Wystawa czasowa „1918-1921. Studentki Uniwersytetu Warszawskiego w latach przełomu” autorstwa Zuzanny Janin. No…. Oryginalny pomysł… Ale fajnie się przeciwważy z klasycystycznym wnętrzem pałacu. Jest właściwie dwuczęściowa – bo zarówno przed pałacem w przestrzeni ulicy jak i w jego wnętrzu. To co w środku, to odlewy z kolorowej żywice epoksydowej. Bardzo modern podejście do historii, jak na opowieść o studentkach na przestrzeni stu lat. Gdyby nie podpis – nie zorientowałabym się 😉 Ale to co przed pałacem – już mocno wpisane w tytuł wystawy. Za to bardzo tradycyjnie opowiedziane. Takie biegunowe mam odczucia po tej wystawie…
Tradycja ważna rzecz! A ta akademicka to już w ogóle… W ramach tejże, Uniwersytet Warszawski zupełnie nie dawno w sumie, bo jakieś czterdzieści lat temu, powołał do życia Muzeum uczelniane. Na początku było zlokalizowane w Pałacu Kazimierzowskim, teraz – Tyszkiewiczów-Potockich. W sumie niewielka sala ekspozycyjna, ale fajnie zaaranżowana wystawienniczo. Narracja prowadzi płynnie przez kolejne odsłony rozwoju Uczelni, kolejne pomysły i nowatorskie spojrzenia na dydaktykę oraz naukę, i takie tam… Numizmaty, ryciny, tłoki pieczętne, makiety itd. itd. Przybory lekarskie mnie powaliły! A i pomysł na uczenie sztuk pięknych – też.
W Muzeum Warszawy byłam kilka lat temu na jakimś wernisażu chyba… Wtedy był dziki tłum, przemówienia i inne takie. Planowałam wtedy, że kiedyś tu przyjdę tak na spokojnie. Trochę trwało ale…
Prawdę mówiąc nie wiedziałam kompletnie, że to jest aż tak duża ekspozycja! W sumie historia muzeum to ponad sto lat więc zobowiązuje, ale z drugiej strony historia Warszawy nie była łatwa dla obiektów kultury… Ale – na kilku piętrach – tak od piwnic (trochę za bardzo czyściutkich i „lakierowanych” jak an mój gust) aż po punkt widokowy tuż pod dachem. To naprawdę zwiedzanie na dobre kilka godzin. Cała przestrzeń podzielona na tematyczne „gabinety” – a jest och wiele. W sumie to sama nie wiem co napisać… Generalnie podoba mi się! Ale tak jakoś niby jest narracja prowadzona przyczynowo – skutkowo, a równocześnie czasem zaskakujące przejścia. Fajne to, że kolejne pomieszczenia dedykowane są kolekcjom lub tematom: malarstwo, rzeźba, medalierstwo, rzemiosło artystyczne, kartografia itd. itd. Jest zatem „Gabinet syrenki”. I tu zaznaczam – jest też ta pierwotna warszawska syrenka. Nie kobieco-rybia a kobieco – ptasio – jaszczurkowata. Jest „gabinet pomników” – przy czym tu mnie niewiele zaskoczy, w ilości pomników mamy w Krakowie mistrzostwo zagwarantowane. Jest też uroczy „gabinet suwenirów” 🙂 i „gabinet opakowań” i „gabinet ubiorów” itd. itd. itd. Czy coś w sposób szczególny przykuło mi wzrok – nie (no może kolekcja fot… albo ekspozycja opakowań i pudełeczek przeróżnych). Ale ogólne wrażenie bardzo na tak!!!
Ostatnio znalazłam w Warszawie fajnego smoka (wersja bazyliszek ) No tak to już jest, że kto czego szuka – to znajduje! I w sumie nawet ciut zawiedziona byłam, że na czasowej wystawie „Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji” w Muzeum Warszawy tych stworów nie było. Ale może Bazyliszek osobnej wystawy się doczeka (takie smocze krakowskie przyzwyczajenie i sympatie… ).
A sama zwierzęca wystawa – fantastycznie opowiedziana! Zwierzaki – te większe i te maleńkie – towarzyszą nam każdego dnia, Czasem wręcz niezauważalnie. Niby ich obecność kojarzy się bardziej ze wsią, lasem, polami… a tu w mieście… A jednak! Opowieść się snuje: zwierzęta dzikie, jako towar, jako pracownicy, jako towarzysze, jako sąsiedzi… No są. Czasem to są bardzo konkretne opowieści – jak ta o śwince Lily, czasem takie normalne gdzieś na marginesie wielkomiejskiego życia, czasem nawet nie uświadomione – że jednak zwierzęce – wachlarze, etole… Czasem w wersji art. a czasem dokumentalnej foty.
Generalnie – świetna opowieść i świetny pomysł! A i wystawienniczo nieźle pomyślana z wykorzystaniem eksponatów, filmów, światła i koloru, gdzieś tam w tle dopełnia dźwięk. No fajne!
Pierwszy raz w Muzeum Powstania Warszawskiego byłam sporo lat temu. Wtedy – z mooocno nieletnimi dwiema bratanicami i siostrzeńcem (teraz już najstarsza z trójki powoli zbiera się do kończenia studiów licencjackich 😉). Kolejny raz do muzeum poszłam zupełnie niedawno. Dlaczego o tym piszę? Bo często jest tak, że gdy po raz kolejny po dłuższym czasie do jakiegoś muzeum się idzie to odbiór jest bardzo różny, czasem wręcz diametralnie różny. Sama tego doświadczyłam kilka razy. Tu było inaczej. Owszem przypominałam sobie jak trójka „planktonu” z ciekawością otwierała wszystkie szuflady, zaglądała do wszystkich zakamarków i dopytuje o wszystkie możliwe szczegóły (tak mieli w każdym muzeum, które odwiedzaliśmy 😊 ). Ale równocześnie przychodziły mi te same myśli do głowy. O honorze, o desperacji, o wartości jaką jest wolność…
Muzeum otwarto jakieś dwadzieścia lat temu na Woli w budynku dawnej elektrowni tramwajowej. Wchodząc, rozpoczynamy trasę, labirynt pamięci… Takie kartki z kalendarza (w całym muzeum są do zerwania, jedna po drugiej, znaczą ślady i podpowiadają co dalej), które od godziny „W”, krok po kroku o powstaniu opowiadają. Najpierw okupacja i przygotowania w konspiracji do walki. Potem – wybucha powstanie. W „kinie” Palladium kroniki z powstania, takie realizowane pod ostrzałem dokumenty na niemych lecz krzyczących kliszach filmowych. A potem… ci co przeżyli… Nie od razu żyli w glorii chwały bohaterów. Ich zdjęcia i wywiady nakręcone z powstańcami – już jako mocno starszymi świadkami historii. Często zaskakująco znane twarze! Mira Zimińska – Sygetyńska, Danuta Szaflarska, Marek Edelman, Symcha Rotem, Alina Janowska, Leon Niemczyk, Andrzej Łapicki, Henryk Chmielewski, Irena Kwiatkowska, itd. itd…
Z całej ekspozycji, na mnie – duże wrażenie robi samolot. To znaczy samolot jak samolot, ale światło migocące od kręcących się śmigieł i warkot maszyny… To robi nastrój lekkiego niepokoju, może ciut strachu nawet… Zwłaszcza gdy zaraz potem widzi się film o zrujnowanej Warszawie.
W którymś momencie zwiedzania pomyślałam sobie, kurcze jakoś tak chaotycznie… Nie wiem, w którą stronę iść, co już widziałam, co jeszcze nie, którędy trasa prowadzi, zwłaszcza że ludzi mrowie i czasem przeciskać się muszę… A potem weszłam do podziemi. Tam – „kanał”. Można kawałek przejść. Ciasnawo i trzeba iść pochylonym (nawet przy moim 155 cm wzrostu), i w którymś momencie ciemno i trochę poczułam się niepewnie… I wtedy myśl kolejna mi się uknuła. Dobrze, że zwiedzający tak troszkę błądzą po ekspozycji. Może wtedy lepiej zrozumieć można też tych, którzy szli kanałami, ratując życie? A może też tych, którzy walczyli w labiryncie ruin Warszawy…
Byłam w Muzeum Pałac w Wilanowie. Hmmmm…. Kolejne sale – jak to we wnętrzach pałacowych. Eksponatów sporo jest czym ekspozycję robić. Klasyka w dobrym stylu, choć opisy – albo niedokładne (np. szkoła Rubensa podpisana jako Rubens) albo ich nie ma. Za to pracownicy… Weszliśmy ze znajomymi ciut przed wyznaczonym czasem – 14.40. Pani w kasie tłumaczyła, że się musimy pośpieszyć by wejść przed 15.00 i równocześnie wszystko robiła by sprzedaż biletów dla pięciu osób trwała jak najdłużej. W kolejnych salach, kolejne osoby poganiały nas, że już się zamyka (muzeum zamykane jest o 16.00!). Gaszono nam światło w salach, które zwiedzaliśmy zanim zdążyliśmy wyjść. Kilka Pań wprost wyganiało nas z wystawy – bo już zamykają… Komentarze, że nie przychodzi się tak późno też były. Dwu młodych pracowników stara się być dla nas miłymi ale zostają głośno i to przy nas skarceni przez pracowników z większym doświadczeniem że się z odwiedzającymi spoufalają i przeszkadzają w przepędzaniu nas do kolejnych sal… Część ekspozycji – zamknięto nam przed nosem, choć czas by ją zobaczyć był. No ale już się zamyka… Ze sklepu muzealnego zostaliśmy wyproszeni choć było jeszcze przed 16.00. Zaczęło padać. Stojąc w bramie zamawiam taksówkę. Przyjedzie za 25 minut. Ok Chcemy wejść do kawiarni na kawę by tam poczekać. Ale przekroczyliśmy już granicę bramy… Strażnicy nie wpuszczają nas z powrotem, choć mówimy że do kawiarni, która swoją drogą jest czynna teoretycznie jeszcze kilka godzin… I nic to ze pada… Nie wiem czy chcę tam pojechać kolejny raz… A na pewno nie prędko. Może jak pracownicy jakieś szkolenie przejdą… Ale musi być solidne!
Na początek nauka –najpierw sprawdzić jakie są wystawy… Nie sprawdziłam – i załapałam się na zmianę ekspozycji. Zobaczyć (nomen omen) można było tylko jedną – „Miejsca, których nie miałem zamiaru zobaczyć” Radka Szlagi. Nie zawsze potrafię znaleźć sens w sztuce najnowszej. Może dlatego, że jako semiolog kultury zbyt wielką wagę przykładam do warstwy znaczeniowej; dzielę włos na czworo szukając sensu przekazu tajemnego lub zupełnie jasnego kodu zakorzenionego w kulturze… A artysta XXI wieku czasem skupia się na samych jeno emocjach wywołanych kształtem lub barwą (nie wspominam nawet o kuriozalnych sytuacjach, w których twórca hojną dłonią obdarza swoje prace całą serią znaków i symboli – lecz używa ich bez świadomości i celowości!).
„Miejsca, których nie miałem zamiaru zobaczyć” mile mnie zaskoczyły. Jest w nich jakiś dialog między tym co stare i współczesne. Akt tworzenia: świata, natury, człowieczeństwa, przy czym trudno dookreślić, w którym kierunku akt twórczy następuję. Formy, które następują po sobie zaczynają wpisywać się w narrację historii, kultur, relacji. Może coś zaczynam „rozumieć”, może współczesny artyzm czasem posługuje się językiem dawnych znaków…
Zachęta, a dokładniej „Miejsce Projektów Zachęty” – niewielka galeria (parter i piwniczka), taki project room. Do marca 2020 można było tam zobaczyć „Anna Siekierska Chwasty i ludzie”. Założeniem ekspozycji: podejście człowieka do natury… piękno nieużytków w mieście… i takie tam ekoklimaty. Czy się udało tę myśl pokazać – sama nie wiem… Ekspozycyjnie – fragmenty przemawiają do mnie. Ale kompleksowo, jako cała wystawa – umiarkowanie… Przestrzeń wystawiennicza – niewielka, ale miałam wrażenie, że Autorka skupiona na własnej kompozycji nie zauważa entourage wnętrza, który nie zawsze atrakcyjnie dopełniał całość, a momentami był nawet niezbyt atrakcyjną konkurencją dla prezentowanych instalacji…
Fotografia, rzeźba, grafika – to przestrzenie artystycznych realizacji Teresy Gierzyńskiej. I trochę tak pomyślana jest wystawa, która ślizga się na granicy różnych dyscyplin. Punk ciężkości jednak – dla mnie – leży po stronie fotografii, która tu jest dominantą. To często jest fotograficzny zapis performance, eksperymentowanie z nowym podejściem do fotografii, mieszanie elementów kultury masowej i tak zwanej elitarnej. To też sprzeciwianie się stereotypom, łamanie zero jedynkowego postrzegania, ale z przekazem wymagającym wysiłku intelektualnego. Hmmm… sztuka, która wymaga od widza myślenia!
Co jest super fajne w Zamku królewskim w Warszawie? Uśmiech pracowników! Przecież tam dzikie tłumy turystów przewalają się każdego dnia… To może być jednak czasem męczące… Ale już w kasach zza szyb uśmiech pań ich wita i cierpliwe wyjaśnianie co na jakiej trasie można zobaczyć. Potem analogicznie w kolejnych salach panie i panowie uśmiechniętym spojrzeniem witają zwiedzających. No miłe to po prostu! A i przydatne 😊 Bo w ofercie wystaw stałych jest dwanaście pięknych ekspozycji. To nie jest tak, że są jakoś bardzo mocno wydzielone. Często przenikają się ze sobą, jedna przechodzi w drugą, kilka jest na jednej trasie… Zatem podpowiedzi pracowników – w cenie 😊
Karkołomnym i chyba niepotrzebnym zabiegiem byłoby poukładanie kolejnych ekspozycji przyczynowo skutkowo. Choć trochę tak jest. Dwie z nich dla mnie są spójne, choć nie usytuowane bezpośrednio po sobie. Najpierw „Apartamenty królewskie”. No WOW!!! Najpierw apartamenty „służbowe” 😉 W Sali rady zbierał się pierwszy stały rząd polski: król i 18 senatorów oraz 18 posłów. A potem ociekająca złotem i czerwienią Sala Tronowa i równie mocno kipiąca złotem – balowa. Wszystkie wyglądają imponująco – i co ważne – we wnętrzach można zobaczyć nieliczne zachowane artefakty które II wojnę przetrwały. A jak król popracował to przenosił się na relaks do prywatnych pokoi. Zielony pokój Stanisława Augusta i Żółty pokój, który robił za jadalnię. W tym żółtym – odbywały się słynne obiady czwartkowe 😊 Dla mnie – najpiękniejsza jest zaprojektowana prze Fontanę, sypialnia. Cisowe boazerie, przytulna kolorystyka, filiżanka kawy (lub herbaty bardziej sądząc po kształcie filiżanki. Ale ja fanką kawy jestem więc… 😉 ). Noooo w takiej pewnie miałabym sny iście królewskie! 😊
Ekspozycja, która dla mnie jest spójna z królewską to „Pokoje prezydentów II RP i władz na uchodźstwie”. W sumie takie kontinuum „Szefów” Polski 😊. W 1918 roku Zamek najpierw został oddany Naczelnikowi Państwa – Józefowi Piłsudskiemu a potem prezydentom. W sumie od Wojciechowskiego począwszy bo Narutowicz zbyt krótko był prezydentem i urządzić się nie zdążył. No i tak mamy kolejne gabinety i biurka tych, którzy przy owych biurkach decydowali o dość ważnych kwestiach w tym kraju… Niektóre z biurek, zupełnie niezły klimat do pracy twórczej sprawiają. Aż przy takim usiadłoby się, jakąś książkę popełniło, albo ot – scenariusz jaki… 😊
Trasa królewska, audio przewodnik albo żywy przewodnik prowadzi po kolejnych salach, kolejnych ekspozycjach… Jest pięknie, zachwycająco… Czasem ocieka złotem, czasem błyszczy zwierciadłami, czasem pojawiają się jakieś „stopklatki” z dawno słuchanych lekcji historii… I dopiero na spokojnie, gdy się myślą do Zamku wraca, opowieść zaczyna się układać w ciąg historii. Bo Zamek Królewski w Warszawie – historię Polski opowiada pięknie!