Kategoria: Face-to-face z kulturą (Page 2 of 9)

Kraków – Teatr Praska 52 „Napis”

Trudno być myślącym w tłumie bezmyślnych, trudno być indywidualistą w świecie klonów, trudno być oryginalnym w społeczeństwie naśladowców, trudno zachować swoje przekonania i pomysł na życie gdy wokół tłum wymusza „poprawność” myślenia, działania, życia… To wymaga sporej odwagi!

Kiedyś rozmawiałam z pewna miłą młodą kobietą. Rozmowa była przeurocza aż do momentu gdy okazało się, że mam inne przekonania na pewną „kontrowersyjną kwestię” dotyczącą kobiecości, feminizmu i macierzyństwa, niż ona. Wyraźnie powiedziałam, że akceptuję jej przekonania i wybory ale nie zmienię moich. Naraziłam się na agresję… Bo jak śmiem mieć inne zdanie niż wszyscy nowocześnie myślący… 😊 Innym razem prowadzę spotkanie na temat ubioru. Mówię, że powinniśmy być odpowiedzialni za to jak się ubieramy, bo to bywa komunikatem zamierzonym lub nie ale jednak; bo społeczeństwo w ten sposób nas odbiera i dobrze by odbierało nas tak jak my tego chcemy (by nas dobrze zrozumiało). Przecież „Co się nie dopowie to się dowygląda” 😉 Tym razem też mocny atak werbalny. Pewna pani mniej więcej w moim wieku, świetnie wystylizowana, nic w jej stroju nie było pozostawione przypadkowi – niemal podnosi głos! Bo jak ja śmiem tak mówić! Bo ona marzy o świecie, w którym będzie mogła się ubierać jak chce i nikt nie będzie na nią reagował w żaden sposób! Taka poprawność… 😊 Niespełna miesiąc po tym wydarzeniu przy innym spotkaniu, gdy publiki już nie było, sama zareagowała na moją żółtą sukienkę… 😉 Albo miła rozmowa ze znajomym z pracy, który jako kolejna już osoba zwraca mi uwagę na to, że mam „klona” w robocie. Bo cokolwiek zawodowo bym nie wymyśliła to jakaś tam osoba zaraz robi analogiczny projekt 😊 (prawdę mówiąc nie zauważyłam tego, dopóki kilka kolejnych osób mi nie zwróciło uwagi ta ten przedziwny „zbieg okoliczności” 😊 😊) Takich sytuacji sporo. Pewnie spotykają wiele osób, które cenią sobie kreatywność oraz indywidualizm i niekoniecznie lubią chodzić utartymi ścieżkami, woląc tak bardziej pod prąd niż z nurtem.

Może właśnie dlatego spektakl „Napis” w reżyserii Jana Korwina – Kochanowskiego (autorstwa Geralda Sibleyrasa), wystawiony na deskach krakowskiego Teatru Praska 52, zrobił na mnie wrażenie… I celowo nie piszę jakie 😊 To znaczy – spektakl PYSZY!!!! Świetna gra aktorska, kostiumy itd. Opowieść wciąga widza krok za krokiem coraz bardziej i mocniej. Świetny kawał sztuki! Ale o samej opowieści… Nowi lokatorzy, tacy raczej preferujący „retro” styl życia państwo Lebrun. Wprowadzają się do kamienicy, nie mając świadomości, że to hermetyczny „światek” w kostiumie otwartości i toleranci. Pozornie ukrywający swoje uzależnienie alkoholik; jego żona uważająca się za światłą ale operująca wyłącznie zapamiętanymi nagłówkami ze stron internetowych typu „Pudelek” bo cokolwiek więcej przekracza jej możliwości intelektualne; małżeństwo eko, głoszące nowomodne hasła i wymuszające na otoczeniu taki sposób życia choć głoszą żelazną zasadę nie wtrącania się – manipulują z wprawą każdym kto tylko tej manipulacji ulegnie… W sumie cóż… tylko sąsiedzi. Ale ta zbita społeczność kamienicy i osiedla to jeden drapieżny organizm. Wieloosobowy tyran, który albo wymusi podporządkowanie się i życie tak jak oni – albo zniszczy. I najsmutniejsze jest to, że dyskusja na argumenty nie ma w takiej sytuacji racji bytu. Bo albo myślisz nowocześnie tak jak my – albo cię alienujemy i niszczymy mentalnie! A co to znaczy nowocześnie? Sami zainteresowani nie mają pojęcia. Powtarzają wyuczone slogany, które brzmią „poprawnie” i „nowocześnie” nie mając pojęcia bladego co znaczą… Ułuda bycia w czołówce, gdy tymczasem jest się jedynie szarą bezkształtną, niemyślącą masą… Masą, która niczym bagno potrafi wciągnąć, zadusić… Tak jak żonę pana Lebrun… Tak jak poprzedników państwa Lebrun, którzy nie wytrzymali i wyprowadzili się…

Sam spektakl, jak już pisałam, naprawdę pyszny! Lekko i z przymrużeniem oka opowiedziany, publika wybucha śmiechem raz po raz – i słusznie. Też śmiałam się w głos cyklicznie. Ale jak nieznośna mucha brzęczała mi myśl zwizualizowana na scenie: Trudno być myślącym w tłumie bezmyślnych, trudno być indywidualistą w świecie klonów, trudno być oryginalnym w społeczeństwie naśladowców…

Kraków – Teatr Ludowy, „Recital Marty Bizoń”

Ależ głos ma Marta Bizoń !!! Istny cymes! Nie bez kozery takiego porównania użyłam, bo w ze sceny ratuszowej Teatru Ludowego w Krakowie mój niezaprzeczalnie ulubiony „Cymes” też wybrzmiał 🙂 Ale i „Dona, dona” było i coś z repertuaru pieśni neapolitańskich, i coś z Ordonki i coś z Hemara. A wszystko doskonale wyśpiewane i fantastycznie aktorsko pokazane. Och potrafi Marta Bizoń zawładnąć publicznością i prowadzić jej emocje i nastroje jak dyrygent orkiestrę! Pyszny koncert z równie pysznymi anegdotami! A gdy w duecie z Martą, za klawiszami zasiada Maestro Konrad Mastyło – to podwójnego cymes należy się spodziewać.

Ten duet koncertowo wymiata!!!

Warszawa – 22 Festiwalem Kultury Żydowskiej „Warszawa Singera” – „Będzie pokój – will be peace – ihie shalom”, Symcha Keller & Native hasidic reggae orchestra

22 raz Warszawa rozbrzmiewa koncertami i wydarzeniami wszelakimi związanymi z Festiwalem Kultury Żydowskiej „Warszawa Singera”. Załapałam się (dosłownie – bo ostatnie bilety rzutem na taśmę 😊 )  na pyszny koncert „Będzie pokój – will be peace – ihie shalom” przygotowany przez niesamowitych muzyków Symcha Keller & Native hasidic reggae orchestra. Ale powiedzieć, że koncert był pyszny – to nic nie powiedzieć! 😊 Jak sam Symcha Keller  pozwolił sobie na wstępie zaanonsować – to kawałki pisane sercem. I było to słychać! I serce i emocje i super mądre przesłanie a wszystko okraszone czułym uśmiechem, przyprawione radością i posłodzone nadzieją że: הכל יהיה בסדר; everything will be fine, wszystko będzie dobrze – no bo jak miałoby by być…

Na koncert złożyły się głownie kawałki z nowej płyty. To przedziwny mix był chasydzkich nigunów, regge, bluesa, etno music, rapu i nie wiec co tam jeszcze. A! Wiem 😉  Jeszcze mądre teksty, mądrych rabinów stawały się mottem albo refrenem dla poszczególnych kawałków. Niektóre utwory napisane ze czterdzieści lat temu, z liftingiem stały się nowymi. Przy takich okazjach dziwi, że ludzkość nie posiada umiejętności uczenia się własnych błędach bo te napisane 40 lat temu jakoś tak bardzo aktualnie brzmiały… Cóż posiadanie mózgu nie gwarantuje umiejętności myślenia – a szkoda… Ok, niektóre teksty były poważne w przesłaniu ale cały koncert – fantastyczny i dający wiele radości, uśmiechy i zwyczajnego szczęścia. Muzyka jednak potrafi czynić cuda.

Symcha Keller, ma fantastyczny głos, niezalenie od tego czy mówi – czy śpiewa. 😊 I niezależnie od tego czy mówi czy śpiewa, jest to nie tylko profesjonalne ale i pięknie i mądrze powiedziane/ wyśpiewane. Może dlatego, a może charyzma jego i pozostałych muzyków na scenie (na przykład świetnego Dariusza Maleo Malejonka), a może coś jeszcze innego zadziałało, nie wiem… Może po prostu Ha.szem się uśmiechnął bo Mu się muzykowanie spodobało… Ale na początku dość poważna i wycofana publika pod koniec koncertu wstała z miejsc, klaskała, podrygiwała w rytm, a co odważniejsi nawet nieśmiało włączali się w śpiew! Cuda jakieś😊

I już za to samo na ręce Symcha Kellera (dla całego zespołu) – kapelusze z głów! Kipa może zostać – ale kapelusze z głów! 😉

Kraków – VII Royal Opera Festival „Kopciuszek” Gioachino Rossini

„Był raz król, któremu znudziło się być samotnym…”

Baśń o kopciuszku nie ma rodowodu europejskiego. Najstarsza znana opowieść o dziewczynce – Ye Xian i pantofelku pochodzi z Chin i datowana jest na IX wiek. Najstarsza europejska wersja baśni wydana została w 1634 roku. Kilkadziesiąt lat później do opowieści wprowadził sporo nowych wątków Charle Perrault, ale najbardziej znana jest chyba wersja Braci Grimm. O popularności opowieść świadczy choćby to, że Kopciuszek wszedł na wielkie sceny. Rossini napisał na motywach baśni operę a Prokofiew – balet. Filmów i spektakli nie sposób zliczyć…

W Krakowie produkcja Passionart i Filharmonii krakowskiej – VII Royal Opera Festival (7 VI – 12 VII 2025), a w ramach festiwalu, głównie dzieła Rossiniego – w tym roku „Kopciuszek” 😊. Wersja sceniczna na gościnnych deskach Opery Krakowskiej.

Dobrze jest przenieść się na chwilę do świata baśni, gdzie książę walczy o względy kobiety którą pokochał (ze wzajemnością), pokonuje wszelkie przeciwności a potem żyli długo i szczęśliwe… Choć akurat scenografia w tym wypadku nie była bajkowa 😊 Minimalistyczna mocno. Kilka „pudeł” i „klocków” przesuwanych cyklicznie przez panów z chóru. Gdy akurat nie śpiewali – takie mieli zajęcie😊. Kostiumy – takie ciut z wodewilu lub variete…  Ale wokalnie – pysznie było! Można było zamknąć oczy i zasłuchać się… I lecieć na skrzydłach wyobraźni gdzieś w bajkowy świat, gdzie miłość, szczęście i radość zasiadają wespół na tronie… Dla mnie absolutnie fantastyczne głosy Dogukana Özkan i Patrick Kabongo. Choć aksamitny głos Poliny Anikina też wbił mi się w pamięć. No i Filippo Morace, który nie tylko świetnie „wyśpiewał” rolę ale i doskonale dopełnił ją aktorsko (w wersji komediowej 😊 ).

Bajkowy finał festiwalu! 😊

Kraków, 34 Festiwal Kultury Żydowskiej – Koncert Kantorów: Będę chwalił Pana póki żyję, będę śpiewał Bogu memu póki dni moich (Ps. 146,2). W hołdzie błogosławionej pamięci kantora Benziona Millera

W rzymskich termach w 1990 roku był słynny koncert trzech tenorów (Luciano Pavarotti, Plácido Domingo, José Carreras)… 😊 A w Krakowie w synagodze Tempel był 35 lat później koncert trzech kantorów (Shimmy Miller, Nissim Saal, Chaim Gantz) 😊 😊
Miałam okazję posłuchać wszystkich panów w wersji nieoficjalnej w piątek i w sobotę. „Kuluarami” były gościnne progi synagogi Chabad Lubawicz w Krakowie. Wtedy pomyślałam sobie… Jak oni tak śpiewają, modląc się – to jaki to będzie koncert w niedzielę… No i było WOW! Chociaż powiedzieć „wow” to nic nie powiedzieć! Koncert był zdecydowanie pysznym wydarzeniem i to na wysokie C (momentami dość dosłownie 😊 )
Po koncercie długo zastanawiałam się, który z kantorów (w znaczeniu brzmienie głosu) najbardziej do mnie przemówił i najgłębsze struny duszy poruszył. Nie wiem… Aksamit głosu Millera, kryształ głosu Saala czy perlistość dźwięku Gantza… Po prostu brzmieli tak, że kamień by się wzruszył! I wcale nie przypadkiem porównanie z pierwszego zdania przychodziło mi do głowy ustawicznie. Ale w Rzymskich termach to był cuuudowny koncert najpiękniejszych arii świata. Tutaj był jeszcze dodatkowy jakże ważny element. To była wyśpiewana modlitwą…
Koncert dedykowany był błogosławionej pamięci Benziona Miller – wielkiego nieodżałowanego kantora. Tak, tak… zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa. Na scenie – syn miał śpiewać z ojcem… Zaśpiewał dla ojca…
Shimmy Miller urodził się w Kanadzie, kształcił między innymi w Londynie i Nowym Jorku. Kantorem był jego ojciec, dziadek, pradziadek – to kim miałby on sam zostać? 😊 Zwłaszcza, że głos po przodkach odziedziczył o wyjątkowym brzmieniu! Taki Pavarotti kantorów 😊 (chyba nawet podobni są do siebie ciut z wyglądu 😊 ). Nissim Saal jest kantorem ale też chętnie podejmuje repertuar operowy – i wcale się nie dziwię! Myślę, że nie jezdna renomowana opera świata chętnie zaproponowałaby mu współpracę. Chaim Gantz urodził się Izraelu. Brzmienie chasydzkie wyraźnie pojawia się w jego głosie – ale i trudno się dziwić. W chasydzkiej synagodze osłuchiwał się z muzyką modlitw, jak mały chłopiec chodząc z ojcem na modlitwy. Jakie on uruchamia emocje!
Na scenie jeszcze dwie ważne postaci: za klawiszami fortepianu zasiadł Eric S. Freeman (też kantor swoją drogą). Jest cenionym muzykiem, śpiewakiem i nauczycielem. Ten koncert dopełniał akompaniamentem fortepianu.
Dyrygentura – Maestro Yossi Schwartz. Ale to jest showman! Dyryguje, śpiewa, gra, tańczy a w wolnej chwili przestawia scenografię… 😉 No prawdziwy showman i niesamowicie spektakularnie i żywiołowo poprowadził koncert!
To było wyjątkowe zakończenie Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. To były istne fajerwerki na zakończenie festiwalu!

Kraków, 34 Festiwal Kultury Żydowskiej – „Tanz” Michael Winograd

Jakieś siedemdziesiąt lat temu słynni klezmerscy klarneciści Sam Musiker i jego teść Dave Tarras zakrzyknęli „Tanz” (tańcz)! I wyszła z tego płyta… Nie odniosła większego sukcesu wówczas. Utwory z tej płyty nigdy nie były wykonane koncertowo. Aż do czasu, gdy nad nową aranżacją ich pochylił się Michael Winograd. Pierwszy raz wykonane w Polsce -zabrzmiały fantastycznie. Nie wiem może dlatego, że lubię brzmienie klarnetu (to taki prosty sposób na muzykę żydowska 😉 Bierze się klarnet i skrzypce, tonację molową i odpowiedni rytm – i dokładnie się tanecznie miesza, przyprawia radością, ciut nostalgią i szczyptą łez. I wychodzi muzyka żydowska w wersji klezmerskiej! 😊 ) a na scenie było w akcji dwoje a czasem i nawet troje klarnecistów, może dlatego że iluminacja i anturaż synagogi Tempel taki ciepły i przytulny… Ale jakoś tak na tym koncercie poczułam się jakbym przeniosła się do powieści lub filmu, gdzie prawie jak w „Weselu” lub „Chłopach” dźwięki taneczne dobiegają zza ściany i magia się dzieje… Na poły sennie na poły w realu, na poły w zamyśleniu na poły w jakimś zakręconym tańcu… Zaczarowany to jakiś taniec był dzisiaj…

Kraków, 34 Festiwal Kultury Żydowskiej – „Chronika” Frank London

Wystartował w Krakowie 34 Festiwal Kultury Żydowskiej. I to wystartował z mocą! Ta moc absolutnie wypełniła dźwiękami całą synagogę Tempel, za sprawą muzyki jaką zaordynował Frank London ze swoim teamem muzyków. „Chronika” to płyta – a dzisiaj też koncert, który nazwać żywiołowy – to nic nie powiedzieć. Kolejne utwory łączyły w sobie brzmienia znajome, które gdzieś się przebijały przez jazzującą całość, improwizacje, taniec… Było trochę klezmersko, ciut ciut chasydzko a nawet trochę bałkańsko. Czasem miało się ochotę zaśpiewać, czasem zatańczyć… Hmmm chyba faktycznie to taka muzyka klezmerska w nowym zupełnie wydaniu.

Jeśli coś ma uratować ten świat to tylko miłość i muzyka – powiedział Janusz Makuch, dyr. festiwalu. Po tym koncercie – w pełni się z nim zgadzam!

Kraków – Opera Krakowska „Bona”

Właściwie nie wiem czy to retrospekcja na łożu śmierci – czy wizja przyszłości. Na scenie Opery Krakowskiej – Bona: księżniczka, królowa i wdowa. Fantastycznie pomyślana koncepcja sceniczna. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością i przyszłością, kadry, okruchy wspomnień, wydarzenia które ukształtowały „włoską” królową Polski. Moją ulubioną królową Polski! Była silną kobietą. Gdy z dalekiego Bari przyjechała do swojego przyszłego męża nie znała ani słowa po polsku…   Ale, że była wykształconą i mądrą kobietą i do tego mającą wsparcie w swoim królewskim mężu – przeszkody pokonywała szybko i skutecznie  A przeszkód było sporo. Wokół niej syczący dworzanie… Nie tylko z powodu brzmienia języka polskiego pełnego „sz… cz… ś… ć…dź…”. Wszystko było trudne: inna kultura, mentalność, sposób życia, kuchnia, język, pogoda… Mimo wszystko – walczyła by umocnić Koronę, bo zadbać o rodzinę i dzieci, by spełnić rolę królowej wielkiego kraju. Życie – gotowym scenariuszem dla filmu (lub opery! 😊 )

Opera „Bona” Zygmunta Krauzego wykonana jest w języku polskim, włoskim i w łacinie. Już samo to wprowadza w klimat czasów. Dodatkowo świetnie pomyślane kostiumy, mocno osadzone w epoce a kolorystyką sugerujące etapy życia Bony: lazur włoski, królewska czerwień dworu polskiego i czerń wdowia. Mnie osobiście kolorem zapadła w pamięć scena, w której księżniczka Bona (Zuzanna Caban) trzyma amulet błękitnej wstążki – symbol szczęścia w przyszłym małżeństwie i miłości; Bona królowa (Agnieszka Kuk) – amulet czerwonej wstążki – symbol ochrony przed „złym okiem”; Bona wdowa (Magdalena Barylak) – czarną wstążkę kiru. Piękna scena i taka „włoska” i polska zarazem. Przecież od Polaków bardziej zabobonni są w Europie chyba tyko Włości 😉  Wszystkie trzy Bony 😊 sprostały arcytrudnemu zadaniu jakie narzucił reżysersko Michał Znaniecki. Księżniczka – nie tylko śpiewała ale weszła w rolę „baletmistrzowsko” tańcząc dość trudny jak mniemam dla śpiewaczki układ. Również królowa i wdowa – poradziły sobie wyśmienicie aktorsko. Ach no i muuuuuszę wspomnieć o basie! Wołodymyr Pańkiw i jego głos… och! A do tego niezależnie od tego czy w monarszych szatach czy w monarszej koszuli nocnej – wyglądał jak milion dolarów! 😊

Za pulpitem stanął sam Maestro Piotr Sułkowski, na którego ręce wypada złożyć gratulacje. Nie tylko z powodu realizacji świetnego spektaklu operowego. Również z tego powodu, że tematy zaczerpnięte z historii Polski kolejny już raz znajdują swoją realizację na deskach krakowskiej opery. Toż historię mamy taką, że nie jedną operę, teatr, antenę telewizyjną a i wytwórnię filmową na całym świecie można obdzielić i jeszcze zostanie!  

Oświęcim – Marsz Żywych i wydarzenia towarzyszące

„…Pamięć jak okrutnie nie kłamie
Gdy przesuwa przed nami
To co sprawia nam ból…”

Pierwszy – przeszedł w 1988 roku. Marsz Żywych. Doktor Szemu’el Rosenman i Avraham Hirschson przy wsparciu społeczności żydowskich z USA i Kanady, zainicjowali tradycję – jak się później okazało, marszy upamiętniających ofiary zagłady hitlerowskiej. Więźniowie w obozach, byli zmuszani do wycieńczającej pracy, głodzeni, pędzeni w marszach które często były dla nich marszami śmierci… Dlatego teraz by zamanifestować, że Am Yisrael Chai – z obozu w Auschwitz do Birkenau wyrusza Marsz Żywych. Nie tylko tych którzy przeżyli, Dzieci Holokaustu. Nie tylko ich potomków. Nie tylko Żydów z całego świata. W marszu idą też osoby innych narodowości i innych wyznań. Widziałam maszerujących katolitów, protestantów, muzułmanów… Tablice informujące o tym, że grupa z Kanady, z Niemiec, z Maroka, z USA, z Litwy, z Francji itd. itd. Flagi głównie Izraela ale też polskie, kanadyjskie, amerykańskie, marokańskie i z każdego zakątka świata chyba. Przed bramą Birkenau na torach uczestnicy marszu wkładali drewniane „macewy” z wypisanym imionami tych, którzy zginęli lub z tekstami, które im serce dyktowało by napisać. Na koniec ustawiona przy pomniku ofiar obozu w byłym KL Auschwitz II-Birkenau, estrada. Kadisz, a potem program artystyczny, soliści, chór, kantor…

Zwykle grupy, które przyjeżdżają na to wydarzenie, spędzają około tygodnia w Polsce. Zwiedzają, oglądają, poznają historię, tradycję, kulturę. Oprócz samego Marszu – też szereg wystaw, koncerty, wykłady. Szeroki program kulturowo-edukacyjny. Na przykład – dzień po marszu w Warszawie u Nożyków w piątkowy wieczór na bimę wszedł naczelny kantor Izraelskich Sił Zbrojnych, podpułkownik Shai Abramson (jaki on ma głos! Myślę, że wszystkie opery świata ustawią się w kolejce by go zatrudnić!) wokół niego – oktet i dyrygent. W sumie mądrze. Sami we własnym zakresie ogarniają temat minianu, jeśli potrzeba 😊. No i tak od Mincha erew Szabat, wyśpiewywali wszystko po kolei… Swoisty to był koncert – modlitwa. Ośmiu idealnie i harmonijnie brzmiących facetów w mundurach, dominujący kryształowym głosem kantor w talit, dyrygent panujący perfekcyjnie nad całością. Nie wiem czy było to zaplanowane czy też wyszło spontanicznie – ale wyszło perfekcyjnie!  Dzień przed marszem natomiast cały skład śpiewał w wypełnionej po brzegi Operze Krakowskiej. Niesamowici są i basta!

Pierwsze marsze były ukierunkowane głównie na pamięć ofiar Holokaustu. Teraz – Marsz stał się nie tylko aktem pamięci o ofiarach i o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata ale też manifestacją sprzeciwu wobec antysemityzmu, rasizmu, dyskryminacji.

Kraków – Filharmonia Krakowska, 29. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena – koncert smyczkowy

Drzazgi leciały 😉! Od emocji i pasji scena Filharmonii Krakowskiej kipiała! A na scenie ośmioro doskonałych artystów. Koncert na skrzypce, altówki i wiolonczele. W ramach 29.Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena ostatni już koncert krakowski. Było emocjonalnie, czasem mrocznie, groźnie i niepokojąco (zwłaszcza gdy Verklärte Nacht wybrzmiewała). Ale na koniec Mendelssohn (nie, nie ten najbardziej znany kawałek… 😊 ) wybrzmiał już z taką pasją że wióry z instrumentów leciały 😊 A i zaskakujący był oktet. Nie wiem czy artyści często ze sobą występują ale brzmieli jakby grali razem od zawsze. Urodzona w Monachium skrzypaczka Viviane Hagner – wystąpiła z Israel-Berlin Philharmonics i jest współzałożycielką i dyrektorką artystyczną Krzyżowa-Music; austriacka skrzypaczka Fanny Fheodoroff grała w filharmoniach Berlina, Bonn i Londynu; francusko-polska skrzypaczka Juliette Beauchamp jest skrzypaczką barokową ale w sumie bardziej chyba multi – artystką; Bilal Alnemr urodził się w Damaszku – genialny samouk (przyjemniej w dzieciństwie potem już konserwatoria), założyciel Les cordes de Shams; grający na altówce Miguel Elrich to Portugalczyk mieszkający i pracujący obecnie w Berlinie; polka Kinga Wojdalska – jest pierwszą polską laureatką prestiżowego Primrose International Viola Competition w Stanach Zjednoczonych; Alexey Stadler – w Petersburgu rozpoczynał naukę, teraz jest profesorem wiolonczeli w Hochschule für Musik und Theater Hamburg; no i wiolonczelista polska Zuzanna Sosnowska obecnie jest wykładowcą w Hochschule für Musik und Tanz Köln w Niemczech. Z takiej mieszanki kultur i pasji – musiał wyjść wybuchowy pasją koncert!

Brawo dla artystów! Brawo dla organizatora – Stowarzyszenie im. Ludwiga van Beethovena, który zawsze zapraszają na koncerty muzyków pierwszego sortu!

Repertuar:

Mieczysław Weinberg – Trio smyczkowe op. 48

Arnold Schönberg – Verklärte Nacht op. 4

Felix Mendelssohn – Oktet smyczkowy Es-dur op. 20

« Older posts Newer posts »

© 2026 Lucyna Maria Rotter

Theme by Anders NorenUp ↑