Kategoria: Subiektywnie podglądane kultury świata (Page 3 of 32)

Armenia – Garni

Twierdza w Garni. W II w.p.n.e. istniała tu twierdza cyklopowa (według wierzeń autorstwo takich twierdz przypisuje się cyklopom). Niewiele z niej zostało. Potem letni pałac królewski. Ale to co dzisiaj przyciąga turystów, gapiów, badaczy, podróżników i włóczykijów wszelakiej proweniencji, to zbudowana tu w I w. n.e. bazaltowa świątynia poświęcona Mitrze – bogu słońca, opiekunowi umów i lojalności. Mitra utożsamiany był czasem z Apollem – może dlatego tuż obok wzgórza świątynnego zobaczyć można gigantyczne skalne organy (zwane też Symfonią) – ostatecznie Apollo muzyką się parał 🙂. Perski Mitra zrodził się ze skały, Indyjski Mitra – niczym muzyka, łagodził obyczaje. Tym samym wszystko, układa się w jakąś całość. Prawie jakby na dowód tej pokrętnej logiki – w świętym świętych, często lokalni muzycy dają koncerty na duduku (lokalna odmiana fletu prostego).

Świątynia w Garni historią swoją sięga I wieku ale sama bryła architektoniczna została odbudowana z pozostałości w połowie XX wieku. To jedyny odbudowany budynek w kompleksie. Z pozostałych zachowały się jedynie niewielkie fragmenty (np. łaźni z „infrastrukturą” podgrzewającą wodę i podgrzewanymi podłogami) lub same fundamenty. Wokół mnóstwo klombów, równo przystrzyżonej trawy… A gdy się przycupnie gdzieś na powalonej czasem kolumnie to można usłyszeć przebijający się przez gwar turystów, śpiew wiatru…

Armenia – Geghard

Życie jest pełne paradoksów. 🙂 O uczuciach i emocjach trudno się mówi. Na to, że druga strona się domyśli – też trudno liczyć… A tu na świecie chyba najwięcej miejsc, w których w mniej lub bardziej magiczny sposób można zapewnić sobie szczęście w miłości…

Jednym z nich jest ormiańskie Geghard. To kompleks klasztorny wybudowany na miejscu pogańskiej świątyni tak zwanego „świętego źródła”. Samo źródło „ochrzczone” nadal wypływa w jednej z części kościoła. Cały XIII – wieczny (ten obecny, bo pierwsze zabudowania to IV wiek) kompleks świątynno-klasztorny przyklejony jest do skały, łączy się z grotami i z nich się wyłania, w nie przechodzi… takie panteistyczne połączenie natury i dzieła rąk ludzkich. Poszczególne wnętrza kościołów i zabudowań klasztornych stanowią swoisty labirynt, gdzie za każdym rogiem odkrywa się kolejne pomieszczenie jeszcze piękniejsze i jeszcze bardziej kuszące by wejść. Wzrok przykuwają wszechobecne dekoracje rzeźbiarskie. Groźne zwierzęta, wijące się rośliny, geometryczne „zawijasy”. Na szczytach kopuł, otwory wpuszczają promienie słońca, które ślizgają się po ciemnych wnętrzach. Wszędzie słychać delikatny szmer wody bijącej ze źródła i ta cudowna akustyka!!! Słuchać każdy szept – i modlitwy i zachwytu i wzruszeń. Nie zdołałam się oprzeć, rozglądając się ukradkiem czy nikogo w pobliżu nie ma zanuciłam Panis Angelicus (to jednak kościół więc – sacrum wypadało zachować) Miałam szczęście, Geghard zwiedzałam niemal sama…

W świątyni przechowywana miała być włócznia Longina, którą przebito bok Zbawiciela. Przywieźć ją tu miał apostoł Juda Tadeusz. W sumie wszystko układa się w logiczną całość. Skoro miejsce ma zapewniać szczęście w miłości, a Juda Tadeusz jest patronem od spraw beznadziejnych to… 🙂 Geghard słynęło swoją drogą z wielu cennych relikwii, nie tylko włóczni. Przechowywano to na przykład relikwie apostoła Andrzeja. Wszystkie cenne, strzeżone tu pamiątki były o tyle wartościowe co też tajemnicze i owiane legendami (jak samo miejsce zresztą).

Przy wejściu do kompleksu są wyżłobione w zboczu niezbyt głębokie nisze. Należy wrzucić do nich kamień. Jeśli nie wypadnie i pozostanie w środku – szczęście i spełnienie marzeń gwarantowane! Rzuciłam, nie spadł – zobaczymy…

Armenia – Hachpat

Ja wiem. Wszystkiego na raz nie da się odnowić i zabezpieczyć przed popadaniem w ruinę. Ja wiem, że jakiegoś wyboru zawsze trzeba dokonać. Ale też wiem, że zawsze znajdą się takie miejsca jak armeński klasztor w Hachpat, gdzie przychodzi się i po chwili trochę żal, że to nie właśnie to miejsce zostało wybrane jako pierwsze do podniesienia z upadku jaki zgotowały mu wieki i zakręty historii. Przez wieki bowiem (a pierwsze śladu istnienia tu klasztoru to IV wiek, choć zabudowania, które cieszą oko to – X) przechowywano tu wszystko co piśmiennictwo ormiańskie stworzyło. To najcenniejsze bogactwo – myśl ludzką spisaną na kartach, potrafiono perfekcyjnie zabezpieczać przez zagrożeniem np. rabunku. Na przykład kryjąc cenne zapiski w sprytnie spreparowanych „skrytkach” pod podłogą lub w okolicznych jaskiniach. Cenny tu jest jeden z chaczkarów – XIII wieczny, z wymalowaną i reliefowo zaznaczoną pasyjką na krzyżu. Barwiony kwasem karminowym czyli czerwcem polskim (barwnikiem pozyskiwanym z milutkich robalków) zachował do dzisiaj czerwonawą kolorystykę. Jak to w armeńskich klasztorach, dość ciemne kamienne mury już dawno straciły polichromowane zdobienia, jednak sama bryła architektoniczna klasztornych zabudowań w zachwyt niekłamany wprawia. Zarówno największy z kościołów – Krzyża Świętego, jak i refektarz, biblioteka i kolejne pomieszczenia – tworzą arcywciągający i kuszący pięknem zespół przyklejonych niemal do zbocza wniesienia budowli.

Wiem to kwestia podejmowania wyborów ale smutno, że miejsce które chroniło to co najcenniejsze dla każdego narodu – myśl, wiedzę i historię, nadal czeka cierpliwie by go potomni otoczyli ochroną…

Armenia – Noratus

Gdzie jest najwięcej na świecie chaczkarów na metr kwadratowy? Odpowiedź brzmi – w ormiańskim Noratus. Wioska niewielka ale cmentarz gigantyczny (jak na tamtejsze warunki!). I dziwny trochę bo właściwie to cmentarz cmentarzy. Miejsce pochówku istniało tu od wieków średnich ale to nie jest aż tak wyjątkowe. Na cmentarz w Noratus zaczęto zwozić Chaczkary z miejsc, które miały przestać istnieć lub zapomniane chyliły się ku zniknięciu… Chaczkary – stele z wyrytymi, ozdobnymi znakami krzyża, to element mocno wpisany w ormiańskie dziedzictwo kulturowe. Być może dlatego wiele razy stawały się obiektem ataków. Niszczone tak dla zasady. Na cmentarzu w Noratus znalazły spokojność. Leżą lub stoją, grupami lub w samotności, te z IX wieku obok zupełnie współczesnych. Chaczkary nie należy wiązać li tylko z nagrobkami, choć często stanowią ich zwieńczenie. W tym jednak miejscu nagrobki i krzyże splotły się jedno. Cmentarz nie tyko dla ludzi ale także dla tradycji… A może nie! Może to miejsce pamięci!

Armenia – Norawank

Kiedyś, przed laty oglądałam film „Piknik pod wiszącą skałą”. Grupa pensjonariuszek pod opieka guwernantek, w tajemniczy sposób znika w czasie wycieczki w góry… i ten tajemniczy i pełen grozy nastrój…

Tak właśnie poczułam się dojechawszy do klasztoru Norawank. Dookoła sterczą czerwono brunatne skały, wiatr szarpie drzewami, i klasztor gdzieś na szczycie. Ale taki dziwny – wejścia do kościołów tak wysoko, że jedynie drabina lub arcystrome, zdewastowane przez czas i wyglądające na mocno niebezpieczne stopnie… Jakby budowle wznoszone były dla wielkoludów lub aniołów, którym latanie nieobce…

XIII wieczny ormiański klasztor w Norawank to kompleks kilku budynków – w tym najbardziej reprezentacyjny – Burtelaszen (kościół pod wezwaniem Matki Bożej). W kompleksie znajduje się (lub znajdowało) także kilka innych świątyń (min św. Grzegorza, św. Jana Chrzciciela itd.), oraz zabudowania klasztorne. Obecny klasztor powstawał w czasach zagrożeń ze strony Mongołów. Podobno dlatego w ikonografii dość wyjątkowe szczegóły jak mocno skośne oczy Pantokratora, Hodegetria która siedzi po turecku… Być może celowy zabieg, który miał „obłaskawić” ewentualnych agresorów, być może przypadek… Faktem jest, że zabudowania przetrwały! Wnętrza kościołów i zabudowań jaki w większości kompleksów tego typu w Armenii – cokolwiek puste. Jednak bryły architektoniczne, koronkowe reliefy i płaskorzeźby, tympanony, portale i ten anturaż czerwonych skał… To miejsce równie piękne, co budzące niepokój i lekki strach! I sama nie wiem, czym bardziej przyciąga…

Armenia – Sanahin

Monastyr Sanahin w Armenii datuje się na X wiek, choć pierwsze zabudowania istniały tu kilkaset lat wcześniej. To jeden z klasztorów ufundowanych przez królową przy czym tym razem tą królowa była Chosrowanusz. Cały kompleks to kompilacja obiektów sakralnych i dydaktycznych. Było kilka kościołów ale i biblioteka i uczelnia… Wykładano tu przedmioty humanistyczne – co dość naturalne ale i uczono medycyny. Dodajmy jeszcze skryptorium i powstające w nim iluminowane manuskrypty. W tym uroczym skądinąd zakątku na stałe rezydował biskup a chętnie odwiedzali monarchowie. Dzisiaj niewiele zostało z wystroju, choć dawna świetność wyraźnie jest wyczuwalna. Dość ponure w barwie, odarte z przepychu wnętrza równocześnie kuszą i przerażają. Tu jakieś chaczkary misternie zdobione, tam rozrzucone pod ścianą naczynia, poukładane jak płytki łazienkowe „wyślizgane” przez wieki epitafia, od dawna już puste miejsca studentów… I te „tajemnicze” promienie światła błąkające się po rozmodlonych niegdyś świątyniach…

PS

W Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie przechowywany jest manuskrypt ze skryptorium Sanahin. Są to pięknie iluminowane hymny brewiarzowe.

Armenia – Selim przełęcz

Czasem należy się na chwilę zatrzymać, by móc spojrzeć na całokształt – tak na spokojnie…

Góry służą temu, a te o których myślę to Armeński Kaukaz. Urokliwych zakątków tam całe mrowie ale w jednej z przełęczy oprócz cudownych widoków jeszcze jeden powód by przystanąć. Karawanseraj to rodzaj zajazdu, gdzie w podróżni, pielgrzymi, kupcy i persony wszelkiej proweniencji mogły odnaleźć bezpieczne schronienie i zatrzymać się na trzy dni. W karawanseraj zwykle było także miejsce „zakwaterowania” dla koni, wielbłądów lub prowadzonego bydła. Można było przy okazji pohandlować, wymienić doświadczenie, informacje – taki przystanek w drodze. Ten w przełęczy Selim to najlepiej zachowany budynek tego typu w Armenii. Wybudowany został w 1332 roku. To typ trzynawowy, gdzie do głównej nawy wprowadzano zwierzęta a boczne przeznaczone były dla ludzi. Zasadą było by karawanseraj budować mniej więcej co 40 kilometrów. W tym wypadku myślę, że jeszcze jeden powód przesądził. Jaki tu pejzaaaaaaaż!!!!!

Armenia – Sewan

Sewan ( Սևան լիճ) – największe w Armenii i jedno z najwyżej położonych w ogóle jezior świata. Ładnie tu… ryb – kilka gatunków ale rybaków już nie ma. Rośliny wokół trochę, ale bez fajerwerków wyjątkowości. I tylko sama tafla jeziora błękitna a właściwie błękitno szara. OK może nie ma cudownej barwy, ale jak lśni! Niestety decyzje prominentów zasiadających u władzy odcisnęły tu mocne i niekoniecznie dobre piętno. Gdy Stalin zdecydował zabawić się naturą i „nawodnić nieurodzajne tereny” – wody jeziora mocno obniżyły się i właściwie było o krok i to niewielki od katastrofy! Jezioro uratowano ale i tak poziom wody nadal się powoli obniża…To największe i najpiękniejsze jezioro na Kaukazie (a na pewno w Armenii)… tylko, że jakoś tak smutno, i mocno tego piękna trzeba szukać. Chyba jedynie sterczący na wysokim brzegu „czarny klasztor” prowokuje do założenia okularów historii i dostrzeżenia wokół piękna minionych wieków…

Armenia – Sewanawank

Aszota – córka pierwszego króla Armenii wzniosła tu klasztor. Miała gust kobieta, bo urokliwym miejscem Sewanawank jest bez wątpienia. Klasztor wniesiony na niewielkim wzgórzu (celowo piszę – wzgórzu, bo pierwotnie klasztor był zbudowany na wyspie, ale gdy Stalin nakazał upuścić wody z jeziora – zabudowania znalazły się na półwyspie. Najbezpieczniej zatem chyba napisać – wzgórze), otulony z każdej strony niemal wodami jeziora. Błękit wody i nieba stanowi fantastyczne tło dla odbijającej się w błękicie bryle kościoła z czarnego tufu wulkanicznego. Stąd też nazwa – Czarny Klasztor. Może dlatego, że mocno na uboczu, a może przez dwuznacznie brzmiącą nazwę – klasztor ten przez dłuższy czas był miejscem, w którym niepoprawnie prowadzący się mnisi mieli szansę na „przemyślenie życia”… W kompleksie klasztornym, dwie świątynie (kiedyś było więcej). To kościół Matki Bożej oraz kościół Świętych Apostołów. W tym drugim zobaczyć można niecodzienne chaczkary. A to dlatego, że z zielonego kamienia – andezytu lub z niecodzienną ikonografią – jak ten, na którym widać Jezusa o iście mongolskich rysach i z włosami splecionymi w warkocze.

Ale najprzyjemniej usiąść na jakimś kamieniu, ciut wyżej, nad świątyniami i pogapić się w błękit wody… Sama nie wiem, jak przebywanie tu można było traktować jako karę…

Armenia – Tatew

W Armenii „orlich” monastyrów sporo. Jednym z nich jest Tatew. Do niedawna nie do zdobycia – a przynajmniej dość trudny. W sensie dosłownym! Kręta, wąska droga przez głęboki wąwóz, na wysokie wzgórze… Generalnie pod górkę. Zmieniło się to w 2010 roku gdy została zrealizowana idea kolejki, którą wyjechać można niemal pod sam klasztor. Pierwsze zabudowania kompleksu datowane są na IX wiek, choć tradycja tego miejsca sięga wiele wieków wcześniej. Miejsce pod świątynię i zabudowania klasztorne nie zostało wybrane przypadkowo. Poza tym, że urokliwe i co nie bez znaczenia – trudno dostępne, to jeszcze jest to prawdopodobne miejsce pochówku św. Eustachego, ucznia św. Tadeusza Judy. W wiekach średnich monastyr kwitł. W bibliotece klasztornej przechowywano w latach prosperity, 10 tys. manuskryptów! W świątyni przechowywano między innymi relikwiarz krzyża świętego tzw. krzyż Babneński. Prowadzona była tutaj także szkoła artystyczna, w której adepci przez kilka lat uczyli się malowania miniatur, fresków, oprawy ksiąg itp. Monastyr był kilkakrotnie niszczony i to nie zawsze za przyczyną człowieka. Czasem było to normalne, zwyczajne trzęsienie ziemi… I nawet tańcząca kolumna nie pomogła! To ok. 8 metrowa kolumna, która nadal stoi na placu przed świątynią. Zbudowana z niewielkich kamieni, w taki sposób, że zaczyna się poruszać gdy ziemia drży (od zbliżających się ruchów tektonicznych lub zbliżającej się jazdy wojsk nieprzyjacielskich). Obecnie monastyr jest odbudowywany. Zarówno materialnie jak i duchowo… Powoli zaczyna być nie tylko atrakcja turystyczną ale na powrót centrum artystyczno – religijnym. Co daj Boże 🙂

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑