Było o emocjach, adrenalinie, odporności psychicznej i ułamkach sekundy, które są codziennością dla fotoreportera. I o kadrowaniu codzienności, takim z lekkim przymrużeniem oka.
Gość programu: Krzysztof Karolczyk
Prowadzenie: Lucyna Rotter
Realizacja: Paweł Kaszuba, Jarosław Raczek; Kamery: Kacper Odrzywołek, Agata Ciechanowska; Współpraca: Paulina Brzostowska, Ludmiła Dobija, Ewa Kantek, Michał Michalski, Anna Wilkońska, Gabriela Waś
Gdzie leży Pińczów? No to jest proste – na trasie do Betlejem
„Ot trzeba iść do Wieliczki, potem do Pińczowa,
a z Pińczowa na Bielany, potem do Głogowa.
Zaś z Głogowa do Mogiły będzie już pół drogi,
weźmiem z sobą ze dwa sadła, by smarować nogi.
Zaś z Mogiły do Szkalmierza, a potem na Tyniec;
a zaś z Tyńca do Betlejem, to już drogi koniec”
No pokrętna droga ale jakoś to tak było z tą trasą w jednej z pastorałek. Ale gdyby ktoś jednak chciał zlokalizować na mapie – to Ponidzie.
Historia miasta od wieków średnich się snuje. Gród, potem średniowieczny zamek (z którego marne reszteczki zostały jeno) a potem Wielopolscy zaordynowali sobie pałac gustowny (on dla odmiany w jednym kawałku właściwie się zachował).
Pińczów jako centrum reformacji głównie zasłynęło do tego stopnia, że w XVI wieku „podziękowano za współpracę” paulinom a kościół przeformatowano w zbór kalwiński. Było tu i słynne kalwińskie gimnazjum i drukarnia itd. itd., nawet biblię przetłumaczyli na język polski – nie najgorzej zresztą.
W sumie to takie miasto wielu religii, bo i katolicy i kalwini, no ale i żydzi. Spory procent mieszkańców miasta stanowili. Właściwie – większość w niektórych momentach historii. Pierwszy kahał powstał tutaj już w połowie XVI wieku. Dość szybko wybudowano synagogę, No i też drukarnie i cheder. Pińczów generalnie edukacją stał! Ale społeczność Żydowska przyczyniła się mocno też do rozwoju gospodarczego miasta. Żeby wspomnieć choćby fabrykę sukna Rosenberga, albo fabrykę Berensteina. Pińczów – prężny rozwijający się ośrodek, centrum życia… bywało… Dzisiaj to senne miasteczko, do którego przejeżdżają jedynie fascynaci historii.
Było o filmowaniu najdalszych zakątków świata. Obserwowaniu kultur przez obiektyw kamery i aparatu. I o podróżowaniu, które stało się przepisem na życie
Goście programu: Elżbieta i Andrzej Lisowscy
Prowadzenie: Lucyna Rotter
Realizacja Paweł Kaszuba; Kamery: Agata Ciechanowska, Wiktoria Ząbka; Współpraca: Paulina Brzostowska, Ewa Kantek, Michał Michalski, Karolina Osiecka, Anna Wilkońska, Gabriela Waś
Pustelnia Złotego Lasu… Fajne te nazwy kameduli nadawali swoim eremom. Rytwiany – bo o nich mowa, to fundacja z 1621 roku. Wojewoda krakowski Jan Tęczyński i jego brat Gabriel wojewoda lubelski sprowadzili tu mnichów, fundując równocześnie dla nich erem. Założony na równinie wśród sosnowych sandomierskich lasów nad rzeką Czarny – w pełni zasługiwał na swoją nazwę, choć ona sama wzięła się nie tyle od piękna otaczającej go przyrody a od przekazania przez Tęczyńskiego eremowi wielu naczyń liturgicznych, wśród których wyróżniała się szczerozłota puszka na komunikanty wysadzaną szmaragdami i diamentami. Sam erem… cóż… Pustelnie jak w większości fundacji na ziemiach polskich, w równych czterech szeregach. W sumie „domków” eremickich było szesnaście. W centralnej części kościół. Pustelnie i klasztor były otoczone ogrodami i sadami. Do zabudowań eremu należały także jak to u kamedułów, między innymi: piekarnia, pasieka, browar, gorzelnia, kurnik, stajnie dla bydła oraz stodoły a nawet apteka. Sam kościół – tu akurat dość mocno zgodny architektonicznie z przepisami zakonnymi (W konstytucjach zakonnych kamedułów są bardzo dokładne wytyczne jak zbudowane powinny być kościoły, czy pustelnie mnichów. Wytyczne podane są co do centymetra!). W Rytwianach jest to jednonawowa świątynia z silnie zarysowanym chórem zakonnym zajmującym około 1/3 długości kościoła. Od strony południowej i północnej usytuowano kapitularz, zakrystię i po dwie kaplice komunikujące się ze świątynią. W zakrystii wydzielone zostały dwie przestrzenie: kaplica i miejsce na lavabo (lawaterz). Jedynym odstępstwem od reguł zakonnych jest bogaty wystrój wnętrza, z polichromią wykonaną przez kamedułę włoskiego Wenantego z Subiaco.
Dzisiaj w Pustelni Złotego Lasu, kamedułów już nie ma. Erem został zlikwidowany w 1820 roku. Teraz obiekt pełni funkcję hotelowo – restauracyjną, a sam kościół – sakralną. Można przyjechać, odpocząć w miłych okolicznościach przyrody, zjeść coś tam miejscowego. I… na pewno wyciszyć się… Bo choć modlitw mnichów nie słychać w Rytwianach już od ponad stu lat, to jakoś nie bardzo się ma tu ochotę nawet rozmawiać podniesionym głosem. Cisza jest chyba integralnym elementem wystroju. Zakłóca ją wyłącznie szum drzew….
Najniebezpieczniejsze miasto świata? No królewskie miasto Sandomierz oczywiście! Toż co tydzień w każdym odcinku kogoś mordują, gwałcą, w najgorszym wypadku okradają… Tylko jakoś rower Mateusza zawsze bezpieczny… 😉
OK… miasto cudowne! Piękne, urokliwe, czarujące itd. itd. Miejsc wartych odwiedzenia mrowie! Na przykład klasztor dominikanów i kościół Jakuba. To w tym właśnie klasztorze śmierć w XIII wieku poniósł przeor Sadok i jego 49 współbraci. Pięknie to swoją drogą wyśpiewał Jacek Kowalski w „Męczennicy sandomierscy anno 1259”. W samym klasztorze późnoromańskie fragmenty architektury świetnię się zachowały. Gdy się odwiedza te mury – mimo ich przebudów, klimat wieków średnich wyraźnie czuć każdym zmysłem…
Też średniowieczna ale późniejsza nieco bazylika katedralna. Trójnawowy kościół halowy z klasycznym sklepieniem krzyżowo żebrowym. No i oczywiście z barokowym wyposażeniem pełnym roztańczonych aniołów, które podglądają przycupnięte tu i ówdzie putta. A! Najsłynniejszy kalendarz hagiograficzny „Martyrologium Romanum”. Na kolejnych dużych płótnach tłum świętych męczenników. I tak pokazanych, że… nie ma wątpliwości w jaki sposób najwymyślniejszy śmierć im została zadana… No obrazy nie pozostawiają wiele dla wyobraźni…
Kościołów i klasztorów w Sandomierzu sporo, ale nie można zapomnieć o świeckiej architekturze. A perełki tu są. Zamek królewski z metryczką z XIV wieku. Wewnątrz teraz muzeum… ale to osobna opowieść… Poza tym dom Długosza. Brama opatowska – gotycka ale zwieńczona renesansową attyką. No i dumnie stojący na środku rynku ratusz. A jak komuś spacerowanie po ulicach miasta się znudzi nieco – to można pozwiedzać podziemia. To system kupieckich piwnic i korytarzy rozciągających się pod miastem. Kiedyś były miejscem przechowywania dóbr wszelakich ale i bywały też schronieniem. Krzyżuje się tutaj kilka szlaków: cysterski, via Jagiellonica, św. Jakuba, architektury drewnianej itp.
A ja chyba najbardziej lubię Wąwóz Królowej Jadwigi. Zwłaszcza jesienią. Pięknie tam… Czasem straszno… Czasem szum liści tylko słychać… Tak głośny, że nawet myśli potrafi zagłuszyć…
Polskie Carcassonne – czyli Szydłów. OK – gabaryty mniejsze, ale porównanie zasadne w sumie. Średniowieczne, królewskie miasto. Od XIV wieku nawet zamek miało – taki zamysł miał Kazimierz Wielki (to ten od przerobienia Polski z wersji drewnianej na murowaną…). Wtedy też miasto otoczono warownymi murami. Lokalizacja korzystna a i obrotni mieszczanie oraz rzemieślnicy – Szydłów rozkwitał w oczach. A dzisiaj? Fajne, klimatyczne miejsce. Sporo śladów historii – zwłaszcza tych z wieków średnich. Też sakralnych z tego okresu. Trzy kościoły (w tym jeden w ruinie) i synagoga. Ta ostatnia dobrze zachowana – obecnie pełni funkcję muzeum. Przy czym ekspozycja… no delikatna będę i powiem że… umiarkowanie przemyślana…
Zamek… no cóż… to co się zachowało robi dobre wrażenie. Sale ekspozycyjne w Skarbczyku… to rzecz gustu. Jest też Sala Rycerska. Nieźle zrobione (choć ekspozycja jakichś „śmiesznych” narzędzi tortur – powaliła mnie…) Trochę źle trafiłam bo akurat na jakiś ślub, który miał się w środku odbyć.. i dekoracje na te okoliczność… no nie przyczyniły uroku ani architekturze ani podniośłości chwili… Ale generalnie miło do zamku zaglądnąć.
Ale jednak największe wrażenie robią (przynajmniej na mnie) ruiny kościoła i szpitala św. Ducha. Może dlatego, że już ciut zmęczona byłam po całym dniu, a może dlatego że lubię po prostu takie miejsca… ale gdy przysiadłam, na jakimś fragmencie filara chyba – kamienie nie tylko miłym chłodem mnie otuliły ale i szeptać o dawnych dziejach zaczęły… i to dość wyraźnie…
Jedno z najmniejszych liczebnie miast Polski – Wiślica. To znaczy, obecnie najmniejszych (bywają wsie mające dwa razy więcej mieszkańców). Ale… Miejsce leciwe. Wzmianki już od IX wieku. Jakieś na poły legendarne ślady Wiślan, potem Piastowie i Wiślica staje się jednym z ważniejszych ośrodków administracyjnych w Małopolsce. I tak przez kolejne wieki sinusoidalnie ale jednak wzrost i znaczenie miasta rośnie.
Najważniejszym zabytkiem miasta jest bazylika kolegiacka Narodzenia NMP. Jeden z kościołów zaordynowanych przez Kazimierza Wielkiego, w ramach jego fundacyjnych poczynań (to tak w ramach pokuty… ). To znaczy pierwsza świątynia była romańska, potem w XIII wieku rozbudowana w typie bazylikowym. Dopiero ta trzecia i zachowana do dziś to ta Kazimierzowska. Nad bocznym portalem zachowała się tablica erekcyjna z królem Kaziem w roli donatora. Co istotne prawdopodobnie już od XII wieku była tu kapituła. Początkowo nieliczna ale z czasem mocno znaczących i wpływowych kanoników Wiślica gościła. Obok kościoła dom Długosza przecież stoi – co wiele tłumaczy . We wnętrzu świątyni zachowało się kilka perełek np. gotyckie sacramentarium, słynna posadzka z orantami w krypcie, trochę bizantyjsko (bizantyński – jak kto woli ) – ruskiej polichromii, Madonna Łokietkowa w cudnym kontrapoście w ołtarzu stoi (podobno przed tą figura modlił się Łokietek o zjednoczenie ziem – czyli w sumie skuteczna), obok renesansowe epitafia kanonickie, a z najnowszych sytuacji – stalle według projektu Szyszko-Bohusza.
Jakie jest Warmińsko-Mazurskie? Piękne widoki po horyzont (bo góry nie zasłaniają 😉). Zielono we wszystkich odcieniach. I miodem wszędzie pachnie, bo na żółto pola rzepak pomalował, zapach przy okazji rozsiewając. Krowy – chodzą luzem (nawet te angielskie z rogami jak bizony). Tu i tam kozy lub barany się pasą a i nawet drób wszelakiej proweniencji chodzi sobie dostojnie gdacząc, kwacząc i w każdym innym ptasim języku gadając. A propos ptactwa – bociany to tu chyba z kilku okolicznych województw zagonili! Co słup – to gniazdo. Ale w jednej wsi (pojęcia nie mam jak się nazywa. Po prostu jechałam z punktu A do punktu B właśnie tamtędy) – to już przesadzili! 😊 Przez wieś biegną druty z prądem powieszone na słupach. To się jakoś tam fachowo nazywa – nie ważne… 😊 Na każdym słupie, a było ich pewnie ponad dwadzieścia jak nic – gniazdo. I w każdym gnieździe boćkowa rodzinka!
Bardzo pusto na drogach. Czasem miałam wrażenie, że mogę zaparkować na środku jezdni i piknik urządzić – i dopiero jak skończę jeść to jakieś auto z naprzeciwka nadjedzie! Ale jedna trasa mnie zaskoczyła na max. Jadę sobie spokojnie a tu znienacka, droga się w pas startowy dla samolotów zamieniła! Widać aut na drogach mało ale na samolot z przeciwka sunący się „nadziać” można. Tu i tam jakiś zamek krzyżacki mocarnie murami potężnymi wrósł z pejzaż, jakieś smukłe wieże kościołów protestanckich albo i katolickich, albo protestanckich przerobionych na katolickie teraz. Z synagog prawie nic nie zostało niestety… Taka historia tych ziem… Kilka niezłych muzeów i skansenów. Subiektywnie popodglądam w kolejności postach dokładniej, te które udało mi się odwiedzić😉. Generalnie dobre miejsce na wypoczynek i pozwiedzanie!
A! Jeden kamyczek do ogródka… 😊 W restauracjach – generalnie wszystkie dania ze świnki. Nawet do rosołu świnkę dorzucają… Ba! Nawet w deserze kamuflaż świnkowy – bo ciasta z galaretką… Ja się nie dziwię, że po drodze tylko pasące się bydło rogate i drób widziałam… 😉
Ot taka kraina miodem i mlekiem… i pieczonymi świnkami!😊