. Warto zaglądnąć do XIII wiecznej katedry Notre Dame des Doms. Simone Martini namalował tu freski! Ale najsłynniejszy w mieście jest – most! A właściwie jego część, bo z XII-wiecznego mostu nad Rodanem zachowały się tylko cztery przęsła i kapliczka. Według tradycji miał go budować sam św. Benezer. Ale… muzyka czyni cuda! Taniec także – zatem… Muszę przyznać, że mocno zdziwiona byłam, gdy okazało się że Sur le pont d’Avignon w wersji pierwotnej, francuskiej to jakaś skoczna melodyjka nadająca się do przedszkolnych zabaw. Nasza wersja Sur le pont d’Avignon i tercet Baczyński, Zarycki, Demarczyk – znacznie odpowiedniejszy do pejzażu miasta!

O Avignon trudno pisać… O Avignon należy posłuchać… najlepiej jak śpiewa Demarczyk…

Ten wiersz jest żyłką słoneczną na ścianie

Jak fotografia wszystkich wiosen

Kantyczki deszczu wam przyniosę

Wyblakłe nutki w nieba dzwon

Jak wody wiatrem oddychanie

Tańczą panowie, niewidzialni, na moście w Avignon.

Zielone staroświeckie granie

Jak anemiczne pączki ciszy

Odetchnij drzewem to usłyszysz

Jak promień naprężony ton

Jak na najcieńszej wiatru gamie

Tańczą liściaste suknie panien,

Tańczą liściaste suknie panien na moście w Avignon.

W drzewach, w zielonych okien ramie

Przez widma miast srebrzysty gotyk

Wirują ptaki płowozłote

Jak lutnie, co uciekły z rąk

W lasach zielonych białe łanie

Uchodzą w coraz cichszy taniec.

Tańczą panowie, tańczą panie na moście w Avignon.

Francja – Carcassonne

O Carcassonne dzisiaj. I wcale nie myślę o grze planszowej – zupełnie „fajnej” skądinąd. Ta wersja z Francji (Langwedocja), to warownia gigantyczna! Fortyfikacje wprowadzili tu Rzymianie (część wałów z tamtych czasów zresztą się ostało). W międzyczasie dokładali swoje Wizygoci, Frankowie czy Saraceni… – jak wszędzie… Przed dłuższy czas warownia była uważana za nie do zdobycia. Cennym miejscem oporu było w czasie wojen, np. albigeńskich (tzn. aż do zdobycia twierdzy…), potem też w wojnie stuletniej miało swoją odsłonę… Z czasem warownia stała się tak zaniedbana, że w XIX wieku na fali „sprzątania” planowano ją rozebrać „do cegły”. Na szczęście przyzwyczajenie i opór mocny, spowodowały zmianę decyzji tak daleką, że aż odbudową się zajęto. Efekt – gigantyczna warownia według „vision” dziewiętnastego wieku 😜

Carcassonne jest klimatycznym miejscem, może dlatego przyciąga rzesze turystów, może dlatego wielokroć pojawia się w literaturze, filmie, muzyce a nawet i wspomnianej grze. Ostatnimi czasy „przyozdobione” zostało dziwacznie niczym żółta tarcza strzelnicza… koszmar! Mam nadzieję (od ponad roku nie byłam), że już usunęli to cudo. Tak czy tak, klimatycznie, bajkowo, trochę jak Hollywood, ale miło… i lawenda pięknie pachnie… w sumie nawet romantycznie trochę, zwłaszcza wieczorową porą. 😍

Francja – Chenonceau

Chenonceau (w odróżnieni od miejscowości Chenonceaux – bo to o sam zamek idzie!) to jedno z tych cudeniek nad Loarą, w których się wpada nazbyt łatwo w zachwyt, emocje, namiętności i takie tam… Zamek Dam – tak czasem się go nazywa bo ni mniej ni więcej – sześć pań przyczyniło się do jego rozbudowy i popularności. I faktycznie wygląda tak, że każda kobieta spacerując po zamku lub ogrodach może się poczuć jak królewna z bajki 😉

Początki zamku – to XIII wiek. A potem w XVI wieku jego przebudową właściwie kierowała Katherine Briçonnet. A potem Henryk II Walezjusz zamek darował swojej ulubionej faworycie Dianie de Poitiers, która swoją drogą o zamek bardzo dbała. Wokół założyła cudowny ogród – z cudowną aleją platanów! Potem była Katarzyna Medycejska (żona wyżej wspominanego… która za punkt honoru postawiła sobie nowymi pomysłami przyćmić to co w zamku wymyśliła jej poprzedniczka 😉) i Ludwika Lotaryńska, która w przeciwieństwie do swoich poprzedniczek urządziła sobie tu taką czy ja wiem co – „pustelnię” chyba. W każdym razie typ introwertyka…

Jedną z właścicielek zamku była znana ze swej urody Madame Dupin. Wolter nazywał ją boginią piękna i muzyki! 😊 Jej inteligencja, wyczucie piękna ale i uwodzicielski czar zjednywały jej wielkich tego świata – wielkich artystów i myślicieli oczywiście! A sam zamek stał się znanym miejscem spotkań muzyków, literatów, dramaturgów, malarzu itd. itp… Chyba musiała być naprawdę wyjątkowa skoro sam Rousseau pisał o niej jakoś tak: „Madame Dupin était encore, quand je la vis pour la première fois, une des plus belles femmes de Paris. Elle me reçut à sa toilette. Elle avait les bras nus, les cheveux épars, son peignoir mal arrangé. Cet abord m’était très nouveau. Ma pauvre tête n’y tint pas. Je me trouble. Je m’égare. Et bref, me voilà épris de Madame Dupin. Mon trouble ne parut pas me nuire auprès d’elle, elle ne s’en aperçut point. Elle accueillit le livre et l’auteur, me parla de mon projet en personne instruite, chanta, s’accompagna au clavecin, me retint à dîner, me fit mettre à table à côté d’elle. Il n’en fallait pas tant pour me rendre fou. Je le devins”

Przez chwilę mieszkała tu chyba (a na pewno była potomkiem właścicielki zamku) George Sand – szalona pisarka, która w swoich czasach dostarczała wielu emocji nie tylko twórczością (o zgrozo!!! 😊 nosiła spodnie i paliła publicznie tytuń, o innych sferach jej życia – a właściwie pożycia – pozwolę sobie pomilczeć… 😉). Dzisiaj znana przede wszystkim przez romans i związek z Chopinem.

Hmmm… No i jak tu spokojnie zwiedzać zamki nad Loarą… żadną miarą się nie da …. 😉

Francja – La Salette

Czy można chodzić w chmurach? No pewnie! I to par excellence w chmurach. 😊 Zdarzyło mi się to kiedyś we Francuskim La Salette – Fallavaux… Maleńka miejscowość (faktycznie maleńka bo mieszka tam nie całe sto osób!) znana głównie z wybudowanego nieopodal sanktuarium maryjnego. W 1846 roku dwojgu dzieciom właśnie w tym miejscu, ukazać się miała na alpejskich łąkach Maria. W miejscu, w którym Melania i Maksymilian ujrzeli „Piękną Panią” wytrysnęło źródło. Najpierw wydarzenie miało charakter osobisty i raczej lokalny. Dzieci wraz ze swoimi bliskimi ustawili krzyże dla upamiętnienia wydarzenia. Z czasem, powstało w górach sanktuarium a opiekę nad nim przejęli księża saletyni – zgromadzenie zatwierdzone kilkadziesiąt lat po objawieniu.

W trakcie subiektywnego podglądania różnych zakątków świata, byłam w bardzo wielu miejscach kultu, różnych religii i obrządków. W Europie – kilka sanktuariów dla katolików jest szczególnie ważnych. W większości z nich powala gwar, zgiełk, setki pamiątkowych gadżetów, sklepików… taka trochę branża wychodząca naprzeciw „turystyce pielgrzymkowej”. I dobrze. Jak jest takie zapotrzebowanie – OK… La Salette to chyba jedyne znane mi sanktuarium katolickie w Europie gdzie jest cisza… Chmury otulają zbocza gór i mury świątyni… Czasem jakby od niechcenia albo przypadkiem wpuszczając promienie słońca… Wtedy łąki wybuchają intensywną zielenią i brązem. Czasem muzykę wiatru zakłóci tylko bicie dzwonu… Można chodzić w chmurach! Cisza i rześkie górskie powietrze uruchamiają intensywnie procesy myślowe… Nie wiem czy na tym polega modlitwa… Ale jeśli tak – to ten zakątek francuskich Alp, szyty jest na miarę…

Francja – Paryż, Montmartre

Entourage ważny jest! Przy czym różnie z nim jest… Czasem w nastrój (niekiedy zachwytem zwanym) wprawia najpiękniejsza plaża świata o zachodzie słońca, czasem pejzaaaaż gór oblanych słońcem, czasem najpiękniejsza polana świata otulona szalem drzew… A jeszcze innym razem może to być gwar miasta doświadczany bezpośrednio na ulicach i placach lub w zasłuchaniu z hotelowego okna. Kiedyś słyszałam anegdotę o dwu aktorach, którzy wyjechali na zdjęcia do Paryża. Jeden każdą wolną chwilę wykorzystywał na zwiedzanie, drugi wręcz przeciwnie. W którymś momencie „turysta” zirytowany pyta: jak tak możesz siedzieć w hotelu przecież dookoła Paryż!. Na to kolega: ja to widzę inaczej – siedzę w hotelu… a dookoła Paryż!!!

Też tak mam z Paryżem. Zachwyca, poraża, nęci i kusi, czasem męczy i przytłacza, czasem wciąga jak narkotyk. Chyba najbardziej lubię Montmartre i okolice. I nie tylko dlatego, że nieopodal moje ulubione (przez musical i tango Roxanne) Moulin Rouge. Choć to też… Na Montmartre góruje strzelista kopuła Sacre-Coeur, cudownie wiją się uliczki, pełne kawiarenek i gwarnego tłumu, rozkrzyczanych turystów, artystów żądnych sławy… Kiedyś, kilka lat temu zagubiłam się wśród tych uliczek i rzeki ludzi… gdzieś grała katarynka… ktoś tam tresował jakąś papugę chyba… prawie jak w piosence Edith Piaf… Podobno nazwa dzielnicy wzięła się od Merkurego – góra Merkurego. Może… Dla mnie to kwintesencja Paryża, tego art… który nie chodzi utartymi ścieżkami, kreuje sztukę, tworzy muzykę, zasłuchany w dźwięki kataryniarza lub akordeonisty… No jak tu nie przysiąść przy filiżance kawy lub kieliszku Beaujolais i nie zacząć tworzyć… Wcale się takiemu Toulouse-Lautrec nie dziwię…

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑